Jak się nie zabić i nie zwariować

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Żadna droga w moim życiu nie była tak długa jak ta,

która miała mnie zaprowadzić do mnie samej.

Alice Miller

Wstęp

Ta książka nie sprawi, że nagle będziesz szczęśliwy. Tylko Ty masz kontrolę nad swoim życiem i możesz je zmienić. Chociaż zdaję sobie sprawę, że czasami jest naprawdę trudno.

Każdy ma jakiś problem. Wszyscy nosimy w sobie sekret, tajemnicę, o której boimy się komukolwiek powiedzieć. Jestem tu po to, żeby Cię wysłuchać – niech te kartki przyjmą Twoje łzy. Jestem tu dla Ciebie. Jestem tutaj też dla siebie. Chcę wyrzucić z siebie to, co siedziało we mnie przez te wszystkie lata.

Usiądź wygodnie, zrób sobie kawę lub herbatę. Weź sobie ciastko (tak, wiem, że nie powinno się czytać i jeść) – potraktuj tę książkę jak osobę, która siedzi naprzeciwko Ciebie i cierpliwie słucha. Cieszę się, że tu jesteś! Czeka nas długa i trudna droga. Mam nadzieję, że na końcu znajdziesz spokój i zrozumienie, których od dawna szukasz.

Justyna Suchanek

Wprowadzenie

16.03.2014

Zapomniałam już, jak pachnie deszcz o trzeciej w nocy, a jednak leżę teraz bezwładnie na materacu i zachwycam się tym wilgotnym powietrzem. Jestem już podobno starsza, podobno dojrzalsza i podobno więcej się ode mnie oczekuje. Nic się jednak nie zmieniło, wszystko zaczęło się walić. Wszyscy mi umierają, a razem z nimi ja. Powoli, w środku, kurczę się z bólu. Nikomu nie powiem. Nikt nie musi wiedzieć.

Jeśli ludzie by w nocy nie spali, na pewno nasłuchiwaliby wszystkiego dookoła. W nocy wszystko jest takie mroczne i tajemnicze. To najlepsza pora, żeby się wypłakać. W nocy nie widać łez, nie słychać szlochu. Wszyscy śpią, z wyjątkiem mnie.

Ja cierpię.

Mogłabym opisać siebie jako pudełko z czekoladkami. Każda czekoladka to moja inna choroba. Mogłabym też powiedzieć, że przeżyłam już wszystko, ale nie wiem, co spotka mnie jutro. Nikt tego nie wie. Już się jednak nie boję. Wszystko, co przeżyłam, nauczyło mnie pokory i dodało siły. Wiem jednak, że życie jeszcze ze mną nie skończyło. Czasami jest strasznie chujowe, ale niekiedy bywa naprawdę fajne. O to właśnie chodzi, żeby widzieć zawsze dwie strony medalu.

Jeśli odbierzesz sobie życie dzisiaj, nie dowiesz się, co czeka Cię jutro. A możesz mi zaufać, życie lubi robić niespodzianki. Z każdego dołka da się wyjść. Mnie zajęło to, co prawda, dwadzieścia trzy lata, ale w końcu strzepałam z siebie ostatnie ziarenka piasku i stanęłam na nogi. Może jutro grunt pod nogami znowu zacznie mi się obsuwać, ale wiem już, jak sobie z tym radzić. Nie jest to łatwe, ale nikt nie mówił, że życie takie będzie. Byłam trzy razy w szpitalu psychiatrycznym, u dwudziestu psychologów, siedmiu psychiatrów i siedmiu terapeutów. Znalazłam dwóch dobrych terapeutów i jednego dobrego psychiatrę. Psycholodzy pomagali mi na krótką metę. Często słyszałam od innych: „Jesteś młoda, masz całe życie przed sobą” – to prawda, miałam. Szkoda jednak, że zamiast mnie oceniać i krytykować, przez całe życie nikt nie podał mi pomocnej ręki. Nikt mi nie wytłumaczył, jak wygląda świat i dlaczego niekiedy życie nie jest takie, jak byśmy chcieli. Dlatego jestem tu teraz, żeby podać Ci tę dłoń, której tak długo Ci brakowało. Mam nadzieję, że po skończeniu tej książki spojrzysz na życie trochę inaczej. Nie chcę Ci mówić, co masz robić. Chcę Ci pokazać, że można inaczej.

Bycie dzieckiem z rodziny dysfunkcyjnej jest trudne!

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Dorośli chcą zazwyczaj pamiętać ze swojego dzieciństwa same dobre chwile. U mnie jednak było ich tak mało, że z czasem zniknęły one gdzieś w mojej podświadomości. Jedynie zdjęcia, na których widzę siebie uśmiechniętą, przypominają mi, że nie zawsze było tak źle.

Rodzina dysfunkcyjna to taka, w której coś nie działa tak, jak powinno. A u mnie w zasadzie nic nie działało. Dziecko powinno beztrosko poznawać świat i cieszyć się tym okresem. Czasami były i takie momenty. Wychodziłam pobawić się z koleżankami na podwórko. Chodziłyśmy z siostrą na sanki. Tata usypywał nam ogromną górę śniegu, z której potem zjeżdżałyśmy na reklamówce. Żadna jednak z tych chwil nie trwała zbyt długo. Myśleliśmy, że dobrze ukrywamy nasz sekret. Mimo to wszyscy byli świadomi, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami naszego domu. Ciągłe awantury, krzyki, wyzwiska, a czasami nawet interwencje policji. Zawsze coś musiało się dziać. Rzadko było spokojnie. Stąd moje późniejsze przyzwyczajenie do życia w wiecznym stresie. Stąd zgoda na wyrządzanie mi krzywdy, czy to psychicznej, czy to nawet fizycznej. Tata, co prawda, nigdy mnie nie uderzył, ale kilka razy się zamachiwał. To naprawdę straszne być dzieckiem, a jednocześnie nie móc nim być. Musiałam szybko dorosnąć, bo tego wymagała sytuacja. Dziecko nie przeżyłoby takiego koszmaru.

Całe moje dzieciństwo czułam się niekochana, no bo gdzie niby w takim domu miejsce na miłość? Szybko jednak zaczęłam brać na siebie winę za wszystko, co nas spotyka. Uważałam, że może gdybym się nie urodziła, tata nie zacząłby pić. Czułam, że to ja jestem tu problemem i że może jeśli zniknę, wszystko jakoś się ułoży. Wydaje mi się, że już od dziecka miałam depresję. Z czasem pojawiły się też myśli samobójcze. Kiedyś, po okropnej kłótni z mamą, napisałam swój pierwszy list samobójczy, po czym wspięłam się na szczyt drzewa i chciałam skoczyć. Szanse na zabicie się przy upadku z tak małej wysokości były znikome, ale czułam, że muszę zrobić cokolwiek. Nienawidziłam swojego życia i nie mogłam już dłużej. W końcu jednak za namową mamy i siostry zeszłam na ziemię. Pamiętam, jak mama na mnie krzyczała, że co ja sobie wyobrażam. Szkoda, że nie opowiedziałam jej wtedy o tym, jak wyobrażałam sobie, że nie żyję. To smutne, że odkąd pamiętam, czułam ciągle pustkę. Czasami czułam się martwa w środku. Wstawałam, chodziłam do szkoły, odrabiałam lekcje, oglądałam telewizję, chodziłam spać i od nowa to samo. Funkcjonowałam tak dzień w dzień. Wydawało mi się jednak, że straciłam swoją duszę, i nie mogłam jej już odzyskać.

Strasznie zazdrościłam wszystkim, że ich rodzice się kochają, że są szczęśliwi i mają spokojne życie. Nie rozumiałam, jak to jest mieć normalne stosunki z mamą albo z tatą. Nie wiedziałam w zasadzie, jak budować zdrowe relacje, bo nikt mnie tego nigdy nie nauczył. Owszem, była moja babcia, która kochała mnie całym sercem i zawsze starała się mnie chronić, ale i ona nie była dobrym przykładem. Wychowywałam się więc bez wzorca. Sama musiałam się nauczyć, co jest złe, a co dobre. Szczerze? Jeśli chodzi o budowanie bliskości z innymi ludźmi, to nadal sobie z tym nie radzę. Każdego dnia jest jednak trochę lepiej. Zwłaszcza w porównaniu z tym, jak wyglądało to w dzieciństwie. Moja mama dużo pracowała, tak jak mój tata. Większość czasu spędzałam w przedszkolu, a później w szkole. Pamiętam, że to z babcią przebywałam najczęściej. Ona mi gotowała, odbierała mnie po lekcjach, opiekowała się mną i zajmowała. Nie pamiętam mamy. Za to pamiętam, że kiedy byłam mała, a ona wracała po całym dniu w pracy, mówiłam jej, że ma sobie iść. Bardzo się cieszyłam z tego, że w końcu wróciła, ale nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Nie umiałam dopuścić do siebie jakichkolwiek dobrych uczuć. Zamiast wpaść jej w ramiona i spędzić z nią trochę czasu, który wreszcie miała, ja tylko się złościłam, że nie było jej wcześniej. Czułam się porzucona. Otwierałam więc drzwi na oścież i ją wypychałam. Czasami mama faktycznie wychodziła i straszyła mnie, że już nigdy nie wróci. Zalewałam się wtedy łzami. Nieraz wybiegałam za nią w samych skarpetkach na ulicę i prosiłam, żeby wróciła. Tak bardzo chciałam zbudować bliskość z mamą, że mnie to przerażało. Wolałam więc z tego zrezygnować. Nie pozwalałam się przytulać, całować, a nawet dotykać. Bałam się, że jeśli pozwolę mamie mnie pokochać, a ona mnie znowu porzuci dla pracy czy czegokolwiek innego, to ja tego nie przeżyję. Oczywiście, że nie brałam pod uwagę tego, że mama musi zarabiać pieniądze. Dla mnie rzeczy materialne nigdy nie miały żadnej wartości. Po pewnym czasie mama zmieniła pracę i nawet chciała się wtedy trochę do mnie zbliżyć. Ja jednak wybudowałam już tak gruby mur, że nikt nie byłby w stanie się przez niego przebić. Nienawidziłam mamy, a jednak kochałam ją tak bardzo, że mogłabym za nią umrzeć. Nieraz broniłam jej przed tatą, choć jako dziewczynka miałam niewielkie szanse. Gdyby tata chciał, mógłby odepchnąć mnie jedną ręką i już by mnie nie było. Myślę, że tego nie zrobił, bo w głębi serca bardzo nas kochał. Choroba nie dawała mu jednak okazji, żeby to okazywać. Uważam, że rodzice nas kochali. Mnie i moją siostrę. Często wysyłali nas na kolonie, obozy. Dbali, żebyśmy miały gdzie mieszkać, co jeść, w co się ubrać. Za każdym więc razem, kiedy próbowałam im powiedzieć, że nie czuję się przez nich kochana, oni natychmiast wyciągali te argumenty. Dla mojej rodziny liczyły się rzeczy materialne, dla mnie – niekoniecznie. Oczywiście, cieszyłam się, że mogłam gdzieś pojechać. Wolałabym jednak, żeby tata mnie przytulił, a mama tyle nie pracowała. Zawsze dbali o moje potrzeby, ale nigdy – o moje emocje. Nie zajmowali się mną tak, jak wtedy tego potrzebowałam. Jak już mówiłam, w domu dysfunkcyjnym nie ma miejsca na emocje. Wszystko jest zamiatane pod dywan. Na pierwszym miejscu zawsze jest choroba.

Nie dziwię się, że nie dogadywałyśmy się z siostrą. Żadna z nas nie potrafiła stworzyć zdrowej relacji. Dlatego robiłyśmy to, co było dla nas znajome, czego nauczyli nas nasi rodzice. Kłóciłyśmy się, nieraz nawet biłyśmy. Nigdy nie mogłyśmy ze sobą normalnie porozmawiać. Mama od dziecka nas porównywała, więc nienawidziłyśmy się nawzajem. Bardzo mi przykro z tego powodu. Potrzebowałam wsparcia i choć często broniłyśmy się wzajemnie przed atakami taty, to potem żadna z nas o tym nie rozmawiała. W zasadzie nigdy ze sobą nie rozmawiałyśmy. Czasami, kiedy się biłyśmy, miałam już tak bardzo dość, że wybuchałam. Zaczynałam przeraźliwie krzyczeć i płakać. Kładłam się na ziemi, a łzy leciały mi po policzkach. To był chyba jedyny moment, w którym w końcu wyrzucałam z siebie wszystkie złe emocje. Sylwia była przerażona, przepraszała mnie później. To nie była jej wina. Po prostu przychodziła chwila, gdy miałam już dość. Nie radziłam sobie z tym, co się ze mną działo. Nie rozumiałam nawet, co takiego czuję. Co więcej, już wtedy byłam wysoko wrażliwą osobą. Przeżywałam więc wszystko dziesięć razy bardziej niż inni. Pewnie dlatego tak szybko dojrzałam i przyjęłam rolę dorosłego, mimo że dalej byłam tak naprawdę tylko dzieckiem.

 

Zabrzmi to bardzo smutno, ale prawda jest taka, że nie znam do końca mojej siostry. Nie miałyśmy okazji się poznać. Kiedy Sylwia skończyła szkołę, wyjechała na studia i zajęła się swoim życiem. Często ją odwiedzałam, ale czułam się zawsze nieswojo i dziwnie. Wiem, że starała się poprawić nasze relacje, ale nie potrafiła mnie zrozumieć. Obie miałyśmy zniszczone dzieciństwo, ale ona jako dziecko spędziła trochę czasu z tatą, kiedy ten jeszcze nie pił. Choć była starsza, myślę, że to i tak zostawiło ślad w jej psychice. Korzystała zresztą później z terapii. Musiało być jej ciężko. Na szczęście na swojej drodze spotkała swojego męża Mateusza i nie znam innej osoby, która byłaby dla niej bardziej odpowiednia niż on. Sylwia trochę się zmieniła. Zresztą ja też. Nasze relacje się poprawiły, chociaż jeszcze nie zawsze jest tak, jak byśmy chciały. Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się stworzyć bardzo bliską więź. Wiem, że obu nam bardzo tego brakuje.

Pamiętam, jak któregoś dnia Sylwię potrąciło auto. Byłam przerażona tym, że mogę ją stracić. Kiedy odwiedzałam ją w szpitalu, przynosiłam jej ulubione batoniki. Nie wiedziałam, co więcej mogłam zrobić. Myślę, że ona wiedziała, że ten batonik znaczy tyle co: „Kocham cię i cieszę się, że żyjesz”. Bardzo mi szkoda mojej siostry. Do tej pory męczy się z chorobami fizycznymi, ja z kolei mam swoje problemy w głowie. Nie można powiedzieć, że któraś z nas ma gorzej. Każda cierpi na swój sposób i każda radzi sobie z tym, jak może.

Choć w szkole trudno było mi utrzymać uwagę i koncentrację, starałam się mieć dobre oceny. Przynajmniej w szkole podstawowej. Nie chciałam robić dodatkowych problemów. W domu i tak działo się już wystarczająco dużo. Czasami nie mogłam odrobić pracy domowej, bo tata urządzał kolejną awanturę i obrona mojej rodziny była wtedy ważniejsza niż rozwiązywanie jakichś zadań z matematyki. Kiedy więc pani w szkole pytała, dlaczego znowu nie odrobiłam pracy domowej, kłamałam. Wymyślałam, cokolwiek przyszło mi do głowy, byle tylko nie powiedzieć prawdy. Pamiętam, że gdy już trochę podrosłam, zrobiłam się bardzo ambitna. Żeby nie myśleć o tym, że czeka mnie kolejna awantura, zajmowałam głowę innymi rzeczami. W pewien sposób szukałam chyba odpowiedzi na pytanie: „Kim jestem?”. Próbowałam różnych zainteresowań. Od malowania ścian po malowanie na płótnie. Tata swego czasu malował obrazy, siostra odziedziczyła po nim talent. Ja nie potrafię nawet dobrze trzymać ołówka. Zawsze ciągnęło mnie jednak do rzeczy artystycznych, w tym również do pisania. Jako dziewczynka napisałam swoją pierwszą książkę, o chłopczyku, który stracił wszystko, co miał, ale nigdy nie przestał być dobrym człowiekiem. To naprawdę niesamowita historia i umieściłam ją na końcu tej książki. Możesz przeczytać ją teraz albo kiedy już dotrzesz na sam koniec.

Nikt nie mógł uwierzyć, że w wieku siedmiu lat napisałam coś takiego. Ba! Nawet zrobiłam rysunki. Mój tata, gdy to przeczytał, aż się popłakał. Każdy był zachwycony, ale ja nie wiedziałam czym. Wydawało mi się to dość proste i zwyczajne opowiadanie. Z perspektywy czasu widzę jednak, ile kryło się w nim emocji i jak głęboki miało przekaz. To oczywiste, że jestem tym chłopakiem i zawsze nim byłam, ponieważ sama miałam ciężko, ale zawsze rozumiałam innych ludzi. Choć nie mogłam pomóc samej sobie, to starałam się to zrobić przynajmniej dla innych. Być może już wtedy podświadomie wiedziałam, że nie ma większej wartości niż życie z czystym sercem.

Pisanie pomagało mi w jakimś stopniu poradzić sobie z emocjami. Mogłam wtedy wyrzucić z siebie – czy to w przenośni, czy wprost – wszystko to, co nie miało innego ujścia. Zapisałam wiele zeszytów, pamiętników, dzienników. Jedną książkę skończyłam, ale napisałam ją bardziej dla siebie niż po to, żeby ją wydać. Książkę, którą właśnie czytasz, również napisałam dla siebie, ale przede wszystkim – dla Ciebie. Nie żałuję, że to wszystko przeżyłam. Dzięki temu jestem teraz tym, kim jestem. Nie dlatego, że życie tak chciało, ale dlatego, że ja tak wybrałam. Mogłam już dawno się zabić, uzależnić od alkoholu, pogrążyć w nienawiści do ludzi, obwiniać wszystkich i wszystko za to, co mnie spotkało. Miałabym prawo być złym człowiekiem, ale wybrałam bycie dobrym. Odnalazłam w tym wszystkim sens. Powód. Zajęło mi to dużo czasu, ale cieszę się, że w to końcu zrozumiałam.

Ja wiem, że rodzicie często bagatelizują problemy dziecka. Mówią, że mu się w dupie poprzewracało. To przykre nie mieć wsparcia w bliskich osobach i nie znajdować u nich zrozumienia. Możesz jednak odkryć je w sobie. Najważniejsza lekcja, jaką otrzymałam od życia, to nie wymagać niczego od ludzi. Nie żądać, żeby byli wyrozumiali, delikatni, wrażliwi i pełni miłości. Nie mam na nich żadnego wpływu, mam za to wpływ na samą siebie i tylko od siebie mogę czegoś oczekiwać. Dzięki temu nie zawiodę się, kiedy ktoś nie spełni moich oczekiwań, i będę dumna z tego, jakim człowiekiem jestem. Wiem, że to boli, kiedy zwierzasz się mamie albo tacie, że masz dość życia, oczekując zrozumienia, ale go nie dostajesz. Jedyne, co możesz zrobić, to oczekiwać od siebie wyrozumiałości i cierpliwości potrzebnych, by im to wytłumaczyć tyle razy, ile będzie trzeba, albo poszukać pomocy w innym miejscu. Ludzie będą Cię lekceważyć. Nie jest to jednak powód, by zamykać się w sobie i nikomu nic nie mówić. Po prostu wybór padł na złą osobę. W końcu znajdzie się ktoś, kto potraktuje Cię poważnie i kto będzie chciał Ci pomóc. Będzie patrzył na Ciebie jak na osobę, a nie jak na dziecko.

Kiedy butelka jest ważniejsza od ciebie

31.12.2015

Moment, w którym twój tata dzwoni w sylwestra i przeprasza cię za wszystko, co ci zrobił, nie jest tak dobrą chwilą, jak by mogło się wydawać. To najgorszy moment na świecie. Nigdy wcześniej tego nie robił, więc wiesz, że jedyne, co go do tego zmusiło, to fakt, że jest z nim bardzo źle albo umiera. Wtedy nic się nie liczy. Nowy rok, impreza, nic. Wtedy myślisz tylko o tym, że możesz stracić najważniejszą osobę w twoim życiu. Nawet nie wiesz, co powiedzieć. Czujesz, jak gardło powoli ci się zaciska. Rozłączasz się i nie przestajesz płakać. Już nigdy.

Nie tak wyobrażałam sobie ten rok. W piżamie, bez makijażu. Opiekująca się chorym chłopakiem, który nawet nie będzie tego pamiętał. Który mnie nie kocha, a którego miłości tak bardzo potrzebuję. Prawie tak bardzo jak miłości mojego taty.

Bardzo kocham tatę i nie zamieniłabym go na kogoś innego. Strasznie mi przykro, że przez te wszystkie lata był z tym sam. Choroba zabrała mu całe życie. Gdybym wtedy wiedziała to, co wiem teraz, może mogłabym mu jakoś pomóc. Musiało być mu bardzo ciężko. Zresztą komu nie było? Różnica polega jednak na tym, że my trzymałyśmy się razem. On był ze swoim problemem sam. Uzależnienie jest okropną chorobą, bo niszczy życie nie tylko chorej osoby, lecz także wszystkich, którzy są jej bliscy. Zabrało więc także i moje.

Mam kilka wspomnień z dzieciństwa, które od zawsze noszę w sercu. Tata miał okresy, w których nie pił. Mimo że nie trwały one długo, a z tyłu głowy ciągle był ten strach, że to się zaraz skończy, to wówczas się cieszyłam, bo odzyskiwałam go chociaż na chwilę. Nieustannie się zastanawiałam, co takiego musiałabym zrobić, żeby tata wybrał mnie zamiast butelki. Czy byłam złym dzieckiem? Czy nie byłam wystarczająco dobra? Czy to dlatego, że źle się uczyłam? Wiele lat obwiniałam się za picie mojego taty, do tego stopnia, że pytałam mamę, czy gdybym się nie urodziła, tata by nie pił. Zawsze mu wierzyłam, kiedy mówił, że mnie kocha, ale nigdy tego nie czułam. Widziałam go stale się chwiejącego, z nieprzytomnym wzrokiem. Nie potrafiłam szukać winy w nim, więc szukałam jej w sobie i im dłużej ukrywałam to w sercu, tym ciężej znosiłam wszystkie inne rzeczy. Nie potrafiłam skupiać się na lekcjach, właściwie to nawet nie miałam jak. Bez przerwy myślałam o tym, że w domu czeka mnie kolejna awantura. Kiedy ktoś pytał mnie o tatę, bo widział go na przykład przewracającego się na mieście, tłumaczyłam, że był na czyichś urodzinach i po prostu za dużo wypił. Czasami mówiłam, że się zatacza, bo ma skręconą nogę. Zawsze szukałam dla niego jakiejś wymówki. Miałam sporo koleżanek, ale prawie nigdy nie zapraszałam ich do siebie. Na pewno nie w tych okresach, kiedy tata pił. Wstydziłam się tego. Myślę, że gdyby w szkole ktoś się o tym dowiedział, zostałabym wyśmiana i poniżona. Wolałam więc siedzieć cicho i nic nikomu nie mówić.

Pamiętam, że całe dzieciństwo bardzo się bałam. Nie wiedziałam wtedy nic o emocjach. W mojej rodzinie się o nich po prostu nie mówiło, a szkoda. Może gdyby było inaczej, każdy mógłby otrzymać odpowiednią pomoc. Poza tym w moim domu nie było miejsca na czyjekolwiek uczucia oprócz tych taty i mamy. Myślałam, że prędzej czy później powody do kłótni się im skończą, ale pijaństwo mojego taty nie miało końca. Czasami nie mogłam na niego nawet patrzeć. Miałam w sobie tak dużo nienawiści i, co najdziwniejsze, nie była to nienawiść do niego, tylko do alkoholu. Ja wiedziałam, że to nie jest mój tata. Tłumaczyłam sobie, że w moim życiu są dwie osoby: tata – który jest dobrym człowiekiem, który mnie kocha i nie pije – oraz ojciec – który potrafi tylko pić, kłócić się i znęcać nad innymi. Dziecku bardzo trudno jest znienawidzić swojego rodzica, nieważne, jak złym jest on opiekunem.

Kiedy miałam sześć lat, zauważyłam, że jestem poważniejsza niż inne dzieci. Oczywiście, bawiłam się i wygłupiałam, ale zawsze miałam w sobie pewne zahamowania. Byłam o wiele za dojrzała jak na swój wiek, o wiele bardziej odpowiedzialna i wbrew pozorom o wiele bardziej rozwinięta niż moi rówieśnicy. Dlatego wydawało mi się logiczne, że kiedy tata się odgrażał, że nas w nocy pozabija, ja zabierałam nóż i trzymałam go pod łóżkiem. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Teraz, gdy mam dwadzieścia trzy lata, widzę jak ten obraz jest oderwany od rzeczywistości. Nie wyobrażam sobie, żeby moje sześcioletnie dziecko zamiast się zastanawiać, jaką zabawkę chce dostać, myślało o tym, jak ochronić swoją rodzinę. To straszne, ale moja rodzina to nie jedyny taki przypadek. Mój tata nigdy nas jednak nie skrzywdził. Pamiętam, że nieraz przychodził do pokoju, siadał na kanapie i płakał. Bardzo mnie to bolało. Nie rozumiałam, dlaczego wszyscy musimy tak cierpieć, dlaczego nic z tym nie można zrobić.

Kiedy byłam mała, problem alkoholizmu był mocno bagatelizowany. Ludzie mówili: „Chłop siedzi cały dzień w pracy, to musi się potem napić i odpocząć”. Niektórzy nadal tak uważają. Tyle że mój tata nie pił tylko po pracy. Pił cały czas. Były dni, kiedy przychodził tak pijany, że nawet nas nie zauważał, szedł do pokoju i zasypiał. Czasami znajdowałam go na schodach, czasami na podłodze. Za każdym razem było mi tak samo przykro. W niektóre noce, gdy tylko słyszałyśmy, że przekręca klucz w drzwiach, kładłyśmy się do łóżka i udawałyśmy, że śpimy. Dzięki temu unikałyśmy kłótni i awantur. Policja wbrew pozorom nie przyjeżdżała do nas często. Mama wstydziła się dzwonić po pomoc, a babcia nie chciała, żeby zabierali jej syna. Przez całe moje dzieciństwo tata trafił na izbę wytrzeźwień może dwa razy.

Jednej nocy, której nie zapomnę do końca życia, tata przyszedł do domu strasznie zdenerwowany, chyba jeszcze nigdy nie widziałam go tak nabuzowanego. Na awanturę nie trzeba było długo czekać. Tata nie stosował wobec nas przemocy fizycznej, zazwyczaj jedynie psychiczną. Straszył nas, obrażał, wyzywał od najgorszych. To był dla nas chleb powszedni. Tej nocy coś mi nie pasowało, coś od początku gniotło mnie od środka i nie dawało spokoju. Zrobił się bardzo agresywny, zaczął szarpać mamę za włosy. Schowałyśmy się więc do pokoju – ja, mama, moja siostra i babcia. Dwie kobiety, jedna nastolatka i dziecko – to bardzo mało w porównaniu z jednym wściekłym facetem. Pamiętam, jak walił w szybę i krzyczał, że nas zabije. Próbował wejść, ale zastawiłyśmy wejście sofą, którą podpierałyśmy z siostrą. Nie wiem, skąd miałam w sobie tyle siły, może stąd, że zależało od tego moje życie. Wszystkie się wtedy modliłyśmy, bo jeśli nie Bóg, to nie wiem, kto mógł nas uratować.

 

Babcia nigdy nie chciała dzwonić na policję. Bardzo kochała tatę i nie chciała, żeby go zamknęli, ale też nie robiła nic, by mu pomóc. Tej nocy było tak samo. Mama się jednak złamała i zadzwoniła na policję. Za chwilę ktoś zapukał do drzwi. Poczułam, jak kamień spada mi z serca – wreszcie mogłam normalnie odetchnąć. Tata, oczywiście, udawał, że nic się nie dzieje, ale policja nalegała, by wejść do środka. Wiedziałam, że jeśli go tu zostawią, to wszystkie zginiemy. Zrobiłam więc to, co sześciolatka uznała za odpowiednie: uklęknęłam i prosiłam policjantów, żeby zabrali tatę na izbę wytrzeźwień, bo inaczej nas zabije. Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, wszystkie chyba poczułyśmy ulgę, oprócz babci, która pewnie prędzej dałaby się zabić, niż pozwoliła, żeby tacie stała się jakaś krzywda. Nigdy tego nie rozumiałam: jak babcia może go tak bardzo kochać, choć on przysparza jej i nam tak wielu cierpień? Niestety, moja babcia też była chora i nie widziała pewnych rzeczy tak, jak powinna.

Całe moje dzieciństwo słyszałam, jak tata powtarzał, że chce się zabić, że ma już dość. Nie rozumiałam. On ma dość? To my miałyśmy dość, ale jakkolwiek ciężko nam było, wiem, że tata miał się o wiele gorzej. Nie chciał się zabijać, chciał pomocy i bardzo głośno o nią wołał. Tyle że wszyscy odbieraliśmy to jako próbę manipulacji i nikt nie traktował go poważnie, chociaż sznur nieraz wisiał na belce. Mimo że tata często stał na krześle, nigdy tego nie zrobił. Wielu alkoholików popełnia samobójstwa, bo mają już tak dość swojego życia i tego, że niszczą je również innym. Kiedy mój tata wychodził z domu i mówił, że już nigdy nie wróci, z jednej strony czułam ulgę, a z drugiej – przeogromny strach. Myślę, że gdyby wtedy popełnił samobójstwo, ja niedługo później poszłabym w jego ślady. Nienawidziłam go z całego serca, ale jednocześnie bardzo go kochałam. Chciałam, żeby ktoś mu pomógł, żeby ktoś pomógł naszej rodzinie, ale nigdy się tego nie doczekałam.

Picie taty miało swoje konsekwencje. Stał się cały opuchnięty i żółty. Wątroba nie wytrzymała. Lekarze mówili, że tata może nawet umrzeć, ale ja nie chciałam słuchać. Byłam wściekła – po tym, co nam zrobił, po prostu sobie teraz umrze i tyle? Zostawi nas z tym? Nienawidziłam wtedy taty, nie myślałam ani przez chwilę o tym, że jest chory. Uważałam, że karma do niego wróciła. Bardzo nie chciałam jednak, żeby umierał, i na szczęście tak się nie stało. Przez jakiś czas w domu panował spokój. Można by pomyśleć, że nikt, kto otarł się o marskość wątroby, nie zaryzykuje znowu, a jednak. Po raz kolejny tata wybrał butelkę.

Mama nie mogła już tak dłużej żyć i postanowiła, że się od niego wprowadzi. Zamieszkaliśmy z jej nowym partnerem w zupełnie innym mieście. Można by przypuszczać, że teraz powinno być już tylko lepiej, ale nie do końca tak było. Wyprowadziłam się razem z nią, zostawiając wszystkich przyjaciół i znajomych, których znałam od dziecka. Wracałam jednak do domu rodzinnego odwiedzać babcię, którą bardzo kochałam i za którą bardzo tęskniłam. Przez kilka lat nie rozmawiałam z tatą, co więcej, nawet nie chciałam o nim słyszeć. Bardzo tego żałuję, bo może gdybym choć raz usiadła i porozmawiała z nim od serca, byłoby mu lżej. Teraz widzę, jak cierpiał. Nieraz płakał i przepraszał za wszystko. Bardzo chciałam mu wierzyć, że się zmieni. Czasami nawet wierzyłam i właśnie ta wiara zabijała mnie od środka, kiedy znowu widziałam go z butelką. Musiało mu być trudno, kiedy zauważał, że jego własne dzieci się go boją. Wydaje mi się, że ja chyba nigdy tak do końca się nie bałam. W głębi serca wiedziałam, że nas kocha. Czasami, kiedy wchodził do pokoju i myślał, że śpię, głaskał mnie po głowie. Mimo że tego nie mówił, teraz wiem, że mnie kochał, ale nawet gdybym była najlepszą córką na świecie, nie miałabym szans wygrać tej walki. On nie miał już kontroli nad niczym, zatracił się w chorobie.

Chociaż nieraz próbowałam, nikogo nie da się siłą zaciągnąć na leczenie. Przez to bardzo często czułam się po prostu bezsilna i myślę, że mój tata też mógł się tak czuć. Gdy przyjeżdżałam, często przeszukiwałam cały dom – właściwie nadal tak robię i może będę robić do końca życia. Kiedyś, gdy znalazłam puszkę, zalana łzami pobiegłam do babci. Chwilę później przyszedł tata. Zapierał się, że to nie jego puszka, tylko kolegi, który mu pomagał i któremu tata tak chciał się odwdzięczyć. Pamiętam jak dziś, że powiedział: „Przecież cię kocham, nie zrobiłbym ci tego”. Mówi się, że to chłopcy łamią dziewczynom serca – u mnie był to tata. Za każdym razem kiedy znowu zaczynał pić, moje serce pękało. Kłamał, bo chciał mnie ochronić, ale ostatecznie prawda i tak zawsze wychodziła na jaw. Kiedy zrozumiałam, że nie mogę go zmienić, stwierdziłam, że zmienię chociaż samą siebie. Zaczęłam chodzić na terapię, czytać książki i zdobywać wiedzę z zakresu psychologii. Również na temat alkoholizmu. Mimo że wiedziałam wszystko, tak naprawdę zrozumiałam tatę dopiero wtedy, kiedy sama wpadłam w uzależnienie.

Mój kontakt z tatą poprawił się po śmierci mojej babci. Widać było, że on się cieszy, bo zawsze przyjeżdżałam do babci, a teraz wiedział, że przyjeżdżam do niego. Chociaż święta spędzaliśmy tylko we trójkę, z moim kotem, to myślę, że i tata, i ja byliśmy szczęśliwi. Tata nie mówi otwarcie o swoich uczuciach, ale okazuje je przez to, że robi dla mnie mój ulubiony obiad, piecze mi ciasta, gotuje jajka na miękko i po prostu stara się nadrobić stracony czas. Pokazuje mi, że mnie kocha, że jestem dla niego ważna i że jest mu przykro z powodu wszystkiego, co się działo. Nikt z nas nie wybrał takiego życia. To niczyja wina. To choroba. Choć mój tata próbował brać udział w spotkaniach AA, nigdy nie podjął leczenia. Może to dla niego za trudne, przepracować to wszystko, co się działo. Dla mnie było. Tata jest bardzo wrażliwy i myślę, że to właśnie dzięki niemu jestem taka dobra. Chciałabym, żeby przestał uciekać w alkohol. Chciałabym też, żeby powiedział mi kiedyś, co takiego się z nim dzieje, że do tego wraca. Mój tata nie jest złym człowiekiem, jest po prostu chory. Nienawidzę alkoholizmu z całego serca. Cała moja rodzina została przez to w jakimś stopniu naznaczona i oszpecona, zarówno psychicznie, jak i fizycznie.

Bardzo cię kocham, tato, i mam nadzieję, że kiedyś będziesz szczęśliwy i pozwolisz mi sobie pomóc. Wiem, jak trudno z tym walczyć, i uwierz mi, skoro to tylko jeden z moich dziesięciu problemów, to ty też dasz radę. Bardzo bym chciała, żebyś wiedział, że nie musisz sobie sam ze wszystkim radzić – to nie jest dobra droga. Rozumiem cię, bo chyba mam to po tobie: zawsze uważam, że wiem najlepiej i że sama sobie poradzę, a to nie prawda. Jesteśmy silni, ale nie musimy tacy być. Możemy się także wypłakać i powiedzieć komuś, co się z nami dzieje – nie ma w tym nic złego. Chyba pierwszy raz usłyszysz to, co chciałam ci od zawsze powiedzieć, a nie mogłam, bo się bałam. Potrzebuję cię w moim życiu, tato, i nie chcę, żeby twoja choroba przeszkadzała nam w budowaniu relacji. Mimo że było nam ciężko i pewnie nieraz jeszcze będzie, pamiętaj, że mamy siebie. Jesteśmy rodziną, a rodzina zawsze trzyma się razem.

Dzisiaj pumeksowałam stopy. Jest właściwie takie słowo jak „pumeksowanie”? Jeżeli nie, to właśnie je stworzyłam. Cholera, chyba się starzeję. Całe szczęście, że nadal mam pryszcze. Nawet mój tata śmiał się dzisiaj, że to przez to, że całuję kota. Powiedziałam mu w odwecie, że jest gruby. Za to on stwierdził chrapliwie, że woli być gruby, niż całować kota. Koniec rozmowy.