Pastwiska Niebieskie, Złota Czara, Nieznanemu boguTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuły oryginałów

THE PASTURES OF HEAVEN

CUP OF GOLD

TO A GOD UNKNOWN

Copyright © John Steinbeck, 1932 / The Pastures of Heaven

Copyright © John Steinbeck, 1929 / Cup of Gold

Copyright © John Steinbeck, 1933 / Ta a God Unknown

All rights reserved

Projekt okładki

Olga Reszelska

Zdjęcie na okładce

© David Hirst /Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Katarzyna Rudzka

Korekta

Michał Załuska

ISBN 978-83-7839-853-0

Warszawa 2013

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl


Rozdział 1

Gdy około roku 1776 budowano kościół misyjny w Carmel, w Alta California, dwudziestu nawróconych Indian porzuciło w ciągu jednej nocy świeżo przyjętą wiarę i rankiem już ich szałasy były puste. Poza tym że stanowiło to zły precedens, ta mała schizma opóźniła pracę przy wydobywaniu gliny, z której lepiono suszoną w słońcu cegłę.

W wyniku krótkiej narady miejscowych władz kościelnych i świeckich, wysłano pod dowództwem hiszpańskiego kaprala oddział jezdnych, z zadaniem przywrócenia zbłąkanych owieczek na łono Matki Kościoła. Niełatwa to była sprawa; należało przetrząsnąć całą dolinę Carmel i leżące na jej krańcu wzgórza. Zbiegli dysydenci okazali się mistrzami diabelskiej sztuki zwodzenia i mylenia śladów. Dopiero po tygodniu poszukiwań znaleziono ich w porosłym paprocią kanionie, na którego dnie płynął strumień. Dwudziestu zbiegłych heretyków oddawało się niezwykle gorszącemu zajęciu: spali głęboko, w pozycjach niedbałych, jakby nic ich na świecie nie obchodziło.

Łatwo dali się schwytać rozwścieczonym żołnierzom, którzy nie zwracając uwagi na ich wycia, powiązali zbiegów długim łańcuchem. I cała kolumna zawróciła w kierunku Carmel, aby dać nieszczęsnym neofitom możność odbycia pokuty w kopalni gliny.

Któregoś popołudnia, w czasie drogi powrotnej, mała sarenka wyrwała się nagle spod końskich kopyt i znikła za grzbietem wzgórza. Dowodzący wyprawą kapral puścił się za nią w pogoń. Jego ciężki koń, potykając się i ześlizgując, z trudem wspinał się po stromym stoku wzgórza. Krzaki manzanity sięgały ostrymi pazurami do twarzy kaprala, ale on parł naprzód w pogoni za swoim obiadem. W kilka minut był już na szczycie wzgórza i tam wstrzymał nagle konia porażony pięknem tego, co zobaczył: u jego stóp leżała długa dolina wyścielona zielonym pastwiskiem, na którym stadko saren spokojnie skubało trawę. Wspaniałe dęby wyrastały prosto w niebo z jej pięknych łąk, ze wszystkich stron otulały ją wzgórza, kryjąc zazdrośnie i chroniąc przed mgłą i deszczem.

Srogi, służbisty kapral poczuł się mały i słaby wobec tak niepokalanego piękna. On, którego bicz nieraz smagał brązowe plecy Indian, którego drapieżna męskość tworzyła nową w Kalifornii rasę, ten brodaty barbarzyński wysłannik cywilizacji zsunął się z siodła i zdjął stalowy hełm.

– Matko Najświętsza! – wyszeptał. – Toż to Pastwiska Niebieskie, do których nas wiedzie nasz Pan!

Jego potomkowie są już teraz prawie biali. Możemy jedynie odtworzyć sobie święte wzruszenie odkrywcy, jakie nim wówczas owładnęło, ale do dziś przetrwała nazwa, którą nadał owej pełnej słodyczy, ukrytej wśród wzgórz dolinie. Do dziś miejsce to znane jest jako Las Pasturas del Cielo.

Przez jakieś niedopatrzenie na dworze królewskim ten skrawek ziemi nigdy nie był przedmiotem aktu darowizny. Żaden hiszpański szlachcic nie stał się jego właścicielem, w zamian za pożyczenie swych pieniędzy lub żony. Przez długi czas leżał zapomniany wśród obejmujących go wzgórz. Ów hiszpański kapral zamierzał tam wrócić. Jak wielu gwałtownych ludzi marzył w momentach sentymentalnej zadumy, aby zaznać przed śmiercią trochę spokoju, tęsknił do stojącego nad strumieniem domu z niewypalonej cegły, o który ocierałoby się nocą jego własne stado.

Jakaś Indianka obdarzyła go ospą i gdy twarz pokryły mu wrzody, koledzy zamknęli go w starej stodole, aby zapobiec szerzeniu się zarazy, i tam umarł w spokoju, bo ospa, choć odrażająca dla oka, nie jest złym towarzyszem temu, kogo dotknie.

Upłynęło dużo czasu, nim kilka rodzin osiedliło się w Pastwiskach Niebieskich, zaczęło stawiać graniczne płoty i sadzić owocowe drzewa. A że była to ziemia niczyja, więc kłócono się o jej posiadanie. Po stu latach żyło tam dwadzieścia rodzin, na dwudziestu małych farmach. W środku stanął sklep i poczta, a nad strumieniem, o pół mili dalej – porżnięty scyzorykami i upstrzony inicjałami budynek szkolny.

Ludzie żyli tu w pokoju i zamożności. Ziemia była bogata, łatwa do uprawy, owoce z ich sadów najlepsze spośród wszystkich, jakie dojrzewały w centralnej Kalifornii.

Rozdział 2

Ludzie z Pastwisk uważali, że farma Battle’ów jest przeklęta, a dzieci – że tam straszy. Jej ziemia była żyzna i nawodniona, ale nikogo w dolinie to nie kusiło, nikt nie chciał tam zamieszkać, bo ziemia i domy, o które ktoś kiedyś dbał, których doglądał i kochał, a w końcu opuścił, zawsze wydają się nasiąkłe smutkiem i grozą. Ciemniejsze są drzewa rosnące przy opuszczonym domostwie i tajemniczy jest kształt cienia, jaki rzucają na ziemię.

Już pięć lat farma Battle’ów stała pusta. Nieposkromione, pełne energii chwasty, nie bojąc się motyki, wyrosły silne jak krzewy. W sadzie drzewa owocowe splatały się gałęziami ze sobą, stały się mocne i sękate. I rodziły więcej niż dawniej owoców, tylko że drobniejszych. Gąszcz głogów obrósł ich wystające korzenie i połykał strącony wiatrem owoc.

Sam dom – kwadratowy, mocno zbudowany, piętrowy – był ładny i wyglądał godnie, dopóki go stale bielono, ale jego późniejsze, niezwykłe dzieje nadały mu piętno trudnej do zniesienia samotności. Krzewiące się zielsko wypaczyło deski ganków, ściany zmurszały od słot. Mali chłopcy, ci chorążowie czasu w jego wojennej kampanii przeciw dziełom rąk ludzkich, wytłukli wszystkie szyby i wyciągnęli z wnętrza to, co mogli. Chłopcy zawsze uważają, że wszystko, co tylko da się poruszyć i nie stanowi niczyjej własności, może się przydać do jakiegoś radosnego celu. Wypatroszyli wnętrze domu, wypełnili studnie rozmaitymi odpadkami i całkiem niechcący spalili do cna stodołę, na której strychu kurzyli w sekrecie tytoń. Pożar przypisano włóczącym się po okolicy trampom.

Opuszczona farma znajdowała się prawie w samym środku wąskiej doliny. Przylegały do niej najlepsze i najzamożniejsze gospodarstwa na całych Pastwiskach. Była ciemną, porosłą zielskiem plamą pośród starannie uprawianych, zadowolonych ze swego losu kawałków gruntu. Mieszkańcy doliny uważali opuszczoną farmę za siedlisko niepokojącego zła, gdyż miały tam miejsce dwa wydarzenia: jedno straszne, a drugie owiane nieprzeniknioną tajemnicą.

Na farmie przeżyły dwa pokolenia Battle’ów. George Battle wyruszył na Zachód ze stanu Nowy Jork w roku 1863; kiedy osiedlił się tutaj, był jeszcze całkiem młody, w wieku poborowym. Matka zaopatrzyła go w pieniądze na kupno farmy i na budowę tego dużego kwadratowego domu, a gdy dom był gotów, George Battle chciał ją sprowadzić, żeby z nim zamieszkała. Staruszka, która całe życie wyobrażała sobie, że wszechświat kończy się dziesięć mil za jej wioską, ruszyła w daleką podróż. Po drodze widziała wiele mitycznych miejsc: Nowy Jork, Rio i Buenos Aires. Umarła na morzu niedaleko wybrzeży Patagonii. Marynarze pogrzebali ją w szarym oceanie, w trumnie z żaglowego płótna, z trzema ogniwami kotwicznego łańcucha między stopami. A tak pragnęła licznego towarzystwa na swym wiejskim cmentarzyku!

George Battle zaczął oglądać się za kobietą, która stanowiłaby dobrą lokatę dla jego majątku. Znalazł sobie w Salinas Myrtle Cameron, trzydziestopięcioletnią starą pannę z niewielkim kapitalikiem. Myrtle uchowała się w stanie panieńskim, gdyż objawiała pewne skłonności do epilepsji, choroby zwanej podówczas drgawkami i ogólnie przypisywanej niechęci ze strony Boga do osoby nią dotkniętej. George’owi nie przeszkadzała epilepsja. Wiedział, że człowiek nie zawsze może mieć wszystko, czego pragnie. Myrtle została jego żoną, urodziła mu syna i potem dwukrotnie usiłowała podpalić mężowski dom, więc zamknięto ją w małym prywatnym więzieniu w San Jose, zwanym Sanatorium Lippmana. Resztę swej egzystencji spędziła na wyszywaniu bawełnianymi nićmi scen z życia Chrystusa.

Później w obszernym domu na farmie Battle’ów zarządzało po kolei kilka skwaszonych gospodyń w rodzaju tych, jakie ogłaszają się w gazetach: „Wdowa, 45, szuka pracy jako gospodyni na farmie. Dobrze gotuje. Cel matr.”. Nastawały jedna po drugiej, zrazu pełne słodyczy i smutku, póki nie zwietrzyły istnienia Myrtle. Wówczas czuły się jakby zgwałcone, miotały się po całym domu i rzucały wściekłe spojrzenia.

George Battle w wieku pięćdziesięciu lat był już starcem; przygarbiony pracą, gardził przyjemnościami i stale chodził ponury. Nie odrywał oczu od ziemi, którą tak cierpliwie uprawiał. Miał dłonie twarde, sczerniałe i spękane jak stopy niedźwiedzia. Lecz jego farma była piękna. Drzewa w sadzie, jedno w drugie, zadbane i wypieszczone. Warzywa, w równych pod sznurek grządkach, zawsze świeże i zielone. George dbał o swój dom i założył przed nim kwiatowy ogródek. Górne piętro nigdy nie było zamieszkałe. Farma ta była poematem prostego człowieka. Cierpliwie szykował wszystko na zjawienie się swojej Julii. I chociaż Julia nigdy nie przyszła, dla niej pielęgnował swój ogród i na nią czekał.

 

Jego syn dorastał, ale George mało mu poświęcał uwagi w ciągu tych lat. Ważne były tylko drzewa i grządki. I kiedy John odjechał krytym wozem na pracę misyjną, George niemal tego nie zauważył. Harował dalej, z każdym rokiem bardziej pochylony ku swojej ziemi. Sąsiedzi rzadko z nim rozmawiali, bo nie słuchał tego, co mówią. Palce jego dłoni były zawsze zagięte, stały się imadłami, do których szczelnie pasowały trzony narzędzi rolniczych. Umarł, mając sześćdziesiąt pięć lat, ze starości i kaszlu.

John Battle wrócił swym wozem, by objąć w posiadanie ojcowską farmę. Po matce odziedziczył zarówno epilepsję, jak i obłęd religijny. Życie swoje poświęcił walce z diabłem. Jeździł po religijnych zebraniach, miotał się, wymachiwał rękoma, przyzywał diabły, potem je przeklinał i egzorcyzmował, gromiąc wcielone zło. Gdy wrócił do domu, dalej z nimi walczył. Równe grządki warzyw przez jakiś czas same się rozsiewały, jeszcze parę razy z własnej woli obrodziły i wreszcie poddały się chwastom. Farma ustępowała placu naturze, złe duchy stawały się coraz mocniejsze i coraz bardziej dokuczliwe.

John Battle, żeby się bronić przed nimi, ponaszywał białą nicią małe krzyżyki na swym ubraniu i kapeluszu; tak opancerzony ruszał w bój z czarnym legionem. O zmierzchu myszkował po farmie uzbrojony w ciężki kij. Szarżował na zarośla, grzmocił je, złorzeczył, dopóki nie wygnał demonów z kryjówek. W nocy czołgał się przez gąszcze, w których czaiły się całe parafie diabłów, nieustraszenie nacierał na nie, bijąc kijem gdzie popadło. Gdy wstawał świt, szedł do domu i kładł się spać, bo diabły nie działają w świetle dnia.

Pewnego razu, gdy zmierzch już zaczynał gęstnieć, John skradał się do krzaku bzu, który rósł w jego obejściu. Wiedział, że tam właśnie odbywa się tajne zebranie złych duchów. Kiedy już był tak blisko, że nie mogły mu się wymknąć, skoczył nagle, tłukąc kijem i miotając przekleństwa. Zbudzony uderzeniami kija wąż zagrzechotał sennie i uniósł płaski, mocny łeb. John opuścił kij i zadrżał, bo przerażający jest suchy i ostry, ostrzegawczy syk jadowitego węża. Padł na kolana i modlił się przez chwilę. Nagle otrząsnął się i krzycząc: „To jest piekielny wąż! Precz, zły duchu!”, skoczył na niego i chwycił palcami. Wąż ukąsił go trzykrotnie w gardło, którego nie chroniły białe krzyżyki. John przestał walczyć i w kilka minut umarł.

Sąsiedzi znaleźli go dopiero, gdy zaczęły zlatywać się sępy, a to, co ujrzeli, napełniło ich lękiem i odrazą do tego miejsca.

Przez dziesięć lat farma Battle’ów leżała odłogiem. Dzieci mówiły, że tam straszy, i nocą zakradały się do opuszczonego domu, by zaznać uczucia lęku. Budził grozę ten stary, opuszczony dom z pustymi oknami. Biała farba długimi płatami odpadała ze ścian, gonty na dachu wypaczyły się i zmierzwiły, ziemia zdziczała. Farma przeszła w ręce dalekiego krewnego Battle’ów, który nigdy się na niej nie zjawił.

W roku 1921 stała się własnością Mustroviców. Ich przybycie było nagłe i tajemnicze. Po prostu zjawili się pewnego ranka – stary człowiek i jego żona, dwa szkielety obciągnięte żółtą, błyszczącą skórą, ciasno przylegającą do szeroko rozstawionych kości policzkowych. Nie umieli po angielsku, tylko ich syn mógł porozumieć się z resztą mieszkańców doliny. Był wysoki, miał także szerokie kości policzkowe, jego szorstkie, przycięte krótko czarne włosy zarastały niskie czoło, ciemne łagodne oczy patrzyły ponuro. Mówił po angielsku z obcym akcentem i odzywał się tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebował.

Ludzie w sklepie delikatnie go wypytywali, ale niewiele mogli wskórać.

– Zawsze zdawało nam się, że tam straszy na waszej farmie. Widzieliście już jakie duchy? – pytał T. B. Allen, właściciel sklepu.

– Nie – rzekł młody Mustrovic.

– To dobra farma. Tylko trzeba wypielić chwasty.

Mustrovic odwrócił się i wyszedł ze sklepu.

– Coś w tym jest – zauważył Allen. – Każdy, kto tam mieszka, jest taki małomówny.

Rzadko widywano starych Mustroviców, ale młody pracował na farmie cały boży dzień. Sam, własnymi rękoma, oczyścił ziemię z zielska i obsiał ją, poprzycinał drzewa owocowe i pobielił je wapnem. Pracował z gorączkowym pośpiechem, robota mu się w ręku paliła; na twarzy zawsze miał jakby wyraz nadziei, że może czas się zatrzyma, nim przyjdzie pora zbiorów.

Cała rodzina mieszkała i spała w kuchni. Pokoje stały puste i zamknięte, nie wstawili szyb. Szpary w oknach kuchni zalepili lepem na muchy. Nie pomalowali murów, nie dbali o stary dom, ale zapamiętały trud młodego Mustrovica nie poszedł na marne, gleba znowu pięknie rodziła. Całe dwa lata pracował jak niewolnik. O szarym świcie wychodził z domu i wracał, gdy gęstniał już wieczorny mrok.

Pewnego ranka Pat Humbert zauważył po drodze do sklepu, że z komina domu Battle’ów nie unosi się dym.

– To miejsce wygląda jak opuszczone – rzekł do Allena. – Co prawda nigdy tam nie było widać nikogo prócz tego młodego, ale coś w tym jest. Jakby znowu tam nikt nie mieszkał.

Przez trzy dni sąsiedzi patrzyli na komin z ukrytym lękiem. Nie chcieli bliżej zbadać, co się stało, bo mogliby się tylko wygłupić. Jednak czwartego dnia Pat Humbert, T. B. Allen i John Whiteside wybrali się na farmę. Ich kroki szeleściły w ciszy. John Whiteside zapukał do kuchennych drzwi. Nikt się wewnątrz nie poruszył i nie odezwał, więc nacisnął klamkę. Drzwi otworzyły się. Kuchnia była sprzątnięta i czysta, stół nakryty; stały na nim miski z owsianką, smażone jajka na talerzach, pokrajany na kromki chleb. Jedzenie pokryte już było lekką pleśnią. Kilka much latało leniwie w słońcu wchodzącym przez otwarte drzwi. Pat Humbert zawołał:

– Jest tu kto? – i poczuł się głupio.

Przeszukali cały dom; był pusty. Nie było w nim nawet mebli, tyle co w kuchni. Na całej farmie nie znaleźli nikogo – opuszczono ją nagle, w jednej chwili.

Zawiadomili szeryfa, ale i on niczego nie wykrył.

Mustrovicowie kupili farmę za gotówkę. Opuścili ją, nie zostawiając żadnego śladu. Nikt nie widział, jak odjeżdżali, nikt już ich nigdy nie spotkał. W okolicy nie popełniono w tym czasie żadnej zbrodni, w którą mogliby być zamieszani. Po prostu pewnego ranka, gdy właśnie zabierali się do śniadania, nagle znikli. Wiele, wiele razy omawiano w sklepie ten wypadek, ale nikt nie był w stanie wytłumaczyć, co się wtedy mogło stać.

Ziemia na farmie znowu zarosła chwastami, dzikie wino znów oplotło gałęzie owocowych drzew. Farma dziczała szybko, jakby sobie dobrze przyswoiła poprzednie doświadczenia. Kupiła ją Spółka Ziemska w Monterey za sumę równą zaległym podatkom, a ludzie z Pastwisk Niebieskich, choć nie zawsze się do tego przyznawali, byli przekonani, że nad farmą Battle’ów ciąży jakaś klątwa.

„Dobra tam ziemia – mówiono – ale nie chciałbym jej mieć, choćby darmo dawali. Nie wiem co, ale coś dziwnego jest w tej farmie. Gdyby ktoś twierdził, że tam straszy, to można by nawet uwierzyć”.

Przyjemnym dreszczykiem sensacji powitano w Pastwiskach wieść, że na starej farmie Battle’ów znowu ktoś się zamierza osiedlić. Plotkę tę przyniósł do sklepu Pat Humbert, który widział samochody stojące przed opuszczonym domem, T. B. Allen zaś szeroko rozgłosił całą historię. Allen wyimaginował sobie, jak musiały wyglądać okoliczności zakupienia farmy przez nowych właścicieli, i zwierzał się z tego swoim klientom, zawsze zaczynając od słowa „powiadają”.

– Powiadają – mówił – że gość, który kupił farmę Battle’ów, to taki, co specjalnie szuka duchów, żeby o nich pisać.

Owo „powiadają” chroniło Allena przed odpowiedzialnością. Używał tego słowa, jak dziennikarze używają zwrotu „rzekomo”.

Zanim Bert Munroe objął w posiadanie swój nowy nabytek, już kursowało o nim w Pastwiskach mnóstwo różnych opowieści. Zaraz po przybyciu zorientował się, że jego nowi sąsiedzi bacznie go obserwują, ale nigdy nie mógł ich na tym przyłapać. Skryte podpatrywanie innych jest sztuką wysoko rozwiniętą wśród wiejskich ludzi. Widzą dokładnie najdrobniejsze szczegóły i fotografują w pamięci ubiór, kolor oczu, kształt nosa, aby w końcu sprowadzić wszystko, co zaobserwują, do trzech czy czterech przymiotników; a cały czas człowiek żyje w złudzeniu, że w ogóle nie zauważyli jego obecności.

Bert Munroe, zaraz po nabyciu farmy Battle’ów, zabrał się do roboty w jej zachwaszczonym obejściu, podczas gdy stolarze i cieśle szykowali mu stary dom. Wyciągnięto na podwórze i spalono meble. Burzono wewnętrzne ściany i ustawiano nowe. Wszystkie pokoje wylepiono świeżą tapetą, ułożono dach z azbestowej dachówki. W końcu cały dom wymalowano na jasnożółty kolor.

Bert własnymi rękoma ściął dzikie wino i drzewa rosnące na podwórzu, żeby dopuścić więcej światła. W ciągu trzech tygodni dom stracił wszelkie cechy opuszczenia i zaniedbania, przestał być stary i nawiedzany przez duchy. Szereg genialnych posunięć nowego właściciela sprawił, że stał się podobny do tysięcy innych wiejskich domów na Zachodzie.

Gdy tylko wyschła farba, przywieziono nowe meble – głębokie, miękkie fotele, sofę, emaliowany piec i żelazne łóżka pomalowane tak, żeby wyglądały jak z drewna, i kupione z gwarancją, że miękkość ich materacy obliczono z matematyczną ścisłością. Przywieziono lustra w ozdobnych ramach, fabryczne dywany imitujące wschodnie i reprodukcje obrazów nowoczesnego malarza, który spopularyzował kolor niebieski.

Razem z meblami przybyła pani Munroe i troje młodych Munroe. Pani Munroe była pulchną kobietą; nosiła pince-nez na długiej, wąskiej wstążeczce. Była dobrą panią domu. Długo kazała przestawiać meble, ale jak już raz który stanął gdzie trzeba, jak już raz dobrze mu się przyjrzała skupionym wzrokiem i pochyliła z uznaniem głowę, to wiadomo było, że mebel ten będzie zawsze stał w tym samym miejscu i że się go nie ruszy – chyba tylko przy sprzątaniu.

Jej córka Mae była ładną dziewczyną o świeżych ustach i krągłych, gładkich policzkach. Miała kształtną figurę, ale pod brodą rysowała się już łagodnie wygięta linia zapowiadająca, że w przyszłości będzie pulchna jak matka. Oczy Mae patrzyły szczerze i przyjaźnie, były niezbyt inteligentne, ale i nie bezmyślne. Nie ulegało wątpliwości, że Mae niedostrzegalnie stanie się z czasem sobowtórem matki – dobrą gospodynią, matką zdrowych dzieci, wierną żoną, nieskarżącą się na los.

W swym nowym panieńskim pokoiku Mae zatknęła karnety balowe za ramę lustra, na ścianach powiesiła oprawne fotografie przyjaciółek z Monterey, a na nocnym stoliku położyła album ze zdjęciami i zamykany na kłódkę dzienniczek. W tym dzienniczku, który starannie chroniła przed niepowołanymi oczami, prowadziła nieciekawe zapiski z tańców i zabaw, notowała przepisy na robienie cukierków i imiona chłopców, dla których miała uczucia nieco żywsze niż dla innych. Sama wybrała materiał i sama uszyła firanki z bladoróżowej gazy, które łagodziły światło, oraz lambrekin z kwiecistego kretonu. Łóżko nakryła kapą z przymarszczonego atłasu i starannie ułożyła na nim w niedbały sposób pięć buduarowych poduszek, o które opierała się długonoga francuska lalka z krótko obciętymi blond włosami i z przylepionym do znużonych ust skręconym z materiału papierosem. Mae uważała, że lalka ta dowodzi szerokości jej poglądów i tolerancji wobec spraw, które sama niecałkowicie aprobuje.

Lubiła przyjaciółki „z przeszłością”, bo słuchając ich zwierzeń, przestawała żałować, że się tak nienagannie prowadzi. Miała dziewiętnaście lat i często, bardzo często myślała o małżeństwie. Kiedy szła gdzieś z chłopcami, mówiła z przejęciem o ideałach. Nie bardzo wiedziała, co to takiego, ale czuła, że właśnie w imię ideałów może przyjmować pocałunki, wracając z tańców do domu.

Jim Munroe miał siedemnaście lat, właśnie skończył szkołę i był szalenie cyniczny, a w obecności rodziców skryty i ponury. Uważał, że człowiek – posiadający tak wielką znajomość świata jak on – nie może zwierzać się rodzicom, bo go nie zrozumieją. Rodzice należą do pokolenia, które nie zna ani grzechu, ani bohaterstwa. Jego niezłomne postanowienie, że odrzuci wszelką uczuciowość i złoży życie na ołtarzu nauki, nie zostałoby przez nich przyjęte z należytym entuzjazmem. Na pojęcie nauki składały się według Jima: radio, archeologia i aeroplany. Nieraz widział siebie, jak wykopuje złote wazy w Peru. Marzył, by zamknąć się w jakiejś pracowni, niby w celi klasztornej, i po latach trudów i rozczarowań wyłonić się stamtąd z nowym modelem samolotu o rewelacyjnej konstrukcji i zawrotnej szybkości.

Pokój Jima w nowym domu stał się od razu bezładnym składem wszelkiego rodzaju przyrządów i mechanizmów. Było tam radio kryształkowe ze słuchawkami, ręcznie obracane dynamo, które zasilało prądem brzęczyk telegrafu, mosiężny teleskop i nieskończona ilość rozmaitych rozłożonych na części maszynek. Jim też miał swoją tajną skrytkę – dębową skrzynkę zamykaną na masywną kłódkę. W skrzynce tej znajdowały się następujące przedmioty: pół puszki spłonek, stary rewolwer, paczka papierosów Melachrino, trzy akcesoria dla panów, znane jako „Wesołe wdówki”, flaszeczka brzoskwiniówki, nóż do papieru w kształcie sztyletu, cztery paczki listów od czterech różnych dziewczyn, szesnaście pomadek do ust ukradzionych partnerkom na tańcach, małe pudełeczko pamiątek po kolejnych miłościach – zaschłe kwiaty, chusteczki i guziki – i coś, co było najbardziej cenne: okrągła podwiązka, obszyta czarną koronką. Jim już nie bardzo pamiętał, jak ją zdobył. W każdym razie to, co mu w pamięci zostało, było szalenie przyjemne.

 

Zawsze gdy miał otworzyć swoją skrzynkę, zamykał drzwi na klucz.

Gdy Jim był w szkole, rekord jego grzeszków inni koledzy z łatwością wyrównywali, a niektórzy nawet bili bez specjalnego wysiłku. Lecz wkrótce po przybyciu do Pastwisk Niebieskich Jim doszedł do wniosku, że jednak nieprzeciętne były jego dawne niegodziwości. Uważał się teraz za nawróconego rozpustnika, ale nie tak bezpowrotnie nawróconego, żeby nie mógł jeszcze kiedy zejść z drogi cnoty. Zaznał pełni prawdziwego życia, i to mu dawało ogromną przewagę nad młodszymi od niego dziewczętami. Jim był ładny, szczupły i dobrze zbudowany, miał ciemne włosy i oczy.

Jego młodszy brat, siedmioletni Manfred, zwany na co dzień Manny, był poważnym dzieckiem o twarzyczce bladej i chudej z powodu migdałków. Rodzice wiedzieli, że należałoby je kiedyś wyciąć. Manny bał się tego, więc matka straszyła go operacją, kiedy był niegrzeczny. Po jakimś czasie osiągnęła, że na samo wspomnienie o wycięciu migdałków Manny dostawał z przerażenia histerii. Państwo Munroe uważali go za poważne, myślące dziecko, które, kto wie, może jest nawet geniuszem. Zwykle bawił się sam lub siedział godzinami, patrząc nieruchomo przed siebie, „marząc”, jak mawiała jego matka. Przez wiele lat rodzice nie zdawali sobie sprawy, że Manny nie jest normalny, że choroba migdałków hamuje jego rozwój umysłowy. Ale na ogół był dobrym dzieckiem, łatwym do prowadzenia i łatwo dawał się nastraszyć, gdy był nieposłuszny, tylko że jak się zanadto przeląkł, dostawał ataków histerii. Tracił panowanie nad sobą, opuszczał go nawet instynkt samozachowawczy. Zdarzało się, że tłukł głową o podłogę, aż krew nabiegała mu do oczu.

Bert Munroe osiedlił się w Pastwiskach, bo zmęczyła go już walka z przeznaczeniem, które nieodmiennie odnosiło nad nim zwycięstwo. Angażował się w rozmaite przedsięwzięcia i każde go zawsze zawodziło; nie z jego winy, tak się jakoś po prostu składało. Każda porażka z osobna wynikała z nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, ale Bert widział je wszystkie razem i wydawało mu się, że los uwziął się na niego i nie daje mu niczego w życiu osiągnąć. Zniechęciła go walka z czymś nieuchwytnym, co zagradzało mu drogę do sukcesu. Miał dopiero pięćdziesiąt pięć lat, ale pragnął już wypocząć; był niemal przekonany, że ciąży nad nim jakieś przekleństwo.

Przed kilku laty założył warsztat samochodowy na przedmieściu Monterey. Interes szedł dobrze; zgarniał pieniądze. Gdy myślał, że już jest całkowicie zabezpieczony, otwarto nową autostradę biegnącą inną drogą. Stracił klientów, skończyły się dobre czasy. Po roku sprzedał warsztat i otworzył sklep kolonialny. Znowu mu się zrazu powiodło. Spłacił długi, zaczął składać w banku pieniądze. Szło mu dobrze, dopóki nie przycisnęły go wielkie sklepy spożywcze, które obniżając ceny, w końcu zmusiły go do zamknięcia interesu. Bert był człowiekiem wrażliwym. Podobne wypadki powtarzały się już wiele razy. Ilekroć bliski był sukcesu, zaraz dawało o sobie znać wiszące nad nim przekleństwo. Zaczął tracić wiarę w siebie. Gdy wybuchła wojna, już nie miał dawnej energii. Wiedział, że można nieźle zarobić na dostawach dla wojska, ale bał się ryzyka, zbyt często ponosił klęskę.

Długo się wahał, nim zdecydował się zawrzeć pierwszy kontrakt na dostawę fasoli. W pierwszym roku zarobił pięćdziesiąt tysięcy dolarów, w drugim dwieście tysięcy. W trzecim roku zakontraktował niezliczone akry fasoli, zanim jeszcze została zasiana, gwarantując, że będzie płacił dziesięć centów za funt. Mógł sprzedać każdą ilość po osiemnaście centów. W listopadzie wojna się skończyła i sprzedawał funt fasoli po cztery centy. Zostało mu jeszcze mniej pieniędzy, niż miał na początku.

Teraz już pewien był, że ciąży na nim jakieś przekleństwo. Załamał się, prawie nie wychodził z domu. Całymi dniami pracował w ogródku, hodując trochę warzyw, i rozmyślał nad wrogością losu. Mijały lata bezczynności, a w nim narastała tęsknota za ziemią. Zdawało mu się, że jedynie praca na farmie da mu siłę do walki ze złym losem. Myślał, że może na własnym kawałku ziemi znajdzie spokój i poczucie bezpieczeństwa.

Spółka Ziemska w Monterey wystawiła farmę Battle’ów na sprzedaż. Bert obejrzał farmę, zastanawiał się nad zmianami, jakie trzeba by wprowadzić, i kupił ją. Z początku cała rodzina była przeciwna jego planom, ale gdy oczyścił obejście, założył elektryczność i telefon i zapełnił dom nowymi, wygodnymi meblami, ich początkowa niechęć przemieniła się w entuzjazm. Pani Munroe uważała, że wszystko jest dobre, co tylko zdoła przerwać jego bezczynność i jałowe rozpamiętywania.

Bert od momentu, w którym kupił farmę, poczuł się wolnym człowiekiem. Wiedział, że nie grozi mu już przekleństwo losu. Jego przygarbione plecy wyprostowały się, zniknął z twarzy wyraz przygnębienia. Stał się zapalonym farmerem, czytał mnóstwo rolniczych książek, przyjął pomocnika, pracował, od świtu do nocy. Każdy dzień przynosił świeże wzruszenia. Każde kiełkujące ziarno zdawało się zapewniać, że znikąd już nie zagraża mu nic złego. Był szczęśliwy, odzyskał pewność siebie, zaprzyjaźnił się z sąsiadami i zdobywał coraz większe poważanie w dolinie.

Nie jest łatwo wkupić się w wiejską społeczność; wymaga to wiele taktu i delikatności. Mieszkańcy doliny obserwowali przybycie rodziny Munroe z pewną wrogością. Farma Battle’ów była nawiedzana przez duchy i ciążyła nad nią klątwa. To już od dawna ustalono, tak wszyscy uważali, nawet ci, co z tego głośno szydzili. I oto zjawił się ktoś, kto dowiódł, że wcale tak nie jest

Co więcej, zmienił miejscowy krajobraz, bo przeistoczył to wyklęte miejsce w przyjemne i bogate gospodarstwo. Ludzie przywykli do farmy Battle’ów takiej, jaką była od lat. Skrycie więc żałowali zmiany.

Bert przełamał ich wrogość, i to było jego wielkie osiągnięcie. W ciągu trzech miesięcy stał się cząstką tej doliny, solidnym człowiekiem, sąsiadem. Pożyczał narzędzia innym i od innych. Po sześciu miesiącach wybrano go do Rady Szkolnej. Biło od niego szczęście i zadowolenie, że wreszcie wyzwolił się od ciążącej nad nim klątwy, i w dużej mierze ta jego radość sprawiała, że ludzie go lubili. Był przy tym z natury uczynny; cieszyło go, gdy mógł się komuś przysłużyć i, co ważniejsze, sam nie wahał się prosić o przysługi.

Opowiadał swe dzieje farmerom zbierającym się w sklepie i podbiła ich szczerość jego wynurzeń. Wkrótce po osiedleniu się Berta w dolinie T. B. Allen zadał mu swoje zwykłe pytanie:

– Zawsze myśleliśmy, że to miejsce jest przeklęte. Mnóstwo dziwnych rzeczy tam się wydarzyło. Widziałeś już jakiego ducha?

Bert roześmiał się tylko.

– Jak wynieść z domu wszystko, co jest do zjedzenia, szczury same go opuszczą – powiedział. – Wygnałem stamtąd to, co stare i złe. Bo duchy tym się tylko karmią.

– Ładnieś tam wszystko urządził, trzeba przyznać – zgodził się Allen. – Jak dobrze o nią zadbać, to nie znajdziesz lepszej farmy w całych Pastwiskach.

Bert zmarszczył czoło. Zamyślił się nad czymś.

– Nie szczęściło mi się dotąd – powiedział. – Różnych się rzeczy imałem, ale wszystko obracało się przeciw mnie. Zanim tu przybyłem, zdawało mi się, że jakieś przekleństwo nade mną ciąży. – Zaśmiał się nagle, ubawiony myślą, która przyszła mu właśnie do głowy. – I com zrobił? Ni z tego, ni z owego kupiłem farmę, nad którą też podobno wisi przekleństwo! Pomyślałem sobie, że może to moje przekleństwo i to przekleństwo farmy wezmą się za łby i zniszczą się nawzajem! Teraz już wiem na mur, że tak właśnie się stało!