Człowiek i zbrodniaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Człowiek i zbrodnia
Człowiek i zbrodnia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,98  43,98 
Człowiek i zbrodnia
Człowiek i zbrodnia
Audiobook
Czyta Artur Ziajkiewicz
29,99  22,19 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Miałam być przesłuchiwana na okoliczność powieszenia Żydówki za próbę ucieczki. Jedna z Żydówek usiłowała zbiec. Została złapana. Spędzono całe Pole i musiałyśmy uczestniczyć w tej okropnej egzekucji ku przestrodze, dla zapamiętania, że za ucieczkę karze się powieszeniem.

W grudniu 1977 roku w czasie drugiego mojego pobytu występowała w charakterze świadka koleżanka obozowa Danuta Brzosko-Mędryk. Stałyśmy w czasie przerwy w rozprawie na korytarzu. Nagle z wrzaskiem napadła na panią Brzosko oskarżona Hermina Braunsteiner.

Przedtem obserwowałam tę oskarżoną na sali rozpraw. Zmieniła się. Postarzała. Można by nawet przypuszczać, że czas okiełznał jej charakter, że stała się już innym człowiekiem. Takie nadzieje mogłam nieśmiało żywić do momentu owego krzyku i wrzasku, jaki podniosła na korytarzu sądowym. Stanęłyśmy jak wryte. Nawet nie bardzo wiedziałam, co wrzasnęła. Sparaliżowało nas. Wszak to ten sam głos. Ten sam sposób odnoszenia się do więźniarek co tam, w Majdanku, jak gdyby odtworzony z taśmy magnetofonowej.

„Zachowała się jak dawna władczyni życia i śmierci” — powiedziała później sądowi pani Beckert, nasza opiekunka z zachodnioniemieckiej organizacji Czerwonego Krzyża. Konsternacja. Sąd przeprowadza postępowania wyjaśniające i wydaje decyzję, w wyniku której oskarżonej Braunsteiner cofnięto przywilej odpowiadania z wolnej stopy. Oskarżona została odtransportowana później do aresztu i choć, jak się dowiedziałam, po dwóch tygodniach wypuszczono ją na wolność, to jednak wywarło to wielkie wrażenie.

Po tym incydencie sędzia Bogen zwrócił się do stron:

— Słucham i czekam na wnioski.

Jedynie adwokat Bock nie widział problemu, a właściwie to widział i sprecyzował wniosek, który jest jakże wymowny:

— Wnoszę, aby na terenie gmachu sądu wydzielić jakieś nieduże pomieszczenie, gdzie świadkowie z Polski odseparowani spokojnie mogliby oczekiwać na wezwanie ich na salę rozpraw. Gdy sąd i strony będą już w komplecie, świadek z Polski, pod eskortą straży sądowej, wprowadzany byłby na salę. Oczywiście chodzi o to, aby uniknąć narażania tych świadków na tego rodzaju nieprzyjemności, jakie miały miejsce.

Znajdowałam się wówczas w miejscu dla publiczności, na wprost sędziów, i zauważyłam grymas na twarzy zażenowanego sędziego Bogena, który nie wytrzymał i wręcz przerwał Bockowi:

— Haben sie schon beendet, Herr Rechtsanwalt? 19 Pan, taki wytrawny prawnik, czy panu się tak pomieszały pojęcia, że myli pan świadka z oskarżonym? Kogo pan chce odseparować? Ludzi, którzy przeżyli obóz, ofiary ludobójstwa, i wyrazili zgodę na ten przyjazd? Zapomina pan, że sąd dał zezwolenie odpowiadania z wolnej stopy ludziom oskarżonym o ludobójstwo. My możemy wszystkim czternastu oskarżonym cofnąć to zezwolenie.

Wyjechałam stamtąd z uczuciem ulgi, że mam to już za sobą. Że skończyło się powtórne przeżywanie obozu.

Romuald Sztaba: — A więc Düsseldorf. Sala rozpraw. Proces toczy się w jednej z dużych sal gmachu sądu. Mniejszą część sali zajmował długi stół, przeznaczony dla kilkuosobowego składu sądzącego. Z jednej strony miejsca przy stole zajęli prokuratorzy, a po drugiej świadkowie z tłumaczem. Większą część sali zajmowały ławki, w których siedzieli oskarżeni. każdy w towarzystwie dwóch obrońców. W pewnej odległości za oskażonymi, w tylnych rzędach siedziała publiczność. Zwrócił moją uwagę wiek zespołu sędziowskiego. Byli to ludzie młodzi, przewodniczący dynamiczny, panujący nad sytuacją, miał nie więcej niż czterdzieści pięć—pięćdziesiąt lat. Jeszcze młodsi byli prokuratorzy: Gehrlich, Weber, Ambach, doskonale znający cały system obozów koncentracyjnych.

Po wstępnych pytaniach przewodniczącego każdy ze świadków przechodząc między ławkami musiał rozpoznawać oskarżonych, podawać ich nazwiska.

Oskarżeni to ludzie podstarzali. Obserwowałem Braunsteiner, siedziała blisko miejsca dla świadka, razem ze swoimi adwokatami. Zacięty wyraz twarzy. Skupiona, zimna i wyniosła. Mały kontakt nawet ze swoimi obrońcami. Czytała gazety angielskie i amerykańskie. Ja jej nie pamiętam z obozu, bo nie miałem kontaktu z obozem kobiecym.

Dalsza galeria — Hermann Hackmann, przystojny, elegancki, spokojny. Ale byli i inni, jak ten zgarbiony, odrażający w swoim prymitywizmie, mało inteligentny, nie wiem, jak się nazywa. W każdym razie nie ci ludzie, co nas tłukli, bili, nie ci wyrośnięci, w dobrze skrojonych mundurach z symbolami śmierci. Wtedy mieli po około dwadzieścia pięć—dwadzieścia siedem lat, pamiętam ich jako ludzi z wielkim pyskiem, wrzeszczących i tupiących.

Szukałem na sali tych, na okoliczność których miałem zeznawać. Mój zasięg obserwacji obozowej nie był tak rozległy, jak kolegi Stanisławskiego lub innych, bo wtłoczony byłem jako lekarz w tak zwany rewir. Miałem zeznawać na okoliczność zachowania się w obozie SS-owców Reinartza oraz Konietznego. Konietzny nie brał już udziału w procesie ze względu na stan zdrowia.

Szukam Reinartza. Pamiętałem go jako człowieka o wystających zębach. Siedząc na miejscu dla świadka, „zlokalizowałem” go wreszcie na zasadzie eliminacji. Jest. Nawiązał nawet kontakt ruchem głowy. Zmienił się. Potem się dowiedziałem, że to sztuczna szczęka z prawidłowo ustawionymi zębami tak go odmieniła.

A więc pozostał mi tylko on spośród tych, o których miałem zeznawać, mówić, jaki był ich udział w selekcji.

Byłem więźniem-lekarzem, pracowałem na rewirze. Dla jakże wielu był to przedsionek gaz-komory. Rewir to była droga do komory, a nie izba chorych w naszym dzisiejszym znaczeniu. Chorzy czekali tu na swą śmierć. Nie było tych ludzi czym i jak leczyć. Chorego więźnia kierowano na rewir, aby nie przeszkadzał w pracy. W tym wszystkim jakże paradoksalnie wyglądała niemiecka pedanteria: każdy chory miał swoją „historię choroby”. Gdy na rewirze było za dużo chorych — może tysiąc, może więcej — przychodziła „komisja”, na czele której stał wysokiej rangi oficer SS, i w obecności lekarza i podoficerów SS przeprowadzano selekcję. Po prostu wybierano chorych do komory gazowej. Tymi podoficerami SS byli Reinartz i Konietzny.

Na temat Reinartza nie mogłem niczego szczególnego powiedzieć. Bywał w owej komisji przeprowadzającej selekcję, ale jaki był jego udział, czy decydował on, trudno mi powiedzieć. Zgodnie z prawdą muszę jednak oświadczyć, że ten oskarżony tam, w obozie, często „nie widział” naszej samoobrony. Nie wykańczał nas. Był po prostu w tym piekle bardziej ludzki wśród SS-manów.

Chciałem się jednak wypowiedzieć na temat Konietznego. Wywołało to szum na sali, po co, skoro Konietznego nie ma wśród oskarżonych. Konietzny był inny, Niemiec ze Śląska. Jak się później dowiedziałem, znał język polski i to czyniło go jeszcze bardziej niebezpiecznym dla nas. Choć Konietzny nie bił, przynajmniej ja tego nie widziałem, wykańczał nas bardziej niż inni, bo rozpracowywał nasz obozowy system samoobrony i w ten sposób siła napędowa w maszynie śmierci mogła coraz intensywniej pracować. Nic nie uszło jego uwagi. On wszystko widział. Wściekły pies. Wszyscy się go bali.

Oni mogli wszystko. Zastrzelić i napisać „in Flucht erschossen”, mimo że żadnej ucieczki nie było, a strzelano po przystawieniu pistoletu do skroni. Morderca jeszcze dostawał za to trzy dni urlopu.

Nagle padło pytanie:

— Czy pan zna doktora Pawłowskiego?

— Znałem doskonale — wspaniały człowiek, kolega. Wszyscyśmy tego kolegę w obozie lubili. Obóz przeżył ciężko.

— Co się z nim dzieje, czy utrzymuje z nim pan kontakty?

— Dwadzieścia lat po zakończeniu wojny otrzymałem zupełnie nieoczekiwanie list doktora Pawłowskiego z Australii, w którym jako swój adres podał szpital psychiatryczny. Odpisałem mu w miarę szybko; wracaj do kraju, u nas pracy dużo, lekarzy psychiatrów nie za wiele, będziesz sobie tu w Polsce jako lekarz psychiatra pracował i miał na pewno wiele satysfakcji. Po pewnym czasie otrzymałem jego odpowiedź. „Ja nie jestem tu psychiatrą, jestem pacjentem szpitala psychiatrycznego ”.

— Jest coś znamiennego w tej hitlerowskiej organizacji. Z Majdanka zostałem wywieziony do Gross-Rosen, a w marcu 1945 roku do Litomierzyc i tam, dopiero 8 maja 1945 roku, odzyskałem wolność. Zwolnili nas sami Niemcy i każdego zaopatrzyli nawet w odpowiedni dokument (Bescheinigung) z taką klauzulą, że prosi się wszystkie władze — chyba władze niemieckie — o udzielenie nam pomocy. Zaświadczenie to przechowuję do dziś.

Wracając do procesu w Düsseldorfie, to wszyscy świadkowie reprezentujący różne narodowości, oczekują z niecierpliwością jego zakończenia i uzasadnienia. Wyrok bowiem będzie wyrazem dojrzałości poglądów obecnego społeczeństwa niemieckiego na lata i ludzi okresu hitlerowskiego.

Andrzej Stanisławski: — Dnia 30 sierpnia 1977 roku rozpocząłem składanie zeznań przed sądem w Düsseldorfie. Przesłuchiwano mnie dziesięć dni. Ale nie czas trwania tego przesłuchania zadecydował o tym, iż zostałem określony jako Kronenzeuge (świadek koronny), a po prostu to, co miałem w sprawie Majdanka do powiedzenia.

Do chwili wejścia na korytarz sądowy byłem w dobrym nastroju i mimo wszystko nie przypuszczałem jeszcze, że przeżyję to w takim napięciu. Nagle korytarz zapełnił się ludźmi. Wszedłem na salę sądową i czułem, że patrzy na mnie kilkanaście par nienawistnych oczu. Nie tylko ja zacząłem poznawać oskarżonych, ale i oni mnie poznali. Gdy zająłem miejsce dla świadków, oskarżeni uciekali ze wzrokiem — zasłaniali się książkami, gazetami, odwracali się gwałtownie do swoicn obrońców. Bali się, że ich rozpoznam, bo ja w obozie miałem nietypową drogę.

Zostałem do obozu na Majdanku przywieziony 18 stycznia 1943 roku z gromadą mniej więcej tysiąca trzystu więźniów. W tym transporcie była bardzo silna moralnie grupa i ona, w połączeniu z będącymi tam już więźniami, takimi jak profesor Sztaba, doktor Nowak nadawała ton. Z niej wywodził się później cały obozowy ruch oporu.

 

Na samym początku powiedziano nam: „Jesteście w obozie koncentracyjnym Lublinie. Szanujący się więzień nie żyje tu dłużej niż trzy tygodnie, a wyjście jest jedno — kominem pieca krematoryjnego”. To powitanie miało miejsce przed łaźnią naprzeciw I Pola.

Swoje zeznania na sali rozpraw rozpocząłem od oświadczenia, złożonego za zezwoleniem sądu:

— Panie przewodniczący, mój przyjazd do RFN udział w tym procesie przed Sądem Krajowym w Düsseldorfie nie jest mi obojętny emocjonalnie i uczuciowo. Może się zdarzyć, że będę mówił o zbrodniach i zbrodniarzach, będę mówił o mordercach i morderstwach, i użyję wtedy słowa Niemcy. Chcę się zastrzec, że używając określenia Niemcy mam na myśli wyłącznie hitlerowców.

Zrobił się szum na sali, obrońcy zaczęli podnosić zarzut, że przesądzam tą wypowiedzią kwestie istotne w procesie.

Włączyłem się na zasadzie raz udzielonego mi zezwolenia:

— Powiedziałem to z pełną świadomością, aby nie narazić się na zarzut, w razie przejęzyczenia, że jestem szowinistą lub nacjonalistą.

Gdy znalazłem się w mroźne dni stycznia w obozie, miałem już za sobą doświadczenie więźnia Pawiaka. A jednak były to dni szoku. Staliśmy między barakami przez wiele godzin na apelu w śniegu (jedyny raz w tym miejscu, bo potem staliśmy już na placu apelowym). Było bardzo zimno. Opodal jakaś dziwna sterta bierwion. Myślałem, że są to stosy drzewa, które można będzie wziąć lub ukraść na ogień. Okazało się, że są to stosy nagich ludzi, niektórzy jeszcze żyli i z tych umierających inni, zdegenerowani więźniowie, zdzierali resztki łachmanów.

Następnego dnia lub może później dwóch więźniów wywoziło na prymitywnie skleconych sankach sześć lub siedem trupów. Nie zapomnę ręki, która — jak w „Przedwiośniu” Żeromskiego — znaczyła ślad na śniegu. Przed bramą sanki się zatrzymały i więźniowie stanęli na baczność. Jeden z nich składał meldunek — ile wiozą trupów.

I znowu za kilka dni, jeszcze w swoim ubraniu, jeszcze na kwarantannie, podpadłem SS-manowi, który polecił mi ładować trupy na wóz. Nie było możliwości robienia tego z szacunkiem należnym umarłym, bo popędzano nas w tej pracy batem i pejczem. Trzeba było łapać za nogi i głowy i rzucać cuchnące trupy na wóz.

Następnie zaprzągnięto nas — jak bydlęta — do tegoż wozu.

Ciągnęliśmy ten wóz, załadowany chyba dwudziestoma zwłokami ludzkimi, aż do bramy. Tam ktoś złożył meldunek. Pchałem olbrzymie, większe ode mnie koła tego wozu, pochodzącego chyba z taborów wojsk francuskich, do nowego krematorium, które mieściło się między I a II Polem.

Układaliśmy trupy na cementowej posadzce. Wyznaczono mnie do kolejnej czynności — zdejmowania blaszanych numerów z drutu zakręconego na szyi nieżyjących. Musiałem stanąć okrakiem nad leżącym trupem, rozplątać mu zwykły drut z zanumerowaną blaszką — ten jedyny dowód tożsamości więźnia. Potem, trzymając drut z numerem w jednej ręce, musiałem napluć na klatkę piersiową i wypisać chemicznym ołówkiem numer wytłoczony na blaszce. Numery blaszane musiałem oddać poganiającemu mnie SS-manowi.

— Panie Stanisławski — wpadł nieoczekiwanie z pytaniem adwokat Bock — ile było trupów, które pan zaniósł do krematorium, ile było tych, którym pan pluł na piersi i przepisywał numery? — Około dwudziestu? To wykluczone, aby człowiek mógł dać z siebie tyle śliny!

— Panie mecenasie, aby uratować swe życie, bo taka była cena tej czynności, człowiek w obozie był zdolny nie tylko do tego.

Tak, to przekracza wyobraźnię, ale taka była rzeczywistość. Rzeczywistością, a nie fantazją są kąpiele, po których następował bieg nago w mrozie i po śniegu.

Pracowałem jako kamieniarz, robotnik ziemny; wzrastała śmiertelność — bo to i wszy, tyfus, biegunka i głód. Przeżyłem kilka selekcji do komory gazowej przeprowadzanych na III Polu. Te selekcje polegały na tym, że otoczeni kordonem SS-manów musieliśmy się rozebrać do pasa i następnie szliśmy gęsiego na wprost stojącego oficera SS. Pamiętam, że musiało być chłodno, bo miał kożuch pokryty suknem feldgrau, lewą rękę trzymał w kieszeni, na nosie miał binokle. Był to II Lagerartz Obersturmführer dr Rindfleisch. Gdy więźniowie zbliżyli się do niego na odległość około półtora metra, ruchem ręki w prawo lub w lewo inscenizował swoistego poloneza śmierci, z tą różnicą, że nie było para w lewo, para w prawo, lecz kilku w lewo, kilku w prawo, kilku w prawo, kilku w lewo. W prawo znaczyło — komora gazowa, w lewo—do pracy.

Siedem razy przeżyłem tego poloneza. Siedem razy ręka lekarza SS, na zasadzie przypadku, zgięła się w kierunku życia. Było już ze mną bardzo źle, bo chorych i słabych zaczęli dobijać kapo. Wtedy to nieoczekiwanie, gdy rozmawiałem z niemieckim kryminalistą, goniec Żyd niemiecki zapytał, czy znam język niemiecki i czy chciałbym być gońcem na bramie. Po prostu jemu marzyła się kariera obozowa. Chciał zostać Blockschreiberem 20 , ale, żeby nim zostać, musiał mieć następcę. Ciekawe, że z jednej strony niemiecka organizacja w obozie była precyzyjna, a z drugiej istniała możliwość tego rodzaju samozwańczej nominacji.

Tak zostałem gońcem — Torläuferem 21 — i funkcja ta dawała mi możliwość poruszania się po obozie. Traktowano mnie już lżej. Z opaską Läufera mogłem o wiele skuteczniej włączyć się w niesienie pomocy innym, bo nikt nie mógł sam przeżyć obozu. SS-manom byłem potrzebny, na zasadzie przynieś, podaj, wynieś. Czyściłem im buty, ale tu ostrość w stosunku do mnie złagodniała. Broniłem się przed tyfusem. Miałem obsesję czystości. Wymykałem się i myłem w lodowatej wodzię.

Hitlerowcy z jednej strony stwarzali warunki, aby człowieka zgnębić, żeby porósł brudem, żeby następnie można go nazwać „polską, brudną świnią”. Ale w równy sposób szanowali — jeśli to tak można nazwać — tego, kto umiał się temu nie poddać i z tego wyłamać.

Istniało pojęcie godności polskiego więźnia politycznego. Nauczyli mnie tego starsi więźniowie. Myśmy z niesłychaną dumą nosili czerwony trójkąt z literą „P”. Nie chciałbym przetrwać obozu, gdybym miał kogoś uderzyć lub okraść, zadenuncjować lub iść na współpracę z władzami obozowymi. Część z tych władz obozu była na sali.

— Czy wśród oskarżonych rozpoznaje pan SS-manów z Majdanka? — zapytał mnie sędzia Bogen.

Zapanowała cisza.

Zszedłem z miejsca przeznaczonego dla świadka i długopisem wskazywałem: to jest Braunsteiner, to Hackmann, to Reinartz, to Laurich, to Villain, a to Strippel, to Mayer. Dość precyzyjnie wskazałem osiem nazwisk, stopnie tych ludzi i funkcje w obozie. Wywołało to burzę ze strony obrońców, którzy twierdzili, że musiałem być przez kogoś poinformowany. Przeprowadzono na tę okoliczność odpowiednie postępowanie, przesłuchano panią z zachodnioniemieckiej organizacji Czerwonego Krzyża i osobę, która nam towarzyszyła z Polski.

Byłem napięty do granic wytrzymałości. Stale używałem środków uspokajających. Spałem po cztery godziny na dobę. Lekarz niemiecki dawał mi różne środki nasenne. Tak płaciłem za to moje spotkanie z przeszłością.

Na sali rozpraw był duży plan Majdanka. Mam ten obóz w głowie, znałem każdą ścieżkę, każdy słup, niemal każdy kamień.

— Panie przewodniczący, na planie jest dużo błędów.

— Dlaczego?

— Bo tu nie ma tego, a to nie było w tym miejscu. Am Rosengarten — to była „poczekalnia” do gazu. Tam hitlerowcy trzymali, po czterdzieści godzin dziesiątki tysięcy ludzi, czekających w kolejce na wolne miejsce w komorze gazowej. Często było tak, że zagazowano matkę i jedno dziecko, a ojciec z drugim dzieckiem czekał, albo zagazowano dzieci, a zostali rodzice lub odwrotnie. Czekali na tę śmierć bez wody, bez jedzenia.

Później pokazano mi albumy z fotografiami. Rozpoznałem osoby z albumów. Wymieniałem ich stopnie — te, które mieli, gdy ja ich znałem z okresu pobytu w obozie, i te, o których świadczyły dystynkcje na mundurach.

Byłem jak w transie, adwokaci wręcz prosili wolniej, wolniej, aby mogli zdążyć zapisać. Te setki pytań, ta atmosfera, odtworzyły mi tamte zaszłości. Obrońcy pytali, dlaczego ja to pamiętam. Któryś z adwokatów postawił to pytanie niemal jako zarzut.

— Nie wiem, nie znam, panie mecenasie, systemu, za pomocą którego koduje się w pamięci ludzkiej pewne sprawy, a inne się eliminuje.

— Pan oskarża...

— Przepraszam, ja nie oskarżam. Przyjechałem tu po to, aby mówić prawdę o Majdanku, a jaka jest wartość moich zeznań, należy do oceny sądu.

Siódmy tom zdjęć przedstawiony mi przez sąd miał dla mnie bardzo osobiste znaczenie. Z jego kart wyzierały twarze tych SS-manów, których rozpoznałem w Lublinie w 1944 roku i wszyscy na sali rozpraw wiedzieli, że to ja przyczyniłem się do ich śmierci, bo to ja ich rozpoznałem. Nie mam wyrzutów sumienia. Miałbym je, gdybym się mścił za moje osobiste krzywdy i poniżenia.

— Co się stało z tymi ludźmi? — zapytał Bock.

— Stanęli przed polskim sądem?

— Czy to nie był sąd sowiecki?

— Nie, polski, bo Lublin był już wolny.

Przez cały czas sprawdzano mnie, pozwolono mi się wygadać, by następnie zupełnie niespodziewanie powrócić do kwestii sprzed paru dni.

Jeśli się nie mylę, Bock jest rzecznikiem prawnym NPD, jej aktywnym działaczem. Podejrzewam też, że dr Ludwig Bock ma jakieś rodzinno-prywatne przyczyny żywienia niechęci do Polaków. Jego stopień zaangażowania przeciwko nam, polskim świadkom i próba mieszania w umysłach przekroczyła to, czego oczekuje się od adwokata. Powiedziałbym więcej. On, który bronił tylko jednej oskarżonej, był prowodyrem pytań i ataków przeciwko mnie w tych kwestiach, które dotyczyły nie tylko jego klientki, nie tylko wszystkich oskarżonych na sali, ale w ogóle całego Majdanka.

Blada twarz, binokle, zimne kamienne oczy, i ten permanentny atak Bocka nie pozostawia dla mnie wątpliwości, z kim się on utożsamia.

— Panie Stanisławski, zeznał pan inaczej w 1944 roku przed NKWD. Gdzie jest prawda, ile w końcu zginęło osób na Majdanku?

— Panie mecenasie doktorze Bock, posiada pan wyjątkowy dar przypominania mi spraw dawno przeze mnie zapomnianych. O, tu — podszedłem do mapy — tu jest poczekalnia do gazu „Am Rosengarten”, tu trasy śmierci, którymi szli więźniowie... Jeśli chodzi o moje osobiste odczucia, to w Majdanku zginęło czterysta — czterysta pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Panie mecenasie Bock. Na Majdanku, obok Muzeum, po wojnie, ręce Polaków usypały obok krematorium kurhan z siedmiu ton prochów ludzi, którzy zginęli w tym obozie. Tymi prochami hitlerowcy usiłowali nawieźć ogrodnictwo obozowe. Ziemia gromadzi proch, ale ziemia nie przyjmuje prochów. Po wojnie ręce Polaków odgrzebywały ziemię i przeniosły ten proch usypując ten kurhan. Człowiek składa się w osiemdziesięciu siedmiu procentach z wody. Po śmierci, po spaleniu, pozostaje z niego garść popiołu — ot, taka garść, i niech pan obliczy, ile takich garści prochu mieści się w tych siedmiu tonach.

— Powiedział pan, wtedy a wtedy, że Obersturmführer strzelał do więźniów z odległości osiemnastu — dwudziestu metrów, a tu pan zeznał, że strzelał z piętnastu — dwudziestu metrów, która więc wersja jest prawdziwa?

— Ja stałem tu, z tego bloku wyszedłem po przekątnej i wracałem do bramy. W tym samym czasie ruszył od bramy Obersturmführer Strippel, wyciągnął pistolet z kabury, zarepetował i, jak na strzelnicy, oddawał strzały do tłumu więźniów odległego o 60 m.

Adwokat Bock: — Czy świadek w czasie pobytu na Majdanku miał do dyspozycji wódkę?

Sędzia: — Panie mecenasie, zadaje pan świadkowi prowokacyjne pytania.

— A pan prowokacyjnie broni polskiego świadka!

I znów Bock:

— Jaką Zulagę (dodatek) otrzymał pan za to, że pan nosił trupy do krematorium?

Nie wytrzymałem i powiedziałem głośno, czego może nie powinienem zrobić, ale trudno, odpowiedź poszła w świat:

— Dostałem kopa w d... i w łeb od SS-mana, panie mecenasie.

W czerwcu—lipcu 1943 roku III Pole zostało opróżnione. Zaczęły napływać tysięczne gromady ludzi z Zamojszczyzny. Kobiety w ciąży, starcy, dzieci. Nie przyzwyczajeni do takiego wyżywienia umierali. Kapo niemieccy na oczach mężów, ojców, braci gwałcili polskie kobiety. Tak robili Bürzer 22 i inni. Widziałem, jak urodziło się tam dziecko, stałem przy bramie na III Polu. Szedł kapo nr 1 rewiru Ludwik Benden i niósł to dopiero urodzone dziecko zawinięte w tobołku, trzymał je na lewym ramieniu i z uśmiechem dobrego ojca patrzył na nie. Przy bramie, tej której stałem, złożył meldunek: „eins und ein” (on plus jeden, czyli dziecko).

 

Wartownik zapytał:

— Wohin?

— Zum Krematorium 23 !

Po pewnym czasie wrócił. Nie wiem, czy żywe dziecko wrzucił do pieca, czy też uprzednio je zabił. Wrócił, jak gdyby nigdy nic.

Stałem się nietypowym świadkiem, którego odpowiedzi pogrążają nie tylko oskarżonego, ale całą sprawę Majdanka. Do tej pory usiłowano sprawę łagodzić, a nawet udowodnić, że Majdanek to tylko jakaś imaginacja Polski.

Gdy ponownie Bock zaczął mnie indagować, sami oskarżeni zaczęli kaszleć. Po prostu moje zeznania złamały solidarność ławy obrońców.

W ostatnim dniu mego przesłuchania nastąpił dla mnie moment ważny. Sąd udał się na naradę, za minutę wrócił i dopuścił mnie do przysięgi. Taka tam jest procedura.

— Czy takie zachowanie się niektórych obrońców oskarżonych na sali rozpraw byłoby możliwe, gdyby w RFN istniało totalne potępienie zbrodni hitlerowskiej? — głośno myślę i stawiam moim rozmówcom pytanie.

Zofia Skibińska: — Myślę, że pewne cechy charakteru części społeczeństwa, które z taką wyrazistością odczuliśmy w czasie hitlerowskiej okupacji, są jednak tak głębokie, że nie wierzę, aby w ciągu jednego pokolenia można je było wyeliminować. Tym bardziej że te siły, które dają o sobie znać w RFN, są niebagatelne i przenikają wszystkie dziedziny życia tego kraju. W nich bowiem tkwi podstawa zachowania się ludzi pokroju adwokata Bocka i uporczywego składania wniosków o wyłączenie sędziego, który chce jednego — dotrzeć do prawdy hitlerowskiej okupacji. Siły te muszą być znaczne, skoro obrońca ośmiela się przed sądem mylić ofiarę z katem.

Romuald Sztaba: — Wydaje mi się, że postawa niektórych obrońców w tym procesie jest determinowana sytuacją, jaka wytworzyła się w Niemczech Zachodnich po drugiej wojnie światowej i w jakiej nie doszło do totalnego skompromitowania od dołu do samego szczytu nazizmu i jego tragicznych dla ludności skutków. Ten proces dotyczy, co tu dużo ukrywać, tylko pionków w tej machinie, małych „bandziorków”. Ktoś wyrosły po pierwszej wojnie system podparł swymi finansami, ktoś go wyhodował.

Rozgrzeszano się chyba zbyt łatwo i dlatego możliwe jest, w miarę pozornych racji formalnych, lekceważenie pewnych ponadczasowych wartości, które w najbardziej ostrej formie przeżyli ludzie w obozach koncentracyjnych.

Andrzej Stanisławski: — RFN to bardzo bogaty kraj, moim zdaniem jest to kraj, który zdaje sobie sprawę z hitlerowskiej przeszłości. Hitler nie doszedł do władzy w drodze zamachu. Ale generalnie biorąc, społeczeństwo RFN chce mieć spokój. Chce zasłonę milczenia i czasu opuścić na to, co było kiedyś. Ci, którzy dzisiaj zasiedli na ławie oskarżonych, różnego pokroju Stripple, Hackmanny czy Laurichy, „frajerzy”, którzy dali się złapać, to tylko palce zbrodniczej ręki, które usiłuje się karcić. Tych, co byli głową, mózgiem w tamtej machinie, ręka sprawiedliwości nie dosięgła. Za nimi stoi nie tylko ogromne zaplecze finansowe, ale i zmowa milczenia społeczeństwa RFN. W końcu, przeciętnie, co czwarta, piąta rodzina miała swego SS-mana, a dobra zrabowane w okupowanych krajach i ludziom mordowanym przecież masowo, były ogromne.

A więc ta niekonsekwentna polityka, która ma swe źródło w czasach od zakończenia drugiej wojny światowej, rodzi dzisiejsze skutki. A właśnie dzisiaj z niemieckich gazet wiadomo, że w ponad stu miejscowościach odbywają się regularnie zloty byłych SS-manów, których oficjalną patronką jest NPD i cały ten nurt prawicowy, który w tym kraju z takim dynamizmem odżył. Sala rozpraw i jej klimat jest więc wypadkową tych układów politycznych zachodnioniemieckiego społeczeństwa.

Heinrich Böll, laureat nagrody Nobla w 1972 roku w rozmowie z polskim dziennikarzem („Polityka nr 6/1093 z 11 IV 1978 roku) mówi, dlaczego wojna odgrywa w jego twórczości kluczowe znaczenie:

„Chodziło mi o to, że wojną powinniśmy się zająć jako sprawą, a nie z zamiarem z góry założonego »przezwyciężenia« jej. Moje pisanie o wojnie nie było wyrachowane, nie było nawet w pełni uświadomione... Nie miałem w sobie nic z moralizatora. Pisałem o wojnie, bo historia rzuciła nam tę garść piachu. Podobnie było z »przezwyciężeniem współczesności«.

Gdy powstawała Republika Federalna, miałem 32 lata, a więc byłem niemal dziadkiem. Mieliśmy państwo, którego jeszcze nie znaliśmy [...] I w to państwo ześliznęliśmy się, naznaczeni przez nihilizm, bardzo charakterystyczny dla mojego pokolenia, a równocześnie pełni ufności — co w wieku trzydziestu lat jest z zasady niemal zbrodnią — do mocarstw okupacyjnych. Uważaliśmy je za braci, za wyzwolicieli, bo przecież sami nie potrafiliśmy się wyzwolić [...]

Sądzę, że teraz znaleźliśmy się w całkiem nowej fazie, w której »nagonka na intelektualistów« jest tylko sygnałem pewnej istotnej zmiany […] Ataki na pisarzy i na mnie osobiście, to uderzenie pośrednie, to właściwie sygnał: uwaga, jesteśmy między sobą, sprawy międzynarodowe są ułożone, teraz zabieramy się za porządkowanie republiki. To bardzo niebezpieczny okres [...]”