Gorzki światTekst

Z serii: Klasyka
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Josef Škvorecký
Gorzki świat
Wybór tekstów Andrzej S. Jagodziński
Przełożyli Andrzej S. Jagodziński i Jan Stachowski


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by John Mahler / Toronto Star / Getty Images

Copyright © for the Hořkej svĕt by Josef Škvorecký, 1969; for the Ze života české společnost Josef Škvorecký, 2004; for the Nataša, pícníci a jiné eseje by Josef Škvorecký, 2006

By arrangement with Westwood Creative Artists Ltd.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2020

Copyright © for the Polish translation by Andrzej S. Jagodziński i Jan Stachowski, 2020

Wstęp Andrzej S. Jagodziński

Redakcja Maja Lipowska

Korekta Aleksandra Brambor-Rutkowska, Małgorzata Tabaszewska

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

We kindly thank The Ministry of Culture of the Czech Republic for the subsidy on publishing this book.

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-010-1

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Andrzej S. Jagodziński Kilka słów od autora wyboru

SIEDMIORAMIENNY ŚWIECZNIK

Wujaszek Kohn

Pan doktor Strass

Pan nauczyciel Katz

Mifinka i Bob Zabijaka

Historia Kukułki

Feminine mystique

Rebeka

PIEŚNI ZAPOMNIANYCH LAT

Świadkowie lutowej nocy

Jak ich zwinęli

Zwyczajny tydzień Květoslava Prska

Coś dla personalnych

Z życia dzisiejszej młodzieży

Mała praska Mata Hari

Zweryfikowana Lizetka

Różowy szampan

EINE KLEINE JAZZMUSIK

Eine kleine Jazzmusik

Blues Krpaty

Bebop Richarda Kambali

Klęska Bulla Máchy

Pieśń zapomnianych lat

Moskiewski blues

Dopóki śmierć nas nie rozłączy

Przypisy

Kolofon

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Andrzej S. Jagodziński
Kilka słów od autora wyboru

„Misja pisarza zawsze polegała na tym, aby wyrazić, pokazać czy uchwycić esencję condition humaine świata, w którym żyje. To się nie zmieniło i nie zmieni. Jak wygląda życie w konkretnym społeczeństwie? Jacy tam żyją ludzie? O czym myślą? Co odczuwają? Co robią? Jakie przeżywają radości i z jakiego powodu cierpią? Odpowiedzi na takie pytania to jedyne odpowiedzi, jakich pisarz ma prawo udzielić. Bo nie jest on doradcą w sprawach publicznych czy prywatnych, nie daje też gotowych recept, co należy robić. Jeśli jednak opisze swój świat w prawdziwy sposób, to często uda mu się odkryć jego najważniejsze problemy i dzięki temu pokazać, czego nie powinno się robić. A to już dużo” – mówił w połowie lat osiemdziesiątych Josef Škvorecký (1924–2012) w wywiadzie dla jednego z czeskich pism emigracyjnych.

W Polsce na szczęście Škvoreckiego nie trzeba już dziś ani szczegółowo przedstawiać, ani też specjalnie reklamować. Dzięki piętnastu dotychczas wydanym książkom (a także Literackiej Nagrodzie Angelus 2009 za powieść Przypadki inżyniera ludzkich dusz) zajął bowiem należne mu miejsce w hierarchii najwybitniejszych czeskich pisarzy XX wieku. Ma u nas coraz liczniejsze grono wielbicieli, o czym z radością co chwila się przekonuję, wchodząc, często przypadkiem, na różne czytelnicze fora internetowe. Znany jest jednak głównie jako powieściopisarz, a zwłaszcza autor znakomitego cyklu utworów ze swym alter ego, bohaterem Danielem (Dannym) Smiřickim, w roli głównej. Škvorecký był jednak pisarzem niezwykle płodnym i różnorodnym, pisał też eseje o literaturze, filmie i jazzie, scenariusze filmowe, teksty publicystyczne i krytycznoliterackie, utwory kryminalne czy nawet science fiction oraz sztuki teatralne i oczywiście opowiadania. Większość utworów z jego literackiej spuścizny jest do dziś aktualna i wciąż potrafi zachwycać, więc miłośnicy twórczości tego pisarza mają się jeszcze na co cieszyć. Jednak prócz powieści szczególne mistrzostwo osiągnął Škvorecký właśnie w krótkich formach prozatorskich.

Prezentujemy tu dwadzieścia dwa opowiadania z różnych okresów twórczości pisarza – od wczesnych lat pięćdziesiątych do końca osiemdziesiątych – powstałe zarówno w kraju, jak i na emigracji w Kanadzie (gdzie przebywał od 1969 roku aż do swej śmierci). Większość z nich została po raz pierwszy przetłumaczona na użytek tego tomu, kilka innych wydrukowano przed 1989 rokiem jedynie w obiegu niezależnym lub w czasopismach, natomiast pozostałe ukazały się piętnaście lat temu w tomie opowiadań Historia Kukułki, lecz w całkiem innym wyborze.

Pierwsza część zbioru, zatytułowana Siedmioramienny świecznik, zawiera pisane przeważnie na początku lat pięćdziesiątych opowiadania o tematyce żydowskiej, których akcja rozgrywa się w czasie okupacji i które w dużym stopniu oparte są na dziecięcych wspomnieniach autora. Druga część – Pieśni zapomnianych lat – przynosi teksty o latach pięćdziesiątych i wczesnych sześćdziesiątych – a trzeba wiedzieć, że w odróżnieniu od Polski, w tym czasie w Czechosłowacji panował wciąż ostry stalinizm, więc życie nonkonformistów było tam znacznie trudniejsze. Wreszcie trzecia część – Eine kleine Jazzmusik – skupia opowiadania o tematyce jazzowej z czasów wojennych i stalinowskich, gdy jazz był dla młodych bohaterów także (czy może przede wszystkim) symbolem i namiastką wolności w upiornym okresie zniewolenia.

Wydaje nam się, że choć akcja niemal wszystkich utworów tego tomu rozgrywa się w czasach totalitarnych, to charakterystyczne dla autora poczucie humoru oraz ironiczny dystans do rzeczywistości sprawiają, że te opowiadania są wciąż bardzo atrakcyjne czy po prostu świetnie się czytają. I że – trochę paradoksalnie – zachowują nadal aktualność też dla młodszego pokolenia czytelników, bo pasje i uczucia lat młodzieńczych są całkiem niezależne od czasów historycznych. Również wolność, co dziś doskonale wiemy, wcale nie jest dana raz na zawsze.

Oddajmy na koniec głos samemu autorowi:

„Dlaczego przez całe życie pisałem? Jak każdy człowiek miałem na sercu wiele spraw i wrażeń, których nie chciałem pozostawiać dla siebie. Niektóre pragnąłem przeżyć jeszcze raz, przelewając je na papier, one zaś – o dziwo – miały w sobie wtedy jeszcze większą magię, niż gdy spotkały mnie po raz pierwszy. Wspomnienia mają bowiem taką zdolność, o czym wiedział już Hawthorne, że rozumiemy je lepiej, gdy »dzięki odległości w czasie przemieniają się w eter«. Natomiast klauni, których kochałem od najwcześniejszego dzieciństwa, gdy siedząc na kolanach mamy, w kinie ojca oglądałem Fido to the Rescue – ci poważni klauni: Chaplin, Keaton, Arbuckle, Lloyd i wielu innych – nauczyli mnie, że człowiek najpierw musi czytelnika rozbawić, a potem dopiero, przy odrobinie szczęścia, być może uda mu się powiedzieć także coś ważnego o życiu. Musi to jednak dobrze napisać. Ja właściwie zawsze chciałem być entertainerem i mam nadzieję, że przynajmniej w paru książkach mi się to udało”.

 

Te słowa napisał Josef Škvorecký w jednym ze swych ostatnich tekstów. My też mamy nadzieję, że czytelnicy, którzy sięgną po te opowiadania, nie tylko będą się dobrze bawić, ale dowiedzą się czegoś istotnego o życiu i o sobie. Bo mało kto potrafił tak jak on opowiadać piękne i mądre historie.

SIEDMIORAMIENNY ŚWIECZNIK

Wujaszek Kohn

Wujaszek Kohn był bogaczem, który zawsze miał w życiu szczęście. Posiadał słynną tatrę 57, auto zwane popularnie Hadimršką[1]. Przyjeżdżał do nas niemal co tydzień, bo lubił mojego ojca. Wychodziliśmy mu z tatą naprzeciw i zazwyczaj spotykaliśmy go daleko za miastem, kiedy było już ciemno i w świetle reflektorów mógł nas łatwo rozpoznać. Najpierw na horyzoncie pojawiała się łuna, przesuwała się szybko po niebie, bo z drugiej strony szczytu wzgórza szosa zakręcała, a potem światło łapało nas w biały stożek i trzymało niczym w garści. Stałem zawsze tak oślepiony, że nie potrafiłem dokładnie zobaczyć cioteczki, która całowała mnie miękkimi, aksamitnymi ustami i wciskała mi w rękę torbę z czekoladkami. Jej wargi zawsze ładnie pachniały szminką, bo miała je mocno umalowane.

Właściwie wcale nie musiała tego robić, bo i tak była bardzo ładna. Ale dzięki temu wyglądała jeszcze ładniej. Dwadzieścia lat młodsza od wujaszka Kohna, miała wesołe usposobienie i interesowała się futbolem nawet bardziej niż on. Raz mnie zabrali na międzynarodowy mecz do Pragi i cioteczka zrobiła tam scenę, bo sędzia niesprawiedliwie podyktował karnego przeciwko Sparcie, a ona zdzieliła parasolką po głowie jakiegoś cudzoziemca, który się z tego cieszył. Zwinęła nas wtedy policja, ale szybko wypuściła, chociaż wujaszka musiało to chyba nieźle kosztować.

Wujaszek był obibokiem. Miał wielki samoobsługowy bar w Pradze, ale z powodu lenistwa wynajął go i został rentierem. Żeby więc całkiem nie umrzeć z nudów, to się obijał. Popołudniami przesiadywał w kawiarni Paryż, czytał różne zagraniczne gazety, palił papierosa w złotej lufce i sprzedawał innym obibokom piłkarzy albo ich od nich kupował. Lubił żydowskie anegdoty, bo sam był Żydem. Uwielbiał też płatać ludziom figle: częstował ich gumowymi atrapami czekoladek, na których można sobie było złamać ząb, albo papierosami z dodatkiem zimnych ogni, które w połowie palenia nagle zaczynały wyrzucać z siebie iskry. Czasem też pojawiał się z błyszczącą odznaką w klapie, a kiedy ktoś pytał, co to jest, podsuwał mu ją pod nos i spryskiwał twarz wodą – pod odznaką znajdował się gumowy pęcherzyk i po jego naciśnięciu ta woda tryskała na zewnątrz.

Cioteczka miała szesnaście lat, kiedy poznała wujaszka i potem chodzili ze sobą przez pięć lat. Dziadek nie chciał im pozwolić na ślub, bo był antysemitą, a wujaszek Żydem. Cioteczka musiała się z nim potajemnie spotykać poza naszym miastem, więc jeździli samochodem do Pragi, żeby ich nikt nie widział, a wieczorem wujaszek odwoził ją do domu. Jednak raz w drodze powrotnej zgasł im silnik w aucie i cioteczka za późno wróciła do domu. Dziadek już od dawna coś podejrzewał i zbił cioteczkę. Ona do wszystkiego się przyznała, a dziadek wychłostał ją rzemieniem, chociaż już była pełnoletnia. Ona nigdy nie wyszłaby za wujaszka, gdyby dziadek jej na to nie pozwolił. Była bardzo dobrze wychowana, choć jednak nie aż na tyle dobrze, żeby się nie spotykać z wujaszkiem.

W końcu dziadek dał jej zgodę i była w tym zasługa mojego tatusia. Cioteczka pracowała jako stenotypistka w banku taty i zawsze po robocie przechodziła koło naszego domu. Mieliśmy tam na poddaszu pokoik, w którym nikt nie mieszkał, i tato im go udostępnił, żeby mieli się gdzie spotykać – bo dziadek nakazał, żeby codziennie wracała do domu o szóstej, czyli już nawet autem nie dałoby się zdążyć do Pragi. Wujaszek Kohn zostawiał więc tatrę w lesie za miastem i przychodził do nas przez pole, koło słoneczników, tylną furtką. Cioteczka natomiast wchodziła od frontu i słyszałem, jak na schodach stukają jej obcasy. Potem na górze oboje byli cicho. Tak robili chyba z rok, bo dziadek wciąż się nie chciał zgodzić na ich ślub.

Oczywiście cioteczka miała wielkie powodzenie, bo była ładna jak wszystkie dziewczyny w rodzinie ze strony mamy. Ale jak się rozniosło, że jest kochanką jakiegoś bogatego Żyda, wszyscy powoli się od niej odwracali, z wyjątkiem jednego – Alberta Kudrny. Studiował medycynę i był wytrwały – najpierw próbował z kwiatami, a jak się nie udało, to zaczął grozić, że się zabije, i cioteczka była z tego powodu przestraszona, ale on tego nigdy nie zrobił. W końcu wyśledził, że spotyka się z wujaszkiem Kohnem u nas i napisał o tym do dziadka w anonimowym liście. Bo ten Kudrna był zazdrośnik i jak sam czegoś nie mógł mieć, to starał się innym popsuć. Potem w czasie wojny przyłączył się do kolaboranckiej organizacji Vlajka (Flaga) i studiował w Rzeszy, a później poznał doktora Teunera[2] i podobno chciał zorganizować jakąś czeską dywizję SS, ale mu się nie udało, więc go wysłali ze zwykłą dywizją na front wschodni i już stamtąd nie wrócił.

No i dziadek zaczaił się na wujaszka wśród słoneczników, a kiedy ten wieczorem wracał do swojego schowanego w lesie auta, wyskoczył z ukrycia, złapał go za gardło i krzyczał: „Ty śmierdzący, parszywy Żydzie, ja cię uduszę!”. Może nawet naprawdę by go udusił, gdyby nie to, że mój tato akurat się golił w łazience, skąd było widać słoneczniki, i gdy usłyszał krzyk, to jak stał wybiegł na dwór i ich rozdzielił.

Patrzyłem na nich przez okno kuchni, więc widziałem, jak wujaszek Kohn obmacywał sobie szyję i był cały czerwony i spocony, a dziadek też był czerwony i siwe wąsy lśniły mu na tle twarzy niczym wąsy z waty Świętego Mikołaja. Za to mój ojciec tylko rozkładał ręce i w jednej dłoni trzymał namydlony pędzel, a potem wszyscy trzej wolno ruszyli polną drogą wśród zbóż w stronę lasu – wujaszek Kohn w modnej, śliwkowoniebieskiej gabardynie, tato w koszuli w paski bez kołnierzyka, a dziadek w kapeluszu myśliwskim z piórkiem. Słońce świeciło im w plecy, bo był już wieczór, i potem cała trójka zniknęła wśród pól za zakrętem drogi.

Dziadek jeszcze przez jakiś czas się opierał, ale potem nagle było wesele – w Pradze, w hotelu Paryż. Ja się tam przejadłem weselnym tortem i było mi niedobrze, więc za bardzo na tym weselu nie użyłem. Cioteczka włożyła beżowy kostiumik i wyglądała bardzo ładnie, bo wciąż jeszcze była bardzo młoda. Za to wujaszek Kohn miał w klapie dużą gardenię i wyglądał na zniszczonego tym nicnierobieniem.

Wujaszek chyba nie był wielkim bohaterem. Kiedyś byliśmy z nim i z tatą w jakiejś restauracji w Pradze, a obok nas przy stole siedziała taka grupa ludzi o wygolonych głowach, w pruskim stylu. Ostro popijali i po chwili byli już wstawieni. Było to wiosną w trzydziestym szóstym roku, chyba ze trzy miesiące po weselu. Wujaszek był nerwowy, a tata też się czuł nieswojo, co zauważyłem, chociaż nie bardzo rozumiałem, o co tu chodzi.

Niemcy obok nas zaczęli śpiewać: Fest steht und treu die Wacht am Rhein. Widziałem, że wujaszek jest coraz bardziej zdenerwowany. Jeden z Niemców nas zauważył, poznał, że wujaszek jest Żydem, i kiedy na chwilę przestali śpiewać, krzyknął: Es lebe Adolf Hitler![3] – i kątem oka patrzył, co my na to. Dostrzegłem, że wujaszek Kohn robi się czerwony jak burak i poci się, ale nic z tego nie pojmowałem. Niemcy znów śpiewali jakąś piosenkę, a ten, co zauważył, że wujaszek jest Żydem, to gdy skończyli, znów krzyknął: Die Juden raus![4]. Wtedy wujaszek Kohn wstał i podszedł do niego cały czerwony, mówiąc: Mein Herr… Ale dalej już nic nie powiedział, bo ten Niemiec ryknął śmiechem i popchnął wujaszka, który się zatoczył i klapnął z powrotem na swoje krzesło. Die Juden raus!, znów wrzasnął Niemiec, ale doskoczył do niego mój tato i zdzielił go w pysk. Coś mu wypadło z gęby, co, jak się potem okazało, było sztuczną szczęką, i zaczął nerwowo seplenić. Pozostali Niemcy zerwali się na równe nogi i rzucili się na tatę. Wujaszek Kohn chwycił mnie za rękę i uciekliśmy na ulicę. Na chodniku zaczął krzyczeć: „Policja!”, a kiedy zza rogu wyskoczył stójkowy, posłał go do środka. Ojca i Niemców wzięli na komisariat, ale wujaszek poszedł za nimi i tatę zaraz wypuścili.

Wujaszek miał w Pradze czynszową kamienicę, a w niej wielkie, ośmiopokojowe mieszkanie. Jednak w dwóch pokojach mieszkała jego siostra, piętnaście lat od niego młodsza panna. Nosiła krótkie czarne włosy jak mężczyzna i przeważnie chodziła w męskich spodniach. Wujaszek mówił o niej, że to czarna owca rodziny. Była komunistką i bardzo często ją zamykała policja, bo źle się zachowywała w czasie demonstracji. Ale za każdym razem ją wypuszczali.

Kiedy raz byłem z wizytą u wujaszka, zaprosiła mnie do swego pokoju. Był u niej jakiś pan w białej koszuli, który wyglądał, jakby dopiero co przyszedł z tenisa, miał białe zęby i wciąż się śmiał. Ciotka mówiła do niego Julku, paliła fioletowego papierosa z półmetrowej lufki, a mnie nalała wina do kieliszka. Potem on spytał:

– Kim chcesz być, bobasku?

Odpowiedziałem, że dyrektorem banku.

– Tylko że będzie rewolucja – odezwała się ona – i ciebie, burżuju, zlikwidują.

Patrzyła na mnie badawczo czarnymi oczami, a ja poczułem strach. Nie wiedziałem, co znaczy słowo „zlikwidować”, ale nie spytałem, bo miałem pietra. Wtedy pan w białej koszuli powiedział:

– Daj spokój, Pavlo. – I zwrócił się do mnie: – Więc ty chcesz być dyrektorem banku, chłopczyku?

– Nie – odparłem szybko i popatrzyłem na niego z przerażeniem. – Nurkiem – dodałem, a pan w białej koszuli zaczął się śmiać i stwierdził:

– A, to coś całkiem innego. To uczciwa praca. – Śmiał się i poklepał ciocię po ramieniu, a ona też się lekko uśmiechnęła. Wtedy już się tak nie bałem.

Jak przyszedł Hitler, moja ciocia Pavla uciekła za granicę i już nigdy o niej nie słyszeliśmy. Nie wróciła po wojnie.

Wujaszek miał starego jamnika, który ciężko chorował na oczy, ale wujaszek zawiózł go na operację do psiego szpitala w Wiedniu i piesek wyzdrowiał. Chodził po grubych dywanach z pokoju do pokoju, deptał je krzywymi nóżkami, kiwał głową i lekko sapał. Podchodził do każdego, obwąchiwał go i patrzył mu przy tym w oczy, jakby chciał poprosić o radę. Gdy ktoś mu dał cukierka albo kawałek kiełbasy, to już był jego, ale chleba nie jadał. Spał zawsze na poduszce przy kominku i nikt nigdy nie słyszał, żeby szczekał. Ja zawsze myślałem, że jest niemową.

Trzy lata po ślubie, na początku marca, wujaszek Kohn dostał nagle zapalenia płuc. Leżał w sypialni, była przy nim cioteczka, a ja siedziałem z ojcem w pokoju i patrzyliśmy, jak do środka wnoszą butlę tlenową. Jeszcze zanim umarł, zapalenia płuc dostała też cioteczka. W trzy dni po śmierci wujaszka cioteczka zaczęła ciężko oddychać. Mama siedziała przy jej łóżku, a ja stałem w nogach i patrzyłem na ojca, który stał za mamą, a po policzkach ściekały mu łzy. Cioteczka też płakała i powtarzała cicho, z rozpaczą: „Pavle! Pavle!”, bo wujaszek tak miał na imię. Potem jej też przywieźli butlę tlenową i ona umarła. Ja bardzo wtedy płakałem, ale najbardziej płakał tata. Jeszcze nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby tak płakał.

W nocy jamnik zaczął wyć. Spaliśmy z tatą w pokoju gościnnym, bo cioteczka umarła wieczorem, a tata chciał rano załatwić pogrzeb. Jamnik wył i strasznie się to rozlegało w całym mieszkaniu. Czułem, że tata nie śpi. Nagle wstał z łóżka i zaczął wkładać szlafrok.

– Dokąd idziesz, tatusiu? – spytałem.

– Leż spokojnie – odparł, ale ja też wstałem z łóżka i poszedłem z tatą przez oświetlony światłem księżyca hol do pokoju, w którym leżała martwa cioteczka. Księżyc świecił na dywan przed łóżkiem i tam leżał jamnik i wył. Skarżył się bez przerwy, a ja kucnąłem przy nim i zacząłem go głaskać po główce, ale piesek nie przestawał wyć i łkać. Gładziłem go po krótkich włoskach na małej główce, a piesek wciąż łkał, lecz nagle zawył ciszej i ucichł. Poczułem, jak mi pod ręką sztywnieje. Po prostu umarł.

 

*

W następnych latach często wspominałem tego łkającego pieska. Sam nie wiem dlaczego. Następnego dnia mieliśmy piętnastego marca i do Pragi wkroczyli Niemcy. Kiedy wujaszka i cioteczkę spalono w krematorium, na pogrzeb przyszło bardzo mało ludzi, ciotka Pavla wyjechała już za granicę, a ich mieszkanie zabrało gestapo.

Ja w uszach wciąż słyszałem smutny głos cioteczki: „Pavle! Pavle!” i wiedziałem, że odtąd wszystko będzie inaczej.

1957

Przełożył Andrzej S. Jagodziński