Księga herbaty

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Oka­ku­ra Kakuzō

Księ­ga her­ba­ty

prze­ło­ży­ła Ma­ria Kwie­cień­ska-Dec­ker

wpro­wa­dze­nie Ur­szu­la Mach-Bry­son

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

Kra­ków 2017

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Wpro­wadze­nie

Ist­nie­ją książ­ki, któ­re prze­ży­wa­ją i przy­ćmie­wa­ją swo­ich au­to­rów. Tak wła­śnie jest z Księ­gą her­ba­ty. Jej au­tor to oso­ba nie­zwy­kle za­słu­żo­na dla ja­poń­skiej hi­sto­rii sztu­ki i jej obec­no­ści w świe­cie. Oka­ku­ra Ten­shin – bo pod tym ar­ty­stycz­nym pseu­do­ni­mem jest le­piej zna­ny w Ja­po­nii – był wy­bit­nym dziec­kiem swo­ich cza­sów. Kry­tyk sztu­ki, eru­dy­ta, es­te­ta i ese­ista, wal­czył o za­cho­wa­nie i roz­wój sztu­ki ja­poń­skiej w nie­przy­ja­znym dla niej okre­sie trans­for­ma­cji kra­ju. Uro­dził się w Yoko­ha­mie 26 grud­nia 2 ro­ku ery Bunkyū (rok 1862), za pa­no­wa­nia zde­cy­do­wa­nie an­ty­cu­dzo­ziem­skie­go ce­sa­rza Kōmeia. Nie mi­nę­ła jesz­cze na­wet de­ka­da, od kie­dy w 1853 ro­ku ko­mo­dor Mat­thew C. Per­ry, bu­dząc trwo­gę na uli­cach Edo, wpły­nął do cie­śni­ny Ura­ga na cze­le czte­rech pa­ro­wo-ża­glo­wych „czar­nych okrę­tów”, czy­niąc tym sa­mym Sta­ny Zjed­no­czo­ne spraw­cą te­go, cze­go od ćwierć ty­siąc­le­cia nikt nie mógł do­ko­nać – otwar­cia Ja­po­nii dla resz­ty świa­ta. Cho­ciaż po­dej­mo­wa­no pró­by po­wro­tu do sta­re­go po­rząd­ku, raz roz­po­czę­te­go pro­ce­su nie da­ło się już za­trzy­mać. Oka­ku­ra był mło­dziut­kim świad­kiem te­go, jak na tron wstą­pił Mut­su­hi­to (po­śmiert­nie Me­iji), któ­ry stał się sym­bo­lem mo­der­ni­za­cji i no­wo­cze­sno­ści Ja­po­nii. Mut­su­hi­to prze­niósł ce­sar­ski dwór ze sta­ro­mod­ne­go Kio­to do Edo, do­tych­cza­so­wej sie­dzi­by sio­gu­nów To­ku­ga­wa. Oka­ku­ra do­ra­stał nie­da­le­ko, w sto­łecz­nym te­raz por­cie, i wi­dział, jak Edo po ce­sar­skiej prze­pro­wadz­ce prze­kształ­ci­ło się w Tōkyō – Wschod­nią Sto­li­cę. O tym, że Oka­ku­ra żył w cza­sach wiel­kich prze­mian, świad­czy fakt, że w źró­dłach czę­sto po­ja­wia się al­ter­na­tyw­na da­ta je­go uro­dzin, 14 lu­te­go 1863 ro­ku. Wy­ni­ka­ło to z ofi­cjal­nej zmia­ny ka­len­da­rza – ze sło­necz­no-księ­ży­co­we­go na gre­go­riań­ski – w li­sto­pa­dzie 1872 ro­ku. Cho­ciaż no­wy ka­len­darz był znacz­nie ła­twiej­szy w uży­ciu, je­go wpro­wa­dze­nie wy­wo­ła­ło nie­ma­łe za­mie­sza­nie.

W ob­li­czu no­wej rze­czy­wi­sto­ści po­li­tycz­nej ro­dzi­na Oka­ku­ry, świa­tła i idą­ca z du­chem cza­su, za­dba­ła o je­go od­po­wied­nie wy­cho­wa­nie. Od naj­młod­szych lat uczył się an­giel­skie­go. Naj­pierw, jesz­cze w Yoko­ha­mie, pod okiem ame­ry­kań­skie­go na­uczy­cie­la, póź­niej – po prze­pro­wadz­ce do To­kio w 1873 ro­ku – w To­kij­skiej Szko­le Ję­zy­ków Ob­cych. W wie­ku lat pięt­na­stu roz­po­czął stu­dia na Uni­wer­sy­te­cie To­kij­skim, gdzie ja­ko stu­dent Wy­dzia­łu Li­te­ra­tu­ry zgłę­biał fi­lo­zo­fię, hi­sto­rię, li­te­ra­tu­rę chiń­ską i za­chod­nią. Dwu­ję­zycz­ny Oka­ku­ra był do­wo­dem na so­lid­ność i sku­tecz­ność edu­ka­cji wcze­sne­go okre­su Me­iji. Po pierw­szym za­chły­śnię­ciu się Za­cho­dem na­stą­pi­ło roz­luź­nie­nie w na­ucza­niu ję­zy­ka an­giel­skie­go, co w póź­niej­szym okre­sie utrud­ni­ło lub wręcz unie­moż­li­wi­ło za­chod­nim na­uczy­cie­lom aka­de­mic­kim pra­cę z ja­poń­ski­mi stu­den­ta­mi. Oka­ku­ra był jed­nak do ta­kich kon­tak­tów świet­nie przy­go­to­wa­ny. Na stu­diach za­przy­jaź­nił się ze swo­im wy­kła­dow­cą, Er­ne­stem Fran­ci­skiem Fe­nol­lo­są, Ame­ry­ka­ni­nem, któ­ry wpraw­dzie przy­je­chał do Ja­po­nii ja­ko pro­fe­sor eko­no­mii po­li­tycz­nej, ale szyb­ko po­sze­rzył swo­je za­in­te­re­so­wa­nia o es­te­ty­kę i sztu­kę Wscho­du. Po­łą­czy­ła ich pa­sja dla sztu­ki ja­poń­skiej i chęć jej obro­ny przed za­gra­ża­ją­cą ze­wsząd okcy­den­ta­li­za­cją. Oka­ku­ra ukoń­czył stu­dia w 1880 ro­ku i za­trud­nił się w ja­poń­skim Mi­ni­ster­stwie Edu­ka­cji, pier­wot­nie w Wy­dzia­le Mu­zy­ki, ale już dwa la­ta póź­niej w Sek­cji do spraw Spe­cjal­nych Za­dań Edu­ka­cyj­nych. W 1886 ro­ku ja­ko czło­nek Ko­mi­te­tu do spraw Edu­ka­cji w Sztu­ce zo­stał wraz z Fe­nol­lo­są wy­sła­ny na koszt rzą­du do Eu­ro­py i Sta­nów Zjed­no­czo­nych, aby na miej­scu ba­dać za­chod­nie me­to­dy na­ucza­nia sztu­ki oraz gro­ma­dze­nia i prze­cho­wy­wa­nia mu­ze­al­nych zbio­rów. Je­go wy­śmie­ni­te wy­kształ­ce­nie w dzie­dzi­nie hi­sto­rii, fi­lo­zo­fii oraz sztu­ki ja­poń­skiej i orien­tal­nej zo­sta­ło wzbo­ga­co­ne o grun­tow­ną zna­jo­mość za­chod­niej me­to­do­lo­gii.

Za­wią­za­na w trak­cie stu­diów przy­jaźń Oka­ku­ry z Fe­nol­lo­są ewo­lu­owa­ła i z re­la­cji mi­strza i ucznia prze­kształ­ci­ła się we wspól­ną pra­cę na rzecz spra­wy, któ­rą oby­dwaj uwa­ża­li za pa­lą­cą. Wpro­wa­dzo­ny przez rząd Me­iji roz­dział re­li­gii i pań­stwa po­zba­wił chra­my i świą­ty­nie pań­stwo­wej opie­ki, dla­te­go na­le­ża­ło na­tych­miast roz­po­cząć dzia­ła­nia. Bez­cen­ne dzie­dzic­two, szcze­gól­nie okre­sów Na­ra (710–794) i He­ian (794–1185), nie wzbu­dza­ło w kra­ju żad­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia, by­ło trwo­nio­ne i wy­prze­da­wa­ne za bez­cen. Ja­poń­ska sztu­ka nie do­cie­ra­ła do nie­dba­ją­ce­go o nią, za­ję­te­go no­win­ka­mi z Za­cho­du od­bior­cy. Ty­le by­ło do zro­bie­nia w spra­wie ba­da­nia, po­zna­wa­nia i opi­sy­wa­nia ro­dzi­mej sztu­ki, in­for­mo­wa­nia o jej war­to­ści i ła­ja­nia za opie­szal­stwo w za­cho­wy­wa­niu bez­cen­nych za­byt­ków! W przy­ja­znych pro­gach Uni­wer­sy­te­tu To­kij­skie­go kil­ku in­te­lek­tu­ali­stów i lu­dzi sztu­ki, Ja­poń­czy­ków i ob­co­kra­jow­ców, za­an­ga­żo­wa­ło się w tę wal­kę, gro­ma­dząc się wo­kół dwóch ame­ry­kań­skich pro­fe­so­rów: Fe­nol­lo­sy i zoo­lo­ga Edwar­da Syl­we­stra Mor­se’a – że­by do­peł­nić ob­ra­zu osób od­po­wie­dzial­nych za roz­wój ja­poń­skiej ar­che­olo­gii. Ja­poń­skim men­to­rem gru­py był Kanō Hōgai, je­den z ostat­nich ma­la­rzy wy­bit­nej szko­ły Kanō. Człon­ko­wie Kan­ga-kai (Sto­wa­rzy­sze­nie Ko­ne­se­rów Ma­lar­stwa), jak sa­mi sie­bie na­zy­wa­li, do­pro­wa­dzi­li do po­wsta­nia Pań­stwo­wej Szko­ły Ar­ty­stycz­nej, Mu­zeum Na­ro­do­we­go i Ko­mi­te­tu do spraw Za­cho­wa­nia Dzie­dzic­twa Kul­tu­ro­we­go, w któ­rym Oka­ku­ra dzia­łał do swo­ich ostat­nich dni. Po­śmiert­nie wy­da­ne Epochs of Chi­ne­se and Ja­pa­ne­se Art Fe­nol­lo­sy, cho­ciaż póź­niej po­wsta­ły bar­dziej sys­te­ma­tycz­ne opra­co­wa­nia te­ma­tu, do dziś jest klu­czo­wą po­zy­cją dla osób za­in­te­re­so­wa­nych sztu­ką Wscho­du.

O tym, w jak sza­lo­nych cza­sach dzia­ła­li na­si bo­ha­te­ro­wie, świad­czy pew­na aneg­do­ta. Gdy upo­waż­nio­na do te­go przez rząd gru­pa dzia­ła­czy na rzecz ja­poń­skie­go dzie­dzic­twa: Mor­se, Fe­nol­lo­sa, a tak­że je­go przy­ja­ciel, Wil­liam Stur­gis Bi­ge­low, od­wie­dzi­ła Shōsō-in, za­ło­żo­ny w ósmym wie­ku skar­biec Tōdai-ji, świą­ty­ni skry­wa­ją­cej po­sąg Wiel­kie­go Bud­dy w Na­rze, przy oka­zji tej nie­zwy­kłej wi­zy­ty po­da­ro­wa­no im odłam­ki ce­ra­mi­ki, dziś praw­do­po­dob­nie je­dy­ne eks­po­na­ty po­cho­dzą­ce z Shōsō-in, któ­rych w nim brak. Za­moż­ny Bi­ge­low sku­po­wał wska­zy­wa­ne przez przy­ja­ciół ko­ne­se­rów, wy­prze­da­wa­ne za bez­cen dzie­ła sztu­ki, two­rząc ko­lek­cję, któ­ra z cza­sem sta­ła się kor­pu­sem zbio­rów sztu­ki orien­tal­nej Bo­stoń­skie­go Mu­zeum Sztuk Pięk­nych, do dziś na­le­żą­cych do naj­bo­gat­szych na świe­cie.

Oka­ku­ra, nie­zwy­kle za­an­ga­żo­wa­ny w spra­wę za­cho­wy­wa­nia i in­wen­ta­ry­zo­wa­nia dzieł ja­poń­skiej sztu­ki, rów­nie od­da­ny był pe­da­go­gi­ce. W ro­ku 1887 za­ło­żył pań­stwo­wą To­kij­ską Szko­łę Sztuk Pięk­nych, ukie­run­ko­wa­ną na kształ­ce­nie ro­dzi­mych ar­ty­stów two­rzą­cych w ja­poń­skim sty­lu. Trzy la­ta póź­niej zo­stał jej dru­gim dy­rek­to­rem. Rów­no­cze­śnie pra­co­wał dla Mu­zeum Na­ro­do­we­go. Szko­ła sta­ła się al­ma ma­ter dla póź­niej­szych wiel­kich na­zwisk w dzie­dzi­nie ja­poń­skie­go ma­lar­stwa, ni­hon­ga, jak Yokoy­ama Ta­ikan, Shi­mo­mu­ra Kan­zan czy Hi­shi­da Shunsō. W 1898 ro­ku opu­ścił pla­ców­kę (ode­szła z nim zna­czą­ca część ka­dry) i wraz z nie­daw­ny­mi ucznia­mi, Hi­shi­dą i Yokoy­amą, za­ło­żył Nip­pon Bi­jut­su-in (Ja­poń­ską Aka­de­mię Sztuk Pięk­nych).

Azja­tyc­kie spo­tka­nia Oka­ku­ry umoc­ni­ły go w prze­ko­na­niu o nie­zrów­na­nej ran­dze du­cho­wo­ści i ar­ty­stycz­nej wraż­li­wo­ści Wscho­du. Wi­zy­ty w Chi­nach (pierw­szą od­był w 1893 ro­ku na po­le­ce­nie dwo­ru ce­sar­skie­go) po­zwo­li­ły mu na ob­co­wa­nie z ludź­mi sztu­ki i naj­więk­szy­mi dzie­ła­mi kul­tu­ry, w wie­lu aspek­tach pier­wot­nej wo­bec kul­tu­ry ja­poń­skiej. Ni­czym sty­pen­dy­ści ja­poń­scy od siód­me­go do dzie­wią­te­go wie­ku wy­sy­ła­ni do Chin po mą­drość po­trzeb­ną do bu­do­wa­nia kra­ju, kentōshi, Oka­ku­ra wy­pra­wił się na kon­ty­nent po ta­jem­ną wie­dzę – tym ra­zem o sztu­ce orien­tal­nej. Szko­li­ło się też je­go oko. Ko­lej­nym waż­nym dla Oka­ku­ry kie­run­kiem by­ły In­die, któ­re od­wie­dził po raz pierw­szy w 1902 ro­ku. Ugo­ścił go wów­czas w swo­im do­mu w Kal­ku­cie po­eta fi­lo­zof Ra­bin­dra­nath Ta­go­re. Nie­mal ró­wie­śni­cy, po­czu­li za­pew­ne po­kre­wień­stwo dusz. Na pa­miąt­kę te­go spo­tka­nia Oka­ku­ra otrzy­mał od Ta­go­re­go skrom­ny

po­da­ru­nek – wy­so­ką cy­lin­drycz­ną in­dyj­ską czap­kę. Wy­star­cza­ją­co eks­tra­wa­ganc­kie w ja­poń­skim czy za­chod­nim kon­tek­ście na­kry­cie gło­wy spodo­ba­ło się Oka­ku­rze, któ­ry miał sła­bość do ta­kich nie­ty­po­wych ak­ce­so­riów. Tę aku­rat czap­kę mo­że­my zo­ba­czyć na naj­słyn­niej­szym por­tre­cie Oka­ku­ry pędz­la wy­cho­wan­ka To­kij­skiej Szko­ły Sztuk Pięk­nych, Shi­mo­mu­ry Kan­za­na. Za­du­ma­ny nad ka­li­gra­fo­wa­nym tek­stem Ja­poń­czyk, o cięż­kich po­wie­kach i nie­mal su­mia­stym buj­nym wą­sie, w au­rze do­sto­jeń­stwa wa­ży w dło­ni pa­lą­ce­go się pa­pie­ro­sa. Po­stać ema­nu­je at­mos­fe­rą nie­wy­mu­szo­nej, niech to nie bę­dzie Oka­ku­rze po­czy­ta­ne za ska­zę, wyż­szo­ści. To wy­wyż­sze­nie za­pew­ne zna­ne jest do­brze każ­de­mu ba­da­czo­wi pa­trzą­ce­mu na spra­wy współ­cze­snych ze swo­jej wie­ży z ko­ści sło­nio­wej. Wie­lo­war­stwo­wa sza­ta Oka­ku­ry, przy­wo­łu­ją­ca na myśl strój ary­sto­kra­ty z daw­nych wie­ków, tak­że bu­do­wa­ła je­go wi­ze­ru­nek eks­cen­trycz­ne­go eru­dy­ty. W po­łą­cze­niu z czap­ką, ko­ja­rzą­cą się z na­kry­ciem gło­wy chiń­skie­go urzęd­ni­ka z okre­su Tang, utrwa­lo­ną na jed­nym z za­cho­wa­nych zdjęć Oka­ku­ry, da­wa­ła ob­raz iście „chiń­skie­go tao­isty”. Z bły­skiem w oku, po­ry­wa­ją­cy i za­bój­czo elo­kwent­ny – tak za­pa­mię­ta­li go ucznio­wie.

 

W po­szu­ki­wa­niu fun­du­szy na dzia­łal­ność za­ło­żo­nej przez sie­bie aka­de­mii, wie­dzio­ny my­ślą, że sprze­daż ja­poń­skich dzieł sztu­ki ame­ry­kań­skim ko­lek­cjo­ne­rom wspo­mo­że aka­de­mię, fi­nan­so­wa­ną tak­że przez Bi­ge­lo­wa, Oka­ku­ra tra­fił do Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Tak roz­po­czął się bo­stoń­ski etap je­go ży­cia. List po­le­ca­ją­cy od ame­ry­kań­skie­go ma­la­rza Joh­na La Far­ge’a, któ­ry praw­do­po­dob­nie pa­mię­tał Oka­ku­rę ze swo­jej po­dró­ży do Ja­po­nii w 1886 ro­ku, otwo­rzył ja­poń­skiej de­le­ga­cji po­dwo­je bo­stoń­skie­go sa­lo­nu ar­ty­stycz­ne­go Isa­bel­li Gard­ner. To za­pew­ni­ło po­wo­dze­nie wy­staw i au­kcji przy­wie­zio­nych z Ja­po­nii dzieł. Z po­par­ciem Isa­bel­li Gard­ner i La Far­ge’a bry­lu­ją­cy w bo­stoń­skim świe­cie kry­ty­ki sztu­ki Oka­ku­ra do­stał pro­po­zy­cję pra­cy z Bo­stoń­skie­go Mu­zeum Sztuk Pięk­nych. Pra­co­wał tam od ro­ku 1906, przez pierw­sze la­ta ja­ko do­rad­ca, po­tem ja­ko ku­ra­tor zbio­rów sztu­ki orien­tal­nej. Był to okres je­go nad­ludz­kie­go wy­sił­ku w opra­co­wy­wa­niu zbio­rów, nie­ustan­nym ko­lek­cjo­no­wa­niu dzieł, któ­re wią­za­ło się z po­dró­ża­mi po Azji i Eu­ro­pie. Nie bę­dzie chy­ba nad­uży­ciem stwier­dze­nie, że bo­stoń­skie zbio­ry sztu­ki orien­tal­nej swój po­ziom w du­żej mie­rze za­wdzię­cza­ją Oka­ku­rze. Po­mi­mo suk­ce­sów, ja­kie od­no­sił na ob­cej zie­mi, ni­g­dy nie za­po­mniał o Ja­po­nii. Miesz­ka­ły tam je­go żo­na i dzie­ci, a on sam chęt­nie wra­cał do do­mu w ma­leń­kiej ry­bac­kiej osa­dzie Izu­ra. Zmarł 2 wrze­śnia 1913 ro­ku w Aka­ku­rze, pod­czas jed­nej z wie­lu po­dró­ży do ro­dzin­ne­go kra­ju.

Aby uzu­peł­nić ten krót­ki rys bio­gra­ficz­ny, war­to jesz­cze, z my­ślą przede wszyst­kim o czy­tel­ni­ku nie­zna­ją­cym ję­zy­ka, wspo­mnieć o pseu­do­ni­mie Oka­ku­ry, tak po­pu­lar­nym w świe­cie ja­poń­skich lu­dzi sztu­ki nom d’ar­ti­ste. Pseu­do­ni­my ta­kie, z ja­poń­skie­go gō, naj­czę­ściej skła­da­ją się z dwóch ide­ogra­mów. Ich do­bór jest nie­zmier­nie waż­ny, gdyż brzmie­nie i su­ge­ro­wa­ne zna­cze­nia po­win­ny od­da­wać cha­rak­ter wła­ści­cie­la i je­go twór­czo­ści. Dla­te­go też ar­ty­ści czę­sto wy­pró­bo­wy­wa­li kil­ka, za­nim przy­lgnę­ło do nich jed­no imię. Wy­mie­nie­ni wcze­śniej ma­la­rze, ucznio­wie i przy­ja­cie­le Oka­ku­ry, zna­ni są pod swo­imi ar­ty­stycz­ny­mi imio­na­mi: Shunsō czy Kan­zan. Ten­shin za­pi­sy­wa­ne jest dwo­ma ide­ogra­ma­mi ozna­cza­ją­cy­mi ten – nie­bio­sa i shin – ser­ce, umysł. A więc Oka­ku­ra „Ser­ce Nie­bios”? Po­nie­waż po­dob­ne­go imie­nia nie spo­sób do­kład­nie prze­ło­żyć, a po­łą­cze­nie ide­ogra­mów ma w za­ło­że­niu sze­ro­ki za­kres zna­cze­nio­wy i po­zo­sta­wia miej­sce na in­dy­wi­du­al­ną in­ter­pre­ta­cję, niech czy­tel­nik sam – mo­że po lek­tu­rze książ­ki? – za­sta­no­wi się nad god­nym tłu­ma­cze­niem.

Oka­ku­ra Ten­shin po­zo­sta­wił po so­bie tak­że pi­sar­ski do­ro­bek. Są to hi­sto­rycz­ne za­pi­ski, ar­ty­ku­ły, roz­wa­ża­nia fi­lo­zo­ficz­ne, ese­je, wier­sze, a na­wet pró­ba dra­ma­tu. Dla dzi­siej­szych hi­sto­ry­ków ja­poń­skiej sztu­ki wciąż po­ży­tecz­ne są je­go no­tat­ki o świą­ty­niach i ich skar­bach. Na­pi­sał wie­le ar­ty­ku­łów po­świę­co­nych hi­sto­rii sztu­ki dla ja­poń­skie­go pe­rio­dy­ku „Kok­ka”, za­ło­żo­ne­go w 1889 ro­ku. Je­go pierw­sza pu­bli­ka­cja w ję­zy­ku an­giel­skim, The Ide­als of the East, za­in­spi­ro­wa­na roz­mo­wa­mi z Ta­go­rem, na­pi­sa­na w ro­ku 1903, rok póź­niej uka­za­ła się w Lon­dy­nie. Rów­nież w 1904 ro­ku w No­wym Jor­ku wy­da­no je­go dru­gą an­glo­ję­zycz­ną pu­bli­ka­cję, The Awa­ke­ning of Ja­pan. Kie­dy pi­szę te sło­wa, przede mną le­ży na sto­le opra­wio­ny w bla­do­gra­na­to­we płót­no pol­ski prze­kład, 19. tom Bi­blio­te­ki Ty­go­dni­ka Il­lu­stro­wa­ne­go, wy­da­ny na­kła­dem Ge­be­th­ne­ra i Wolf­fa w 1905 ro­ku: Prze­bu­dze­nie się Ja­po­nii. Trze­cie i naj­sław­niej­sze, nie­tra­cą­ce do dziś na ak­tu­al­no­ści, an­glo­ję­zycz­ne dzie­ło Oka­ku­ry to The Bo­ok of Tea

z 1906 ro­ku. W „Wia­do­mo­ściach Li­te­rac­kich” z 1924 ro­ku moż­na zna­leźć no­tat­kę o pla­no­wa­nych no­wych po­zy­cjach wy­daw­nic­twa Phi­lo­bi­blon, wśród któ­rych fi­gu­ru­je też Księ­ga o her­ba­cie Oka­ku­ry Kakuzō. Ten prze­kład jed­nak z wi­ny tłu­ma­cza, a mo­że wy­daw­nic­twa, po pro­stu nie do­szedł do skut­ku. Księ­ga her­ba­ty po raz pierw­szy tra­fi­ła do pol­skie­go czy­tel­ni­ka w 1986 ro­ku na­kła­dem Pań­stwo­we­go In­sty­tu­tu Wy­daw­ni­cze­go. W ro­ku 2004 zo­sta­ła wzno­wio­na przez kra­kow­ską Etiu­dę.

Kie­dy Oka­ku­ra Ten­shin pi­sał Księ­gę her­ba­ty, praw­do­po­dob­nie nie my­ślał o jej wy­da­wa­niu. Pierw­szy szkic po­wstał ja­ko no­tat­ki do wy­stą­pień dla garst­ki wy­brań­ców, śmie­tan­ki bo­stoń­skie­go świa­ta es­te­tów, fi­lo­zo­fów i lu­dzi sztu­ki, gro­ma­dzą­cych się w sa­lo­nie ar­ty­stycz­nym Isa­bel­li Gard­ner, „Kró­lo­wej Bo­sto­nu”, w jej po­sia­dło­ści w Fen­way Co­urt. Jak­że ezo­te­rycz­nie mu­siał brzmieć ten pa­ne­gi­ryk dum­ne­go, eks­cen­trycz­ne­go Ja­poń­czy­ka wy­gło­szo­ny po­zor­nie na cześć od­wiecz­ne­go ja­poń­skie­go ry­tu­ału. Uważ­ne ucho mo­gło jed­nak wy­ło­wić, że Oka­ku­ra użył sztu­ki her­ba­cia­nej je­dy­nie do za­ry­so­wa­nia ram, w któ­re pra­gnął ująć du­cha Wscho­du. Gdy­by głów­nym te­ma­tem uczy­nić

wa­bi­cha – wy­ro­słą z zen ja­poń­ską sztu­kę her­ba­ty hoł­du­ją­cą ide­ało­wi pięk­na szla­chet­ne­go ubó­stwa – by­ła­by to już in­na opo­wieść. Na po­cząt­ku uczest­ni­cy spo­tkań w Fen­way Co­urt, za­pew­ne za­sko­cze­ni su­ge­styw­no­ścią i eg­zal­to­wa­nym to­nem wy­po­wie­dzi, usły­sze­li coś jesz­cze: szcze­ry i głę­bo­ki wy­kład na te­mat wza­jem­nych wpły­wów, nie­po­ro­zu­mień, in­spi­ra­cji i uchy­bień Wscho­du i Za­cho­du, za­pra­wio­ny nu­tą go­ry­czy z po­wo­du nie­zro­zu­mie­nia dla wschod­nich war­to­ści i nu­tą ro­man­tycz­ne­go pa­na­zja­ty­zmu. Obie zrzuć­my na karb cza­sów. Na­wet Oka­ku­ra mu­siał­by dziś z apro­ba­tą po­ki­wać gło­wą nad po­stę­pu­ją­cym, cza­sem nie­oczy­wi­stym, pod­skór­nym prze­ni­ka­niem się nie­gdyś roz­dziel­nych świa­tów. Ze­bra­ne i na no­wo uło­żo­ne no­tat­ki zo­sta­ły wy­da­ne w 1906 ro­ku w Bo­sto­nie i od te­go cza­su książ­ka, tłu­ma­czo­na na wie­le ję­zy­ków, ba!, na­wet na ja­poń­ski, tra­fia do ko­lej­nych od­bior­ców. Obec­ne wy­da­nie to spo­tka­nie wiecz­nie mło­dej Księ­gi her­ba­ty z no­wym po­ko­le­niem pol­skich czy­tel­ni­ków. Znów bę­dzie prze­ka­zy­wa­na z rę­ki do rę­ki, z za­pew­nie­niem, że to zło­ty prze­pis na peł­niej­sze by­cie w świe­cie. Wiem, bo sa­ma w po­dob­ny spo­sób się z nią ze­tknę­łam. I tak od stu je­de­na­stu lat Księ­ga her­ba­ty skrom­nie i ci­chut­ko do­cie­ra do nie­zmien­nie zmę­czo­nych ma­te­ria­li­zmem lu­dzi Za­cho­du, nie­usta­ją­co po­szu­ku­ją­cych we Wscho­dzie du­cho­we­go od­ro­dze­nia. Wschód i Za­chód znów spo­ty­ka­ją się nad czar­ką. Po­zo­sta­je nam usłu­chać za­wo­ła­nia mi­strza zen Jōshū: Kis­sa­ko!

Po pro­stu, na­pij się her­ba­ty!

Ur­szu­la Mach-Bry­son

War­sza­wa, 13 lu­te­go 2017

Księ­ga her­ba­ty

Fi­li­żan­ka czło­wie­czeń­stwa

Her­ba­ta by­ła po­cząt­ko­wo le­kiem, a do­pie­ro po­tem prze­ro­dzi­ła się w na­pój. W VIII wie­ku w Chi­nach ja­ko jed­na z to­wa­rzy­skich roz­ry­wek wkro­czy­ła w do­me­nę po­ezji. W XV stu­le­ciu Ja­po­nia no­bi­li­to­wa­ła ją, two­rząc her­ba­te­izm – swo­isty kult es­te­ty­zmu. Her­ba­te­izm jest kul­tem pięk­na, któ­re da­je się od­na­leźć w co­dzien­nej, sza­rej eg­zy­sten­cji. Wdra­ża nam po­czu­cie czy­sto­ści i har­mo­nii, ta­jem­ni­cę wza­jem­nej życz­li­wo­ści i ro­man­ty­zmu ła­du spo­łecz­ne­go. W isto­cie swej jest uwiel­bie­niem Nie­do­sko­na­ło­ści, nie­śmia­łą pró­bą osią­gnię­cia cze­goś zno­śne­go w na­szym nie­zno­śnym ży­ciu.

Fi­lo­zo­fia her­ba­ty nie jest es­te­ty­zmem w zwy­kłym zna­cze­niu te­go sło­wa, wspól­nie bo­wiem z ety­ką i re­li­gią wy­ra­ża ca­ły nasz spo­sób wi­dze­nia czło­wie­ka i na­tu­ry. Jest hi­gie­ną, gdyż zmu­sza nas do czy­sto­ści; eko­no­mią, bo uczy, że w pro­sto­cie, a nie w zło­żo­no­ści i prze­py­chu, zna­leźć moż­na wy­go­dę; mo­ral­ną geo­me­trią, po­nie­waż okre­śla na­sze po­czu­cie pro­por­cji w sto­sun­ku do wszech­świa­ta. Wy­ra­ża praw­dzi­we­go du­cha de­mo­kra­cji Wscho­du, czy­niąc wszyst­kich swych wy­znaw­ców ary­sto­kra­ta­mi sma­ku.

Dłu­go­trwa­ła izo­la­cja Ja­po­nii od resz­ty świa­ta, tak bar­dzo sprzy­ja­ją­ca in­tro­spek­cji, przy­czy­ni­ła się znacz­nie do roz­wo­ju her­ba­te­izmu. Na­sze dom i zwy­cza­je, ubiór i kuch­nia, por­ce­la­na i la­ka, ma­lar­stwo, na­sza li­te­ra­tu­ra wresz­cie – ule­gły je­go wpły­wom. Ba­dacz kul­tu­ry ja­poń­skiej nie mo­że za­po­mnieć o je­go ist­nie­niu. Her­ba­te­izm prze­nik­nął do ary­sto­kra­tycz­nych re­zy­den­cji i do sie­dzib bie­do­ty. Na­si chło­pi na­uczy­li się ukła­dać bu­kie­ty kwiet­ne, na­si naj­uboż­si wy­rob­ni­cy – czcić ska­ły i rze­ki. Czło­wie­ka nie­czu­łe­go na tra­gi­ko­micz­ne aspek­ty ży­cia okre­śla­my po­tocz­nie ja­ko „czło­wie­ka nie­ma­ją­ce­go w so­bie her­ba­ty’’. Nie­po­mne­go tra­ge­dii świa­ta, nie­okieł­zna­ne­go es­te­tę, da­ją­ce­go się po­no­sić przy­pły­wom gwał­tow­nych emo­cji, pięt­nu­je­my ja­ko „ma­ją­ce­go w so­bie zbyt wie­le her­ba­ty”.

Ktoś nie­wta­jem­ni­czo­ny mógł­by są­dzić, że ro­bi­my wie­le ha­ła­su o nic. Cóż za bu­rza w czar­ce her­ba­ty! Kie­dy jed­nak po­my­śli­my, jak nie­wiel­ka jest cza­ra ludz­kie­go szczę­ścia, jak szyb­ko moż­na ją za­peł­nić łza­mi, jak ła­two na­sze nie­uga­szo­ne pra­gnie­nie nie­skoń­czo­no­ści mo­że ją osu­szyć do cna – prze­sta­nie­my wi­nić się za tę wrza­wę wo­kół czar­ki her­ba­ty. Ludz­kość ro­bi­ła rze­czy znacz­nie gor­sze. Na­der chęt­nie skła­da­li­śmy ofia­ry Ba­chu­so­wi, wy­ide­ali­zo­wa­li­śmy na­wet krwa­wy wi­ze­ru­nek Mar­sa. Dla­cze­góż by więc nie po­świę­cić się kró­lo­wej ka­me­lii i nie de­lek­to­wać się cie­płym nur­tem zro­zu­mie­nia pły­ną­cym z jej oł­ta­rza? Płyn­ny bursz­tyn w por­ce­la­nie bar­wy ko­ści sło­nio­wej mo­że przy­bli­żyć wta­jem­ni­czo­ne­go do słod­kiej wstrze­mięź­li­wo­ści Kon­fu­cju­sza, pi­kan­te­rii Lao-cy i ete­rycz­ne­go aro­ma­tu sa­me­go Sia­kja­mu­ni1.

Kto nie czu­je w so­bie zni­ko­mo­ści rze­czy wiel­kich, ten ła­two mo­że u in­nych prze­oczyć wiel­kość rze­czy ma­łych. Po­grą­żo­ny w bło­gim sa­mo­za­do­wo­le­niu, prze­cięt­ny czło­wiek Za­cho­du wi­dzi w ce­re­mo­nii her­ba­ty tyl­ko ko­lej­ny przy­kład ty­sią­ca i jed­nej oso­bli­wo­ści, któ­re we­dług nie­go skła­da­ją się na nie­zwy­kły i dzie­cin­ny Wschód. Zwykł on uwa­żać Ja­po­nię za bar­ba­rzyń­ską, do­pó­ki za­do­wa­la­ła się szla­chet­ny­mi sztu­ka­mi cza­sów po­ko­ju; na­zwał ją cy­wi­li­zo­wa­ną, od­kąd do­ko­ny­wać za­czę­ła rze­zi na po­lach bi­tew­nych Man­dżu­rii. Wie­le pi­sa­no ostat­nio o Ko­dek­sie Sa­mu­ra­jów – sztu­ce umie­ra­nia, któ­ra spra­wia, że żoł­nie­rze na­si idą na śmierć w za­chwy­cie; pra­wie wca­le nie zwró­co­no uwa­gi na her­ba­te­izm, któ­ry w tak wiel­kim stop­niu od­zwier­cie­dla na­szą sztu­kę ży­cia. Chęt­nie po­zo­sta­li­by­śmy na­dal bar­ba­rzyń­ca­mi, gdy­by na­sze rosz­cze­nia do cy­wi­li­za­cji opar­te mia­ły być na po­nu­rej sła­wie wo­jen­nej. Chęt­nie też cze­ka­li­by­śmy na­dej­ścia cza­sów, kie­dy na­szą sztu­kę i ide­ały trak­to­wa­no by z na­le­ży­tym re­spek­tem.

Kie­dyż wresz­cie Za­chód zro­zu­mie lub spró­bu­je zro­zu­mieć Wschód? My, Azja­ci, czę­sto prze­ra­że­ni je­ste­śmy prze­dziw­ną pa­ję­czy­ną fak­tów i fan­ta­zji, ja­ką wo­kół nas utka­no. Ży­wi­my się ja­ko­by wo­nią lo­to­su al­bo wręcz ka­ra­lu­cha­mi i my­sza­mi. Sta­li­śmy się sym­bo­lem bez­sil­ne­go fa­na­ty­zmu lub od­ra­ża­ją­cej zmy­sło­wo­ści. Hin­du­skie udu­cho­wie­nie wy­szy­dzo­ne zo­sta­ło ja­ko igno­ran­cja, chiń­ska sta­tecz­ność ja­ko głu­po­ta, ja­poń­ski pa­trio­tyzm ja­ko re­zul­tat fa­ta­li­zmu. Twier­dzo­no na­wet, iż je­ste­śmy bar­dziej wy­trzy­ma­li na ból i ra­ny, po­nie­waż ma­my zro­go­wa­cia­ły sys­tem ner­wo­wy!

 

Dla­cze­góż nie za­ba­wić się na­szym kosz­tem? Azja od­pła­ca zresz­tą Za­cho­do­wi pięk­nym za na­dob­ne. Gdy­by­ście tyl­ko wie­dzie­li, ja­kie hi­sto­rie wy­my­śli­li­śmy i wy­pi­sy­wa­li­śmy o was – śmie­chom nie by­ło­by koń­ca. Za­war­to w nich wszyst­ko – ocza­ro­wa­nie eg­zo­ty­ką, nie­świa­do­my po­dziw oraz skry­tą nie­chęć wo­bec te­go, co no­we i nie­okre­ślo­ne. Ob­da­rzo­no was cno­ta­mi zbyt wy­ra­fi­no­wa­ny­mi, by bu­dzi­ły za­zdrość, przy­pi­sa­no wam zbrod­nie zbyt ma­low­ni­cze, by za nie po­tę­piać. Na­si sta­ro­żyt­ni pi­sa­rze, na­si mę­dr­cy, mó­wi­li nam, że w sza­tach ukry­wa­cie pu­szy­ste ogo­ny, a na ko­la­cje ja­da­cie czę­sto po­traw­ki z no­wo­rod­ków! Ba, wie­my o was coś znacz­nie gor­sze­go: przy­wy­kli­śmy są­dzić, że je­ste­ście ludź­mi naj­mniej god­ny­mi za­ufa­nia na zie­mi, po­wie­dzia­no nam bo­wiem, że ni­g­dy nie po­stę­pu­je­cie zgod­nie z tym, co gło­si­cie.

Te fał­szy­we mnie­ma­nia szyb­ko za­ni­ka­ją. Han­del wpro­wa­dził eu­ro­pej­skie ję­zy­ki do wie­lu wschod­nich por­tów. Azja­tyc­ka mło­dzież gar­nie się do za­chod­nich uni­wer­sy­te­tów, by zdo­być no­wo­cze­sne wy­kształ­ce­nie. Nie zna­czy to, że po­zna­li­śmy wa­szą kul­tu­rę wni­kli­wie i głę­bo­ko, ale przy­naj­mniej chce­my się cze­goś na­uczyć. Nie­któ­rzy z mo­ich ro­da­ków prze­ję­li zbyt wie­le z wa­szych oby­cza­jów i ety­kie­ty w złud­nym prze­ko­na­niu, że no­sząc sztyw­ny koł­nie­rzyk i cy­lin­der, za­pew­nią so­bie wstęp do wa­szej cy­wi­li­za­cji. Nie­za­leż­nie od te­go, jak smut­ne i ża­ło­sne są ta­kie za­bie­gi, świad­czą one o tym, jak bar­dzo, na klęcz­kach nie­mal, chcie­li­by­śmy zbli­żyć się do Za­cho­du. Nie­ste­ty, po­sta­wa Za­cho­du nie sprzy­ja zro­zu­mie­niu Wscho­du. Chrze­ści­jań­ski mi­sjo­narz udzie­la na­uk, ale ich nie po­bie­ra. Wa­sze wia­do­mo­ści opar­te są na nie­licz­nych tłu­ma­cze­niach na­szej prze­bo­ga­tej li­te­ra­tu­ry lub wręcz na ba­ja­niach po­dróż­ni­ków, i rzad­ko kie­dy zda­rza się, by szla­chet­ne pió­ro ja­kie­goś Laf­ca­dia He­ar­na lub au­tor­ki Pa­ję­czy­ny hin­du­skie­go ży­cia2 roz­świe­tli­ło orien­tal­ne mro­ki po­chod­nią na­szych wła­snych uczuć.

Być mo­że mo­ja szcze­rość zdra­dza nie­zna­jo­mość kul­tu her­ba­ty. Wła­ści­wa te­mu kul­to­wi za­sa­da uprzej­mo­ści wy­ma­ga bo­wiem, aby mó­wić to tyl­ko, cze­go się od nas ocze­ku­je, i nic po­nad­to. Nie bę­dę jed­nak uprzej­mym her­ba­te­istą. Wza­jem­ne nie­zro­zu­mie­nie Sta­re­go i No­we­go Świa­ta wy­rzą­dzi­ło już tak wie­le zła, że nie na­le­ży tłu­ma­czyć się z da­ni­ny zło­żo­nej na rzecz lep­sze­go zro­zu­mie­nia. Gdy­by swe­go cza­su Ro­sja ra­czy­ła le­piej po­znać Ja­po­nię, oszczę­dzo­no by nam krwa­we­go spek­ta­klu na po­cząt­ku XX wie­ku. Jak­że strasz­ne są dla ludz­ko­ści skut­ki po­gar­dli­we­go lek­ce­wa­że­nia pro­ble­mów Wscho­du! Eu­ro­pej­ski im­pe­ria­lizm, któ­ry gło­si ab­sur­dal­ne ha­sło o Żół­tym Nie­bez­pie­czeń­stwie, za­po­mi­na, że Azja mo­że zdać so­bie spra­wę z okrut­nej re­al­no­ści Bia­łej Ka­ta­stro­fy. Mo­że­cie się śmiać, że ma­my w so­bie „zbyt wie­le her­ba­ty’’, ale czyż nie wol­no nam po­dej­rze­wać, że wy, lu­dzie Za­cho­du, nie ma­cie jej w so­bie wca­le?

Prze­stań­my wresz­cie uwła­czać so­bie na­wza­jem; sta­nie­my się dzię­ki te­mu bo­gat­si je­śli nie o ro­zum, to przy­naj­mniej o do­świad­cze­nie, bę­dzie to z ko­rzy­ścią dla obu pół­kul ziem­skich. Roz­wi­ja­li­śmy się w róż­ny spo­sób, nie ma jed­nak po­wo­du, by­śmy nie mie­li się wza­jem uzu­peł­niać. Ce­ną wa­szych pod­bo­jów by­ła utra­ta spo­ko­ju, my stwo­rzy­li­śmy har­mo­nię bez­bron­ną wo­bec agre­sji. I choć trud­no w to uwie­rzyć – pod pew­ny­mi wzglę­da­mi Wschód wy­szedł na tym le­piej niż Za­chód!

Dziw­ne to, ale jak do­tąd ludz­kość spo­tka­ła się tyl­ko przy fi­li­żan­ce her­ba­ty. Jest to je­dy­ny azja­tyc­ki ce­re­mo­niał cie­szą­cy się po­wszech­nym sza­cun­kiem. Bia­ły czło­wiek szy­dził z na­szej re­li­gii i mo­ral­no­ści, lecz bez wa­ha­nia za­ak­cep­to­wał bursz­ty­no­wy na­pój. Po­po­łu­dnio­wa her­bat­ka od­gry­wa te­raz po­waż­ną ro­lę w za­chod­nim spo­łe­czeń­stwie. W de­li­kat­nym po­brzę­ki­wa­niu ta­cek i spodecz­ków, w go­ścin­nej krzą­ta­ni­nie ko­biet, w przy­ję­ciu wspól­nych za­sad uży­wa­nia cu­kru i śmie­tan­ki roz­po­zna­je­my po­nad wszel­ką wąt­pli­wość kult her­ba­ty. Fi­lo­zo­ficz­na re­zy­gna­cja go­ści ak­cep­tu­ją­cych swój los za­war­ty w fi­li­żan­ce wąt­pli­we­go na­pa­ru świad­czy, iż w tej szcze­gól­nej chwi­li duch Wscho­du pa­nu­je nie­po­dziel­nie.

Pierw­szą wzmian­kę o her­ba­cie w eu­ro­pej­skich do­ku­men­tach upa­tru­je się w re­la­cji arab­skie­go po­dróż­ni­ka, któ­ry stwier­dza, iż po ro­ku 879 głów­nym źró­dłem do­cho­dów w Kan­to­nie by­ły opła­ty cel­ne za sól i her­ba­tę. Mar­co Po­lo po­da­je, że w ro­ku 1285 chiń­ski mi­ni­ster fi­nan­sów zo­stał zdję­ty z urzę­du za sa­mo­wol­ną pod­wyż­kę po­dat­ku od her­ba­ty. Do­pie­ro w okre­sie wiel­kich od­kryć geo­gra­ficz­nych Eu­ro­pej­czy­cy do­wie­dzie­li się cze­goś wię­cej o Da­le­kim Wscho­dzie. W koń­cu XVI stu­le­cia Ho­len­drzy przy­nie­śli wieść, że na Wscho­dzie spo­rzą­dza się przy­jem­ny w sma­ku na­pój z li­ści pew­ne­go krze­wu. Giam­bat­ti­sta Ra­mu­sio (1559), F. Lo­uis Al­me­ida (1565), Gio­van­ni Maf­fei (1588) i Ta­xe­ira (1610) rów­nież wspo­mi­na­ją o her­ba­cie. W tym­że ro­ku 1610 stat­ki Ho­len­der­skiej Kom­pa­nii Wschod­nio­in­dyj­skiej przy­wio­zły do Eu­ro­py pierw­szą her­ba­tę. We Fran­cji po­ja­wi­ła się w ro­ku 1636, do Ro­sji do­tar­ła w 1638. An­glia po­wi­ta­ła ją ra­do­śnie w 1650 i sła­wi­ła ja­ko ,,wy­bor­ny i przez wszyst­kich le­ka­rzy za­le­ca­ny chiń­ski na­pój, zwa­ny przez Chiń­czy­ków Tcha, a przez in­ne na­ro­dy Tay lub Tee”.

Jak wszyst­kie do­bre rze­czy na świe­cie her­ba­ta mia­ła swo­ich prze­ciw­ni­ków. He­re­ty­cy, ta­cy jak Hen­ry Say­vil­le (1678), po­tę­pia­li pi­cie her­ba­ty ja­ko oby­czaj nie­czy­sty. Jo­nas Han­way (Esej o her­ba­cie, 1756) uznał, że pi­jąc her­ba­tę, męż­czyź­ni tra­cą po­stu­rę i uro­dę, a ko­bie­ty pięk­no. Pier­wot­na ce­na her­ba­ty (oko­ło 15 lub 16 szy­lin­gów za funt) unie­moż­li­wia­ła jej upo­wszech­nie­nie, czy­niąc z niej „przy­smak po­da­wa­ny na ucztach dla wiel­kie­go świa­ta, po­da­ru­nek ofia­ro­wy­wa­ny ksią­żę­tom i gran­dom”. Wbrew jed­nak prze­szko­dom zwy­czaj pi­cia her­ba­ty roz­prze­strze­niał się nie­zwy­kle szyb­ko. W pierw­szej po­ło­wie XVIII wie­ku lon­dyń­skie ka­wiar­nie prze­kształ­ci­ły się de fac­to w her­ba­ciar­nie – miej­sca spo­tkań dow­cip­ni­siów ta­kich jak Ad­di­son i Ste­ele, któ­rzy de­lek­to­wa­li się „czaj­ni­kiem her­ba­ty”. Wkrót­ce też na­pój ów stał się ży­cio­wą ko­niecz­no­ścią i... uległ opo­dat­ko­wa­niu, co przy­po­mi­na nam, jak waż­ną ro­lę ode­gra­ła her­ba­ta w hi­sto­rii no­wo­żyt­nej. Ame­ry­ka, bę­dąc ko­lo­nią, po­zwa­la­ła się gnę­bić do chwi­li, gdy pod cię­ża­rem ol­brzy­mie­go cła na­ło­żo­ne­go na her­ba­tę za­ła­ma­ła się ludz­ka wy­trzy­ma­łość. Nie­pod­le­głość Ame­ry­ki da­tu­je się na czas, kie­dy w bo­stoń­skim por­cie wrzu­co­no do mo­rza skrzy­nie z her­ba­tą.

Smak her­ba­ty ma czar tak sub­tel­ny, że trud­no jej się oprzeć, ła­two na­to­miast za­cząć ją ide­ali­zo­wać. To­też za­chod­ni hu­mo­ry­ści ry­chło przy­pra­wi­li swe my­śli aro­ma­tem her­ba­ty. Her­ba­ta bo­wiem nie ma aro­gan­cji wi­na, za­du­fa­nia ka­wy czy afek­to­wa­nej nie­win­no­ści ka­kao. Już w ro­ku 1711 „Spec­ta­tor” pi­sał: „Roz­my­śla­nia mo­je za­le­cał­bym prze­to w szcze­gól­no­ści wszyst­kim sta­tecz­nym fa­mi­liom, któ­re każ­de­go ran­ka po­świę­ca­ją go­dzin­kę na spo­ży­cie chle­ba, ma­sła i her­ba­ty: na­ma­wiał­bym je go­rą­co, by za­pre­nu­me­ro­wa­ły dla wła­sne­go do­bra «Spec­ta­to­ra», tak aby punk­tu­al­nie po­da­wa­ny stał się czę­ścią ser­wi­su do her­ba­ty”. Sa­mu­el John­son przed­sta­wia sam sie­bie ja­ko „za­twar­dzia­łe­go i bez­wstyd­ne­go mi­ło­śni­ka her­ba­ty, któ­re­go po­sił­kom przez dwa­dzie­ścia lat to­wa­rzy­szył je­dy­nie na­par tej fa­scy­nu­ją­cej ro­śli­ny; her­ba­tą uroz­ma­icał wie­czo­ry, w her­ba­cie znaj­do­wał po­cie­chę o pół­no­cy, her­ba­tą wi­tał po­ran­ki”.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?