Układy i układziki

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

K. S. Rutkowski

Układy i układziki

Saga

Układy i układzikiZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2020 K. S. Rutkowski i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone. ISBN: 9788726770797

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Układy i układziki

Eugeniusza poznałem w 1998 roku. Jakiś czas wcześniej wyszedłem z więzienia, napisałem książkę i próbowałem wydać. Ale wszyscy ją odrzucali, nie wyjaśniając powodów. Najczęściej odpowiedź ograniczała się tylko do lakonicznego zdania: Niestety nie skorzystamy – i do zwrotu maszynopisu.

Po upływie kolejnych paru miesięcy trafiłem do wydawnictwa Eugeniusza. Tydzień przedtem wysłałem mu pocztą maszynopis z adnotacją, że za parę dni osobiście zgłoszę się po opinię. I żeby nie próbował mnie zwodzić, wykręcić się od rozmowy i w ogóle olać. Byłem w desperacji. I powiedziałem sobie wóz albo przewóz, muszę się w końcu od kogoś dowiedzieć, co jest z tym moim pisaniem nie tak. Wydawnictwo, którym kierował, miało siedzibę w naszym mieście, książka była o więzieniu, ostra jak brzytwa i miała cechy autobiografii. To i mój stanowczy liścik chyba wystarczyło, aby się wystraszył i nie kombinował. Kiedy więc w końcu się pojawiłem, starszawa sekretarka wpuściła mnie do niego bez problemu.

Gabinet był duży, zawalony książkami, a facet za biurkiem nie wyróżniał się niczym szczególnym. Choć sprawiał raczej odpychające wrażenie. Ponad czterdziestoletniej, otyłej kluchy z mocno przerzedzonymi włosami. Kogoś, kto – gdyby dzień później wylądował w pudle – po kilku godzinach, płacząc, obciągałby już druta współwięźniowi.

– Posłuchaj – zacząłem bez ceregieli – oświeć mnie. Od roku próbuję wcisnąć swoją książkę takim jak ty i chuj z tego wychodzi. Powiedz mi więc: w czym tkwi problem?

– W tobie – odparł.

– No dobra – stwierdziłem, siadając w fotelu naprzeciw niego. – Powiedz mi, dlaczego tak uważasz, w prosty i zrozumiały sposób, jak niedorozwiniętemu.

Szczerze się roześmiał.

– Uważasz, że skoro siedziałeś w więzieniu i spisałeś na gorąco parę historyjek zza krat, to w zupełności wystarczy – powiedział po chwili.

– Ten tekst potrzebuje szlifu. Porządnej redakcji i korekty. Ma w sobie potencjał, ale jest napisany, jakby stworzył go półanalfabeta. Ktoś, kto nigdy w życiu nie przeczytał żadnej książki. Nie czuje się, że autorem jest pisarz, brzmi jak pamiętnik z więzienia kogoś, kto nie za bardzo umiał składać zdań. W takim kształcie nikt ci tego nie wyda – dokończył bez ogródek.

– Czyli?...

- Napisz ją od nowa. Jednak nie od razu. Najpierw poczytaj trochę na ten temat, zobacz, jak dobrzy pisarze sobie poradzili z tym tematem. Odrób lekcje i kiedy będziesz już gotowy, zasiądź jeszcze raz do maszyny i wystukaj ów tekst ponownie. Przygotowałem ci listę lektur, które powinieneś poznać, aby zmierzyć się z tą tematyką.

Podsunął w moją stronę kartkę papieru leżącą na biurku.

– Tylko nie próbuj nikogo kopiować – ostrzegł, kiedy podniosłem listę książek. – Mamy już Stasiuka, więc spróbuj znaleźć swoje własne miejsce w tym interesie.

Przyjrzałem się kartce i nazwiskom na niej. Był tam Stasiuk i paru innych. Żadnego nie znałem. W ogóle, jak dotychczas, za dużo nie czytałem. Nawet w więzieniu, gdzie przecież miałem sporo wolnego czasu. Wolałem grać w karty i słuchać opowieści. Myślałem, że gdy tylko je spiszę i wydam, to od razu stanę się sławny i bogaty. Ale grubas za biurkiem właśnie pozbawił mnie wszystkich złudzeń. Byłem nieobytym z literaturą gnojkiem, który próbował wleźć w zabłoconych butach na salony. W gruncie rzeczy wiedziałem, że tak jest, lecz zbytnia pewność siebie była wtedy moją wielką wadą. Nie pomyślałem, że są takie góry, na które nie wejdę, jeśli się odpowiednio nie przygotuję. Grubas otworzył mi oczy. Może i w więzieniu robiłby laski, jednak co do mnie, chyba miał rację.

– No dobra, ale kiedy już poczytam i połapię się, o co w tym wszystkim chodzi, wydasz mi książkę czy nie? – zapytałem.

– Nie – odparł. – Bo to nie moja bajka. Rozejrzyj się. – Powiódł ręką po pokoju. – My tu wydajemy książki dla dzieci.

Rozejrzałem się. Na ścianach wisiały obrazki Koziołka Matołka, Sierotki Marysi i Piotrusia Pana. A na półkach mieniły się kolorowe grzbiety publikacji dla najmłodszych. Że też nie zauważyłem tego wcześniej. Nie sprawdziłem nigdzie profilu firmy. Poczułem się jak kretyn.

Jeszcze tego samego dnia wypożyczyłem z biblioteki kilka lektur z listy i zabrałem się do czytania.

Sześć miesięcy później wkręciłem czystą kartkę w starą maszynę do pisania firmy Łucznik i zacząłem od nowa...

Drugą wersję opowiadań ukończyłem po miesiącu. I czułem, że tym razem się udało. Przeczytałem moje dzieło kilka razy, naniosłem parę poprawek, następnie skopiowałem maszynopis w kilku egzemplarzach i powsadzałem do kopert. I rozesłałem do wiodących wydawnictw. Gdy wrzucałem je do skrzynki na poczcie, byłem pewny, że właśnie teraz całkowicie zmieniałem swoje życie.

Jednak przez następne miesiące moje życie wciąż wyglądało po staremu...

Pół roku później znowu udałem się do wydawnictwa Gienka. Bez zapowiedzi. Rozczarowany światem, który nie potrafił się poznać na moim talencie. Przez ten czas nie nadeszła odpowiedź z żadnego wydawnictwa, do którego wysłałem swoje dzieło. Jego kopie zginęły bezpowrotnie, jakbym wrzucił je do sracza i spuścił wodę.

Tym razem sekretarki nie było, Gienek sam urzędował w biurze. I wyglądał jak ostatnio, nawet miał na sobie to samo ubranie. Sprawiał wrażenie kogoś, kto ma już dosyć wszystkiego i kto najchętniej palnąłby sobie w łeb. Chyba książki dla dzieci nie sprzedawały się za dobrze lub jego życie nie układało się tak, jak powinno. A może jedno i drugie. Widać nie tylko mnie los nie oszczędzał. Czasem miałem wrażenie, że nie pieścił się z nikim w tym kraju. Szarym i smutnym, pełnym zmęczonych, przygnębionych ludzi.

– Niech zgadnę – zaczął, kiedy zasiadłem naprzeciw niego. – Nadal twoja książka o więzieniu nie ma brania?

– Jak pryszczaty okularnik na szkolnej potańcówce – odparłem.

– W czym więc jeszcze mogę ci pomóc?

– Wydaj ją – zaproponowałem, kładąc mu na biurku teczkę. – Chyba jesteś już moją jedyną nadzieją.

Rozejrzał się wymownie po swoim biurze, jakby mówił: Przecież już wspominałem, co za badziew wydaję...

– Dobra, wiem, że nie jestem Tuwimem ani Brzechwą, a to nie „Akademia Pana Kleksa” – powiedziałem, wskazując na swój maszynopis. – Ale książka to książka... Co ci szkodzi spróbować wejść w inną tematykę?

– To ryzykowne. I kosztowne, w dodatku może się nie zwrócić – odparł. – A i tak ten interes już ledwo zipie. Dorośli Polacy czytają teraz chyba wyłącznie etykiety na butelkach z alkoholem, chociaż czasem i w to wątpię. Jeszcze tylko na dzieciach można coś zarobić, aczkolwiek z roku na rok coraz mniej. Chyba widzisz, że nie opływam w luksusy. Bywają miesiące, że ledwo wystarcza mi na rachunki. Nawet sekretarkę już zatrudniam na pół etatu, żeby zaoszczędzić. Nie mogę ładować kasy w niepewne przedsięwzięcia. A twoja książka takim jest. Zresztą wcale mnie nie zachwyciła. Nie na tyle, żebym zaryzykował dla niej choć złotówkę.

– Teraz jest już znacznie lepsza – zapewniłem.

– Ty tak twierdzisz. A jako jej autor jesteś mało obiektywny.

Był szczery i nie owijał niczego w bawełnę. A to zawsze ceniłem w ludziach.

– Daj jej szansę – poprosiłem. – Przeczytaj i oceń. Jeśli uznasz, że jest warta zachodu, zadzwoń do mnie do końca tygodnia – numer zapisałem na teczce. Jeśli znowu ci się nie spodoba, po prostu nie zadzwonisz. A ja w niedzielę wieczorem będę już wiedział, że nadal nie widzisz w tym potencjału. I obiecuję, że więcej nie będę ci zawracał dupy.

Przez chwilę zastanawiał się nad moimi słowami.

– Ok., na to mogę pójść...

Przez następne dni oczekiwałem na jego telefon. I kiedy nie zadzwonił do soboty, byłem pewny, że mój manuskrypt wylądował w koszu. Może nawet wcale nieprzeczytany. Pewnie trafił do śmieci, gdy tylko opuściłem biuro. W końcu sam podsunąłem mu szybki sposób na pozbycie się natręta, jakim zapewne w jego oczach byłem.

Jednak zadzwonił. W niedzielę przed południem. Wtedy, kiedy już zacząłem na serio żałować, że kiedykolwiek chwyciłem za pióro.

– Przeczytałem – oznajmił. – Widzę, że odrobiłeś lekcje. Wziąłeś do serca, co ci mówiłem. I sporo poczytałeś. Teraz książka ma ręce i nogi. Po kilku zmianach i dobrej redakcji można ją puścić do ludzi. Pomogę ci w tym.

– Cholernie miło mi to słyszeć! – wykrzyknąłem, nie kryjąc entuzjazmu.

– Zrobię dla niej, wszystko co będę mógł – kontynuował – A w tym mieście mogę całkiem sporo. Nie tylko ją wydam, ale całkiem dobrze wypromuję. Mam chody w lokalnym radiu, telewizji i gazetach. Czuję, że na naszym podwórku sporo namieszasz. Na resztę tego dziadowskiego kraju nie mam jednak wpływu. Przygotuję papiery do podpisania. Od dziś jestem kimś w rodzaju twojego agenta...

– Mam w dupie papiery. Od początku dobrze ci z oczu patrzy, a ja znam się na ludziach. Ufam ci. Rób, co trzeba.

– Dzięki. Ale i tak będziesz musiał podpisać to i owo. Tak to działa. I nigdy tego nie olewaj. Na gębę niczego w tej branży nie załatwiaj, bo jest w niej równie dużo cwanych szumowin, jak w każdej innej. Na wszystko powinieneś mieć zawsze papier. W świecie literatury również zawsze chodzi o pieniądze, a nie o sztukę. Sam się już wkrótce o tym przekonasz.

 

Od tego dnia Eugeniusz wziął się ostro do pracy... Najpierw, kiedy co kilka dni omawialiśmy postępy nad książką przy piwku w barze, udzielał mi literackich porad, jakby już przygotowywał mnie do życia wielkiego pisarza. Jakby we mnie naprawdę wierzył. W to, że mam przed sobą przyszłość na tym polu. Podobało mi się to. A jedna z jego pierwszych rad od razu weszła mi w krew.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?