Chamstwo

Tekst
Z serii: Poza serią
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Chamstwo
Chamstwo
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 84,80  67,84 
Chamstwo
Chamstwo
Audiobook
Czyta Wojciech Chorąży
44,90  32,33 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Łukasz Piskorek

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl


Copyright © by Kacper Pobłocki, 2021


Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Magdalena Błędowska

Recenzje naukowe prof. Roch Sulima, prof. Jarosław Kita

Korekta Karolina Górniak-Prasnal, Anna Zygmanowska

Skład Robert Oleś / d2d.pl


Skład wersji elektronicznej d2d.pl


ISBN 978-83-8191-262-4


WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa


Wołowiec 2021

Wydanie I

Dla Julii Iwanowicz (1905–2004), Aldony Bulińskiej (1934–1993) oraz Ewy Pobłockiej (1958–) – kobiet, które nauczyły mnie słuchać i mówić



 
Dźwiga na plecach
dom, ogród, pole,
krowy, świnie, cielęta, dzieci.
 
 
Jej grzbiet dziwi się,
że nie pęknie.
Jej ręce dziwią się,
że nie odpadną.
Ona się nie dziwi.
 
 
Podpiera ją jak krwawy kij
umarła harowaczka
jej umarłej matki.
Prababkę
bili batem.
 
 
Ten bat
błyszczy nad nią w chmurze
zamiast słońca.
 
Anna Świrszczyńska, Chłopka

Odmowa

W lipcu 1619 roku w miasteczku Jamestown grupa mężczyzn odmówiła pracy. Nie można powiedzieć, że wydarzenie to odbiło się wówczas szczególnie głośnym echem. Jego doniosłość wybrzmiała dopiero wiele lat później.

Jamestown było pierwszą stolicą Ameryki Brytyjskiej – kolonii, z której wykluły się Stany Zjednoczone. Ale stolica to za dużo powiedziane. W rzeczywistości była to zapadła dziura na krańcu świata. Terytorium, którym z Jamestown zarządzano, stanowiło wątły pas lądu kurczowo trzymający się wybrzeża i oddzielony od reszty kontynentu praktycznie nieprzekraczanymi górami. Barierę Appalachów europejscy przybysze sforsowali na dobre dopiero na początku XIX wieku, otwierając tym samym drogę do narodzin współczesnej Ameryki. Był to wyczyn niemalże tak przełomowy, jak wcześniejsze przepłynięcie Atlantyku przez Krzysztofa Kolumba.

Dziś panuje przekonanie, że koloniści instynktownie kierowali się na zachód, przyciągani nieograniczonymi możliwościami, jakie rozpościerały się w Nowym Świecie. Instynkt ten budził się jednak przez dwieście lat i upowszechnił w czasach podboju Dzikiego Zachodu, którego symbolem stali się kowboje, awanturnicy opętani gorączką złota czy spekulanci ziemią. Wcześniej osadnicy żyli odwróceni do reszty Ameryki plecami i spoglądali w stronę Starego Kontynentu. W 1619 roku Jamestown stanowiło przyczółek starego świata. Świata, którego serce biło tysiące kilometrów dalej, gdzieś w centrum Eurazji1.

Jednak niepozorne wydarzenie z lipca 1619 roku można uznać za zapowiedź nowego świata i nowego porządku. Tego, w którym żyjemy i my.

O bohaterach tego wydarzenia wiemy niewiele, prócz tego, że pracowali przy produkcji smoły oraz potażu – skrystalizowanego popiołu uzyskiwanego przy spalaniu węgla drzewnego. Używano go wówczas do wytwarzania szkła, mydła czy prochu. Kraj, z którego przyjechali do Ameryki, uchodził za liczącego się eksportera tego surowca2. Jak czytamy w źródłach: „Po krótkiej dyskusji ustalono, że Poloniacy zamieszkujący Wirginię uzyskają wolność oraz te same prawa, jakimi cieszy się każdy inny mieszkaniec, bez względu na wcześniejsze rozporządzenia, które miałyby stanowić inaczej”3.

Wydarzenie to uznaje się obecnie za pierwszy udokumentowany strajk w historii Stanów Zjednoczonych.

Kim byli ci ludzie? W Ameryce mówiono o nich różnie: Polanders, Polonians, Poles. Czy to wyłącznie kwestia przypadku, że właśnie oni jako pierwsi wśród nierdzennych mieszkańców Ameryki odmówili pracy po to, aby uzyskać prawa obywatelskie?

Niedemokratyczna, nieszlachecka

Wiemy, że strajkujący byli rzemieślnikami, których umiejętności za oceanem ceniono. Dlaczego od razu nie dano im z tego powodu tych samych uprawnień co innym kolonistom? I dalej: dlaczego uznali, że właśnie zaprzestanie pracy jest najwłaściwszym sposobem, by dostać to, czego wcześniej im odmawiano? Skąd wiedzieli, że muszą działać wspólnie i zgodnie? Jakich argumentów używali? Skąd wreszcie wzięło się w ich sercach pragnienie równości i wolności?

Dostępne opracowania na temat kraju ich pochodzenia nie dają odpowiedzi na te pytania. Historycy nazywają go często Rzeczpospolitą szlachecką, gdyż patrzą na niego przez pryzmat ludzi, którzy dzierżyli tam władzę. Lecz żadna władza nie jest sprawowana w próżni. Rządzący zawsze potrzebują rządzonych. Nie ma bogatych bez biednych, tak samo jak nie ma zwycięzców bez przegranych. Pisanie historii tak, jakby nie było świata poza perypetiami ludzi wyniesionych na społeczny piedestał: królów, biskupów, generałów czy dyplomatów, daje wypaczony obraz. Niniejsza książka wyrasta z niezgody na taką jednostronność i stanowi próbę dopowiedzenia tego wszystkiego, o czym zazwyczaj mówi się albo zdawkowo, albo wcale.

Zacznijmy od rozprawienia się z tezą, na której osadzona została idea Rzeczpospolitej szlacheckiej.

Często można się spotkać z opinią, że w Europie spętanej więzami absolutyzmu dawna Polska stanowiła oazę tolerancji i wolności. We Francji świat obracał się wokół widzimisię Króla Słońce, w Rzeczpospolitej zaś władcę wybierano w demokratycznych wyborach. Co prawda nie każdy mieszkaniec miał prawo głosu, ale i tak grupa obywateli była tu nieporównywalnie liczniejsza niż gdzie indziej. Na Zachodzie arystokracja stanowiła promil społeczeństwa, w dawnej Polsce natomiast aż dziesięć procent populacji należało do szlachty. A każdy szlachcic, bogaty czy biedny, był pełnoprawnym obywatelem.

Tyle że to nieprawda.

A raczej naukowa plotka, przepisywana z książki do książki, która urosła do rangi faktu, choć nie potwierdzają jej żadne źródła ani badania. Powstała jako efekt uśrednienia: w niektórych regionach (na przykład na Wileńszczyźnie) szlachty było dwadzieścia procent lub nawet więcej, a w innych (na przykład w Wielkopolsce czy na Ukrainie) raptem kilka. Przeciętnie niby wychodzi około dziesięciu procent, ale w skali całego kraju szlachetnie urodzeni stanowili niewielki ułamek społeczeństwa4. Jaki dokładnie? Nikt tego jeszcze nie zbadał.

Fałszywe jest również przekonanie o masowym udziale szlachty w życiu politycznym dawnej Polski. To nie był jedyny kraj w Europie, w którym funkcjonował parlament. Pogląd, że pomimo różnic majątkowych każdy szlachcic cieszył się obywatelskimi uprawnieniami, bo miał prawo głosu, należy do domeny naukowej fantastyki. Bowiem to nie klejnot szlachectwa, lecz posiadany majątek stanowił wyznacznik tego, kto zaliczał się do elity władzy. Była ona w dawnej Polsce równie wąska jak wszędzie indziej5.

 

Gdy wzrok koncentruje się na jednym obiekcie, tak jak aparat fotograficzny skupia się na wybranym przedmiocie, to, co znajduje się obok, robi się niewyraźne albo w ogóle wypada poza kadr. Tak właśnie stało się z osobami, których nie można było zaliczyć do – w dużej mierze wyimaginowanej – wspólnoty obywatelskiej zwanej szlachtą. Ludzi zepchniętych w ten sposób na margines narracji historycznych zwykle wrzuca się do jednego worka opisanego hasłem „chłopi pańszczyźniani”. Nie do końca wiadomo, co się za tym terminem kryje: jak wyglądali, co czuli, co robili. Wszystkie twarze, kontury postaci i tożsamości się zlewają. W podręcznikach przeczytamy, że chłopi mieli trudne życie, obracające się wokół ciężkiej pracy, a powinności wobec dworu wypełniali, choć niechętnie i ze spuszczoną głową, akceptując dominację szlachty. To również nieprawda.

Pańszczyźniacy nie byli bierną, niemą masą, która pokornie uczestniczyła w świecie stworzonym przez możnych. Nie tylko zaskakująco często, by nie rzec – nieustannie – odmawiali posłuszeństwa. Stworzyli też własne narzędzia i instytucje, które pozwalały im upominać się o to, co wszyscy pielęgnują w głębi duszy: przekonanie, że każdy i każda urodzili się równi i wolni. Dopiero gdy skierujemy uwagę poza klasę panów, na grupy, którym wciąż odmawia się pełnoprawnego miejsca w historii, będziemy w stanie to dostrzec. A bierna, jednolita masa stanie przed nami jako ludzie z osobnymi historiami, własnymi bolączkami i radościami. Ludzie, z których większość nie mieści się w stereotypowym obrazie pańszczyźnianego chłopa.

Spróbujmy z tej pełniejszej perspektywy spojrzeć na to, co mogło się wydarzyć w Jamestown w lipcu 1619 roku.

Jaskinie łotrów

Mit Polski szlacheckiej jest tak silny, że wpłynął również na pamięć o strajkujących, którzy w opracowaniach wymieniani są czasem wręcz z imienia i nazwiska. Upowszechniła się teza, że prym wśród Poloniaków w Jamestown wiodła szlachta. Informacje te jednak pochodzą albo z wątpliwej analizy, albo z niepewnych źródeł. Mówi się na przykład, że jednym z tych szlachciców był Michał Łowicki, urodzony w Anglii. Taka osoba nie figuruje jednak w żadnych dokumentach: jest tam Michael Lowicke. Badacze założyli, że tak brzmiała angielska transkrypcja polskiego nazwiska, ale Lowicke to też nazwisko angielskie, występujące również w formie Lowick czy Lowich. W XVII wieku istniały na Wyspach co najmniej trzy wioski o nazwie Lowicke.

Prawdziwość różnych szczegółów opowiadanych współcześnie o wydarzeniach w Jamestown potwierdzać miały wspomnienia innego Poloniaka, Zbigniewa Stefańskiego, rzekomo wydrukowane w Amsterdamie w 1625 roku. Tyle że relacja człowieka, który twierdził, że miał oryginał wspomnień w ręku, jest pełna niedorzeczności, a istnienia takiej publikacji nie potwierdza żadne inne źródło. Nie zachowała się też ani jedna pełna kopia tej książki. Wszystko wskazuje na to, że taki dokument nigdy nie istniał i został najzwyczajniej sfabrykowany6.

Ze źródeł, których wiarygodności nie da się podważyć, wiadomo w zasadzie dwie rzeczy: że strajkujący z Jamestown byli rzemieślnikami oraz protestantami. W dokumencie sporządzonym przez Anglików w 1586 roku, podczas przygotowań do kolonizacji Ameryki, pisano, że potrzebni będą „mężczyźni potrafiący wyrabiać popiół mydlany, smołę. Można takich zdobyć w Prusach lub Polsce i mieć tu [w Ameryce] za niewielką pensję, gdyż wiodą tam żywot niewolniczy”7.

Ludzi, którzy w dawnej Polsce znali się na obróbce drewna, było wielu. Drewno stanowiło główny materiał budowlany oraz podstawowe źródło energii – używano go czy to do ogrzewania domów, czy to do produkcji, na przykład w warsztacie kowalskim. Takie pozarolnicze umiejętności były powszechne wśród chłopów. Dawały im dodatkowy dochód i szansę, by polepszyć nieco swój niewolniczy żywot. Komuś mogły dać bilet do Ameryki.

Istniała również grupa żyjąca wyłącznie z produkcji potażu i innych surowców pochodzących z przerobu drewna. Budnicy, bo tak ich nazywano, mieszkali tam, gdzie pracowali: w lesie. „My jesteśmy ludzie wolni”8 – mówili sami o sobie. Nazwa „budnicy” wzięła się od bud, czyli ich leśnych chat. Nie były one szczególnie wyszukane, jednak od wygód ważniejsza wydawała się niezależność, którą zapewniały.

Niezależność ta nie została budnikom dana – wywalczyli ją. Jak pisał historyk, „najbardziej ostry charakter przybierała walka z feudalnym uciskiem w górach lub trudno dostępnych puszczach, gdzie przyzwyczajeni do znacznej swobody, obznajomieni dobrze z bronią palną chłopi o wiele skuteczniej mogli stawiać zbrojny opór”9. Bywał on niejednokrotnie skuteczny: na przykład w 1738 roku mazowieccy budnicy wzniecili powstanie, które zostało stłumione, ale ostatecznie ich bunt przyniósł efekt – starosta ostrołęcki wydał rozporządzenie znoszące we wszystkich niemal podległych mu wsiach pańszczyznę. Niektórych ludowych przywódców znamy z imienia i nazwiska: Marcina Dziekciarczyka, Wojciecha Rachubkę czy Tomasza Darmofała10.

Gospodarka rolnicza zdominowana została przez uprawę zbóż, pańszczyznę i folwark. Gospodarka leśna stanowiła oazę, w której można się było przed pańszczyźnianą niewolą schronić. Podczas obrad sejmu w 1659 roku narzekano, że Puszcza Kurpiowska, wtedy ogromny kompleks leśny w dorzeczu Narwi, mogłaby się nazywać spelunca latronum – jaskinią łotrów – tam bowiem uciekali chłopi11. Te enklawy wolności były również „atrakcyjnym wzorcem dla okolicznych wsi pańszczyźnianych i powodowały w nich pewne rozluźnienie poddańczych porządków”12.

Czy ludzie zajmujący się wytwarzaniem smoły i potażu, którzy zorganizowali strajk w 1619 roku, byli w kraju swojego pochodzenia budnikami? Jeśli tak, to nasuwają się kolejne pytania: skąd się wzięli w Jamestown? Czy zostali do Ameryki zaproszeni, czy może sprowadzeni? Czy udali się za ocean z własnej woli?

W wieku XIX do Ameryki wyjechały miliony chłopów, uciekających od biedy z nadzieją na dobry zarobek i godną pracę. Przez dwa wcześniejsze stulecia raczej nie wsiadano na statek dobrowolnie. Nowy Świat był przestrzenią zsyłki. Wyprawiano tam tych, których państwo chciało się pozbyć: łotrów, hultajów, próżniaków, nierobów, zbójów, opryszków, pieniaczy, heretyków, burzycieli13. Wszystkich, którzy podważali ówczesny porządek społeczny, czy to odmawiając harówki na pańskim polu, czy to wznosząc otwarty bunt. Ameryka stanowiła wówczas wentyl bezpieczeństwa dla europejskiej władzy, opartej na bezpośrednim i nieludzkim przymusie.

Tylko nieliczni plebejusze sami ruszali na wyprawę do Nowego Świata. Co ich tam wiodło?

Kraina pieczonych gołąbków

W europejskiej kulturze ludowej przez wieki krążyły opowieści o krainie mlekiem i miodem płynącej. Różnie nazywano ten raj na ziemi. W strefie niemieckojęzycznej był to Schlaraffenland, gdzie indziej mówiono o Kukanii (od łacińskiego coquere – gotować), czyli kraju obfitości, w którym „pieczone gołąbki wpadają same w usta próżniaków”14. W średniowiecznych Niderlandach plebejusze opowiadali sobie o Kraju Cockanyngen: „kto tam śpi najdłużej, zarabia najlepiej, i nikt tam nie pracuje, wszystko jedno, stary czy młody i silny, a jednak nie zna się tam żadnego niedostatku”15. Na poszukiwanie tego miejsca udawało się wielu bohaterów ludowych podań i opowieści. Znajdowało się ono, jak czytamy w tekście z XVII wieku, „trzy mile za światem”, gdzie „w sławnym mieście Chamchołowie rzeka idzie mleczna, a brzegi jaglane; po rynku chodzi wół upieczony z nożami u boku, a sałatą pod ogonem, tylko krajać i jeść”16.

Elity niejednokrotnie drwiły sobie z ludowej fantazji o świecie, w którym stoją domy z kiełbas, góry z twarogu, a z nieba leci deszcz gorzałki17. Jak w tym polskim przysłowiu: „Nie przylecą do lenia pieczone gołąbki, by siedział i nadsiedział zgotowawszy ząbki”18. Tyle że ludziom, którzy nieustannie żyli na granicy przetrwania, których jeden nieurodzaj dzielił od śmierci głodowej, których przymuszano do wykańczającej pracy, perspektywa zaspokojenia fizycznych potrzeb nie wydawała się trywialna19. Nie chodziło jednak wyłącznie o napełnienie brzuchów. Legenda o krainie pieczonych gołąbków stanowiła punkt wyjścia do aspiracji poważniejszych: stworzenia takiego świata, w którym nie ma bogatych i biednych, głodnych i sytych, zaharowanych i próżnujących.

 

Ludzie uprzywilejowani w dawnej Polsce, jak zauważył historyk, nie zastanawiali się, jak inaczej można by zorganizować społeczeństwo. Ówczesny porządek im sprzyjał, nie mieli więc powodów, by go wywracać – nawet za pomocą eksperymentów myślowych. „Nikłe zainteresowanie utopią elitarną kontrastowało ze znaczną popularnością utopii ludowej w jej różnorakich odmianach. Zainteresowanie nią było u nas nie tylko żywe, ale i w niektórych dziedzinach […] być może nawet wcześniejsze niż na zachodzie Europy”20. Pod koniec XVI wieku pojawił się ferment intelektualny, który wykształcił nową wersję mitu o kraju mlekiem i miodem płynącym: kraju, gdzie wszyscy zasiadają jak równy z równym przy wspólnym stole, a równość tę wyrażają gestem dzielenia się chlebem.

Utopia ludowa była zarówno uniwersalna, jak i konkretna. Stanowiła marzenie o innym świecie, a jednocześnie wyrastała z opowieści o tym, jak faktycznie wyglądało życie na rubieżach ówczesnego świata. Z dala od stolic, folwarków i plantacji plebejscy zbiegowie zakładali własne, samorządne wspólnoty. Ukraińskie Dzikie Pola, gdzie uciekali chłopi polscy, karaibski Barbados – to właśnie na kresach państw możliwe było, choćby chwilowe, zrealizowanie ludowego postulatu świata bez głodu i bez przymusu pracy. Rosyjscy chłopi wyruszali na poszukiwanie Kraju Brodaczy, Zielonej Ziemi, Srebrnej Góry czy Białowodzia, które jeszcze w XIX wieku miało być rajem bez podatków i bez władzy, tak świeckiej, jak kościelnej21.

Niektóre z tych krain były mityczne, inne faktyczne. Niektóre małe, jak górskie wioski na Jamajce czy haitańskie osady maroons, zbiegłych niewolników, którzy pielęgnowali etos niezależności i przez stulecia stanowili zagrożenie dla władzy plantatorów, a wypracowany przez nich model demokratycznego współżycia stał się potem punktem wyjścia do rewolucji haitańskiej22. Inne przeistoczyły się w odrębne państwa – jak Palmares, założone w 1605 roku na terytorium współczesnej Brazylii przez zbiegłych Afrykańczyków. „Ci barbarzyńcy – czytamy w portugalskim raporcie – zupełnie zapomnieli o swojej podległości”23. Władzom kolonialnym udało się zdusić Palmares dopiero w 1695 roku, a ścięta głowa przywódcy – Zumbiego, wystawiona została na widok publiczny, by „zabić legendę o jego nieśmiertelności”24.

Lecz legenda ta żyła dalej, podobnie jak inne historie o ludowej niepodległości. Opowieści te, nawet jeśli mocno przerysowane, skłaniały do tego, by ruszyć w świat. „Idź każdy i zobacz na własne oczy” – takim wezwaniem kończyła się ta o Kraju Cockanyngen25. Podobne słowa można było usłyszeć w portowych tawernach, knajpach, karczmach i na jarmarkach. Miejsca te łączyła nieformalna sieć obiegu informacji między ludźmi biednymi i wykonującymi najbardziej podrzędne roboty: marynarzami i służącymi, tragarzami i kucharkami. Historie tam opowiadane i tam zasłyszane wędrowały dalej, niesione przez włóczęgów, handlarki i robotników imających się doraźnych zajęć. O możliwości bezpańskiego życia szeptano sobie w miejscach, gdzie pańskie oko i pańskie ucho nie sięgały.

Ci, którzy postanowili takiego życia zasmakować, zaciągali się też na statki płynące do Ameryki. Rozczarowanie przychodziło jednak szybko: na transatlantyckich okrętach panowała surowa dyscyplina. Krnąbrni marynarze często zmawiali się pokątnie i podnosili bunt. Jeśli udało im się pozbyć despotycznego kapitana, przejmowali kontrolę i dołączali do łotrów, hultajów i nierobów zwanych piratami. Na pirackich łajbach panowała równość, a marynarze spod czarnej bandery zarządzali statkami tak, jak dziś prowadzi się spółdzielnie: decyzje podejmowali kolektywnie i równo dzielili się zyskami26. Albo wychodzili na ląd i tworzyli własne, niezależne wspólnoty, często przejmując styl życia rdzennej ludności, wchodząc z nią w alianse i stając się w ten sposób Białymi Indianami27.

Czy to właśnie poszukiwanie krainy pieczonych gołąbków stanowiło impuls, by grupa mężczyzn obeznanych z obróbką drewna udała się w długą i niepewną podróż do Jamestown? Tego oczywiście nie wiemy. Wiadomo natomiast, że strajkujący w 1619 roku Poloniacy byli protestantami. Raczej mało prawdopodobne, że kalwinami, bo kalwinizm stał się wówczas religią zamożnej szlachty i magnaterii, luteranie z kolei rekrutowali się głównie z miejskiego patrycjatu28. Czyżby zatem wyznawali radykalny politycznie arianizm? Doktryna ta dokładnie wtedy przeżywała swój rozkwit, a tworzyli ją nie arystokraci, lecz, jak narzekano w 1582 roku, „chłopi, tokarze, strugarze, wrzeciennicy, płóciennicy, kapuściarze i insze drożdże narodu ludzkiego”29.

W roku 1605 ukazał się Katechizm rakowski, dokument będący świadectwem debat prowadzonych wówczas w Rakowie, osadzie pod Sandomierzem założonej przez arian. Zwolennicy zwali ją Miastem Słońca, a przeciwnicy – Synagogą Łotrowską30. Stanowiła ona magnes dla utopistów, którzy otwarcie mówili o niezbywalnej równości i wolności ludzi, bez względu na stan, w jakim się urodzili. Katechizm, szybko przetłumaczony na łacinę oraz języki europejskie, to, jak podaje historyk, „jedyne dzieło polskie, które wywołało skandal za granicą tej miary, iż stało się przedmiotem debaty w parlamencie angielskim. Płonął on w Anglii, Niemczech i Niderlandach”31. Jednocześnie władze państwowe oraz kościelne w Polsce rozpoczynały ofensywę antyariańską. W 1611 roku sąd królewski skazał na śmierć mieszczanina Iwana Tyszkowica za to, że nazywając się bratem polskim, odmówił złożenia przysięgi na Świętą Trójcę. Identyczny los spotkał Piotra Franco, z pochodzenia Włocha, któremu za ariańskie herezje, jak czytamy w źródłach, „naprzód język wywlekli, ręce i nogi, a potym i głowę poobcinali, ściąwszy ćwiartowali, a potym spalili i proch on na wodę puścili”32.

Choć ostatecznie sekta ariańska została zdominowana przez szlachtę, w pierwszych dekadach działalności to właśnie plebejusze, zwłaszcza drobni rzemieślnicy, nadawali jej ton33. Jednego z jej założycieli, Piotra z Goniądza, syna chłopskiego wykształconego na włoskich uniwersytetach, opisywano słowami „napirwszy u nas anarchita”34 – człowiek odrzucający wszelki przymus. Bracia polscy krytykowali władzę jako taką, uważali uczestniczenie w wojnach za niemoralne czy przekonywali, że nie należy piastować urzędów, płacić podatków ani tym bardziej żyć z cudzej pracy.

Myśl ariańska wyrastała z odmowy uczestniczenia w świecie niesprawiedliwym, opartym na przemocy. Odmowa ta miała wymiar teologiczny, a jednocześnie wyrastała z praktyk ówczesnej klasy ludowej. Choć strajki kojarzą się raczej z wiekiem XIX i rozwojem fabryk, w dawnej Polsce były na porządku dziennym. „W XVI wieku strajki występowały w Krakowie i w innych miastach Polski bardzo często, a kończyły się zwykle ugodą – pisał historyk. – Są dowody, że czeladź cechowa usiłowała przetworzyć strajk w instytucję prawną. Walki toczą się nie tylko o lepszą płacę, ale też o skrócenie dnia pracy, o odpoczynek, o świętowanie, a nawet o krzywdy spowodowane złym traktowaniem przez majstrów”35.

„Przebrzydła herezja ariańska”36 szerzyła się na terenach puszczańskich, jeśli więc strajkujący z Jamestown byli jednocześnie budnikami oraz protestantami, to najprawdopodobniej należeli właśnie do arian – wspólnoty, która narodziła się z przekonania, że w akcie odmowy drzemie potężna moc. Że zawarty jest w nim zalążek innego, lepszego świata.

Ludzie bez historii

Wszystko to spekulacje – pewnych wiadomości na temat strajkujących z Jamestown nie mamy praktycznie wcale. Wiemy o nich coś z relacji innych ludzi, coś z kilku oficjalnych dokumentów oraz możemy wyciągać wnioski z ich czynów. Lecz i tak to mniej niż niewiele. Myślimy o nich jako o organizatorach pierwszego strajku w historii Nowego Świata, ale może dla nich wydarzenia z lipca 1619 roku wcale nie były szczególnie istotne, a gdyby mogli sami o sobie opowiedzieć, osnuliby swoją historię na zupełnie innej kanwie?

Ze strzępków informacji, jakie przetrwały, nie jesteśmy w stanie odtworzyć nawet najbardziej ogólnego obrazu – choć przecież byli to ludzie z krwi i kości, którzy mieli jakieś sympatie, przyzwyczajenia, namiętności, pozwalające wyróżnić ich spośród tłumu osób podobnie urodzonych lub wykonujących podobną pracę. Dla nas pozostaną oni wciąż „rzemieślnikami z Jamestown”, choć może nie uważali wykonywanego przez siebie zajęcia za kwintesencję swojej tożsamości ani nie byli przywiązani do osady po drugiej stronie Atlantyku i nie myśleli o sobie przez jej pryzmat.

Przedstawiciele klas ludowych wychylają głowę ponad taflę niepamięci zwykle tylko na chwilę, często przypadkiem, aby zaraz po tym na nowo przepaść.

Spróbujmy wyobrazić sobie, że za kilkaset lat historycy odnajdują po nas ślad w oficjalnych dokumentach, które akurat, na skutek splotu wielu niezależnych okoliczności, przetrwały zawieruchę dziejów. Na przykład utrwalone w policyjnych raportach echo jakiejś sprzeczki sąsiedzkiej, jakiś mandat za szybką jazdę, jakieś podanie o pracę albo jedno z wielu pism do urzędów, jakie kiedyś napisaliśmy. Czy ktoś z nas uznałby, że to właśnie w tego rodzaju świadectwach zaklęta jest prawda na jego temat? Czy z takich szczątkowych informacji można się domyślić, kim był poszczególny człowiek, co chodziło po jego lub jej głowie, co lubiła, a czego nie mogła znieść, jak zachowywała się w trudnych życiowych momentach i tak dalej?

Rzemieślnicy z Jamestown, podobnie jak przytłaczająca większość członków klasy ludowej, pozostaną na zawsze ludźmi bez twarzy, ludźmi bez właściwości, ludźmi bez głosu. Nie narysujemy ich indywidualnego ani nawet zbiorowego portretu; jedyne, co pozostaje, to układać w całość fragmenty dostępnej nam wiedzy i szkicować w ten sposób kontury świata, w którym żyli.

Nie wiemy dokładnie, co się działo w Jamestown, możemy natomiast przyjrzeć się krajowi, z którego przyjechali bohaterowie tamtych wydarzeń. W ten sposób odkryjemy zupełnie inne historie: opresji, przemocy i krzywdy, ale też uporu, zaradności, sprytu i odwagi; wzajemnej pomocy, wsparcia i solidarności. Historie, których bohaterami nie są wybitne jednostki, arystokracja, królowie i generałowie, artyści czy intelektualiści, lecz zwykli ludzie, pojawiający się na kartach dziejów przeważnie nie z imienia i nazwiska, nie z indywidualnymi cechami, tylko jako jednorodna masa zwana chłopstwem, pospólstwem czy plebsem. Być może trudniej do tych historii dotrzeć, bo opowiadano je szeptem, tylko między swoimi, tak jak wymieniano się potajemnie w portowych tawernach opowieściami o amerykańskim eldorado, a w polskich karczmach o krainie pieczonych gołąbków.

Jeśli wsłuchamy się w nie uważnie, ukaże się nam obraz kraju zupełnie odmiennego od współczesnej Polski, ale też kraju, którego za nic nie można nazwać Rzeczpospolitą szlachecką. Zresztą wówczas nikt tak go nie nazywał – pojęcie to zostało wymyślone wiele lat później. Gdyby zapytać Poloniaków z Jamestown, gdzie się urodzili, odpowiedzieliby: „w Polszcze”. Echo tej dawnej formy miejscownika zachowało się do dzisiaj w słowie „polszczyzna”. Nazwijmy więc ten kraj Polszczą. Charakteryzowała go ogromna terytorialna oraz społeczna różnorodność, a władza pańska była tam jednocześnie absolutna i krucha. Podziały stanowe natomiast – w tym na szlachtę i chłopów – wcale nie definiowały społecznej struktury.

Wybierzmy się zatem na wyprawę do Polszczy, w której urodzili się, wychowali i którą zapewne przesiąknięci byli Poloniacy z Jamestown. Jak układały się tu stosunki międzyludzkie? W jaki sposób przymuszano ludzi do roboty? Jak klasy ludowe radziły sobie z permanentną opresją i nadzorem? Czy można się było wyrwać z ciągłego upodlenia? Jakie rysowały się ścieżki awansu? Jakie narzędzia stworzyli ludzie biedni, aby sobie wzajemnie pomagać i mierzyć się z trudną rzeczywistością?

Wyprawa do Polszczy odsłoni też przed nami rąbek historii globalnej – tej, o której zwykle milczą podręczniki i oficjalne opracowania, a w której zaklęta jest przeszłość wielu, jeśli nie większości z nas. To historia osobliwa: chłopi powstają z grobów i wysysają krew swoich bliskich, odcięte palce wisielców przynoszą szczęście złodziejom, zaplatanie włosów w dredy pomaga odzyskać psychiczną równowagę, a czary pozwalają zemścić się na okrutnym panu.

Bo przeszłość, zwłaszcza własna, jest najbardziej obcym krajem.

1P. Frankopan, Jedwabne szlaki. Nowa historia świata, przeł. P. Tarczyński, S. Żuchowski, Warszawa 2018.
2Zob. J. W. Moore, “Amsterdam is Standing on Norway”. Part II: The Global North Atlantic in the Ecological Revolution of the Long Seventeenth Century, „Journal of Agrarian Change” 2010, vol. 10, no. 2.
3J. S. Pula, Fact vs. fiction: what do we really know about the Polish presence in early Jamestown?, „The Polish Review” 2008, vol. 53, no. 4, s. 490.
4J. Topolski, Przełom gospodarczy w Polsce XVI wieku i jego następstwa, Poznań 2000, s. 163–164.
5Zob. D. Beauvois, Trójkąt ukraiński. Szlachta, carat i lud na Wołyniu, Podolu i Kijowszczyźnie 1793–1914, przeł. K. Rutkowski, Lublin 2011, s. 56, 60, 78; J. Jedlicki, Klejnot i bariery społeczne. Przeobrażenia szlachectwa polskiego w schyłkowym okresie feudalizmu, Warszawa 1968, s. 138–157.
6J. S. Pula, Fact vs. fiction…, dz. cyt., s. 479, 484–487.
7Cyt. za: tamże, s. 487.
8Cyt. za: A. Woźniak, Kultura mazowieckiej wsi pańszczyźnianej XVIII i początku XIX wieku, Wrocław 1987, s. 125.
9B. Baranowski, Walka klasowa chłopów ze starostwa brańskiego na Podlasiu (w. XVII–XVIII), „Roczniki Dziejów Społecznych i Gospodarczych” 1953, t. 15, s. 78.
10J. Gierowski, Stłumienie powstania chłopów kurpiowskich w 1738 r., „Przegląd Historyczny” 1953, z. 1–2, s. 91–100; B. Baranowski, Walka chłopów kurpiowskich z feudalnym uciskiem, Warszawa 1951, s. 130.
11Cyt. za: B. Baranowski, Walka chłopów kurpiowskich…, dz. cyt., s. 66.
12A. Woźniak, Kultura mazowieckiej wsi pańszczyźnianej…, dz. cyt., s. 139.
13R. Blackburn, The Making of New World Slavery, London 2010, s. 219–228.
14J. Krzyżanowski, Paralele. Studia porównawcze z pogranicza literatury i folkloru, Warszawa 1977, s. 350.
15Tenże, Mądrej głowie dość dwie słowie, t. 1, Warszawa 1994, s. 222.
16Tenże, Paralele, dz. cyt., s. 355.
17Tamże, s. 356–357.
18Tenże, Mądrej głowie dość dwie słowie, dz. cyt., t. 1, s. 221.
19Z. Rozanow, Treści literackie miniatur Graduału Olbrachta, „Pamiętnik Literacki” 1960, z. 3, s. 219.
20J. Tazbir, Między marzeniem a rezygnacją. W kręgu utopijnych oraz biblijnych legend XVI wieku, „Odrodzenie i Reformacja w Polsce” 1979, t. 24, s. 44.
21K. W. Czistow, Russkije narodnyje socjalno-utopiczeskije legiendy XVII–XVIII w., Moskwa 1967, s. 266, 280–291.
22C. L. R. James, The Black Jacobins. Toussaint l’Ouverture and the San Domingo Revolutions, London 2001, s. 16–17.
23R. K. Kent, Palmares: An African State in Brazil [w:] Maroon Societies. Rebel Slave Communities in the Americas, ed. R. Price, Baltimore 1996, s. 179.
24Tamże, s. 187.
25J. Krzyżanowski, Mądrej głowie dość dwie słowie, dz. cyt., t. 1, s. 222.
26M. Rediker, Outlaws of the Atlantic. Sailors, Pirates, and Motley Crews in the Age of Sail, Boston 2014, s. 68–70.
27P. Linebaugh, M. Rediker, The Many-Headed Hydra. Sailors, Slaves, Commoners, and the Hidden History of the Revolutionary Atlantic, London 2000, s. 120–127.
28J. Tazbir, Społeczny i terytorialny zasięg polskiej reformacji, „Kwartalnik Historyczny” 1975, nr 4, s. 725–726.
29H. Powodowski, Wędzidło na sprosne błędy a bluźnierstwa nowych arianow, Poznań 1582, s. 180.
30Zob. J. Tazbir, Walka z braćmi polskimi w dobie kontrreformacji, „Odrodzenie i Reformacja w Polsce” 1956, t. 1, s. 192.
31Z. Gołaszewski, Bracia polscy zwani arianami, Gdańsk 2018, s. 72.
32Cyt. za: tamże, s. 78.
33W. Urban, Chłopi wobec reformacji w Małopolsce w drugiej połowie XVI w., Kraków 1959, s. 51.
34Sformułowanie Szymona Budnego, zob. tegoż, O urzędzie miecza używającym, Warszawa 1932, s. 18.
35A. Gilewicz, Zatarg o płace w żupie bocheńskiej w 1592 roku, „Roczniki Dziejów Społecznych i Gospodarczych” 1948, t. 10, s. 160.
36B. Baranowski, Walka chłopów kurpiowskich…, dz. cyt., s. 56.