Zawód. Opowieść o pracy w Polsce. To o nasTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– W pewnym momencie ciało daje ci znak, że trzeba coś zmienić. Rzeczy, które sprawiały ci radość, zaczynają irytować. Kiedy wracasz do domu spacerem, czujesz napięcie w kręgosłupie, garbisz się, w lustrze widzisz, że opadają ci kąciki ust – mówi Monika. Nie opuszcza jej wrażenie, że traci kontrolę nad tym, co robi. Że rzeczy po prostu się dzieją. Bez jej udziału.

Każdy przepracowany miesiąc Monika odbiera jak zamykające się drzwi, czuje, że coś traci, i coraz silniej odbiera sygnały od znajomych z pracy, którzy są na fałszywej ścieżce, ale sobie tego nie uświadamiają. To właśnie przez nich atmosfera w korpo jest duszna. Monika nie chce – jak oni – być człowiekiem bez wyjścia. Jest młoda, w czasie pracy skończyła studia i zrobiła podyplomówkę z teorii sztuki. I wie, że właśnie na tym chce koncentrować energię, a nie na udawaniu, że wszystko jest OK, skoro nie jest. Kiedy pracuje w korporacji, umiera jej babcia, zostawiając po sobie nie tylko ciepłe wspomnienia, ale również mieszkanie. Luzuje się jedna pętla na szyi – nie trzeba wynajmować, a rachunki nie są wysokie. Będzie musiała tylko zarobić na ubrania z lumpa i jedzenie. Odchodzi i za chwilę zacznie przygodę z gastronomią. Najwyżej będzie głodować.

W ciągu kolejnych dwóch lat pracy w lokalach w czasie wolnym Monika skupiała się na pracy akademickiej i pogłębianiu wiedzy. Sama wspomina ten czas jako kryzys tożsamości. Dostawała sygnały, że to, co robi w kulturze, robi dobrze, jednocześnie pieniądze, które z tego dostawała, starczały na waciki. Na połowę paczki. Z drugiej strony były gastronomia, szatnia i zmywak – laboratorium, w którym można podglądać społeczeństwo. Tych samych ludzi albo ich znajomych, którzy gratulują dobrego artykułu, oryginalnej koncepcji. Ten dziwny rozdźwięk nie daje Monice spokoju do dzisiaj. W czasie pracy w gastro wysyłała CV. Przy 160. przestała liczyć. Instytucje kultury, teatry, sceny, portale tematyczne, gazety, domy kultury. Raz na jakiś czas podejmuje współpracę z organizacją pozarządową zajmującą się kulturą. Kroplówką, dzięki której takie instytucje mogą funkcjonować, są pieniądze publiczne z grantów: rządowe, samorządowe, granty udzielane przez inne organizacje pozarządowe, krajowe i międzynarodowe. Te niewielkie zlecenia opierały się właśnie na szukaniu kroplówek, czyli na pisaniu wniosków o granty. Monika dostawała procent od zwycięskiego wniosku. Znaczna większość wniosków nie przechodziła pozytywnie oceny. To znaczy, że Monika najczęściej pracowała za darmo. Frustrujące były również nieprzejrzyste sposoby oceny. Nigdy nie wiadomo, czy wniosek, który dostał dofinansowanie, to nie fundacja założona przez szwagra Pawła, który siedzi w komisji oceniającej. A o rodzinę trzeba dbać, tu jest Polska, a nie Norwegia, tu się tradycyjnym wartościom hołduje, a nie zabiera dzieci za klapsa.

Późną jesienią 2014 roku w końcu odzywa się znany na południu Polski teatr. Poczuła ulgę, dość już baru i szatni, dość zmywaka. Do dzisiaj nie zmywa w domu. Robi to jej chłopak. Monika uważa, że każdy w życiu ma limit naczyń do umycia, ona wyrobiła normę dla kilku pokoleń wiejskiej rodziny, a najczęściej nie są to rodziny małe. Na dźwięk brzęczących w zlewie kubków odsuwa się. Tam leży przydział dla kogoś innego.

W teatrze praca za 1500 na rękę, umowa-zlecenie. W określonym miejscu, pod nadzorem, w określonych godzinach. Czyli, według Kodeksu pracy, powinna być umowa o pracę. No ale jest zlecenie i co pan zrobisz? Państwową Inspekcję Pracy naślesz? To już w tej części Polski w podobnym zawodzie pracy nie znajdziesz przez dekadę. A PIP i tak tylko zajrzy w dokumenty, a więc nie zrobi nic. Początkowo czas pracy jest przestrzegany – osiem godzin, miła atmosfera, przełożona trochę kumpela, trochę ciocia. Wspólne imprezy, wspólna pasja, wydarzenia kulturalne, w których bierze udział lokalna elita artystyczna. Pieniędzy nie jest dużo, ale Monika ma misję. Robi to, bo uważa za ważne. Dla dobrej sztuki warto się poświęcić. Nawet kosztem ograniczenia spożycia kalorii. Warto. To jest ważne, teatr jest ważny.

Monika pracuje z Tomkiem, z którym przyjaźni się od lat. Tworzą małą wysepkę, mogą liczyć na wzajemne wsparcie, jeżeli coś idzie nie tak. A w każdej pracy coś czasem idzie nie tak. Pojawiają się razem na kolejnych imprezach. Po pracy czasem szefowa mówi, żeby wpadli na spektakl. Po spektaklu mówi, żeby pomogli sprzątać.

– Teraz wiem, że ten rodzaj zacierania granicy między pracą a życiem prywatnym był częścią mojego autowyzysku – konstatuje Monika.

Nie potrafiła odmówić, bo szefowa była fajna. A że za pracę, która nie mieści się w obowiązkach, nie dostawała pieniędzy? No cóż, sztuka wymaga poświęcenia.

Z czasem Monice przybywało obowiązków, ale nie pieniędzy. Do tego zwolniono Tomka, a wraz z nim zniknęło wsparcie.

– W pewnym momencie powiedziałam dość. Zwłaszcza że odezwała się inna instytucja, bardzo znana na południu grupa teatralna – mówi Monika.

No więc zmieniła pracę. Na gorszą: w imię dobrej sztuki można wiele poświęcić. Tym razem brak umowy, 1000 złotych na rękę.

– Jarałam się niebywale – opowiada i za chwilę dodaje – zostałam strasznie wykorzystana. W teatrze rządziły dwie osoby, reżyser i menedżer. Dobry i zły policjant. Reżyser, człowiek do ludzi, ze świetnymi pomysłami. Menedżer – znakomity organizator, oczytany, bardzo inteligentny sadysta. Rodzaj człowieka, który doskonale wie, w którym momencie i w które miejsce ukłuć tak, żeby bolało. Robił to, żeby nie tyle zmotywować do dalszej pracy, ile wyeksploatować w możliwie najbardziej skrajny, a jednocześnie efektywny sposób. To człowiek z gębą pełną lewicowych frazesów, poglądów środowiskowo słusznych, działający jak bezwzględny kapitalista rysowany grubą kreską, no chuj po prostu.

Z miesiąca na miesiąc przybywało obowiązków, ale nie pieniędzy. Tak wygląda autowyzysk, tak wygląda poświęcenie dla sprawy, tak przejawia się nierównowaga w relacji władzy i podporządkowania. W pewnym momencie robisz rzeczy, których nie powinnaś robić, godzisz się na rzeczy, na które nie powinnaś się zgodzić i nie wiesz właściwie dlaczego. Masz wrażenie, że powiedziałaś A i ktoś z ciebie wydusił B. Być może to nawet byłaś ty sama.

– Nigdy nie pojawiła się ani jedna pochwała, że moja praca była wartościowa i solidna, panował klimat ciągłego podpierdolu, małych, złośliwych docinków, które miały wskazać ci twoje miejsce – opowiada dziewczyna.

Atmosfera z pracy zaczęła przesiąkać do domu i odbijać się na jej związku. Ciągłe podenerwowanie, napięcie, niskie poczucie własnej wartości po mistrzowsku rozgrywane przez menedżera, przepracowanie. Chłopak Moniki namawiał ją do zakończenia tego niepotrzebnego okresu w jej życiu.

Jest lato 2015. Monika rezygnuje. Dzisiaj już niewiele pamięta z tamtego czasu. Większość wspomnień na poziomie faktów wyparowało, pozostała pamięć emocji. Kiedy wraca do tamtych momentów, wspomina wrażenie ciężaru na plecach, który pcha ją do ściany. Kiedy o tym opowiada, rozpościera w powietrzu ręce jak do robienia pompek, jak do obrony przed napierającym tłumem, przed wpadnięciem w cierniste krzaki. Pamięta, że broni się przed tą nieistniejącą ścianą, odpycha się od niej, brakuje jej tchu, odpycha się coraz mocniej i mocniej, ale ciężar na plecach jest coraz większy. Monika nie ma możliwości obrony, jest tylko ucieczka w bok, przed zgnieceniem, połamaniem wszystkich kości. Kiedy o tym mówi, sztywnieje, mięśnie płatają jej figle, robią się jak drewno.

– Gdyby nie mój chłopak, musiałabym wracać do gastro – mówi.

Prekariat to nowa klasa społeczna – przesuwalna masa ludzkich ciał na rynku pracy i pokiereszowanych ambicji, wieczni rozbitkowie, którym nie da się nakreślić żadnej klarownej linii kariery. Klasę tę opisuje się przez szereg braków – pewności zatrudnienia, ubezpieczenia zdrowotnego, emerytalnego, możliwości wzięcia urlopu, możliwości planowania w horyzoncie dłuższym niż miesiąc. Dla prekariatu nic nie rozpływa się w powietrzu, bo nic nie zdążyło się zestalić.

– Jasne, że czuję się prekariuszką. Słabe jest to, że pracujesz, że dajesz z siebie to, co najlepsze, i że nie możesz się z tego utrzymać, że nie masz gwarancji stałości zatrudnienia, o emeryturze nie wspomnę. To nie jest fajne – mówi Monika.

Ale ma coś, co uważa za ważne, kościec tożsamości, teorię sztuki, której tak wiele podporządkowuje.

– Mam jasny cel. Wiem, że chcę zajmować się teorią sztuki. I wszystkie rzeczy po drodze wynikały z tego, że ta główna linia nie daje mi utrzymania – kwituje. – Dlaczego pracowałam za takie pieniądze? Uważałam, że teatr jest ważny. Nadal uważam, że kultura i nauka są ważne.

To jest coś, czego jej zdaniem nie załatwi wolny rynek. Wolny rynek obsługuje treści najłatwiejsze do skonsumowania.

– Kultura może służyć rozrywce lub ważniejszym rzeczom, a rynek stawia głównie na rozrywkę. Wcale nie chodzi mi o to, że to jest mniej wartościowe. Chodzi o to, że gdyby selekcji miał dokonywać tylko rynek, to stracilibyśmy coś ważnego. Pytasz, po co ma istnieć to inne? To, co jest poza rozrywką? Ponieważ buduje to nas jako ludzi i jako społeczeństwo. To chyba najszersza rama mojego przekonania – tłumaczy.

Jeśli nie rynek to co? Państwo, które jako gracz nie musi liczyć się z kaprysami konsumentów. Tak uważa Monika.

– W moim obrazie świata państwo powinno zapewnić kulturę. Tak jak zapewnia chodnik, tak powinno zapewnić istnienie teatru. A w Polsce tę funkcję przejęły organizacje pozarządowe. Mówi się, że NGO-sy powinny mieć swoich sponsorów. Ale sponsorzy przeznaczają pieniądze nie po to, żeby się przyczynić do rozwoju dobrej sztuki. Przynajmniej nie jest to zjawisko częste. Sponsorzy robią sobie w ten sposób reklamę. I w tym miejscu zatoczyliśmy koło i wróciliśmy do wolnego rynku – wyjaśnia.

W tej chwili utrzymuje ją chłopak. Oboje doszli do wniosku, że tak będzie lepiej. I dla niej, i dla niego, i dla nich. On zajmuje się geoinformatyką. Monika nie do końca wie, co to jest, coś zupełnie spoza jej świata. Roboczo myśli o tym jak o projektowaniu Ziemi. Dzięki jego pieniądzom z projektowania planety Monika ma szansę na rozwój, na współpracę międzynarodową. Podczas wyjazdów na sympozja poznaje ludzi z lepszego świata, takich, którzy zajmując się tą samą tematyką co Monika, mogą nie tylko jeść i kupić zimowe buty, ale również raz na jakiś czas pozwolić sobie na wakacje.

 

– Jeżeli jakaś gazeta, portal lub uczelnia zajmujące się tym, w czym się specjalizuję, zatrudniłyby mnie na etacie, to mogłabym z tego żyć. Ale etatów jest mało. Abym pracowała, muszą zwolnić się miejsca – mówi. – Po prostu ktoś musi tam umrzeć.


Rozdział II
Podwójna emigracja


Czasami bije brytyjskich pedałów, żeby Polakom w Polsce było lepiej. Wychodzi na miasto i szuka ciot, żeby im wpierdolić. Na koszulce ma biało-czerwone barwy niezwyciężone i napis, którym jasno komunikuje, że nie jest wyrozumiały wobec wrogów ojczyzny. Adam jest wysoki, ma prawie 190 centymetrów wzrostu i widać, że z pełną konsekwencją podchodzi do zajęć na siłowni. Zwłaszcza jeżeli chodzi o górne partie ciała. W szczególności biceps i triceps. Brzuch trochę zaniedbał. To w ramach złotej reguły ulicy: z brzucha nie przypierdolisz, ale z łapy tak. Siłownia strukturalizuje mu czas, porządkuje życie, daje zewnętrzną i wewnętrzną siłę. Jest też miejscem spotkań i załatwiania drobnych biznesów. To tam rozmawia z kolegami dilerami o interesach, tam dzieli się doświadczeniami, jak nie dać się złapać psom.

Przyszedł już trochę pijany, ale nie był niemiły. Wręcz przeciwnie, na swój konwulsyjny sposób był bardzo przyjazny. Być może to wycyrklowana ilość alkoholu – już przekroczył próg, po którym jest trochę gburowaty, ale nie osiągnął jeszcze punktu, po którym włącza mu się agresor. A być może dlatego, że rozmawiał z krajanami, ludźmi, których język i obyczaje znał i rozumiał. Wyrażał sympatię w ten właściwy dla chłopaków z dzielni sposób – dużo krzyczał, przeklinał, mówił, komu należy wjebać, opowiadał o swoich przygodach na Islandii, jak jebie psy, wymieniał ludzkie przywary, które go brzydzą, nie zważając na to, czy którykolwiek ze współbiesiadników nie jest nimi dotknięty. Wszystko przedstawiał w sposób apodyktyczny, jakby nikt nigdy nie powiedział mu, że istnieją inne punkty widzenia, że ludzie mogą patrzeć na różne sprawy w odmienny sposób. Zapadał zmierzch, siedzieli jeszcze jakąś chwilę w parku na ławce i pili Bombardiery. Adam był znajomym znajomego Marka z pracy. Polacy na Wyspach trzymają się razem.

Rozmowa szła gładko, trochę o robocie, trochę o planach dotyczących tego, co będą robić, kiedy zjadą. Nikt się szczególnie nie sprzeciwiał Adamowi, nie była to sprawa, za którą warto psuć piątkowy wieczór. Zwłaszcza że gdzieś w jego licznych konfabulacjach kryła się nieporadność małego chłopca, który nie zauważył, że już jest duży i nie musi wszystkim udowadniać, że zasługuje na uwagę. Przy tym był dowcipny i miał kreatywność językową inteligentnego ekswięźnia; mówił o kotach ludojadach, o okurwieńcach, o tym, że babcia, właścicielka mieszkania, do niego sapie i często powtarzał słowo „ciamajda”, które jakoś nie pasowało do polskiego narodowca mieszkającego na Wyspach.

Było zimno, wilgotno i ciemno, wzmagał się wiatr. W parku nie było widać już ludzi, którzy z braku lepszych atrakcji stanowiliby inspirację do rozmów. Impreza przeniosła się do pubu. Tam uroczystości trwały mniej więcej do 2 a.m., kiedy to bojownik o wolność i demokrację złożył głowę między butelkami z niedopitym lagerem i ukołysany przycichającym gwarem zasnął. Marek z kolegą zostawili go z kartką „Wake me up when September ends”. Miał jeszcze trochę snu przed sobą – był początek grudnia.

Marek do dzisiaj wspomina zdezorientowanie, kiedy słuchał narodowca walczącego o polskość w Wielkiej Brytanii. Nie mieściło mu się w głowie, jak można żyć w takim dwuświecie. Nie rozumiał, na jakich poziomach dochodzi do integracji absolutnie sprzecznych ze sobą zachowań i myśli. Dziwne wrażenie bycia częścią ukrytej kamery towarzyszyło mu do końca tego wieczoru. Adama od tamtej pory już nie spotkał. Być może po brexicie zjechał. To był ten typ – pierwszy w kolejce. Marek należy raczej do grona tych, którzy zostaną.

Po raz pierwszy przyjechał na Wyspy w 2013 roku. Był już wtedy licencjatem anglistyki. Początkowo chciał zostać nauczycielem w Polsce. Pieniądze może nie są wielkie, ale to jednak budżetówka, stała pensja, urlopy, L4, trudno wylecieć. A to wszystko bardzo ważne argumenty na rynku pracy w małej miejscowości. Tam liczy się stabilność, a nie kariera, bo nie ma wyboru między karierą a ciepłą, stabilną stagnacją, tylko między stabilną stagnacją a trwaniem od pierwszego do pierwszego oraz budżetem łatanym chwilówkami i fuchami na mieście od znajomych.

Do systemu edukacyjnego wraz z pogłębiającym się niżem demograficznym przychodziła zła zmiana. Wraz z nią odchodziły pieniądze. Ciepły, stabilny etat za niewielkie pieniądze rozpływał się w powietrzu, majaczył coraz słabiej na oddalającym się horyzoncie.

Marek nie bał się pracy fizycznej. Już na studiach sprzątał w fabryce przetapiania aluminiowych felg. Kiedy przychodził do pracy, piece były jeszcze gorące i wciąż grzały powietrze. Pierwsze godziny upływały często w czterdziestostopniowym upale, ubranie kleiło się do ciała i wszędzie śmierdziało metalem. Jeśli się przynosiło do pracy kanapkę z serem, to na pierwszej przerwie jadło się cheeseburgera. Ale Marek nie należy do osób, które narzekają. Zwłaszcza że to były jakieś pieniądze. Co prawda zarabiane na czarno, ale jak twierdzi, „powiedzmy sobie szczerze, kto da ci 11 złotych za godzinę pracy w małym mieście?”. Pewnie tylko szef firmy sprzątającej, w której przy pracy fizycznej trzeba znosić upały. Praca była weekendowa, ale dawała pewne pieniądze. Marek nie jest z tych, co naciągają na coś rodziców. Nawet jakby chciał to zrobić, to pewnie by mu nie wyszło, bo jego dom rodzinny nie należy do najzamożniejszych. A w domu poza nim jest jeszcze dwóch młodszych braci. Oni też muszą jeść, trzeba im kupić ubrania, książki i komputer. A dzięki pracy Marek mógł odciążyć rodziców. No i zawsze to też własny hajs, za który można było sobie kupić bilet miesięczny, kiełbasę na ognisko, boczek na grilla, pójść do kina albo na browar. Można też było kupić coś na urodziny komuś z ekipy. A że ekipa liczyła około piętnastu osób, to urodziny były co miesiąc.

W tygodniu wypadały studia. Marek nie miał zbyt wiele czasu dla siebie, ale doskonale wie, że jeśli sam czegoś nie zrobi, to nikt mu tego nie da. Tak wygląda świat – jeśli nie wyrwiesz, to nie dostaniesz. Narzekaniem nic nie zmienisz, po prostu trzeba robić. Mówi, że jego znajomy, studiując kulturoznawstwo, nie chciał się imać fizycznej pracy, bo przecież nie po to studiuje, żeby być robolem. Skończyło się tak, że dwa lata po studiach roznosi ulotki.

Przez pewien czas Marek karmił się wizją kariery w edukacji. Później już nie było żadnej nadziei. Po skończeniu studiów poszukiwania legalnej pracy, delikatnie mówiąc, nie obrodziły w sukcesy. Chłopak ciągle pracował, sprzątając.

Pewnego razu do firmy miała przyjść Państwowa Inspekcja Pracy. Na instytucji ciążył obowiązek informowania o wizytach. Stary wiedział więc, że przyjdą. Zanim kontrolerzy przyszli, szef podpisał ze wszystkimi obecnymi umowy-zlecenia. Wszystkie zawarte na dwie godziny przed wizytą PIP.

Jest końcówka marca 2013 roku. Dogasa pierwsze ognisko organizowane przez ekipę. Harnasie nie powodują, że brak perspektyw znika, powodują, że człowiek o tym nie myśli. Liczą się kumple, zabawa, wspomnienia. Wielu z nich któryś rok z rzędu okłamuje innych i siebie co do swoich planów na przyszłość. Niektórzy nie mają jednak już siły. Tyle miesięcy i lat mówienia o tym samym, poklepywania się, że będzie dobrze. Wszystko to prowadzi w jedno miejsce: nigdzie. Z bezradności czasami spontanicznie rodzi się wola.

Na ognisku jeden z kumpli nie pije, przyjechał fordem transitem. Mówi, że kupił go, żeby spierdalać z tego kraju do Anglii. Tam będzie woził Polaków do roboty. Chciałby wyjechać jak najszybciej, już pojutrze, bo ma ogarniętą trasę na samych Wyspach i właśnie zaczyna się sezon. A bez sensu tracić funciaki, nie ma po co tutaj siedzieć. Pieniądze same się nie zarobią, nie od siedzenia w Polsce. Chce jechać już pojutrze! Ale trochę głupia sprawa, bo prawie wszystko wydał na samochód i nie ma już na benę, żeby dojechać na miejsce. Na Wyspach ma nagraną miejscówkę do spania, ale chciałby, żeby ktoś z nim pojechał. Marek właśnie dostał wypłatę za sprzątanie. Polska jest dla niego surowa. Nic go tu nie trzyma. Jedzie.

Poszedł do domu, przespał się z pomysłem, pozwolił piwom ulecieć z głowy. Kiedy wytrzeźwiał, idea przeszła wstępną selekcję. Nadal wydawała się całkiem atrakcyjna i możliwa do zrealizowania. Zwłaszcza że samochód był już kupiony, a kolega na imprezie trzeźwy. Tego dnia po raz pierwszy oznajmił rodzicom, że wyjeżdża. Kiedy? Jutro o piątej rano. Spakował się, wziął pieniądze, trochę kanapek, mama dała termos herbaty, ojciec dorzucił synowi kilka stów ze skarpety. Transit był biały, sypały mu się progi i miał wymienione jedne drzwi. Wewnątrz śmierdział papierosami, miał wydartą tapicerkę na przednich siedzeniach, pod nogami czerniły się plamy pamiętające ekscesy sprzed dekady poprzednich właścicieli. Był chłodny wiosenny poranek, mała miejscowość na wschodzie Polski czekała na wschód Słońca. Powietrze pachniało możliwościami, wiatr wiał z tyłu, wypychał ich z kraju. Ruszyli jaśni w poszukiwaniu nadziei i pracy, za którą można kupić sobie życie.

Kiedy dotarli na miejsce, Marek poszedł do agencji pracy. Był początek kwietnia, zaczynał się sezon dla pracowników. Po tygodniu był już w magazynie. Z ośmioma tysiącami innych Polaków. W pierwszej pracy Polacy stanowili 90 procent siły roboczej. Osiem tysięcy pracowników i na palcach jednej ręki można było policzyć tych, którzy mówią biegle po angielsku.

– Brytyjskie agencje pracy od polskich różnią się tym, że działają – mówi Marek.

Agencja wynajmuje cię większemu podmiotowi. Na przykład firmie transportowej, która posiada magazyny. Albo firmie-podwykonawcy, z którą firma transportowa podpisała umowę o administrowaniu powierzchnią logistyczną. Podmiot za twoją pracę płaci agencji 8,50 funtów za godzinę. Ty dostajesz minimalną, czyli – jeśli masz skończone 25 lat – to 7,50 za godzinę. Różnicę czardżuje agencja. To ona, według prawa, jest twoim pracodawcą. Jest zasada – ile przepracujesz, tyle dostajesz. Agencje działają według zapotrzebowania firm. Jeśli jest sezon i zapotrzebowanie na pracę, to agencje mają pozapychane grafiki, a pracownicy mają robotę. Jeśli z jakiegoś powodu jest zastój, to odczuwają go również pracownicy. Zwłaszcza w kieszeniach.

Polacy bardzo często są na końcu łańcucha pokarmowego brytyjskiego kapitalizmu. Mimo to pensja minimalna pozwala na w miarę godne życie na Wyspach. Pracując mniej więcej 40 godzin w tygodniu, masz miesięcznie jakieś 1200 funtów, czyli około 6300 złotych. Pod warunkiem że agencja układa grafik w ten sposób, żeby pracownik miał przepracowane mniej więcej osiem godzin dziennie, pięć dni w tygodniu.

Różnica między Polakami na minimalnej w Polsce a Polakami na minimalnej na Wyspach nie jest aż tak wielka jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Spłaszczają ją ceny w Wielkiej Brytanii, które są wyższe niż w Polsce. Ekonomiści wymyślili sztuczną walutę, żeby korygować te różnice. Eurostat posługuje się tak zwanym standardem siły nabywczej. Nie wnikając w szczegóły – minimalna w UK w przeliczeniu na produkty, które można za nią kupić, jest mniej więcej dwa razy wyższa niż w Polsce. To tak jakby nad Wisłą miesięcznie za jakąkolwiek pracę należało się około 4 tysięcy złotych. To mniej więcej tyle, ile wynosi średnia krajowa. A średnią i powyżej zarabia jakieś 30 procent Polaków. Jesteśmy biedni.

Problem w tym, że na Wyspach, jeżeli pracownik jest wynajmowany przez agencję, wcale nie musi zarobić właśnie tyle, pracując na minimalnej. Dlaczego? Bo dostaje godzinówkę, a nie stałą miesięczną pensję. Agencja nie ma obowiązku zapewnienia pracy.

Gdy wynajmuje cię agencja, to robisz w różnych trybach. Możesz pracować na morning shifcie: idziesz rano do tyry i wracasz o ludzkiej porze. To najlepsza rzecz, jaka może cię spotkać. Jeśli jesteś zainteresowany życiem, to możesz starać się ułożyć je jak normalny człowiek. Gorzej jest, kiedy pracujesz na night shifcie. Wtedy pracujesz w nocy, a w dzień śpisz. Możesz mieć też ustalaną pracę według grafika 4in-4off, czyli pracujesz cztery dni po 10−12 godzin, a później masz cztery dni wolnego. Najgorzej, kiedy pracujesz 4 x 4 i najpierw masz morning shifta, później wolne, później nocki, a później znowu wolne. Masz wieczny jet lag, a twoje życie towarzyskie w zasadzie nie istnieje, bo po pierwsze bardzo rzadko zdarza się, że masz wolne w tym samym czasie, kiedy twoi znajomi, a nawet jeśli tak się dzieje, to jesteś tak zmęczony, że nie masz na nic ochoty.

 

Magazyny to małe miasta przeszczepione z Polski. Pracuje w nich kilkaset albo kilka tysięcy osób, niemal wszyscy Polacy. Przełożeni wydają im po angielsku proste polecenia, kilku zwrotów idzie się nauczyć. Między sobą Polacy rozmawiają tylko po polsku. Po pracy angielski też nie jest potrzebny, bo można zaopatrzyć się w wędliny i kiełbasy w polskim sklepie. Jak mówi Marek, angielska kiełbasa ma fakturę kaszanki, a smakuje jak tektura. W biało-czerwonych sklepach są dżemy z Łowicza, makaron Lubelski i groszek tradycyjny Bonduelle, kiełbasa Olewnika, mleko Łaciate. Wszystko z polskimi etykietami w znajomych kolorach, wiesz, co jesz. Jest czekolada Wedla i nawet jeżeli nie przepadałeś za nią w kraju, to tutaj staje się ona produktem pierwszej potrzeby. Odgrzebujesz w myślach wspomnienia ze smakiem Wedla, na przykład święta albo urodziny kolegi z podstawówki, i zatapiasz się w nich jak w budyniu. Jest miękko, ciepło i bezpiecznie. Jesteś w domu. Marek mówi, że ma kolegę, który w zasadzie kupuje tylko polskie rzeczy, bo chce sobie zrobić tutaj małą Polskę. Duży facet, biceps 41 centymetrów i nie może dzwonić do mamy, bo po takim telefonie płacze przez cały dzień. Zapewne w najbliższych miesiącach będzie zjeżdżał.

Raz na jakiś czas Polacy idą na polską domówkę, gdzie pije się tyskacza z polskiego sklepu i delektuje się podwawelską, wspominając dom i kiełbasę z dzika, którą wujek kiedyś załatwił od znajomego myśliwego. W ten sposób pielęgnuje się tęsknotę i wymyśla własną, wewnętrzną ojczyznę. Rozgrzesza się realną i zapomina wszystkie upokorzenia, które na ciebie sprowadziła. Już nie wiadomo do końca, dlaczego się tu przyjechało, tak daleko od mamy. Z jednej strony to dodaje siły, z drugiej ją zabiera. Robi się rosół i schabowego z mizerią, żeby poczuć się jak w domu. Czasami całe piętra tanich domów pachną polskim jedzeniem. Tutaj ziemniaki soli się łzami.

Na domówkach marzy się o tym, co się zrobi z odłożonymi pieniędzmi. Istnieje przecież jakiś cel w tym, że zarzynasz się na tych night shiftach i mieszkasz w kilka osób w pudełku po butach. To duże wyrzeczenie. Żeby w nim wytrwać, musisz mieć marzenie do zrealizowania, trzeba je wizualizować, opowiadać samemu sobie, żeby było na tyle realne, aby chciało ci się znosić to wszystko.

Wielu tutaj istnieje w zawieszeniu, nie chciała ich Polska, Anglię boją się poznać. Kokon budują z ziemi ojczystej lepionej ciągle na nowo, wewnątrz siebie, karmiąc się jedzeniem z polskich sklepów, pojąc polskimi piwami. Na Wyspach część Polaków symuluje Polskę. Latami nie uczą się języka, nie uczestniczą w rytualnych spotkaniach w pubie. Udają, że na zewnątrz nie ma Anglii.

Marek nie do końca wie, dlaczego tak się dzieje. Może trochę ze strachu. Może z wygody. Przecież ludzie w Polsce przyjeżdżający z mniejszego miasta do większego też tworzą małe diaspory, rozmawiają o pubach w swoich rodzinnych Giżyckach, o wspólnych znajomych, o koncertach kapel, które zostały w miasteczkach lub które się rozpadły, bo ludzie rozjechali się do innych miast albo do roboty na magazynie w Bedford. A może dlatego, że po prostu można tak żyć. Jeśli w Anglii potrzebujesz załatwić sprawę urzędową, to zawsze znajdziesz kogoś, kto pomoże. Wśród znajomych jest ktoś, kto zna angielski, a jeśli nie wśród znajomych, to wśród znajomych znajomych. Na przykład Marek, który studiował anglistykę. Jest komunikatywny i mówi, że jego znajomość angielskiego zaowocowała tym, że musiał zrezygnować z Polaków.

Teraz ma znajomych głównie Brytyjczyków. W pewnym momencie spostrzegł, że znajomi z kraju znali jego grafik z pracy lepiej niż on, orientowali się, kiedy miał wolne, kiedy miał urlop. Do 12.00 każdego wolnego dnia odbierał kilka telefonów z prośbami o pomoc. Czasami trzeba było przetłumaczyć coś w councilu, czasami załatwić jakąś sprawę z pośrednikiem mieszkaniowym. Do pewnego czasu bardzo miło jest pomagać. Jednak im dłużej to trwa, tym bardziej męczy. Przysługi przeistaczają się w obowiązki. A im bardziej Marek był obowiązkowy, tym więcej osób dowiadywało się o jego obowiązkowości i tym bardziej wydłużały się kolejki osób proszących o przysługę. Coraz częściej wiązało się to z emocjonalnymi szantażami. I co? Polakowi nie pomożesz? Polakowi nie pomożesz, czujesz się, kurwa, lepszy, że znasz ten angielski!? Taki, kurwa, ziomek jesteś, może z ciapakami trzymasz, kozojebcami? Ubogaciłeś się już kulturowo, he, he. Pies cię jebał, znajdę kogoś innego, kto mi pomoże. Prawdziwego Polaka, który pomoże swojemu, a nie że jak ma tutaj kolegę Murzyna i zna ten, kurwa, angielski, to się na swoich wypina, sra wyżej, niż dupę ma. Fajnie jest się czuć takim superważnym?

Marek nie ukrywa, że czuje się trochę bardziej wolny, od kiedy nie musi załatwiać za ludzi rzeczy. Ma więcej czasu na swoje życie. Ma mniej hałasu w głowie. Już nie zajmują go wyrzuty sumienia wzbudzane przez znajomych znajomych, którym trzeba pomóc, bo mają swoje powody, żeby nie nauczyć się języka. Marek tego nie ocenia, ale czuje ulgę.

W 2002 roku na Wyspach mieszkały 24 tysiące naszych rodaków, pod koniec 2004, czyli w roku otwarcia rynku – mieszkało 150 tysięcy. Do 2007 roku na Wyspach było już 700 tysięcy Polaków. Od 2014 roku do Wielkiej Brytanii zaczęli masowo napływać Rumuni – otworzono dla nich granicę. Miał miejsce ten sam mechanizm, który obserwowaliśmy w Polsce w momencie, gdy Brytyjczycy otworzyli się na emigrację z Polski. Od kilku lat coraz częściej w fabrykach i magazynach słychać język rumuński. Oni również często nie potrafią mówić po angielsku.

– Wiadomo, jaka jest opinia Polaków o Rumunach – mówi Marek.

Mieszkał kiedyś z Rumunami – jedna para i chłopak. Spotykali się głównie w korytarzu i mówili do siebie „Hi”. Trudno było znaleźć okoliczność, żeby pogadać dłużej, każdy pracował na swoje małe marzenia, każdy zmęczony, a do tego ciągły przekładaniec – night shifty, morning shifty, 4off-4in. W końcu udało się wspólnie wypić wódkę.

– Oni są bardzo podobni do nas. Dla mnie Rumunia to taka Polska 2. Mamy z nimi znacznie więcej wspólnego niż z Anglikami – przekonuje Marek. – Mówi się o nich, że to złodzieje. Ale o Polakach też tutaj mówi się, że złodzieje. Tak jak Polacy na Wyspach nie lubią Polaków, tak Rumuni nie lubią Rumunów.

Ale to nie wszystko. Rumuni i Polacy zaludniają magazyny, fabryki, pracują poniżej kwalifikacji. Bo emigranci zazwyczaj pracują poniżej kwalifikacji. I za niższe stawki niż miejscowi. My mamy o to pretensje do Brytyjczyków, ale w Polsce robimy to samo – Ukraińcy w Polsce zarabiają jedną trzecią mniej niż Polacy. Nie dlatego, że są gorzej wykształceni. Dlatego, że taka jest dola migranta. Zazwyczaj pracują w tych miejscach, w których miejscowi nie chcą pracować, bo są przyzwyczajeni do wyższego standardu życia, bo cenią sobie stabilność, która nie jest najważniejszą wartością dla osób przyjeżdżających. Migranci nie tęsknią za stabilnością, bo w swoich krajach nigdy jej nie zaznali. Tak samo jak zarobków na poziomie minimalnej brytyjskiej. W ich rodzinnych miejscowościach w Polsce, a tym bardziej w Rumunii, pieniądze tutejszego magazyniera zarabiali najwięksi ludzie sukcesu. To wyznacza perspektywy, rysuje osie wyobrażeń i aspiracje. To nie Wielka Brytania jest punktem odniesienia. Nie może być, skoro udaje się, że jej nie ma. Punktem odniesienia jest Przemyśl albo Hajnówka, albo Mońki, albo Szydłowiec. Kiedy patrzy się tam, a później patrzy się na konto, to można siebie uznać za człowieka sukcesu.

Inne książki tego autora