Pani Kebab. Opowieść polskiej emigrantkiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pani Kebab i Polacy

Polscy uczniowie, jasna strona mocy.

Co tu dużo gadać, trzymają mnie tu nieraz przy życiu. Przychodzą, uczą się, jak tam który może, pogadają z tobą jak z człowiekiem, nikt ci na drzewo spierdalać nie każe. Pewnie, że są i bumelanci, i wagarowicze, i tacy, co wybitnie już pod górkę mają. Ale żeby chodzić na wagary, trzeba najpierw regularnie chodzić do szkoły. I oni chodzą, bo mają zakodowane od małego, że się chodzi. Stara. Daje coś od siebie. Że się jest porządnym człowiekiem.

Ich rodzice, co do jednego, ciężko pracują. Stoją przy taśmach produkcyjnych, odmrażają sobie ręce w pakowalniach mięsa, tracą zdrowie w sortowniach śmieci. W smrodzie, na zimnie, na wielogodzinnych zmianach. I cieszą się z pełnej lodówki.

– Wiesz – mówi do mnie Ania zupełnie mimochodem, bo się akurat zgadało o obiadach. – Tu mamy dobre obiady. W Polsce nieraz było tak, że mieliśmy cały tydzień tylko ziemniaki.

– Dziś mój Krzysiek – opowiada mama dwóch chłopców – stanął przed lodówką i stoi. Zamknij te drzwi, bo prąd zżera, mówię mu, a on płacze! Bo jakieś jogurty kupiłam czy serki. Mama, nigdy nie mieliśmy tylu pysznych rzeczy!

Ja może się i wychowałam za komuny, może i zbierałam po śmietnikach puste opakowania po zachodnich czekoladach, może i moja siostra zeżarła całego banana ze skórką, jak już go pierwszy raz w wieku nastoletnim zobaczyła – ale głodni nie byliśmy nigdy. A te tu dzieciaki, dwadzieścia lat później, dalej z byle cukierka się cieszą i szanują, co mają.

I taki obrazek dziś z Beestonu.

Mijam autem dwie znajome matki. Jest dwunasta trzydzieści i oto na brudnej uliczce jestem świadkiem zderzenia dwóch kultur. Polka idzie w górę ulicy, blada po nocnej zmianie, w siódmym miesiącu ciąży, z siatami. I się uśmiecha, że już wraca do domu, bo ma małe dzieci i wariuje za nimi. W dół człapie proper Yorkshire lass, w stroju wizytowym – gacie od piżamy i szlafrok plus kapcie króliki. Na chuj ci te kapcie, jak i tak nimi w błocie łochlisz? W sklepie nabywa fajki, dwie puszki piwa i chleb, gówno jakieś najgorsze krojone, z waty posolonej. I oto zakończyła dzień pracy. Wróci do domu, se zapali, wypije, chleba se zje. Obiadu nie zrobi, dziecka po tejkełeja pośle. I na ogromny telewizor się pogapi, bo im rodzina biedniejsza, tym plazma na ścianie większa.

Czym skorupka za młodu nasiąknie...

Monkey see, monkey do, monkey pee all over you.


Gotuj z Panią Kebab

Lekcja gotowania.

Pomagam na zajęciach Meli, romskiej dziewczynce. Jest z Pragi, choć wygląda jak żywcem z Chłopów wyjęta, tylko jej chusteczkę na głowę i wstążkę do warkocza. Przemiła dziewczyna i bardzo pracowita, aż za bardzo nawet – rzuca się na każde zadanie i zanim zdążę jej w ogóle objaśnić, o co kaman, to ta już całą stronę z dupy zapisała, bez ładu i składu. Duża i mimo lat ledwie dwunastu dorodna jak jałowica, o ślicznych czarnych oczach i słodkiej gębusi nieskalanej myśleniem – stara się, nie wagaruje, ale orłem w szkole nie była i nie będzie.

Jak ma być, skoro pierwszy raz posłano ją w Czechach do szkoły w wieku dziewięciu lat. Ledwie zdążyła się nauczyć dodawać, czytać i pisać, a i to stękając, język wysuwając, a tu nagle się znalazła w gimnazjum, i to w obcym kraju. Pisze po czesku wypracowania przedziwne, nieokiełznany strumień świadomości i potworne błędy ortograficzne, razem efekt rodem z Lyncha. Na poprzedniej lekcji miała właśnie opisać obejrzany film, i nie był to Lynch bynajmniej, lecz Kroniki Narnii. Teraz to czytam i spoglądam na nią, jak gestem starej gospodyni zagniata ciasto. W tym temacie nikt jej tu niczego nowego nie nauczy akurat.

„No to ja pisze o filmie to był taki chopak tam i schody po lewej stronie od pani tomas i torba ten chopak był mały i płakał i były tam schody i potem się to wszystko skończyło” – odcyfrowuję. Mela formuje równe, apetyczne bułeczki, wsuwa je do pieca, czoło ociera, uśmiecha się do mnie.

– Bardzo ładnie, Mela – chwali ją nauczycielka gotowania. – To może teraz powiedz, czego się nauczyłaś na dzisiejszej lekcji.

To nowy wynalazek dyrekcji, żeby kilkanaście razy w ciągu lekcji przypominać, co właściwie robimy. O czym się uczymy? O tym się tu, teraz, my uczymy. A zaraz będziemy mówić o czym? Ano o tym, a i o tamtym. Czego się pięć minut temu nauczyliśmy? Tego i tego się przed chwilą nauczyliśmy. Czyli co je ka je, i co to w ogóle za planeta. Nauczycielka czeka więc na odpowiedź w stylu: nauczyłam się zakresu wiadomości na poziom trzeci be, czyli jak należy łączyć ze sobą mokre i suche składniki, i techniki zagniatania o nazwie crumbling.

Czeka, ale się nie doczeka.

Tłumaczę Meli pytanie, więc ona bez namysłu odpowiada:

– Najpierw się waży mąkę i cukier, potem się dodaje jajko i mleko, zagniata się i daje do pieca, aż się upieką.

– Tak, tak, ale jakiej techniki się nauczyłaś? Co zrobiłaś z mąką, jajkami i mlekiem?

– Się najpierw waży, to zważyłam, potem dodałam jajko i mleko, i dałam do pieca, żeby się upiekły – odpowiada Mela.

– Tak, ale pani pyta, co się robi z suchymi i mokrymi składnikami?

– Się je waży – mówi Mela, już lekko zdezorientowana. – I się daje do miski, dodaje jajko i mleko, i daje się do pieca, żeby się upiekły.

– Dobrze, ale – nie odpuszcza nauczycielka – jak się nazywa ta czynność, to, co zrobiłaś z suchymi i mokrymi składnikami?

– Ahaaaaa! – Rozpromienia się Mela, a nauczycielka oddycha z ulgą. – To wiem.

– No więc?

Mela toczy wkoło triumfalnym spojrzeniem.

– Dałam je do miski – wygłasza. – I dodałam jajka i mleko, zagniotłam i dałam do pieca, żeby...

– Ona mówi, że się nauczyła łączyć składniki – tłumaczę bez mrugnięcia okiem.


Wiosna Pani Kebab

Wiosna w Leeds jest piękna.

Bez kitu.

O ile jest.

Przez trzysta czterdzieści dni w roku pragnę porosnąć bobrzym futrem, kaczym piórem i ortalionem, pragnę się dać opakować folią bąbelkową, zaszyć w olbrzymi kondom i zamknąć w wersalce, więc kiedy przez tydzień jest wiosna, jest szał.

Najpierw wszędzie zakwitają żonkile, przy drogach, w parkach i na skwerach, wielkie połacie narcyzów i hiacyntów. Potem zaczynają kwitnąć drzewa – rododendrony, azalie, magnolie, jabłonie, przepiękne drzewa wiśniowe, że se chodzę w kwieciu jak jaka japońska cesarzyca. Kwitną błękitne dzwonki, forsycje, tulipany, bzy i lawenda. I nieznane mi coś, karłowate drzewka całe okryte ciemnofioletowym kwiatem, no po prostu zapiera dech.

Pięknie jest w ogródkach u bogoli.

Ale tu, gdzie pracuję, kwitnie co najwyżej przestępczość.

Na owrzodziałych podwóreczkach przed szeregowcami puszczają listki rozprute fotele, kipią petami stare doniczki, kiełkują zeszłoroczne psie kupy. Beton, beton, cegła i beton, schemat kolorystyczny szarość piwniczna plus barwne aranżacje z ulotek o pizzy. Czyż nie przyjemność tak rankiem sobie do ogródeczka wyjść i okiem rzucić na zardzewiały rower, na latami z dumą uhodowane szczury, na woreczki po spidzie? Z miłością pokrzywy pielęgnować i perz, prezerwatywy sobie zasiać i oczekiwać obfitych plonów, czekać, aż po deszczu wzejdą truchła myszy i okryje się pąkami rozjebany telewizor?

I azaliż to nie rozkosz na ławeczce potrzaskanej usiąść, drzazgi z dupy wyciągać, piwo o ósmej rano obciągnąć i puszkę ciepnąć za siebie? Nie rozkosz z sąsiadem przy jabolu pogwarzyć, a butelką pierdolnąć o schody, nową zrób to sam dekorację do otoczenia dodając? Azaliż to wreszcie nie rozkosz niczego nigdy wokół siebie nie posprzątać, tylko gnić w syfie? Z pchłami i karaluchami w symbiozie, w przyjaźni z pluskwami pognić sobie, pośmierdzieć? Nie rozkosz?

Pytam się!


Pani Kebab świętuje

Zbliżają się urodziny Debory.

Skąd wiem? Ano, o niczym innym nie mówi już od miesiąca. Szesnaste urodziny, ale – jak twierdzi – pierwsze prawdziwe od wielu lat. Cieszy się, że mama obiecała tort, a siostra obiad w restauracji. Przynosi zdjęcia. Mała, może czteroletnia Debora patrzy z nich śmiało, z uśmiechem, na tle szafirowego nieba i kwiatów. Pięknie, jak to we Włoszech. Przed nią talerz z ciastem, w tłustej rączce upaćkana łyżeczka.

– W Italii – mówi zamyślona, czule przygładza róg zdjęcia paznokciem. – Tam byłam szczęśliwa, chociaż była bieda. To wtedy miałam ostatni raz tort na urodziny.

W pamiętny dzień wpadam więc przed pracą do sklepu, kupuję mały tort, balony, kartkę, jakiś symboliczny prezent. Dekoruję klasę, dmucham balony, na ławce Debory stawiam pięknie podpisaną przez wszystkich kartkę. Puszczam jeszcze Sweet sixteen i już mam nagrodę – Debora wchodzi z twarzą jasną od uśmiechu, w nowej fryzurze, i toczy wkoło zachwyconym spojrzeniem.

– Oh, Miss! – piszczy z radości, błyska zębami, klaszcze w ręce. Aż mi łzy stają w oczach ze wzruszenia.

Przez pół godziny jest królową balu, jest tu u nas najważniejsza. Siedzi godnie, trochę zdenerwowana, ale szczęśliwa. Przyjmuje życzenia, jemy sobie tort, a potem – z powrotem do lekcji.

 

Po dzwonku przychodzi jeszcze opowiedzieć, jak się cieszy na przyjęcie w domu.

– Podobno siostra mnie zabierze do chińskiej restauracji – paple podekscytowana. – Bo w zeszłym roku miałyśmy pójść, ale pieniądze były potrzebne dla brata. Ciekawe, jaki mama zrobi mi tort. Ona bardzo dobrze gotuje i robi najlepszą lazanię na świecie.

– A co chciałabyś dostać?

Myśli przez chwilę.

– Może trampki – odpowiada. – Ale to nieważne, ważne, że będę mieć tort i będzie rodzina.

– To baw się dobrze, Debora! Sto lat! – Klepię ją z uśmiechem po ręce i znikam do swoich zajęć.

Na drugi dzień wpadam radosna do klasy, żądna opowieści.

Nie ma jej.

Po dwudziestu minutach wchodzi. Skulona. Z twarzą mokrą od łez.

Zadaję coś klasie i siadam przy niej.

– Wszystko w porządku, Debora? Nie udały ci się urodziny?

Kręci tylko głową, aż łzy lecą na wszystkie strony.

– Nie chcesz gadać?

Jeszcze więcej łez.

– Nie szkodzi. Rozumiem. Będziesz chciała pogadać, to zawsze możesz do mnie przyjść.

Przez resztę lekcji nie odzywa się do nikogo. Zerkam na nią zaniepokojona, ale twardo patrzy w zeszyt.

Dzwoni dzwonek, zgarniam bambetle, gdy nagle ktoś dotyka mojego ramienia.

– Nie było urodzin – mówi Debora cicho. – Ani restauracji. Niczego. Chyba zapomnieli.

W drzwiach zatrzymuje się jeszcze.

– Ale jednak dostałam tort.

– No to wspaniale, kochana, to mama o tobie nie zapomniała!

Odwraca się z ręką na klamce.

– Nie od mamy – mówi cicho. – Od pani. Thank you, Miss.


Pani Kebab i znaki czasu

– Wyruchać panią?

Takie pytanie. Do mnie skierowane.

Idę korytarzem, targam ciężkie pudło książek i w myśli powtarzam, jak Adaś Miauczyński, o Jezu o Jezu o Jezu o Jezu, gdy to właśnie słyszę, co mnie momentalnie i twardo osadza w znajomej rzeczywistości. Nie do końca jednak, bo patrzę na tę bezczelną piegowatą gębę, na ten cyniczny uśmieszek, i zamiast larmo jakieś podnieść, to odpowiadam tylko: Nie. Po czym wyrobiony tu odruch angielskiej uprzejmości każe mi natychmiast dodać: Dziękuję bardzo.

Po czym szybko, cała czerwona, się oddalam.

Chyba mam problemy adaptacyjne, bo poziom bezczelności prezentowany w tej bądź co bądź, ale jednak szkole, mnie przerasta. Takie pojęcia, jak szacunek, dobre maniery czy uprzejmość znane są w teorii z porozwieszanych wszędzie plakatów Zasady naszej szkoły. W praktyce – proszę bardzo:

– Gdzie idziecie, dziewczynki? – pyta nasz nowy Korytarzowy dwóch lasek, które w środku lekcji przechadzają się po schodach.

– A gówno ci do tego, ty gruby tępy chuju! – pada z umalowanych elegancko ust.

Biedny Korytarzowy, to był jego pierwszy dzień. Teraz nikt mu nie podskoczy, ale wtedy otworzył tylko usta i tak stał.

– Skąd pani jest? – zaczepia mnie pod klasą grupka dziewcząt.

– Z Polski – odpowiadam, uśmiecham się.

– Anglia to nie hotel, więc wynocha stąd.

Wchodzę do klasy Sophie, mam pomagać polskiej uczennicy. Sophie nie lubi Polaków. Nie lubi też mnie.

– Kurwa, tylko nie ona, jak ona mnie wkurwia! – mówi na mój widok. Głośno i prosto w twarz, bez żadnego obciachu, a potem przechodząc obok mnie z nożyczkami, obcina mi ukradkiem spore pasmo włosów.

– Nie możecie tu stać, chłopcy, przesuńcie się.

– Nie.

– Przesuńcie się, proszę, tu nie wolno stać.

– Tu będę, kurwa, stał i gówno mi zrobisz.

Do Matta, opiekuna roku:

– Wracaj na lekcje.

– Nie będziesz mi mówił, co mam robić, czarnuchu.

O Jezu o Jezu o Jezu o Jezu. O świecie, o tempora, o kurwa mores.


Pani Kebab robi nalot

Nalot obecnościowy!

Frekwencja to jeden z największych naszych problemów, dlatego też – poza codziennymi wizytami u uczniów z nieusprawiedliwioną nieobecnością – dwa razy w półroczu szkoła urządza „nalot”. Wtedy całą drużyną – obecnościowi, wychowawcy, opiekunowie, policja – przez cały dzień odwiedzamy domy. Nawet jeśli rodzic zgłaszał nieobecność dziecka. Nawet jeśli zgłaszał, że wyjeżdżają do Zimbabwe i na pewno nikogo nie będzie w domu.

Zbieramy się rano i wyruszamy dwójkami, w świetnych humorach, zadowoleni z odmiany.

Uwielbiam naloty.

Rodzice trochę mniej.

Nie ma tu czegoś takiego jak usprawiedliwienie od mamy. Trzeba okazać dowody wizyty u lekarza, chociaż i tak wiadomo, że zapisze jedynie wszechpotężny paracetamol. Dzień dobry, ujebało mi nogę! Pan sobie weźmie ten wspaniały na receptę paracetamol, a gdyby się nie poprawiło w ciągu dziesięciu dni, to pan wróci. Ostatnio pan doktor zapisał mi go na zapalenie spojówek, po czym poszłam do apteki i kupiłam bez recepty krople z antybiotykiem.

– Dzień dobry, dlaczego Vicky nie ma dziś w szkole?

– Przecież przed chwilą z panią rozmawiałam przez telefon, że chora jest. – Patrzy na mnie z miną sugerującą, że i ja się powinnam przebadać.

– Tak, ale my dziś mamy nalot obecnościowy, odwiedzamy wszystkich, bez względu na to, czy państwo usprawiedliwiali telefonicznie.

– Mhm. No to chora jest.

– Możemy zobaczyć kartkę od lekarza?

– Nie dało się dostać do lekarza.

Kiwam głową. Zarejestrować się można tylko przez telefon. Linie włączają punktualnie o ósmej. Dzwonisz, jeszcze niewłączone, rozłączasz się i natychmiast próbujesz znowu, już zajęte. Wydzwaniasz tak przez godzinę, znowu przez pół, a potem słyszysz, że na dziś już nie przyjmują. Można się umówić na jutro? Nie, wyłącznie w ten sam dzień, proszę dzwonić jutro od ósmej.

– Rozumiem, ale proszę próbować. Bez zaświadczenia lekarskiego nie usprawiedliwimy nieobecności córki.

Jedziemy dalej, vanem rzuca i kolebie, piszę na kolanie raporty z każdej wizyty. Adres pierwszy, nikt nie otworzył drzwi, adres drugi, choroba, okazano leki i zaświadczenie lekarskie, adres trzeci, miesiączka i astma, rodzic odmówił posłania dziecka do szkoły, adres czwarty, uczeń nieobecny z powodu incydentu przemocy w szkole, rodzic odmówił posłania dziecka do szkoły, adres piąty, rodzina już tu nie mieszka, sąsiedzi poinformowali, że wyprowadzili się nagle w środku nocy i teraz ciągle ktoś tu przychodzi po jakieś długi, adres szósty...

Na blankiecie z tym adresem, jako jedynym, napisano wielkimi literami NIE ODWIEDZAĆ.

I już wszystko wiem. Pod tym adresem przedwczoraj popełniono morderstwo. Podczas imprezy facet próbował zgwałcić jedną z kobiet. Kiedy jej mąż chciał ją obronić, facet najpierw obciął mu palec, a potem pchnął wiele razy nożem. Na oczach naszej uczennicy, a swojej córki.

Adres siódmy, otwiera nam olbrzymi mężczyzna, całkiem goły, nie licząc kusego ręcznika. Nade mną wyrasta ogromny brzuch, błyska w uśmiechu złoty ząb. Nie wiem, gdzie podziać oczy, zwłaszcza że stoję na schodach i mam je centralnie na wysokości krytycznej. Wiatr wieje, ręcznik podwiewa, on natomiast prowadzi konwersację w takim rozluźnieniu, jakby miał na sobie co najmniej elegancki garnitur.

Uwielbiam naloty. Choć nieraz chciałabym – jak Masłowska – dać sobie żaluzje w oczach zrobić, żeby całego tego Pathology Channel nie oglądać, uwielbiam, bo całe miasto leży przede mną jak adwentowy kalendarz. Otwieram okienko po okienku, a w każdym co innego. Zaglądam ludziom do mieszkań, do garnków, podglądam ich życie.

A czasem i co więcej, chcąc nie chcąc.

Adres siódmy, matka zatrzasnęła nam drzwi przed nosem.


Pani Kebab w dziesiątej

Przydzielono mnie do pomocy klasie dziesiątej.

Nie wiem, czy ich specjalnie po całym Yorkshire na castingach wybierali, ale takiej zbieraniny dziwaków nie spotkałam dawno. Same przerośnięte, pryszczate chłopiska, jedna laska o czerwonej, nalanej twarzy, niewiele ustępująca im wzrostem, oko szalone, spod napiętych na zadku legginsów prześwitują purpurowe koronkowe majtki. Jest Nathan, poważny przypadek ADHD, cierpiący na ciągłą paranoję i napady agresji. Jest Kyle, chudy i długi, oddany przez rodziców do rodziny zastępczej, nieustannie bluzgający potokami najgorszych przekleństw. Jest Robert, który ociera się lubieżnie o ławki i bez przerwy robi seksualne aluzje. Jest Jordan – o ile jest, czyli raz na dwa tygodnie – który się nigdy nie odzywa. Ani słowem. Do nikogo. Jest jego przyjaciel Alex, o śniadej, nieprzeniknionej twarzy, torturujący Kyle’a komentarzami na temat jego rodziców. Jest ich dwudziestu, co jeden to lepszy, i my z Czeszką Adrianą w ostatniej ławce z permanentnym opadem szczeny.

Angielskiego uczy jedna z moich ulubionych nauczycielek, Szkotka w średnim wieku. Klnie jak szewc, ma łagodną twarz, dobre serce i też nie bardzo wie da fak is going on. Rozgląda się ze zdumieniem w błękitnych oczach po sali, gdzie właśnie wpadł, wrzeszcząc, Kyle i zaczął okładać Alexa plecakiem po głowie. Na chwilę zatrzymuje na mnie pytający wzrok, jakby się chciała upewnić, czy powinna teraz powiedzieć: „Nie jeb Alexa plecakiem po głowie”, a następnie z wahaniem mówi:

– E, nie rób mu, co mu robisz.

– Zajebię go!!! – odpowiada tytułem wyjaśnienia Kyle. – Zapierdolę chuja!!!

– Ale czemu, czemu go bijesz, nie robi się tak.

– Powiedział, że pierdolił moją mamę, a dzisiaj po szkole zerżnie moją siostrę – woła Kyle, akcentując każde słowo ciosem w łeb. – Zajebię goooooooo!!!

Ulitowawszy się nad mękami Szkotki, wstaję i daję jej znak.

– Pójdę po Korytarzowego.

Szybka pacyfikacja i lekcja teoretycznie mogłaby się toczyć dalej. W praktyce skaczą jak małpy po całej sali, wypłacają sobie nawzajem plaskacze, ryczą ze złości i ze śmiechu. Robert w ramach żartu robi w moją stronę kilka ruchów frykcyjnych. Ryczą jeszcze bardziej.

Wszystko to jednak można by było jeszcze jakoś opanować, gdyby nie Jake.

Poznałam tu chuliganów, drobnych opryszków i zwykłych bandytów, ale Jake to zupełnie inna kategoria.

Im dłużej go obserwuję ze swej ostatniej ławki, tym bardziej jestem przekonana, że kiedyś otworzę rano gazetę i jego twarz wyszczerzy się na mnie z podpisem: Ujęto seryjnego mordercę-psychopatę.

Jake nie robi nic złego.

Rzadko wdaje się w konflikty.

Nie krzyczy, nie bije, nie wyzywa.

Za to podjudza.

Znacznie inteligentniejszy od reszty, bawi się nimi jak kukiełkami na scenie. Napuszcza ich na siebie nawzajem, podsyca umiejętnie wszystkie kłótnie, a potem sapie z zadowolenia i ogląda igrzyska zza grubych szkieł okularów. Karmi się ich agresją, śmieszy go ich ignorancja, upaja władza, jaką sprawuje nad klasą. I udaje idiotę, co ze względu na niewinny, głupkowaty wyraz twarzy z podwójnym podbródkiem dość łatwo mu przychodzi.

Po kilku tygodniach nie wytrzymuję.

Siedzi i dyszy, bo udało mu się doprowadzić Kyle’a do płaczu i cała klasa skacze sobie do gardeł. Na niego nikt nie zwraca uwagi. Wstaję nagle i podchodzę do jego ławki.

– Hej, Jake – zagajam z uśmiechem, przyjacielsko.

Odwraca się, na twarzy już ma znajomy, głupkowaty wyraz.

Patrzę mu prosto w oczy i całkowicie zmieniając ton, śmiertelnie poważnie szepczę:

– Wiem, co robisz. I’ve got your number, bro. Pamiętaj, że cię obserwuję.

I zanim znów udało mu się zapanować nad twarzą, zobaczyłam na niej błysk zrozumienia.

Wiedział dokładnie, o co chodzi.


To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?