Te i inne miejscaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Te i inne miejsca
Te i inne miejsca
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 8,98  7,18 
Te i inne miejsca
Te i inne miejsca
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
4,99  3,69 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

K. S. Rutkowski

Te i inne miejsca

Saga

Te i inne miejscaZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2020 K. S. Rutkowski i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone. ISBN: 9788726770803

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

TE I INNE MIEJSCA

Wracałem do domu i wtedy ją zobaczyłem. Siedziała na murku naprzeciw McDonalda, przy rozłożonym na chodniku kocyku, na którym coś wyłożyła. Miała może z sześć lat, w każdym razie nie wyglądała na więcej. A na dworze szalała jesień i był ziąb jak diabli. Przystanąłem przy niej zaciekawiony.

– Co tam masz, malutka? – zapytałem.

– Spsedaję zabawki, psze pana – odparła cichutko spod gęstej grzywki.

– Zabawki? – spytałem, życzliwie przyglądając się rzeczom na kocyku. Dopiero po chwili w tym, co tam leżało, dostrzegłem coś, czym dziecko mogłoby się bawić, choć zabawki ledwo to przypominało. Jakiś mocno zniszczony samochodzik bez jednego kółka, kilka odartych z farby żołnierzyków, lalkę, która wyglądała na taką, co się rozleci, gdy tylko weźmie się ją do ręki. Wszystko to stanowiło żałosny widok, tak cały ten straganik, jak i sama dziewczynka.

– Mogę obejrzeć? – spytałem, sięgając po autko.

– Tak, baldzo plosę – odparła grzeczniutko, wyraźnie sepleniąc.

– O, bardzo ładny – skłamałem, oglądając samochodzik z każdej strony, a tak naprawdę spoglądając ukradkiem na dziecko.

– Był mojego blata – oznajmiła smutno, a coś w jej głosie nakazywało nie drążyć tematu. – To urwane kółko tes miałam, ale chyba zgubiłam, gdy tu słam – powiedziała po chwili bardziej ożywionym głosem. – Moze pan dopasować jakieś inne, na psykład z jakiegoś dlugiego samochodziku i jesce będzie się nim mozna bawić – zachwalała mi rezolutnie swój towar jak stara handlara. – Za to kółko opuscę panu cenę.

– Naprawdę? A ile byś za niego chciała? – zapytałem.

Zaczęła się zastanawiać.

– Hm?... Hm?... – chwilę mruczała teatralnie pod noskiem, wykrzywiając groteskowo dziecięcą twarzyczkę w parodii głębokiego namysłu, i zapytała, już śmielej się na mnie patrząc: – A ile by mi pan za to zapłacił?

– Niech pomyślę... – zacząłem, dalej udając, że oglądam zabawkę. – Myślę, że takie fajowe auto jest warte nawet dwadzieścia złotych.

– Dwadzieścia?! – wykrzyknęła radośnie, ale zaraz się chyba zreflektowała, że to nie tak załatwia się handlowe negocjacje, bo jej maleńka, słodka buźka na powrót przybrała minę biznesowej profesjonalistki.

– Właśnie... Właśnie tyle za nie chcę – powiedziała z kamienną twarzyczką, choć oczy nadal błyszczały jej z ekscytacji. – Kupi pan? – dodała z nadzieją.

Udałem, że jeszcze się zastanawiam.

– Obnizę panu o dwa złote – zaproponowała zaraz, jakby się bała, że rybka może jej się jednak zerwać z haczyka.

– Wezmę za dwadzieścia złotych, bo na pewno jest tyle wart – odparłem szybko, nie chcąc jej już dłużej trzymać w niepewności. Dałem małej dwudziestaka i schowałem autko do kieszeni płaszcza.

Chciałem już odejść, ale zatrzymał mnie jej głos.

– Plosę pana...

– Słucham cię, malutka?

– A moze kupiłby pan wsystko? – zapytała z nadzieją – Nie wezmę duzo...

I ta nadzieja w jej dziecięcych, bystrych oczach i błagalnym głosiku kazała mi znowu wyjąć portfel i wyskrobać z niego kilka kolejnych dwudziestek...

Po powrocie do domu opowiedziałem o wszystkim żonie.

– Kilkuletnie dziecko żebrało samo w centrum miasta? – zapytała z niedowierzaniem.

– Nie żebrało, tylko uczciwie zarabiało na życie – wyjaśniłem ze smutnym uśmiechem, pokazując jej przedmioty, które nabyłem od małej. – To są zabawki, jakbyś nie wiedziała – dodałem po chwili.

– Naprawdę?

– Przynajmniej kiedyś nimi były... – stwierdziłem ponuro. – Kupiłem wszystko, co miała, aby tylko poszła już z tej ulicy. Żal było patrzeć, jak tam siedzi w taką pogodę.

– Tak, to bardzo smutne, kiedy spotyka się dzieci w podobnych sytuacjach – stwierdziła. – To nie powinno się dziać w cywilizowanych krajach.

– Widać wciąż jeszcze daleko nam do cywilizacji – odparłem.

Stanęła przy mnie i na chwilę się przytuliła. A potem pochyliła się nad zabawkami.

– Ale rupiecie… Naprawdę maluchy mogą bawić się czymś takim? – spytała, przez chwilę je oglądając.

– Dziecięca wyobraźnia nie zna granic, kochanie – oznajmiłem. – Ja w jej wieku miałem jeszcze gorsze. I potrafiłem bawić się wszystkim, co tylko wpadło mi w ręce.

Mogła tego nie rozumieć. W przeciwieństwie do mnie pochodziła z zamożnego domu.

– Co z nimi zrobisz?

– Nie wiem. Miałem je gdzieś wyrzucić, ale jakoś głupio było mi to zrobić.

– Nadają się chyba tylko do śmieci...

– Też tak sądzę.

Ostatecznie nie potrafiłem się ich pozbyć. Nie miałem serca. Wyniosłem je więc do garażu i ułożyłem na półce, obok samochodowych akcesoriów.

Kilka dni później przejeżdżaliśmy z żoną samochodem przez centrum miasta, kiedy nagle zapytała: – Czy to nie dziewczynka, o której opowiadałeś?

Zwolniłem trochę i powiodłem wzrokiem za jej palcem.

– Tak, to ona – odparłem.

Siedziała dokładnie w tym samym miejscu co ostatnio, naprzeciw restauracji McDonald. Przy rozłożonym na chodniku kocyku, na którym pewnie znowu leżały jakieś zabawki.

– Zatrzymaj się gdzieś, chcę ją poznać – poprosiła Ala.

Zjechałem więc na chodnik i zaparkowałem pod jakimś sklepem. Przeszliśmy przez ruchliwą ulicę i podeszliśmy do tej małej.

Wyglądała dokładnie tak samo, jak ją zapamiętałem. W lichej, różowej kurteczce, trzęsąca się z zimna, w nieodpowiednich jak na tę porę roku, mocno zniszczonych bucikach. A na kocyku miała kolejną graciarnię. Jeszcze bardziej żałosną niż ostatnio, jakby tym razem naprawdę znalazła te rzeczy na śmietniku. Przechodzący ludzie nie zwracali na nią uwagi. Mijali ją obojętnie, niczym starą, śmierdzącą żebraczkę z kartonem na piersi z prośbą o wsparcie. A przecież była kilkuletnim zmarzniętym dzieckiem, jakby żywcem wyjętym z baśni Andersena. Świat gnał do przodu, konstruowano coraz szybsze samochody i komputery, podróż na Marsa była już tylko kwestią czasu, jednak pewne rzeczy pozostawały niezmienne. I nigdy nie miały się zmienić. Miłosierdzie od zawsze było towarem deficytowym.

– Cześć, aniołku, czy pamiętasz tego pana? – zapytała Ala, kucając przy niej.

Dziewczynka uniosła wzrok i spojrzała na mnie nieufnie. Chwilę mi się przypatrywała i nagle na jej twarzyczce zagościł uśmiech.

– Mój najlepsy klient – wysepleniła, ale tonem bizneswoman o światowej renomie.

Zachichotaliśmy z żoną prawie jednocześnie.

– Tak, to ja – przyznałem, puszczając do niej oko. – I widzę, że dalej siedzisz w tym zabawkowym interesie. – Wskazałem na kocyk.

Wzruszyła ramionkami.

– Nic jesce nie spsedałam – poskarżyła się smutno i zaraz dodała: – Tylko pan ode mnie coś kupił...

– Bardzo nam przykro – powiedziała Ala, mierzwiąc jej dłonią czuprynkę w matczynym geście. – Ludzie się po prostu nie znają na fajnych rzeczach.

– Ale ten pan się zna – dziewczynka stwierdziła z błyskiem w oku, wskazując na mnie, jakby znowu dostrzegła szanse na interes życia. A ja, jak to ja, już się zastanawiałem, ile jej dać tym razem za te wszystkie śmieci. Zawsze miałem miękkie serce, zwłaszcza gdy chodziło o dzieci. Moje córki robiły ze mną, co chciały, gdy były małe i, jak widać, nie tylko one. Teraz obie rozjechały się po świecie, miały mężów i robiły kariery, lecz nie obdarzyły jeszcze nas wnukami. A chyba oboje z Alą podświadomie ich pragnęliśmy...

Sięgałem już do kieszeni po portfel, kiedy Ala przejęła inicjatywę.

– Wiesz co, aniołku – zaczęła – mam świetny pomysł. Mój mąż popilnuje twojego sklepiku, a my dwie pójdziemy sobie do McDonalda zjeść coś dobrego. Na pewno siedzisz tu już długo i jesteś głodna. Co ty na to?

Spojrzała na nas niepewnie. Najpierw na Alę, potem na mnie. Następnie na swój malutki kramik, takim wzrokiem, jakby rozłąka z nim nie wchodziła w grę. Albo zostawienie tych wszystkich skarbów pod opieką obcego człowieka. Wyraźnie się wahała.

– A jak już zjemy, aniołku, pójdziemy jeszcze sobie na zakupy do tego dużego sklepu tuż obok – Ala zachęcała ją dalej, wskazując na dom handlowy zaraz przy restauracji; już na pierwszej witrynie prezentowała się zapewne najnowsza kolekcja dziecięcych, jesiennych ubrań, której pożądała niejedna mała strojnisia. A zwłaszcza dziewczynka, która mogła tylko pomarzyć o takich rzeczach. – I kupimy ci coś ładnego. Taka ślicznotka powinna pięknie wyglądać – dokończyła moja żona i wyciągnęła do małej rękę.

To wystarczyło... Dziecko chwyciło ją za dłoń, wręcz promieniejąc z nagłego szczęścia. I dała się poprowadzić Ali w kierunku tej najbardziej znanej na świecie fastfoodowej restauracji.

Kiedy otwierały drzwi, żona spojrzała na mnie, ruchem głowy wskazując na koc, i bezgłośnie wyszeptała: – Zrób coś z tym.

Dałem jej znak, że zrozumiałem.

Kiedy tylko znikły mi z oczu, zwinąłem szybko z chodnika koc wraz z zabawkami, wsunąłem pod pachę i ruszyłem do swojego samochodu, znowu nie mając serca władować wszystkiego do najbliższego kosza na śmieci. Zwróciłem tym uwagę kilku przechodniów. Niektórzy nawet przystanęli, przyglądając mi się, jednak miałem to gdzieś. Widać duży, dobrze ubrany facet w lśniących butach, zwijający z chodnika dobytek jakiegoś żebraka, mógł wzbudzić ich ciekawość. Ale godzinami wysiadujące w tym samym miejscu zziębnięte, samotne, małe dziecko już nie. A w ogóle to gdzie podziewały się wszystkie służby? Straż miejska, policja i cała reszta tych darmozjadów? Dlaczego nie zareagowali? Nie zainteresowali się tą dziewczynką?

 

Może właśnie, jak co miesiąc, pilnowali tysiącami funkcjonariuszy dobrego samopoczucia pewnego starego, psychopatycznego dziada, któremu marzyła się dyktatura, znowu odstawiającego żałobny, narodowo-katolicki cyrk w stolicy naszego kraju – bo chyba jakoś były już te dni w kalendarzu – więc nie mieli czasu na nic więcej... Ten kraj chylił się ku upadkowi i coraz częściej mieliśmy z żoną ochotę wszystko sprzedać i wyjechać stąd gdzieś na zawsze, zostawiając za sobą cały ten syf. Był coraz większy, cuchnący, w dodatku nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek coś tu się zmieni na lepsze.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?