Tortilla Flat

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Galon wina stanowi niezły prezent dla kobiety – zauważył obojętnie.

Pilon i Pablo byli zdumieni jego bystrością.

– Moglibyśmy powiedzieć Danny’emu, że ze względu na zęby znacznie lepiej ofiarować wino.

– A co będzie, jeśli Danny zlekceważy nasze ostrzeżenie? Jak damy te pieniądze Danny’emu, to nigdy nie wiadomo, co on z nimi uczyni. Może się uprzeć i kupić słodycze, a wtedy nasz czas i wysiłki pójdą na marne.

Jezus Maria zapładniał dzisiaj ich myśli i znajdował wyjście z kłopotliwych sytuacji.

– Może kupimy wino sami i zaniesiemy je Dan­ny’emu, i w ten sposób uniknie się niebezpieczeństwa, o którym była mowa? – spytał.

– Oto rozwiązanie godne geniusza! – wykrzyknął Pilon. – Teraz trafiłeś.

Jezus Maria uśmiechnął się skromnie na pochwałę swojej inteligencji. Czuł jednak, że wcześniej czy później ten pomysł i tak zostałby podsunięty przez kogoś z obecnych.

Pablo rozlał resztę wina do słoików po konfiturach i wszyscy chętnie wypili wyczerpani intensywnym myśleniem. Byli dumni, że doszli do tak logicznego rozwiązania, opartego na tak humanitarnych przesłankach.

– Jestem głodny – stwierdził Pablo.

Pilon wstał, podszedł do drzwi i spojrzał na słońce.

– Już minęło południe – zauważył. – Pablo i ja pójdziemy do Torellego po wino, a ty, Jezusie Mario, zejdziesz do Monterey i przyniesiesz coś do jedzenia. Może pani Bruno na molo da ci rybę. Może zdobędziesz gdzieś trochę chleba.

– Wolałbym iść z wami – powiedział szczerze Jezus Maria, gdyż podejrzewał, że w głowach jego przyjaciół rodzi się nowe rozwiązanie – równie logiczne i równie humanitarne jak poprzednie.

– Nie, Jezusie Mario – odparli obaj stanowczo. – Jest teraz godzina druga lub koło drugiej. Za godzinę będzie trzecia. O trzeciej spotkamy się tutaj i coś zjemy. A może wypijemy do obiadu po szklaneczce wina.

Jezus Maria bardzo niechętnie poszedł do Monterey, natomiast Pilon i Pablo z lekkim sercem udali się w stronę domu Torellego.

Rozdział 5

O tym jak święty Franciszek odwrócił kartę losu i po ojcowsku ukarał Pilona, Pabla i Jezusa Marię

Popołudnie przyszło równie niepostrzeżenie, jak niepostrzeżenie przychodzi starość do szczęśliwego człowieka. W jasnym słońcu pojawiły się ciemniejsze pasma złota, niebieska tafla zatoki błękitniała, marszcząc się w lekkim wiaterku. Samotni wędkarze, którzy wierzą, że ryby najlepiej biorą w czasie przypływu, opuszczali swoje stanowiska na skałach, ustępując miejsca tym, którzy wierzą, że najlepszą porą jest odpływ.

O trzeciej wiatr zupełnie zmienił kierunek, wiał teraz lekko od zatoki ku brzegowi, niosąc delikatne zapachy najrozmaitszych wodorostów. Starzy rybacy naprawiający sieci na niezabudowanych placach Monterey odłożyli dratwy i skręcali papierosy. Ulicami miasta w zbyt wielkich i zbyt wspaniałych samochodach tłuste damy o zmęczonych oczach, na których dnie tliła się przebiegłość, jaką często widzi się w oczkach świń, udawały się z wizytami do znajomych i na koktajle w hotelu Del Monte. Przy Alvarado Street Hugo Machado, krawiec, wywiesił na drzwiach swojego warsztatu napis „Wracam za pięć minut” i poszedł do domu, nie mając zamiaru wracać do następnego ranka. Sosny falowały miękko i lubieżnie. W stu kurnikach kury narzekały płaczliwie na swój zły los.

Pilon i Pablo usiedli pod czerwoną kastylijską różą przed domem Torellego i spokojnie pili wino, nie zwracając uwagi, że nad ich głowy spływa wieczór, tak jak spływa potępienie na głowę grzesznika.

– Słusznie czynimy, nie zanosząc do domu Danny’emu całych dwóch galonów wina – stwierdził Pilon. – Danny jest człowiekiem, który nie zna umiaru w piciu.

Pablo absolutnie się z tym zgadzał.

– Danny wygląda zdrowo – zauważył – ale właśnie tacy ludzie co dzień umierają. Weź na przykład Rudolfa Kellinga albo Angelinę Vasquez.

W Pilonie odezwał się trzeźwy realista.

– Rudolfo wpadł do kamieniołomu koło Pacific Grove – stwierdził z lekką wymówką. – Angelina struła się puszką nieświeżej ryby. Niemniej – kontynuował z wyrozumiałością – rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć. Masa ludzi umiera z nadużywania wina.

Całe Monterey zaczęło się stopniowo i instynktownie przygotowywać do nadchodzącej nocy. Pani Guttierez wkrawała cieniutkie plasterki chiles do sosu enchilada. Rupert Hogan, sprzedawca napojów alkoholowych, dodawał wody do dżinu, który chwilowo odstawił na półkę, gdyż miał go sprzedawać dopiero po północy. Sypał także pieprz do whisky, którą miał podawać wczesnym wieczorem. W sali tanecznej El Paseo Bullet Rosendale otworzył paczkę precli i rozkładał je artystycznie na talerzykach stojących do powszechnego użytku na ladzie. Przedsiębiorstwo Światowy Handel Specyfikami zwijało swoje stragany. Grupka mężczyzn, którzy spędzili popołudnie przed budynkiem poczty, witając się z przyjaciółmi, przeszła na stację kolejową, aby zobaczyć przyjazd ekspresu Del Monte z San Francisco. Najedzone mewy oderwały się ociężale od wybrzeża przyległego do przetwórni ryb i poszybowały w kierunku swoich skał. Kongregacje pelikanów nad wodą zawzięcie dyskutowały na temat wyboru miejsca nocnego odpoczynku. Włoscy rybacy składali sieci i wracali do domu. Drobna dziewięćdziesięcioletnia panna Alma Alvarez jak co dzień niosła bukiecik czerwonych pelargonii Świętej Panience w zewnętrznej niszy kościoła San Carlos. W sąsiedniej parafii metodystów w Pacific Grove członkinie Chrześcijańskiej Ligi Trzeźwości zebrały się na herbatkę połączoną z dyskusją i pilnie słuchały siwej, chudej kobiety, która energicznie i barwnie opisywała ogrom zepsucia w Monterey. Była zdania, że specjalnie wybrany komitet powinien zwiedzić wszystkie miejsca rozpusty i hazardu, aby wreszcie naocznie stwierdzić ich opłakany stan, gdyż temat ten już był wielokrotnie omawiany ustnie i obecnie brakowało tylko dowodów.

Słońce szybowało na zachód, zyskując po drodze pomarańczowy rumieniec. Pod krzakiem róż przed domem Torellego Pablo i Pilon wykańczali pierwszy galon wina. Torelli wyszedł z domu i minął podwórko, nie zauważywszy nawet swoich byłych klientów. Odczekali, aż zniknie im z oczu, i z pełną świadomością posiadanej sztuki wycisnęli kolację z pani Torelli. Klepali ją po tyłku i nazywali „Słodką Kaczuszką”, i pozwalali sobie na inne grzeczne poufałości w stosunku do jej osoby, aż wreszcie zostawili ją w spokoju, bardzo rozmarzoną pochlebstwami i z lekko wzburzonym odzieniem.

W Monterey zapanowała noc. Zapaliły się lampy uliczne. Okna łagodnie przesączały światło. Nad kinem Monterey zapalały się pojedynczo kolejne litery napisu: „Dzieci piekła – Dzieci piekła”, gasły i znowu się zapalały. Nieliczni fanatycy, którzy wierzyli, że ryba najlepiej bierze wieczorem, zajęli miejsca na zimnych skałach nad wodą. Ulicami sączyły się kosmyki mgiełki, która osiadła też nad kominami. Powietrze wypełniał aromatyczny zapach płonącego w piecach drewna.

Pablo i Pilon wrócili pod swój krzak róży i usiedli na ziemi, ale nie byli już tak zadowoleni jak poprzednio.

– Chłodno tu jest – powiedział Pilon, pociągając łyk wina, aby się rozgrzać.

– Powinniśmy wrócić do naszego ciepłego domu – stwierdził Pablo.

– Nie mamy przecież drewna, żeby napalić w piecu.

– Będzie – odparł Pablo. – Weź wino, spotkamy się na rogu ulicy. – I rzeczywiście przyszedł tam po półgodzinie.

Pilon czekał cierpliwie, gdyż wiedział, że są sprawy i okoliczności, w których nawet najlepszy przyjaciel jest zbędny i nic nie może poradzić. Czekając, pilnował wylotu ulicy, którą mógł wracać Torelli, gdyż Torelli był człowiekiem gwałtownym i wszelkie wyjaśnienia, bez względu na to jak logicznie wymyślone i pięknie wyrażone, odbijały się od niego jak piłka od ściany. Poza tym Torelli hołdował całkowicie błędnym i średniowiecznym włoskim poglądom na stosunki małżeńskie. Jednakże Pilon na próżno wypatrywał oczy. Żaden Torelli nie wrócił niespodziewanie do domu, natomiast Pablo zjawił się stosunkowo szybko i Pilon z zadowoleniem i podziwem stwierdził, że jego przyjaciel dźwiga naręcz drewna sosnowego ze stosu znajdującego się na podwórku Torellich.

Pablo nie mówił wiele o swoim łupie, póki nie znaleźli się w domu. Wtedy jak echo powtórzył określenie Danny’ego: „Żywe srebro, ta Słodka Kaczuszka”.

Pilon potwierdził to skinieniem głowy w absolutnych ciemnościach i wypowiedział słowa będące odbiciem doskonałej filozofii:

– Rzadko na jednym targu znaleźć można wszystko, czego się pragnie – wino, jedzenie, miłość i drewno na opał. Musimy pamiętać o Torellim, drogi przyjacielu. Takich ludzi warto znać. Musimy mu kiedyś zanieść jakiś prezent.

Pilon rozpalił piękny ogień w żelaznym piecyku. Obaj przyjaciele przyciągnęli krzesła bliziutko piecyka i przysunęli słoiki po konfiturach jak najbliżej ognia, by trochę podgrzać wino. Tego wieczoru mieli wspaniałe oświetlenie, Pablo bowiem kupił świecę, mając zamiar zapalić ją świętemu Franciszkowi; ponieważ jednak w ciągu dnia coś mu zaprzątnęło uwagę, nie zdążył zrealizować swoich zamierzeń. Teraz więc ustawiona w dużej muszli świeczka paliła się wspaniałym blaskiem i rzucała migotliwe cienie Pilona i Pabla na ścianę.

– Ciekaw jestem, gdzie jest ten Jezus Maria – odezwał się Pilon.

– Obiecał, że niedługo wróci – dodał Pablo. – Nie wiem, czy temu człowiekowi można ufać.

– Może zdarzyło się coś nieprzewidzianego, co go zatrzymało, Pablo. Jezus Maria z tą czerwoną brodą i sercem, jakie posiada, zawsze wpada w kłopoty z damami.

– Ma umysł konika polnego – powiedział Pablo. – Śpiewa, gra i skacze. Nie ma w nim powagi.

Jednakże nie czekali długo na Jezusa Marię. Zaledwie rozpoczęli drugi słoik wina, kiedy się wtoczył i złapał framugi drzwi, aby utrzymać równowagę. Koszulę miał podartą, twarz pokrwawioną. W tańczącym świetle świecy widać było ciemną, groźną plamę wokół oka.

 

Pilon i Pablo podbiegli do niego.

– Przyjacielu, co ci jest? Ranny! Na pewno spadł ze skały! Został przejechany przez pociąg! – Chociaż w tonie ich nie było źdźbła sarkazmu, Jezus Maria wiedział dobrze, że ma do czynienia z najzjadliwszą ironią. Przeszywał ich ponurym spojrzeniem oka, które posiadało jeszcze zdolność widzenia.

– Oby wasze matki były krowami bez wymion – stwierdził rzeczowo.

Odskoczyli od niego jak rażeni prądem, głęboko dotknięci wulgarnością przekleństwa.

– Nasz przyjaciel postradał zdolność myślenia!

– Kości jego czaszki uległy uszkodzeniu.

– Nalej mu troszkę wina, Pablo.

Jezus Maria usiadł ponuro przy ogniu, pieszcząc w dłoniach słoik po konfiturach, jego przyjaciele zaś czekali cierpliwie na szczegóły dramatu. Ale Jezus Maria wydawał się zupełnie zadowolony z tego, że przyjaciele pozostają w nieświadomości co do szczegółów jego nieszczęścia. I chociaż Pilon parę razy chrząkał, a Pablo spoglądał na Jezusa Marię wzrokiem wyrażającym gotowość do okazania bezgranicznego współczucia i zrozumienia, Jezus Maria siedział z zaciętą twarzą i ponuro patrzył w ogień i w wino, i w święconą świecę. Wreszcie jego nietaktowna powściągliwość zmusiła Pilona do podobnego nietaktu. Później nie mógł zrozumieć, jak to się stało, że okazał podobny brak wychowania.

– Znowu żołnierze? – spytał.

– Tak – warknął Jezus Maria. – Tym razem przyszli za wcześnie.

– Musiało ich być z dwudziestu, żeby cię tak urządzić – zauważył Pablo, chcąc tym sprawić przyjemność przyjacielowi. – Każdy przecież wie, jaki jesteś dzielny.

Twarz Jezusa Marii nieznacznie się rozjaśniła.

– Było ich czterech – powiedział. – I pomagała im trochę Arabella Gross. Uderzyła mnie w głowę kamieniem.

Pilon czuł, jak wzbiera w nim głęboka niechęć i pogarda dla Arabelli Gross.

– Nie będę ci przypominał – odezwał się surowo – że twoi przyjaciele ostrzegali cię przed tą fleją od ryb. – Intensywnie usiłował sobie przypomnieć, czy w istocie ostrzegał Jezusa Marię, i był prawie pewien, że go ostrzegał.

– Te tanie białe dziewczyny są okropnie zepsute, przyjacielu – wtrącił Pablo. – Ale czy dałeś jej tę małą rzecz, którą zakłada się dokoła pod pachami?

Jezus Maria sięgnął do kieszeni i wyjął pognieciony różowy stanik.

– Nie było okazji – wyjaśnił. – Właśnie zbliżała się odpowiednia chwila, a poza tym nie byliśmy jeszcze w lesie.

Pilon pociągnął nosem i potrząsnął głową, nie bez pewnej smutnej rezygnacji.

– Piłeś whisky. – stwierdził. Jezus Maria skinął głową. – Skąd miałeś whisky?

– Od tych żołnierzy – wyjaśnił Jezus Maria. – Była schowana w rurze kanalizacyjnej. Arabella powiedziała mi, że tam jest whisky, ale ci żołnierze zobaczyli nas z butelką.

Powoli wyłaniał się kształt całej historii. Pilonowi bardzo odpowiadał ten system. Nie lubił, gdy wszystkie szczegóły sypały się nań od razu. Cechami dobrej opowieści są aluzje i niedopowiedzenia, które słuchaczowi dopowiada jego własne doświadczenie. Pilon wziął z kolan Jezusa Marii różowy stanik i przebierał po nim palcami, a oczy miał zamyślone. Ale po chwili rozpaliły się one radosnym blaskiem.

– Już wiem! – wykrzyknął. – Damy to Danny’emu jako prezent dla pani Morales.

Wszyscy z wyjątkiem Jezusa Marii przyjęli powyższą propozycję z wielkim entuzjazmem. Jezus Maria został więc bezwzględnie przegłosowany. Pablo, rozumiejąc tragedię porażki Jezusa Marii, z wyrozumiałością i taktem napełnił mu winem słoik po konfiturach.

Nie upłynęło wiele czasu, gdy wszyscy trzej zaczęli się uśmiechać. Pilon opowiedział bardzo zabawną historię o wypadku, który zdarzył się jego ojcu. Całej kompanii powrócił dobry nastrój. Śpiewali. Jezus Maria odtańczył ludowy taniec, aby udowodnić, że uszkodzenia jego ciała nie są bardzo groźne. Z gąsiorka ubywało wina, ale nim go zabrakło, przyjaciele poczuli senność. Pilon i Pablo potoczyli się do łóżka, a Jezus Maria legł wygodnie na ziemi koło pieca.

Ogień zgasł, po domu krążyły odgłosy głębokiego snu. W pokoju od wejścia zachowywał czujność mały języczek ognia świętej świecy wyostrzony jak dzida, który wysuwał się i cofał z niesłychaną szybkością.

Później ta świeca była przedmiotem wielu rozważań natury moralnej i etycznej ze strony Pilona, Pabla i Jezusa Marii. Prosta kolumienka z wosku ze sznureczkiem w środku! Można by przypuszczać, że taki przedmiot podlega jednym fizycznym prawom, a nie podlega innym. Zachowanie świecy, można by sądzić, jest uwarunkowane prawami rozchodzenia się ciepła oraz spalania. Zapalasz knot, gorąco rozpuszcza wosk, który wędruje w górę knota, świeca pali się tyle a tyle godzin, gaśnie, i na tym się kończy jej żywot i cały proces. Szybko też zapomina się o świecy, tak jakby nigdy nie istniała.

Ale czy zapomnieliście, że ta świeca została poświęcona? Że w chwili przebudzenia się sumienia, a może pod wpływem czysto religijnej manii została ofiarowana przez Pabla świętemu Franciszkowi? Oto fakt, który natychmiast odbiera tę woskową kolumienkę jurysdykcji wszelkich praw fizycznych.

Świeca Pabla kierowała swój płomienny język prosto w niebo, jak żarliwy artysta szukający natchnienia, a poza tym stawała się coraz krótsza i krótsza. Na dworze zerwał się wiatr, przecisnął przez szpary w ścianie, zachybotał płomykiem świecy i porwał ze ściany jedwabny kalendarz, na którym ze szkarłatnej róży kastylijskiej wyglądała niebiańsko piękna twarz dziewczyny. Kalendarz upadł na stół i rogiem jedwabiu dotknął ognistego języczka. Ogień oblizał jedwab i pobiegł ku sufitowi, zapalając po drodze kawałek naddartej tapety. Płonąca tapeta spadła prosto na stos gazet.

A w niebie spoglądała na ziemię galeria świętych i męczenników z kamiennymi twarzami, w których nie było przebaczenia. Świeca została przecież poświęcona i stanowiła własność świętego Franciszka. Niech więc święty Franciszek ma tej nocy wielką świecę zamiast tamtej zbezczeszczonej…

Gdyby istniał sposób mierzenia głębokości snu, wtedy z czystym sumieniem można by powiedzieć, że Pablo, którego grzeszny uczynek był przyczyną pożaru, spał znacznie głębiej niż jego obaj przyjaciele. Ale ponieważ nie ma instrumentów mierzących sen, można zaledwie stwierdzić, że spał bardzo głęboko.

Języki ognia rozbiegły się po ścianach, poznajdowały szparki w dachu i wyśliznęły się w ciemną noc. W całym domu słychać było teraz głośne buzowanie ognia. Jezus Maria obrócił się niespokojnie i przez sen zaczął zdejmować koszulę, gdyż zrobiło mu się okropnie gorąco. Nagle płomienisty skrawek papieru padł mu na twarz. Jezus Maria zerwał się z wrzaskiem i chwilę stał nieprzytomny w szalejącym morzu ognia.

– Pilon! – krzyknął. – Pablo! – Pobiegł do drugiego pokoju, wyciągnął przyjaciół z łóżka i wypchnął ich na dwór. Pilon kurczowo zaciskał w palcach różowy stanik.

Stanęli przed płonącym domem i patrzyli w otwarte, przesłonięte ścianą ognia drzwi. Dostrzegli z trudem gąsiorek na stole, a w nim jeszcze dobre dwa cale wina.

Pilon wyczuł rodzące się w Jezusie Marii ślepe bohaterstwo i drążącą go pokusę.

– Nie rób tego! – ostrzegł. – Niech zginie w płomieniach jako kara za to, żeśmy go zostawili.

Usłyszeli ryk syren i warkot samochodów straży pożarnej jadących z Monterey na drugim biegu stromą drogą. Wielkie czerwone wozy zbliżały się szybko i wkrótce ich reflektory zaczęły migać między drzewami.

Pilon obrócił się szybko do Jezusa Marii.

– Biegnij do Danny’ego i powiedz mu, że pali się jego dom. Biegnij szybko, Jezusie Mario!

– Dlaczego ty nie pobiegniesz?

– Danny nie wie, że ty tu mieszkasz – odparł Pilon. – A na mnie i na Pabla może być trochę zły.

Jezus Maria szybko pojął logikę tego rozumowania i pognał w kierunku domu Danny’ego. Dom był ciemny.

– Danny! – krzyknął Jezus Maria. – Danny, twój dom się pali! – Nie otrzymał żadnej odpowiedzi. – Danny! – zawołał raz jeszcze.

W sąsiednim domu, gdzie mieszkała pani Morales, otworzyło się okno i rozległ się zagniewany głos Danny’ego:

– Czego chcesz, do diabła?

– Twój drugi dom się pali, ten, w którym mieszkają Pablo i Pilon.

Danny chwilę milczał. Potem spytał:

– Straż ogniowa przyjechała?

– Tak – ochoczo odparł Jezus Maria.

Na niebie gorzała teraz krwista łuna, słychać było także trzask palącego się drewna.

– Jeśli straż ogniowa nic nie może poradzić, to czego Pilon chce ode mnie?

Jezus Maria usłyszał zatrzaskiwane okno, więc wrócił do pożaru. Nie powinien był w ogóle przeszkadzać Danny’emu, zdawał sobie z tego sprawę, ale skąd mógł o tym przedtem wiedzieć i skąd miał wiedzieć, że Danny’ego nie zainteresuje nowina. Równie dobrze Danny mógł być zły, że stracił okazję obejrzenia pożaru własnego domu. Jezus Maria był mimo wszystko zadowolony, że mu o tym powiedział. Teraz cała odpowiedzialność spoczywała na pani Morales.

Zresztą dom był mały, pełen przeciągów, ściany zupełnie się porozsychały. Chyba od czasu pożaru starej chińskiej dzielnicy nic się w okolicy tak równie szybko i dokładnie nie spaliło jak ten dom. Strażacy rzucili okiem na płonące ściany i czym prędzej zaczęli polewać okoliczne krzaki, drzewa i domy. Dom Danny’ego nie palił się nawet godziny. Sikawki skierowano dopiero na dogasające zgliszcza.

Pilon, Pablo i Jezus Maria przyglądali się pożarowi przez cały czas razem z połową mieszkańców Monterey, uszczęśliwionych niecodziennym widokiem, i wszystkimi mieszkańcami Tortilla Flat z wyjątkiem Danny’ego i pani Morales. Kiedy wreszcie pożar się skończył i tylko kłęby gorącej pary unosiły się nad stosem czarnych węgli, Pilon, nic nie mówiąc, odwrócił się i odszedł.

– Gdzie idziesz? – spytał Pablo.

– Idę do lasu – odparł Pilon. – Wyspać się. I wam radzę zrobić to samo. Lepiej, aby nas Danny nie widział. Przez pewien czas. – Poważnie skinęli głowami i podążyli za nim między sosny. – I z całej sprawy wyciągnijmy poważną lekcję – powiedział Pilon. – Nigdy nie należy na noc zostawiać w domu wina.

– Następnym razem – zwrócił uwagę Pablo – wyniesiesz gąsiorek na dwór i ktoś go ukradnie.

Rozdział 6

O tym jak dzięki skrusze trzej grzesznicy osiągnęli spokój ducha i jak przyjaciele Danny’ego poprzysięgli sobie wieczną przyjaźń

Kiedy słońce wyjrzało nad szczyty sosen, ziemia się rozgrzała, a rosa obeschła na listkach pelargonii, Danny wyszedł na ganek, aby usiąść w słońcu i ciepło porozmyślać o pewnych wypadkach. Zrzucił buty i poruszał leniwie palcami nóg rozłożonych wygodnie na gorących deskach. Nieco wcześniej, tego samego ranka, zdążył już obejrzeć czarny kwadrat popiołów i pokręcanych spalonych rur, gdzie niegdyś stał jego drugi dom. Dał się na chwilę ponieść konwencjonalnemu gniewowi na nieostrożność przyjaciół i równie krótko żałował utraty części doczesnych ziemskich dóbr, których posiadanie czyniło dobra duchowe tym godniejszymi pożądania i tym cenniejszymi. Pomyślał o ruinie swojej reputacji – człowieka, który ma dom do wynajęcia – i gdy tylko zaspokoił nieuniknioną w tej sytuacji i całkowicie usprawiedliwioną potrzebę zdenerwowania się, zapomniał o wszystkim i zaczął myśleć o rzeczach zupełnie niedenerwujących, odczuwając ulgę, że jeden ciężar spadł mu z głowy.

Gdyby dom się nie spalił – pomyślał – stałbym się chciwy, myśląc ciągle o komornym. Moi przyjaciele i tak już ochłodli w stosunku do mnie, ponieważ winni mi byli pieniądze. Teraz i ja, i oni nie mamy już żadnych wzajemnych zobowiązań, możemy więc znów być szczęśliwi, jak byliśmy przedtem.

Jednakże Danny wiedział, że przyjaciele muszą otrzymać nauczkę, w przeciwnym wypadku uznają go za człowieka bez charakteru. Dlatego też siedząc na ganku, odpędzając muchy ruchami ręki, które były raczej zabawą niż groźbą dla much, rozmyślał nad rzeczami, które powie przyjaciołom, nim po­zwoli­ im zacumować w przystani jego względów. Musi im pokazać, że nie jest człowiekiem, którego można bezkarnie wykorzystywać. Z drugiej strony, pragnął jak najszybciej się z tym uporać i ponownie stać się Dannym, którego wszyscy kochali, którego ludzie szukali, gdy wpadł im w ręce galon wina i kawał mięsa. Jako właściciel dwóch domów uznawany był za bogatego i dlatego ominęło go wiele smakowitych kąsków.

Pilon, Pablo i Jezus Maria Corcoran spali bardzo długo na miękkim sosnowym igliwiu. Była to dla nich noc wielkich wrażeń, czuli się więc bardzo zmęczeni. Wreszcie jednak słońce zaświeciło im prosto w twarze z całą siłą, z jaką świeci w południe, oblazły ich mrówki, a dwie modre sójki stanęły tuż obok i zaczęły obrzucać przyjaciół najrozmaitszymi wyzwiskami.

 

Właściwie sen przerwały im dopiero odgłosy pikniku, który odbywał się tuż po drugiej stronie krzaków, oraz zapachy wędrujące z wielkiego kosza pełnego przysmaków. Pilon, Pablo i Jezus Maria obudzili się jednocześnie, usiedli i nagle uświadomili sobie całą doniosłość sytuacji.

– Jak zaczął się ten pożar? – spytał Pablo płaczliwie, ale nikt potrafił mu odpowiedzieć.

– Przenieśmy się może na pewien czas do innego miasta – podsunął Jezus Maria. – Do Watsonville albo do Salinas, to miłe miasta…

Pilon wyciągnął z kieszeni różowy stanik, pogładził pieszczotliwie świecącą powierzchnię taniego jedwabiu, a następnie podniósł go na wysokość oczu i spojrzał przez materiał na słońce.

– To tylko opóźni rozstrzygnięcie sprawy – oświadczył. – Uważam, że powinniśmy pójść do Danny’ego i wyznać nasz grzech jak dzieci ojcu. Wtedy zrobi mu się żal i nic nam nie powie. Poza tym mamy przecież prezent dla pani Morales.

Przyjaciele skinęli głowami, solidaryzując się ze stanowiskiem Pilona; wzrok jego w tym czasie zabłądził między krzaki w stronę piknikującej gromadki, by wreszcie spocząć na wielkim koszu, z którego napływał zniewalający zmysły zapach jajek faszerowanych. Pilonowi zadrgały nozdrza jak u węszącego królika, uśmiech rozmarzenia rozlał mu się na twarzy.

– Będę spacerował, przyjaciele. Niedługo spotkamy się przy kamieniołomie, Nie przynoście kosza z prowiantem, jeśli zdołacie się powstrzymać.

Patrzyli ze smutkiem, jak Pilon wstaje i znika między drzewami, obchodząc rozłożone na trawie dwie miłe pary i kosz. Pablo i Jezus Maria nie zdziwili się, gdy po paru minutach zaszczekał pies, zapiał kogut, rozległ się przeraźliwy chichot, potem wrzask dzikiego kota, a wreszcie krótki krzyk i wołanie o pomoc. Jednakże wśród grupy piknikujących wzbudziło to zdziwienie i poruszenie. Obaj mężczyźni i obie kobiety, zostawiwszy kosz, pobiegli w kierunku tych różnorodnych odgłosów.

Pablo i Jezus Maria posłuchali Pilona. Nie zabrali kosza, ale od tego czasu ich kapelusze i koszule zawsze pachniały faszerowanymi jajkami.

Około trzeciej po południu trzej grzesznicy podchodzili wolno pod dom Danny’ego. Nieśli naręcza ofiar zdolnych przebłagać najsroższe bóstwo: pomarańcze, jabłka i banany, butelkę z oliwą i pikle, sandwicze i mieloną szynkę w puszkach, kanapki z jajkiem, butelki z lemoniadą, tekturowe pudełko sałatki ziemniaczanej i egzemplarz „Saturday Evening Post”.

Danny, gdy ich zobaczył, wstał i próbował sobie przypomnieć, co ma im powiedzieć. Stanęli rzędem przed gankiem i zwiesili głowy.

– Psy bez rodowodu! – wyzywał ich Danny. – Złodzieje domów uczciwych ludzi. Podrzutki z rynsztoków! – Obwołał ich również synami krów i starych tryków.

Pilon otworzył trzymaną w ręku torbę i wystawił na ogólny widok kanapki z szynką. A Danny powiedział, że stracił zaufanie do przyjaciół, że wiara jego zmarła i że przyjaciele ją zdeptali. I wtedy zaczęły się drobne kłopoty, gdyż na widok dwóch jajek faszerowanych, które Pablo wyjął zza koszuli, Danny nie mógł sobie przypomnieć, co ma dalej mówić. Ale po chwili powrócił do historii poprzedniej generacji, podał w wątpliwość cnotę jej kobiet i potencję mężczyzn.

Pilon wyciągnął z kieszeni różowy stanik, stanik zwisał mu luźno z palców.

I wtedy Danny o wszystkim zapomniał. Usiadł na ganku, przyjaciele także usiedli, otworzono pakunki. W ciągu godziny przyjaciele objedli się do stanu lekkiego oszołomienia, potem rozłożyli jak najwygodniej na ganku, koncentrując się na procesie trawienia. A potem Danny zapytał obojętnie, jakby od niechcenia:

– Jak zaczął się pożar?

– Nie wiemy – wyjaśnił Pilon. – Poszliśmy spać i pożar się wtedy zaczął. Może mamy wrogów.

– Może – zawtórował wiernie Pablo. – Może Bóg maczał w tym palce.

– Któż to wie, dlaczego Bóg robi to, co robi? – dodał Jezus Maria.

Gdy Pilon wręczył Danny’emu stanik i wyjaśnił, że jest to prezent dla pani Morales, Danny obejrzał stanik z wielkim sceptycyzmem. Czuł, że jego przyjaciele nie doceniają pani Morales.

– To nie jest kobieta, której daje się takie prezenty – odezwał się wreszcie. – Zbyt często związujemy się z kobietami parą jedwabnych pończoch. – Poza tym trudno mu było wytłumaczyć przyjaciołom ochłodzenie stosunków, jakie nastąpiło między nim a panią Morales, w momencie gdy został właścicielem tylko jednego domu. Nie mógł również, z szacunku dla pani Morales, okazać całej swojej radości z powodu owego ochłodzenia. – Schowam ten drobiazg – powiedział. – Któregoś dnia może się przydać.

Gdy nadszedł wieczór i ściemniło się, weszli do domu i szyszkami rozpalili w piecu ogień. Danny na dowód przebaczenia wyciągnął z kąta kwartę grappy i podzielił się nią z przyjaciółmi.

Łatwo włączyli się w nurt nowego życia.

– Jaka szkoda, że wszystkie kury pani Morales zdechły – zauważył Pilon.

Ale nawet tu była okazja do radości.

– W poniedziałek kupuje dwa tuziny nowych – objawił Danny.

Pilon uśmiechnął się z zadowoleniem.

– Kury pani Soto nie były dobre. Powiedziałem pani Soto, że trzeba im dawać mielone muszle ostryg, ale mnie nie posłuchała.

Wypili grappę, co wyzwoliło w nich radosną beztroskę w ilości wystarczającej, by znacznie wzmocnić więzy przyjaźni.

– Bardzo dobrze jest mieć przyjaciół – stwierdził Danny. – Jakże samotny jest człowiek, jeśli nie ma przyjaciół, z którymi może posiedzieć i podzielić się swoją grappą.

– Albo kanapkami z jajkiem – dodał szybko Pilon.

Pabla nadal dręczyły wyrzuty sumienia, gdyż podejrzewał wielką intrygę w niebiesiech, której rezultatem był pożar domu.

– Na świecie nie ma wielu takich przyjaciół jak ty, Danny. I niewielu jest dane szczęście posiadania takiego przyjaciela.

Nim Danny’ego zupełnie obezwładniła fala przyjaźni, zgłosił jedno zastrzeżenie:

– Wara wam od mojego łóżka. Łóżko zostanie wyłącznie moje.

Chociaż nikt tego wyraźnie nie sformułował, wszyscy wiedzieli, że zamieszkają razem w domu Danny’ego.

Pilon westchnął z rozkoszą. Skończyły się kłopoty z komornym, skończyła się odpowiedzialność za zdobycie pieniędzy. Nie był już lokatorem, tylko gościem. W myślach złożył Bogu dzięki za spalenie tamtego domu.

– Będziemy tu bardzo szczęśliwi, Danny – powiedział. – Wieczorami będziemy siedzieć koło pieca i będą nas odwiedzać nasi przyjaciele. A czasami znajdzie się może szklaneczka wina, żeby wypić w intencji naszej przyjaźni.

Wtedy Jezus Maria w nagłym napadzie wdzięczności uczynił pochopną obietnicę. Grappa, pożar domu i faszerowane jajka przyczyniły się do tego wystąpienia. Poza tym Jezus Maria czuł się hojnie obdarowany i także zapragnął coś ofiarować.

– Naszym obowiązkiem i odpowiedzialnością niech będzie zaopatrzenie tego domu, abyś zawsze miał pełno jedzenia, Danny – oświadczył. – Nasz przyjaciel Danny nigdy nie będzie chodził głodny.

Pilon i Pablo spojrzeli na niego z głębokim niepokojem, ale, niestety, słowa padły, piękne i szlachetne słowa. Żaden człowiek nie mógł ich bezkarnie cofnąć. Nawet Jezus Maria po chwili zrozumiał ich ogrom i wagę. Mógł jedynie liczyć na to, że Danny o nich zapomni.

Jeśliby obietnica ta miała zostać spełniona, byłoby to gorsze niż płacenie komornego. Byłaby to niewola – pomyślał Pilon.

– Przysięgamy, że tak będzie, Danny – powiedział zaś głośno.

Siedzieli koło pieca, w oczach mieli łzy, buchała z nich wzajemna miłość do siebie, wywołując nastrój prawie nie do zniesienia.

Pablo otarł wilgotne oczy grzbietem dłoni i jak echo powtórzył po Pilonie:

– Będziemy tu bardzo szczęśliwi, Danny.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?