Pan świata. Maître du monde

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

X. Poza prawem.

Noc z 14-go na 15-ty lipca była ciemna, bezksiężycowa. Dużo ciekawych stało na ulicy od zachodu słońca aż do wschodu, nikt jednak nie widział, kto list powyższy wrzucił do skrzynki. Może nawet sam autor?

Dodatki nadzwyczajne podały również facsimile listu, który wywołał wrażenie olbrzymie. Jedni uważali go za żart, inni znowu traktowali tę sprawę poważnie

– Tu niema mowy o żadnej mistyfikacyi – twierdzili. List ten pisał niewątpliwie twórca niepochwytnego przyrządu!...

Domysłom nie było końca.

Więc ten człowiek gienjalny, tak starannie, zachowujący incognito, nie zginął wcale!... Ukrył się tylko w takie miejsce, gdzie go ręka policyi dosięgnąć nie może... W odpowiedzi na propozycye rządów napisał list... nie wysłał go pocztą, lecz przybył osobiście do stolicy Stanów i wrzucił własnoręcznie do skrzynki przy zarządzie policyjnym...

Może też wkrótce da nowy dowód swego istnienia?...

Jeżeli tajemniczy wynalazca pragnął rozgłosu, powinien był by zadowolonym, miliony czytelników, odczytując jego odpowiedź, „nie wierzyły swoim oczom”.

Od pierwszej chwili pismo wydało mi się znajome. Według grafologii zdradzało ono temperament gwałtowny, charakter samowolny.

Łamałem sobie głowę, gdzie już je widziałem. Nagle z piersi mej wyrwał się okrzyk... przypomniałem sobie list, otrzymany przed miesiącem z Morgantonu!...

Dziwnym, znaczącym może, zbiegiem okoliczności, inicyały, zastępujące podpis tamtego listu, mogły być początkowemi literami wyrazów: „Król Przestrzeni!...”

Zerwałem się z krzesła, podszedłem do biurka, wyjąłem z niego list, otrzymany w dniu 13-go czerwca i porównałem go z fac-simile. Nie było cienia wątpliwości. Pismo zupełnie jednakie.

Najrozmaitsze domysły kotłowały mi pod czaszką. Jaki mógł być związek między temi dwoma listami?... Czego dowodzi tożsamość pisma?... Czy może być wskazówką dla agentów i doprowadzić ich do pożądanego celu?...

Schowałem list do kieszeni i udałem się pośpiesznie do zarządu policyi.

Pan Ward był w swoim gabinecie. Zapukałem gwałtowniej nieco, niż zwykle.

– Proszę.

Wszedłem. Pan Ward siedział przy biurku, mając przed sobą oryginał listu, którego facsimile podały dzienniki.

– Cóż nowego, panie Strock?

Podałem mu list, opatrzony inicyałami. Pan Ward wziął go do ręki, przyjrzał się bacznie i zapytał:

– Skąd ten list?

– Z Morgantonu.

– Otrzymany kiedy?

– 13-go czerwca.

– Dlaczego przynosisz mi go pan tak późno?

– Dotąd sądziłem, że to jakiś żart... mistyfikacya... Dzisiaj zmieniłem zdanie...

Pan Ward zagłębił się w czytanie.

– Nie ulega wątpliwości, że oba listy pisała jedna i ta sama ręka.

– I ja tak sądzę

– Inicyały K. P. odpowiadają podpisowi: „Król Przestrzeni”.

– Tak. Lecz jaki związek zachodzić może między „Grozą”, a Great-Eyry?

– Nie wiem, i nawet nie mogę sobie wyobrazić... chyba...

– Co pan ma na myśli?

– ...Chyba, że wynalazca składa na Great-Eyry potrzebny mu materyał...

– To absolutnie niemożliwe! Jakim sposobem mógłby się tam dostać? Takie przypuszczenie nie wytrzymuje krytyki!

– A gdyby przypuścić, że „Groza” ma skrzydła, które pozwalają jej wzlatywać z orłami i sępami wydała mi się tak dziwaczną, że nie mogłem powstrzymać uśmiechu niedowierzania. Zresztą i pan Ward nie upierał się bynajmniej przy swojem przypuszczeniu. Wziął znowu oba listy i przyglądał się im bacznie przez lupę. Stanowczo pisane były tą samą ręką i nawet tym samym piórem.

– Zatrzymuję ten list – rzekł w końcu do mnie i powtarzam raz jeszcze: bądź każdej chwili gotów do odjazdu... Jestem przekonany, że odegra pan ważną rolę w tej dziwnej sprawie... a raczej w tych dwu sprawach... nie wątpię bowiem, że między niemi istnieje związek... chociaż pojąć nie mogę jaki...

Opuściłem zarząd policyjny pod tym wrażeniem, że lada moment otrzymam wezwanie do odjazdu. Lecz rozkaz nie nadchodził.

Harda i stanowcza odmowa, jaką rząd amerykański otrzymał od kapitana „Grozy”, spotęgowała zaciekawienie publiczności.

I w ministeryum i w Białym Domu panowało wzburzenie. Opinia publiczna domagała się zastosowania środków energicznych. Lecz w jaki sposób wziąć się do działania?... Gdzie znaleźć tego fantastycznego Króla Przestrzeni?... A gdyby się go nawet odszukało, czyż to możliwe zawładnąć jego osobą?... Posiada przecież na swe usługi maszynę cudowną?... Z chwilą, gdy tak dumnie odrzucił dolary, należało się uciec do siły... Odtąd więc uważany będzie jako złoczyńca, względem którego wszystkie środki uważane są za legalne. Bezpieczeństwo nietylko Ameryki, lecz i całego świata wymaga, ażeby człowieka tego postawić w niemożności szkodzenia innym.

„Wobec tego, że kapitan „Grozy” odmawia stanowczo wyjawienia swej tajemnicy, nawet za cenę ofiarowanych mu milionów, a wynalazek jego zagraża bezpieczeństwu publicznemu, człowiek ów zostaje wyjętym z pod opieki prawa. Wszelkie środki, mające na celu zniszczenie jego wynalazku i uwięzienie osoby rząd uznaje za legalne.”

Była to więc wojna otwarta i zacięta, wypowiedziana temu, Królowi Przestrzeni, który ośmielił się wyzwać do walki cały naród, i to naród amerykański!

Wyznaczono znaczne nagrody za wykrycie kryjówki tajemniczego wynalazcy i za ujęcie jego osoby.

Zbliżał się koniec lipca. O „bohaterze dnia” żadnych wieści nie było. Dzienniki od czasu do czasu poruszały tę sprawę, lecz podawane wzmianki były bardzo lakoniczne i często zawierały sprzeczności.

Przynęta w formie wysokiej nagrody wprowadzała nieraz w błąd nawet ludzi wiarogodnych.

Pewnego razu ktoś widział samochód, pędzący jak trąba powietrzna... komuś innemu zdawało się, że na powierzchni jednego z jezior ukazał się dziwaczny przyrząd do pływania ... lecz wszystkie te zjawiska, oglądane przez pryzmat wysokiej nagrody nie miały podstaw rzeczywistych.

Wreszcie 29-go lipca otrzymałem rozkaz stawienia się do biura niezwłocznie.

We dwadzieścia minut później byłem już w gabinecie szefa.

– Za godzinę bądź pan gotów do odjazdu – rzekł do mnie pan Ward.

– Dokąd?

– Do Toledo... Tam pan otrzymasz wskazówki niezbędne.

– Za godzinę ja i moi agenci będziemy już w drodze.

– Dobrze... tym razem, mam nadzieję, że pan nie zawiedzie mego zaufania.

XI. Nowa wyprawa.

Tak więc mityczny kapitan ukazał się znowu i znowu na terytoryum amerykańskiem. Stąd należało wnioskować, że był amerykaninem i że Amerykę tylko chciał uczynić widownią swych prób.

Z największą łatwością mógł się przecież dostać do Europy. Wobec niezwykłej szybkości przyrządu przebycie Atlantyku zajęłoby najwyżej trzy dni. Burze nie stanowiły dlań przeszkody. Gdy na powierzchni oceanu szalały fale, o dwadzieścia stóp poniżej poziomu mógł znaleść zawsze spokój i ciszę.

Porozumienie między zarządem policyjnym w Waszyngtonie, a agentem w Toledo odbyło się w tajemnicy najgłębszej. Żaden dziennik nie otrzymał najlżejszej wzmianki o tem, że policya wpadła na trop tajemniczego kapitana; szło o to, by go nie spłoszyć przedwcześnie.

Przygotowania do odjazdu zrobione były oddawna. Zabraliśmy swe walizki i udaliśmy się na stacyę.

Toledo leży na północnej granicy stanu Ohio, nad brzegiem jeziora Erie. Pociąg pośpieszny w przeciągu nocy przewiózł nas przez Wirginię wschodnią i Ohio. O ósmej rano stanęliśmy w Toledo.

Na dworcu czekał nas agent policyjny, p. Artur Wells, który był uprzedzony o mojem przybyciu.

Przyglądał się bacznie wszystkim wysiadającym z wagonu.

Podszedłem ku niemu i przedstawiłem się.

– Jestem na usługi pana – rzekł.

– Czy mamy się zatrzymać w Toledo, czy też jedziemy wprost?

– Chcąc stanąć na miejscu przed wieczorem, musimy jechać natychmiast. Brek czeka nas na stacyi.

Skinąłem na agentów.

– Dokąd jedziemy?

– Do Black-Rock.

– Daleko stąd?

– Mil ze dwadzieścia.

Po drodze wstąpiliśmy do White-Hotelu, gdzie zostawiliśmy swe walizki i zjedliśmy śniadanie.

O dziesiątej byliśmy już w drodze. Zatoka Black-Rock leżała w miejscowości pustej i bezludnej, zabraliśmy więc ze sobą zapasy żywności na dni kilka. Lato było gorące, perspektywa więc spędzenia kilka nocy pod gołem niebem nie przestraszała nas wcale.

Zresztą, los nasz rozstrzygnie się za kilka godzin... Albo uda się nam uwięzić kapitana „Grozy” na lądzie, kiedy się tego spodziewać nie będzie, albo też wymknie się z rąk naszych i wtedy go żadna siła nie pochwyci.

Artur Wells, jeden z najzdolniejszych agentów policyi amerykańskiej, miał lat około czterdziestu. Silny, śmiały, przedsiębiorczy, obdarzony zimną krwią, odznaczył się już nieraz i to z narażeniem życia. Posiadał nieograniczone zaufanie zwierzchności, która ceniła go bardzo.

Przypadek tylko naprowadził go na ślad „Grozy”.

Para rączych koników unosiła nas szybko brzegiem jeziora Erie ku południowo-zachodniej jego części. Jezioro Erie leży między Kanadą, stanami Ohio, Pensylwanią i New-Yorkiem, na wysokości 600 stóp ponad poziomem oceanu. Powierzchnia jeziora wynosi 80768 kilometrów kwadratowych. Na północno-zachodzie łączy się z jeziorem Huron i Saint-Clair, z południa wpadają doń rzeki Detroit, Rocky i Black. Wszystkie te wody zlewają się do jeziora Ontario, tworząc sławny wodospad Niagary.

Największa głębokość jeziora Erie dochodzi 135-ciu stóp. Aczkolwiek położone pod 40º szerokości północnej, od listopada do kwietnia zamarza: wiatry bowiem arktyczne, wiejące od oceanu Lodowatego nie napotykają na swej drodze żadnych przeszkód i ogromnie obniżają temperaturę.

 

Oprócz głównych miast, jak Buffalo, Toledo, Cleveland, na brzegach jeziora znajduje się jeszcze dużo pomniejszych miasteczek i wsi, Erie bowiem jest ważnym punktem handlowym, obrót roczny wynosi najmniej 200000 dolarów.

Zacząłem rozpytywać pana Wellsa, co go skłoniło do wysłania depeszy do zarządu policyjnego w Waszyngtonie. Oto czego się dowiedziałem:

27-go lipca po południu Wells wybrał się konno do miasteczka Hearly. Przejeżdżając przez mały lasek o pięć mil od celu podróży spostrzegł statek podwodny wypływający na powierzchni jeziora. Zeskoczył z konia, ukrył się w gęstwinie i widział najwyraźniej, jak statek zatrzymał się w zatoce Crique-Black, a dwaj ludzie wysiedli na brzeg. Jeden z nich był, prawdopodobnie; owym Królem Przestrzeni, a przyrząd jego rozgłośną „Grozą” .

– Niestety byłem sam tylko – ciągnął pan Wells. – Gdybym miał do pomocy pana i agentów, możeby nam się udało pochwycić tych ludzi...

– Niewątpliwie – odparłem. – Dowiedzielibyśmy się od nich wreszcie całej prawdy...

– A może jednym z nich był tajemniczy kapitan „Grozy”?

– Obawiam się tylko, że statku możemy już w zatoce nie zastać.

– Przekonamy się o tem za kilka godzin.

– Czy przedwczoraj zostałeś pan w lasku do wieczora?

– Nie, około piątej odjechałem do Toledo i natychmiast wysłałem depeszę do Waszyngtonu.

– Wczoraj byłeś pan w zatoce Black-Rock?...

– Tak.

– Statek był tam jeszcze?

– Na tem samem miejscu.

– A ludzie?

– Ludzie byli także... O ile mi się zdaje, zajęci byli naprawianiem jakiegoś uszkodzenia... na brzegu, nagromadzony był nawet materyał...

– To bardzo możliwe, że uszkodzenia nie pozwoliły „Grozie” wrócić do zwykłej kryjówki... Czyżby jednak cała załoga tak skomplikowanego przyrządu, który się porusza z taką szybkością niesłychaną, składała się z dwu ludzi tylko?!...

– Nie sądzę, panie Strock... W każdym razie wczoraj i zawczoraj widziałem tylko dwu.

Kilkakrotnie wchodzili do lasku, gdzie byłem ukryty. Ścinali gałęzie, rozpalali ogień...

Zatoka jest tak dzika i pusta, że się nie spodziewali, by ich ktoś zobaczył.

– Przyjrzałeś się im pan dokładnie?

– Najzupełniej... jeden silnie zbudowany, średniego wzrostu, z brodą, rysy twarzy ma ostre... Drugi niższy, przysadzisty.

A zatem, od trzydziestu sześciu godzin tajemniczy statek znajdował się w zatoce Black-Rock, może więc zastaniemy go tam jeszcze i dzisiaj. Obecność „Grozy” na jeziorze Erie nie zdziwiła nas wcale, ostatnim razem widziano ją przecież na jeziorze Górnem, skąd bez trudności przybyć mogła do Erie albo rzeką Detroit, albo też lądem. Tylko w takim razie byłby ją przecież ktoś spostrzegł na drogach Michiganu, strzeżonych przez policyę...

Jeżeli jednak „Groza” opuściła już zatokę, co pozostaje nam do zrobienia?...

Wiedziałem, że w porcie Buffalo znajdują się dwa parowce. Mogłem je wezwać depeszą i wysłać w pogoń za Królem Przestrzeni, lecz „Groza” miała większą szybkość i mogła się przytem ukrywać w głębinie!... Gdybyśmy więc nocy dzisiejszej nie znaleźli statku w zatoce, wyprawa nasza zrobiłaby fiasko.

Wells zapewniał mnie, że zatoka jest pustą i bezludną. Nawet droga, prowadząca z Toledo do Hearly, przechodzi nieco dalej, o kilka mil od wybrzeża. Postanowiliśmy zatem zostawić brek w lasku, pod osłoną drzew, a gdy noc nadejdzie zbliżyć się do jeziora, ukryć wśród ostrych wysokich skał, i obserwować zatokę.

O siódmej zbliżyliśmy się do lasu. Było jeszcze prawie zupełnie jasno.

– Czy zatrzymamy się tutaj? – zapytałem pana Wellsa.

– Nie – odparł. – O kilkaset kroków dalej znajduje się ładna polanka, gdzie nas niczyje oko nie dostrzeże. Tam urządzimy popas, a skoro się ściemni, udamy się do zatoki.

Oczywiście zastosowałem się do rady pana Wellsa. Wysiedliśmy z breku i poszedliśmy pieszo. Las był tak gęsty, że ostatnie promienie zachodzącego słońca nie przedzierały się wcale po przez wysokie jodły, cyprysy i dęby. Ziemia, pokryta gęstym kobiercem traw, usiana była zeschłemi liśćmi. Ani śladu jakichkolwiek dróg lub ścieżek. Po upływie dziesięciu minut znaleźliśmy się na polance. Do zachodu słońca mieliśmy jeszcze co najmniej godzinę czasu, mogliśmy więc odpocząć nieco po długiej i nużącej podróży.

Woźnica wyprzągł konie i puścił je na paszę, gdzie miały pozostać aż do naszego powrotu. Rozbiliśmy obóz u stóp wspaniałego cyprysu i zabraliśmy się do spożycia przywiezionych zapasów, głód bowiem zaczął nam dokuczać. Poczem zapaliliśmy fajki, oczekując upragnionej chwili zmroku. Niepokój pędził nas ku zatoce, lecz rozsądek nakazywał niecierpliwość. Dokoła panowała cisza zupełna. Nawet ptaki umilkły. Wieczór zapadał powoli. Świeży wietrzyk lekko poruszał liśćmi drzew. Wreszcie ściemniło się zupełnie.

Spojrzałem na zegarek. Było w pół do dziewiątej.

– Czas na nas, panie Wells.

– Idźmy zatem!

Wells poszedł naprzód. Ostrożnie posuwałem się za nim, a za mną John Hart i Nab Walker. Wśród mroków nocy mogliśmy z łatwością zgubić drogę, lecz szczęściem, Wells doskonałym był przewodnikiem. Wreszcie doszliśmy do skraju lasu. Przed nami rozciągało się piaszczyste wybrzeże, dochodzące do samej zatoki. Wszędzie pustka i cisza.

Na znak dany przez Wellsa zbliżamy się powoli... Piasek skrzypi pod naszemi stopami... Jeszcze kilkaset kroków i jesteśmy na samym brzegu Erie...

Nie widzimy nic... nic!... Miejsce, gdzie wczoraj jeszcze pan Wells widział „Grozę”, puste... A więc Król Przestrzeni opuścił już zatokę Black-Rock!...

XII. W zatoce Black-Rock.

Wiemy, jak chętnie natura ludzka podlega złudzeniom. Tak małe mieliśmy szanse znalezienia „Grozy” w zatoce Black-Rock, a jednak pod koniec dnia uwierzyliśmy najzupełniej w powodzenie.

To też łatwo sobie wyobrazić nasz zawód, nawet rozpacz! Cała wyprawa na nic!

„Groza”, prawdopodobnie, została już naprawiona i odpłynęła daleko. A jeżeli nawet znajduje się jeszcze na wodach Erie, odnaleźć ją i pochwycić... nie w naszej leży mocy. Wobec Króla Przestrzeni jesteśmy bezsilni i bezradni!...

Obaj z Wellsem staliśmy zgnębieni. John Hart i Nab Walker, niemniej rozczarowani, przechadzali się brzegiem zatoki, rozglądając się dokoła.

A jednak zachowaliśmy wszelkie środki ostrożności. Obmyśliliśmy wszystko. Gdybyśmy ludzi widzianych przez pana Wellsa, zobaczyli na wybrzeżu, bylibyśmy wpadli na nich niespodziewanie i uwięzili... Gdyby zaś stali na pokładzie, czekalibyśmy aż wyjdą na brzeg i przecięlibyśmy im odwrót...

Tymczasem „Grozy” nie było już w zatoce! Milczeliśmy obaj i bez słów odczuwaliśmy wzajemnie swoją boleść... Powoli miejsce jej zajął gniew... Jakto, tyle trudów poszło na marne!... Niemoc nasza i bezradność doprowadzała nas do rozpaczy.

Upłynęła godzina... Nie ruszaliśmy się z miejsca.

Wzrok nasz błąkał się dokoła, usiłując przeniknąć ciemności... Czasem na powierzchni wody zamigotały jakieś blaski i gasły szybko, a z nim resztki nadziei!... Czasem znowu zdawało się nam, że dostrzegamy jakby sylwetkę zbliżającego się statku... to znowu wiry jakieś podnosiły wodę i znowu tonęły w głębinie... Lecz i te słabe wskazowki znikały po krótkiej chwili... była to więc chyba gra podnieconej wyobraźni... złudzenie zmysłów...

Agenci zbliżyli się ku nam.

– Co słychać nowego? – zapytałem, – cień nadziei znowu się zbudził w mej duszy.

– Nic – odparł John Hart – obeszliśmy zatokę dokoła, lecz nigdzie nie zauważyliśmy nawet śladu materyałów o których wspominał pan Wells.

– Czekajmy jeszcze – zawyrokowałem, nie mogąc się zdecydować na powrót do lasu.

Nagle uwagę naszą przykuło do siebie jakieś kołysanie się wody, rozchodzące się aż do podnóża skał.

– Co to jest? jakby plusk fali, – zauważył Wells.

– Istotnie – odpowiedziałem, – zniżając głos instynktowo. Co za przyczyna? Wiatr ustał zupełnie... Czy to wzburzenie wody tworzy się na jej powierzchni...

– ...Czy też w głębinie – dokończył Wells, pochylając się ku ziemi, by lepiej usłyszeć.

Można było myśleć, że to jakiś statek zbliża się do brzegu.

W milczeniu, bez ruchu staraliśmy się przeniknąć ciemności, podczas, gdy fale jeziora rozbijały się o urwiste brzegi.

Tymczasem John Hart i Nab Walker weszli na szczyt sąsiedniej skały. Ja zaś położyłem się prawie na ziemi, przyglądając się zjawisku, które nie zmniejszało się wcale... przeciwnie stawało się coraz wyraźniejsze... dostrzegałem nawet miarowe kołysanie się fali, podobne do tego jakie wywołuje obrót śruby.

– Niema już wątpliwości –oświadczył Wells, pochylając się ku mnie, – statek się zbliża...

– Tak – przyświadczyłem, – o ile to nie jest jakieś zwierzę z gatunku wielorybów lub haja żarłoczna.

– Nie, to statek z pewnością.

– Czy w tym samym miejscu widziałeś go pan wczoraj?

– Tak. Oba razy stał tutaj. Teraz przybija tam...

Leżeliśmy prawie na brzegu, wpatrując się chciwie w poruszającą się niewyraźną masę. Posuwała się naprzód bardzo powoli i, prawdopodobnie, znajdowała się jeszcze dosyć daleko. Huk motoru zaledwie dawał się słyszeć.

A więc, podobnie jak wczoraj „Groza” spędzi noc w zatoce!... Dlaczego podniosła kotwicę, skoro wraca na to samo miejsce?... Czy jakieś nowe uszkodzenia nie pozwoliły jej popłynąć dalej?...

Te i tym podobne pytania opanowały mój umysł, lecz nie miałem czasu na ich rozstrzygnięcie.

Statek przybliżał się coraz więcej. Kapitan widocznie znał zatokę wybornie, nie zapalił bowiem żadnej latarni. Od czasu do czasu słychać było cichy stuk maszyny. Plusk stawał się coraz wyraźniejszy. Było jasnem, że statek za chwilę przybije do brzegu. Skały, wznoszące się nieco ponad powierzchnią jeziora tworzyły rodzaj naturalnego portu.

– Odejdźmy stąd – rzekł pan Wells, – biorąc mnie za ramię.

– Tak – odparłem – musimy się ukryć w zagłębieniach skał i czekać cierpliwie stosownej chwili... Tu mogliby nas dostrzedz.

– Idźmy więc.

Nie było czasu do stracenia. Niewyraźna masa zbliżała się coraz więcej. Na pokładzie, lekko wystającym ponad poziom wody ukazały się sylwetki dwu ludzi.

A więc naprawdę było ich tylko dwu?!...

Wells, ja, John Hart i Nab Walker wszyscy ukryliśmy się wśród skał, czołgając się jak najciszej. Jeżeli ludzie z „Grozy” wyjdą na brzeg, nie zobaczą nas z pewnością, my zaś będziemy ich widzieli dokładnie i postąpimy stosownie do okoliczności.

Sądząc z krótkich, urywanych słów, które zamieniali ze sobą, nie wątpiliśmy już, że mają wylądować za chwilę. Rzucili nawet linę na cypel przesmyku, który służył nam za punkt obserwacyi. Jeden z marynarzy zeskoczył na ziemię i zapomocą tej liny ciągnął ku sobie statek. Wreszcie usłyszeliśmy skrzyp zarzucanej kotwicy. W kilka sekund później na piasku wybrzeża rozległy się kroki dwu ludzi, którzy kierowali się w stronę lasu, szukając drogi przy świetle okrętowej latarni.

Czyżby więc zatoka Black-Rock była miejscem wypoczynku dla „Grozy”?... Po co ci ludzie szli do lasu?... Czy mieli tam składy żywności i materyałów, skąd czerpali zapasy w razie potrzeby?... Widocznie tak byli przekonani o pustce tej okolicy, że nie zachowywali zwykłych ostrożności.

– Co robić? – zapytał Wells.

– Zaczekać ich powrotu, a wtedy...

Nie dokończyłem. Światło latarni padło na twarz jednego z ludzi... w którym poznałem tajemniczego szpiega z ulicy Long-Street!... Poznałem go najwyraźniej... On więc był tym królem przestrzeni, on pisał oba listy... przypomniały mi się groźby... lecz te się odnosiły do Great-Eyry!... Po raz nie wiem już który zadawałem sobie pytanie, nie umiejąc na nie znaleść odpowiedzi: jaki związek istnieje między Great-Eyry a „Grozą”? W kilku słowach odpowiedziałem Wellsowi o dręczącej mnie zagadce.

– Istotnie, to bardzo dziwne – odparł.

Tymczasem obaj marynarze znikli w lasku.

– Gdybyż tylko nie natrafili na nasz brek i konie! – szepnął Wells.

– Niema obawy... pocóż się mają zapuszczać tak daleko?...

– Gdyby jednak?

– W takim razie pośpieszą z powrotem, a my przetniemy im drogę do statku.

Na jeziorze panowała cisza głęboka. Wyszedłem z ukrycia i zbliżyłem się do miejsca, gdzie wbito kotwicę... Statek utrzymywany przez linę, kołysał się lekko. Na „Grozie” pusto było i ciemno. Żadnego światełka, żadnej istoty ludzkiej! A gdyby też wskoczyć na pokład i tam oczekiwać powrotu kapitana?...

 

– Panie Strock... panie Strock... – usłyszałem przytłumiony szept Wellsa.

Wróciłem pośpiesznie i przykucnąłem obok niego. A więc już zapóźno!... Sposobność opanowania statku minęła!... człowiek z latarką i towarzysz wracali już na brzeg. Oczywiście w lesie nie zauważyli nic podejrzanego. Każdy z nich niósł w ręku dużą pakę. Weszli na przesmyk i zatrzymali się na samym cyplu.

– Kapitanie! – rozległ się jakiś głos.

– Tutaj – brzmiała odpowiedź.

– A więc jest ich trzech – szepnął mi do ucha Wells.

– Kto wie, a może czterech, pięciu, lub sześciu – odpowiedziałem również cicho.

Położenie stawało się trudniejszem. Z liczną załogą nie damy sobie rady!... Najmniejsza nieostrożność zgubić nas może... Co mają zamiar robić ci ludzie?... Czy zaniosą paki na pokład i odpłyną zaraz, czy też czekać będą świtu?... Lecz z chwilą, gdy statek odpłynie, dla nas będzie stracony!... Gdzież go szukać będziemy? Czy druga sposobność nadarzy się jeszcze?...

– Jest nas czterech – zwróciłem się do Wellsa. Nie podejrzewając niczego... możemy wpaść na nich niespodziewanie i uwięzić

Chciałem już przywołać agentów, lecz Wells pochwycił mnie za ramię:

– Cicho! słuchaj pan! – szepnął.

Jeden z marynarzy zapomocą liny holował statek do brzegu.

– Czy wszystko w porządku? rozległ się głos z pokładu.

– Tak, kapitanie!...

– Zostały jeszcze dwie paki?

– Tak, kapitanie, dwie.

– A więc pójdziecie raz jeszcze i będziemy mieli wszystkie zapasy na „Grozie”

Nie myliliśmy się zatem! Mieliśmy do czynienia z Królem przestrzeni!

– Tak, kapitanie!

– Dobrze, odjedziemy jutro o wschodzie słońca!

Było zaledwie trzech ludzi.

Dwaj pójdą do lasu po paki... następnie zaniosą je na pokład i położą się spać... Czyż nie będzie to wyborna chwila do napadu?... Zdecydowaliśmy się na ten plan, uspokojeni, że „Groza” zostanie w zatoce do rana.

Było już w pół do jedenastej. Na piasku znowu rozległy się kroki ludzi, idących do lasu.

Skoro tylko znikli w cieniu drzew, Wells poszedł uprzedzić agentów, a ja prześliznąłem się na przesmyk

Stanąłem na samym cyplu. Przede mną lekko kołysała się „Groza”. Przypominała ona nieco statek, kursujący po zatoce Bostońskiej. Nie miała ani komina, ani masztu, ani lin, ani żagli.

Wróciliśmy na dawne miejsca i obejrzeliśmy nasze rewolwery.

Upłynęło pięć minut. Lada chwila oczekiwaliśmy powrotu ludzi z pakami. W godzinę po ich wejściu na statek, kiedy prawdopodobnie wszyscy ułożą się do snu, wskoczymy na pokład i uwięzimy śpiących. Byleby tylko nie zdążyli podnieść kotwicy, albo zanurzyć się w głębiny, wtedy bowiem dostalibyśmy się w ich ręce.

Nigdy w życiu nie doznawałem tak silnego wzruszenia i niecierpliwości...

Zdawało mi się, że ludzie ci nie wyjdą z pomiędzy zarośli, że coś ich tam zatrzymało.

Nagle usłyszeliśmy jakiś hałas, jakby tentent koni – to nasze rumaki pędziły szybko brzegiem lasu...

Zaraz potem ukazali się ludzie z pakami... biegli co sił ku zatoce...

Niewątpliwie konie nasze obudziły ich czujność...

Domyślili się, że gdzieś w pobliżu ukrywają się agenci... że im grozi niebezpieczeństwo dostania się w ręce policyi...

Wpadną więc na przesmyk i podniosą kotwicę i wskoczą ma pokład... „Groza” z szybkością błyskawicy zniknie nam z przed oczu, a partya nasza będzie przegrana!...

– Naprzód! – zakomenderowałem.

Zbiegliśmy na dół, chcąc zagrodzić drogę marynarzom.

Skoro nas spostrzegli, rzucili paki i pochwycili rewolwery. Rozległy się strzały. Kula zraniła Johna Harta w nogę.

Wystrzeliliśmy również, lecz mniej szczęśliwie. Nie trafiliśmy w żadnego z przeciwników. Popędzili dalej, aż na sam cypel i nie podnosząc kotwicy wskoczyli na pokład.

Kapitan, stojący na pokładzie, dał ognia... kula drasnęła Wellsa.

Ja i Nab Walker pochwyciliśmy linę i ciągnęliśmy statek do brzegu.

Gdyby jednak tamci linę odcięli, mogliby odpłynąć spokojnie... .

Wtem nagłe wstrząśnienie... Nab Walker upada na ziemię... jedno z ramion wyrwanej z piasku kotwicy zaczepia się za mój pas i pociąga mnie ku statkowi...

Za chwilę „Groza” z całą szybkością na jaką ją stać, odpływa na pełne wody Erie...

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?