Na wschód od Edenu

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kiedy Adam uświadomił już sobie, że ma przed sobą ojca, wciąż nie mógł otrząsnąć się ze zdumienia. Wtem spojrzał w dół – drewnianej nogi nie było. Ojciec miał nogę prostą, zginającą się w kolanie, a stopę obutą w sztyblet z lakierowanej koźlej skóry. Chodząc utykał trochę, ale nie było to dawne ciężkie utykanie na drewnianej nodze.

Cyrus dostrzegł spojrzenie syna.

– To jest mechanizm – wyjaśnił. – Chodzi na zawiasie. Ma sprężynę. W ogóle nie kuleję, jeżeli trochę uważam. Pokażę ci, gdy zdejmę. Chodź teraz ze mną.

– Jestem tu wezwany służbowo, proszę ojca. Mam się zameldować u pułkownika Wellsa.

– Wiem o tym. To ja poleciłem Wellsowi wysłać ten rozkaz. Chodź.

– Jeżeli ojciec nie ma nic przeciwko temu, myślę, że lepiej, żebym się zameldował u pułkownika Wellsa.

Ojciec zmienił ton.

– To była próba – powiedział z godnością. – Chciałem się przekonać, czy wojsko zna dyscyplinę w dzisiejszych czasach. Porządny chłopak z ciebie. Wiedziałem, że ci to dobrze zrobi. Jesteś mężczyzną i żołnierzem, mój chłopcze.

– Jestem wezwany służbowo – powtórzył Adam.

Ten człowiek był mu obcy. Adam wyczuwał tu coś fałszywego. A pośpiech, z jakim otwarły się drzwi wiodące prosto do pułkownika, uniżony szacunek tego oficera, słowa „pan sekretarz stanu natychmiast pana przyjmie” – nie zatarły tego wrażenia.

– To mój syn, panie sekretarzu, prosty żołnierz, taki sam, jakim ja byłem… Prosty żołnierz armii Stanów Zjednoczonych.

– Zostałem zwolniony w stopniu kaprala – przypomniał Adam. Wymiany uprzejmości słuchał jednym uchem. Rozmyślał: To jest Sekretarz Wojny. Czyż on nie widzi, że mój ojciec wcale nie jest taki? Przecież w tej chwili odgrywa jakąś rolę. Co mu się stało? Zabawne, że sekretarz tego nie dostrzega.

Poszli do niewielkiego hotelu, gdzie mieszkał Cyrus, i po drodze ojciec, z wymownością prelegenta, pokazywał Adamowi różne widoki, budynki, historyczne miejsca.

– Mieszkam w hotelu – mówił. – Myślałem już, żeby sobie wynająć dom, ale za dużo jestem w ruchu, to by się nie opłaciło. Większość czasu spędzam na rozjazdach po całym kraju.

Portier hotelowy też nic nie widział. Ukłonił się nisko Cyrusowi, nazywał go „panem senatorem” i dał do zrozumienia, że znajdzie dla Adama pokój, choćby miał kogoś wyrzucić.

– Proszę mi przysłać do numeru butelkę whiskey.

– Jeżeli pan sobie życzy, mógłbym też przysłać trochę tłuczonego lodu.

– Lodu! – odparł Cyrus. – Mój syn jest żołnierzem. – Postukał laską o nogę, która wydała głuchy odgłos. – Ja także byłem żołnierzem… prostym żołnierzem. – Na co komu lód?

Adama zdumiało pomieszczenie zajmowane przez Cyrusa. Miał nie tylko sypialnię, ale obok niej i salonik, a toaleta była w alkowie przy pokoju sypialnym.

Ojciec zasiadł w głębokim fotelu i westchnął. Podciągnął nogawkę i Adam zobaczył mechanizm zrobiony z żelaza, skóry i twardego drewna. Cyrus rozsznurował skórzany uchwyt, przytwierdzający to do kikuta nogi, i oparł o krzesło.

– Czasem paskudnie uwiera – powiedział.

Bez nogi ojciec znów stał się sobą, tym zapamiętanym przez syna. Adam odczuwał już początki wzgardy, ale teraz lęk, respekt i niechęć z czasów dzieciństwa znów powróciły, znów był małym chłopcem, który bada chwilowy nastrój ojca, żeby uniknąć przykrości.

Cyrus poczynił wszystkie przygotowania, napił się whiskey i rozluźnił kołnierzyk. Obrócił się do Adama.

– No i co?

– Słucham?

– Dlaczegoś się na powrót zaciągnął?

– Nie…nie wiem, proszę ojca. Po prostu miałem ochotę.

– Przecież nie lubisz wojska, Adamie.

– Nie, proszę ojca.

– Więc dlaczego wróciłeś?

– Nie chciałem jechać do domu.

Cyrus westchnął i potarł czubkami palców poręcze fotela.

– I masz zamiar zostać w wojsku?

– Nie wiem, proszę ojca.

– Mogę cię umieścić w West Point. Mam stosunki. Mogę cię kazać zwolnić, żebyś mógł pójść do West Point.

– Nie chcę tam iść.

– Stawiasz mi się? – zapytał spokojnie Cyrus.

Adam długo nie odpowiadał i szukał w myśli jakiejś ucieczki, zanim odpowiedział:

– Tak, ojcze.

– Nalej mi trochę whiskey, synu. Ciekaw jestem, czy wiesz, jakie ja naprawdę mam wpływy. Mogę rzucić Wielką Armię na każdego kandydata niczym skarpetkę. Nawet prezydent lubi wiedzieć, co myślę o sprawach publicznych. Mogę utrącić senatora i przebierać w posadach jak w jabłkach. Mogę zrobić człowieka i zniszczyć człowieka. Wiesz o tym?

Adam wiedział coś więcej. Że Cyrus broni się groźbami.

– Tak, proszę ojca. Słyszałem.

– Mógłbym kazać przydzielić cię do Waszyngtonu… ba, nawet do mnie… nauczyć cię, jak dojść do czegoś.

– Wolałbym wrócić do pułku, ojcze.

Dostrzegł cień przegranej omraczający twarz ojca.

– Możliwe, że się omyliłem. Nauczyłeś się niemego oporu żołnierza. – Westchnął. – Każę cię odkomenderować do pułku. Będziesz gnić w koszarach.

– Dziękuję ojcu. – Po chwili milczenia zapytał: – Dlaczego ojciec nie sprowadzi tu Karola?

– Bo ja… Nie, lepiej, żeby Karol był tam, gdzie jest.

Adam zapamiętał ton i minę ojca. A miał dość czasu, żeby je wspominać, bo istotnie gnił w koszarach. Pamiętał, że Cyrus był opuszczony i samotny – i że dobrze o tym wiedział.

Karol cieszył się na powrót Adama po pięciu latach. Odmalował dom i stodołę, a kiedy data przyjazdu się zbliżała, sprowadził kobietę do gruntownego wysprzątania domu.

Była to schludna, uboga starsza niewiasta. Popatrzała na zszarzałe od kurzu, rozpadające się firanki, wyrzuciła je i uszyła nowe. Wyskrobała z pieca kuchennego tłuszcz, który oblepiał go od śmierci matki Karola. Zmyła ługiem ze ścian brunatne, błyszczące paskudztwo, osiadłe na nich od tłuszczów jadalnych i lamp naftowych. Wytrawiła ługiem podłogi, wymoczyła koce w sodzie krystalicznej, burcząc przez cały czas pod nosem: „Te chłopy to niechlujne zwierzaki. Nawet wieprz jest czysty w porównaniu z nimi. Gniją we własnym sosie. Nie rozumiem, jak kobita może za nich wyjść za mąż. Śmierdzą jak zaraza. Choćby i ten piec – uświniony tak od czasów Matuzalema”.

Karol przeniósł się do szopy, gdzie jego nozdrzy nie drażniły niepokalane, lecz przykre wyziewy ługu i sody, amoniaku i szarego mydła. Mimo to jednak miał wrażenie, że kobieta nie pochwala jego gospodarki. Gdy wreszcie, mrucząc, wyniosła się ze lśniącego czystością domu, Karol pozostał w szopie. Chciał zachować dom czysty dla Adama. W szopie, gdzie sypiał, złożone były narzędzia gospodarskie oraz przybory do ich naprawy i konserwacji. Przekonał się, że może szybciej i sprawniej przyrządzać sobie smażone i gotowane posiłki na palenisku w kuźni niż na piecu kuchennym. Miechy szybko wydobywały z koksu płomienny żar. Nie trzeba było czekać, aż blacha się rozgrzeje. Nie pojmował, dlaczego wcześniej nie wpadł na ten pomysł.

Czekał na Adama, a ten nie przyjeżdżał. Być może, wstydził się pisać. To Cyrus zawiadomił Karola gniewnym listem o ponownym zaciągnięciu się Adama wbrew jego życzeniu. Dawał także do zrozumienia, że kiedyś w przyszłości Karol mógłby odwiedzić go w Waszyngtonie, ale więcej go nigdy nie zaprosił.

Karol przeniósł się z powrotem do domu i żył tam w jakimś dzikim brudzie, czerpiąc satysfakcję z niweczenia pracy owej mrukliwej kobiety.

Minął rok z górą, zanim Adam napisał do Karola list pełen zakłopotania i nowin, którymi podbudował sobie odwagę, wyjaśniając swoją decyzję:

Nie wiem, dlaczego znowu się zaciągnąłem. Zupełnie jakby to zrobił ktoś inny. Napisz, co u ciebie słychać.

Karol nie odpowiadał, dopóki nie otrzymał czterech niespokojnych listów, a wtedy odpisał chłodno: Właściwie nie bardzo wierzyłem w twój przyjazd, po czym wdał się w szczegółową relację o farmie i bydle.

Czas robił swoje. Karol napisał zaraz po Nowym Roku i otrzymał list od Adama, też wysłany wkrótce po Nowym Roku. Tak bardzo oddalili się od siebie, że mało tam było wzajemnych wiadomości, a żadnych pytań.

Karol trzymał teraz w domu jedną niechlujną kobietę po drugiej. Kiedy zaczynały mu działać na nerwy, wyrzucał je tak samo, jakby sprzedał wieprzka. Nie lubił ich i nic go nie obchodziło, co one o nim myślą. Odseparował się od miasteczka. Utrzymywał kontakt jedynie z zajazdem i z listonoszem. Miejscowi ludzie mogli potępiać jego sposób życia, ale przynajmniej jedna rzecz równoważyła nawet w ich oczach te szpetne obyczaje. Nikt dotąd nie prowadził farmy tak dobrze. Karol wykarczował ziemię, zbudował ogrodzenia, poprawił nawodnienie i powiększył farmę o sto akrów. Co więcej, sadził tytoń, a za domem wznosiła się imponująca, nowa, długa suszarnia. Dzięki temu zachował szacunek sąsiadów. Farmer nie może zanadto źle sądzić dobrego farmera. Większość swoich pieniędzy i całą energię Karol poświęcał gospodarstwu.

ROZDZIAŁ 7

Następne pięć lat spędził Adam na zajęciach, do których ucieka się wojsko, żeby żołnierz nie dostał obłędu, a więc na niekończącym się polerowaniu metalu i skóry, na paradach, musztrach i konwojach, na ceremoniach z trąbką i sztandarem – balecie czynności przeznaczonych dla ludzi, którzy nie mają nic do roboty. W tysiąc osiemset osiemdziesiątym szóstym roku wybuchł w Chicago wielki strajk transportowców i pułk Adama już załadowano do pociągu, ale strajk się zakończył, nim wojsko okazało się potrzebne. W tysiąc osiemset osiemdziesiątym ósmym roku Indianie z plemienia Seminolów, którzy nigdy nie podpisali układu pokojowego, zaczęli się ruszać i kawalerię powtórnie załadowano do wagonów; jednakże Seminole wycofali się na swoje bagna i przycichli, a wojsko znowu pogrążyło się w sennych, powszednich zajęciach.

 

Upływanie czasu jest dziwną i wewnętrznie sprzeczną sprawą dla ludzkiego umysłu. Byłoby rzeczą rozsądną mniemać, że czas unormowany czy niewypełniony wydarzeniami musi się ciągnąć bez końca. Tak być powinno, ale tak nie jest. Właśnie nudne, puste okresy nie mają żadnej rozciągłości. Natomiast czas przetykany ciekawymi zdarzeniami, kaleczony tragedią, rozszczepiany radością – wydaje się długi we wspomnieniu. I słusznie, jeżeli się nad tym zastanowić. Bezzdarzeniowość nie posiada słupów, na których można by rozpiąć trwanie. Między niczym a niczym nie ma odstępu czasu.

Drugie pięć lat minęło Adamowi, zanim się spostrzegł. Pod koniec roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego zwolniono go z Presidio, w San Francisco, z naszywkami wachmistrza. Listy między Karolem i Adamem stały się rzadkością, ale tuż przed zwolnieniem z wojska Adam napisał do Karola: Tym razem przyjeżdżam do domu - i tyle słyszał o nim brat przez następne trzy lata z górą.

Adam przeczekał zimę, wędrował wzdłuż rzeki do Sacramento i przemierzał dolinę San Joaquin, a kiedy przyszła wiosna, został bez pieniędzy. Zrolował więc koc i ruszył na wschód, pieszo, albo uczepiony z grupkami innych ludzi u drążków hamulcowych pod wlokącymi się ślamazarnie wagonami towarowymi. Nocą biwakował z włóczęgami w obozowiskach na skrajach miast. Nauczył się żebrać, nie o pieniądze, ale o jedzenie. I ani się obejrzał, jak sam został trampem.

Dziś tacy ludzie trafiają się rzadko, ale w latach dziewięćdziesiątych było ich sporo – włóczęgów, samotników, którzy tak właśnie chcieli żyć. Jedni uciekali od obowiązków, innych wykluczyła ze społeczeństwa niesprawiedliwość. Pracowali trochę, ale nie za długo. Kradli, ale tylko żywność i od czasu do czasu niezbędne części odzienia, które ściągali ze sznura suszącej się bielizny. Byli to najróżniejsi ludzie – oczytani i analfabeci, czyści i brudni – ale wszyscy mieli wspólną cechę: niespokojnego ducha. Szukali ciepła, a unikali upału i mrozu. Wiosną kierowali się ku wschodowi, a pierwszy przymrozek spędzał ich na zachód i południe. Byli braćmi kojota, który, choć dziki, żyje blisko człowieka i kurników; przebywali w pobliżu miast, ale nie w miastach. Ich związki z innymi ludźmi trwały tydzień lub dzień, po czym drogi obu stron się rozchodziły.

Wokół małych ognisk, na których bulgotała pospólna strawa, gwarzono o wszystkim z wyłączeniem jedynie spraw osobistych. Adam dowiedział się o rozwoju I.W.W.1 i jego gniewnych aniołach. Przysłuchiwał się filozoficznym dyskusjom, rozmowom o metafizyce, estetyce, o cudzych doświadczeniach. Towarzyszem, nocnych dysput mógł być morderca, ksiądz pozbawiony sutanny lub taki, który sam zrzucił sutannę, profesor wygnany z ciepłego gniazdka przez tępy fakultet, samotny, zagoniony człowiek, uciekający od wspomnień, upadły archanioł i czeladnik diabelski – a każdy dorzucał do ognia okruchy myśli, podobnie jak dorzucał marchew, ziemniaki, cebulę czy mięso do przyrządzanej strawy. Adam przyswoił sobie umiejętność golenia się kawałkiem stłuczonego szkła i oceniania domu przed zapukaniem do drzwi z prośbą o datek. Nauczył się omijać albo zjednywać sobie wrogich policjantów oraz szacować kobietę zależnie od jej gorącego serca.

Znajdował przyjemność w nowym życiu. Gdy jesień dotknęła drzew, doszedł do Omaha i bez namysłu, pytań czy roztrząsań pospieszył na zachód i południe, przemknął przez góry i z ulgą dotarł do południowej Kalifornii. Od granicy powędrował brzegiem morza na północ, aż do San Luis Obispo, i nauczył się wybierać z kałuż pozostałych po odpływie małże, węgorze, mięczaki i okonie, wygrzebywać ślimaki z ławic piaskowych, chwytać na wydmach króliki w sidła sporządzone z pętli zaciąganej na żyłce od wędki. I często leżał na rozgrzanym od słońca piasku, licząc fale.

Wiosna popchnęła go znów na wschód, ale już wolniej niż przedtem. Lato w górach było chłodne, a górscy ludzie dobrotliwi, tak jak dobrotliwi są samotnicy.

Adam zgodził się do pracy na gospodarstwie pewnej wdowy, nieopodal Denver, i pokornie dzielił z nią stół oraz łoże, dopóki mróz nie wygnał go znów na południe. Poszedł wzdłuż Rio Grande, mijając Albuquerque i El Paso, poprzez Wielki Zakręt i Laredo, aż do Brownsville. Nauczył się słów hiszpańskich określających pożywienie i przyjemności, a także tego, że kiedy ktoś jest bardzo ubogi, zawsze ma jeszcze coś do oddania i odruch, aby tym się podzielić. Zrodziła się w nim miłość do ludzi biednych, której nie umiałby sobie wyobrazić, gdyby sam nie był biedakiem. Stał się już teraz wytrawnym włóczęgą stosującym pokorę jako metodę roboczą. Wychudł i ogorzał od słońca i umiał tak dalece przytłumić swoją osobowość, że nie odczuwał nawet drgnienia gniewu czy zazdrości. Głos jego przybrał ton miękki, w mowę wtopiło się tyle akcentów i gwar, że nigdzie nie wydawała się obca. To było wielkie zabezpieczenie trampa, jego ochronna zasłona. Pociągami jeździł bardzo rzadko, ponieważ narastała złość na trampów, wywołana gniewną gwałtownością I.W.W., a zaogniona ostrymi represjami przeciwko tej organizacji. Raz zatrzymano Adama za włóczęgostwo. Dojmująca brutalność policji i więźniów przeraziła go i odpędziła od zbiorowisk trampów. Potem wędrował już sam i pamiętał, żeby zawsze być czystym i ogolonym.

Gdy przyszła wiosna, ruszył znowu na północ. Wyczuwał, że okres odprężenia i spokoju dobiegł końca. Kierował się na północ, ku Karolowi i blaknącym wspomnieniom dzieciństwa.

Szybko przemierzył nieogarniony wschodni Teksas, potem Luizjanę, skrawki Alabamy i Missisipi i wkroczył z flanki na Florydę. Czuł, że musi się spieszyć. Murzyni byli dość ubodzy, aby mieć dobre serce, ale nie mogli ufać żadnemu białemu, choćby najuboższemu, a znów ubodzy biali lękali się obcych.

Pod Tallahassee został zatrzymany przez ludzi szeryfa, osądzony za włóczęgostwo i skazany na przymusowe roboty przy drogach. W ten sposób budowano trakty. Wyrok opiewał na sześć miesięcy. Po zwolnieniu natychmiast zatrzymano Adama znowu i skazano na drugie sześć miesięcy. Teraz nauczył się, że ludzie mogą uważać innych ludzi za bydło oraz że najłatwiejszym sposobem dawania sobie z nimi rady jest być bydlęciem. Szczera twarz, otwarta twarz, patrzenie prosto w oczy – to zwracało uwagę, a zwrócona uwaga pociągała za sobą karę. Rozmyślał o tym, jak to człowiek, który postępuje źle lub brutalnie, wyrządza sobie krzywdę i musi za nią ukarać innego. Pilnowanie przy pracy przez strażników uzbrojonych w strzelby, przykuwanie na noc za nogę do ogólnego łańcucha – to były proste środki ostrożności, natomiast dzikie batożenia za najmniejszy odruch woli, za najdrobniejszy strzępek godności czy oporu zdawały się wskazywać, że strażnicy lękają się więźniów, a Adam po latach spędzonych w wojsku wiedział, że człowiek przestraszony jest niebezpiecznym zwierzęciem. Podobnie jak każdy na świecie, Adam bał się tego, co chłosta może wyrządzić jego ciału i duchowi. Otoczył się jakby zasłoną. Teraz miał twarz bez wyrazu, a blask oczu przyćmił swoją mowę. Później dziwił się nie tyle temu, że spotkało go coś podobnego, ile że potrafił to znosić prawie bez przykrości. Wszystkie te rzeczy były o wiele potworniejsze później, niż kiedy się działy. Jest prawdziwą sztuką takie panowanie nad sobą, że gdy widzi się, jak kogoś batożą, aż mięśnie pleców wyzierają poprzez rozciętą skórę, białe i połyskliwe – nie pokazać po sobie litości, gniewu czy zaciekawienia. Adam się tego nauczył.

Po pierwszych chwilach raczej wyczuwa się, niż widzi człowieka. Podczas odbywania drugiego wyroku na drogach Florydy Adam zredukował do zera swoją indywidualność. Nie wywoływał żadnego ruchu koło siebie, nie rozchodziła się odeń żadna wibracja, stał się niewidoczny. A ponieważ strażnicy nie mogli go wyczuć, więc go się nie obawiali. Przydzielali go do sprzątania obozu, rozdawania zupy więźniom, przynoszenia wody w wiadrach.

Wyczekał do chwili poprzedzającej o trzy dni jego zwolnienie. Tego dnia, po południu, napełnił wiadra i poszedł do rzeczki po zapas wody. Narzucał kamieni do wiader i zatopił je, potem opuścił się w wodę, przepłynął spory kawał w dół rzeki, odpoczął i popłynął dalej. Ciągle posuwał się naprzód w wodzie, aż o zmierzchu znalazł osłonięte krzakami miejsce pod brzegiem, nadające się na kryjówkę. Nie wyszedł jednak z wody.

Późną nocą usłyszał przebiegające po obu brzegach psy gończe. Jeszcze przedtem natarł sobie mocno włosy zielonymi liśćmi, żeby przytłumić zapach człowieka. Usiadł w wodzie, wystawiając tylko nos i oczy. Nad ranem psy wracały, już zobojętniałe, a ludzie byli zbyt zmęczeni, by należycie przeszukiwać brzegi. Gdy przeszli Adam wyciągnął z kieszeni kawałek nasiąkniętego wodą smażonego piklinga i zjadł go.

Już od jakiegoś czasu uczył się unikać pośpiechu. Większość ludzi chwytano, gdy gnali przed siebie w ucieczce. Przebycie krótkiej odległości do Georgii zabrało Adamowi pięć dni. Nie ryzykował; niecierpliwość hamował żelazną wolą. Zdumiewała go własna umiejętność.

Na skraju miasta Valdosta, w Georgii, przeleżał w ukryciu do późnej nocy, wszedł w ulice jak cień, zakradł się na tyły taniego sklepu, powoli wyważył okno, tak że śruby zamka wylazły ze zwietrzałego od słońca drewna. Potem założył zamek na powrót, lecz okno pozostawił otwarte. Musiał pracować przy świetle księżyca, wpadającym przez brudne szyby. Ukradł tanie spodnie, białą koszulę, czarne trzewiki, czarny kapelusz i ceratowy płaszcz nieprzemakalny, przymierzając kolejno każdą sztukę. Zanim wylazł przez okno, zmusił się do sprawdzenia, czy nie zostawił po sobie nieporządku. Nie wziął żadnej rzeczy, której nie byłoby w sklepie pod dostatkiem. Nawet nie zajrzał do szuflady kasy. Ostrożnie opuścił okno i przemknął od cienia do cienia w świetle księżyca.

Za dnia leżał w ukryciu, a nocą szedł na poszukiwanie pożywienia – rzepy, kolb kukurydzy ze żłobów, jabłek, które wiatr strącił z drzewa – nigdy rzeczy, których brak by zauważono. Trzewiki natarł piaskiem, żeby straciły świeżość, i wygniótł płaszcz, by wyglądał na podniszczony. Trzy dni minęły, zanim doczekał się deszczu, którego potrzebował czy też w swojej najwyższej ostrożności uważał za potrzebny.

Deszcz zaczął padać późnym popołudniem. Adam kulił się pod ceratowym płaszczem, czekając na zapadnięcie ciemności, a kiedy wreszcie nadeszły, udał się ulewną nocą do miasta Valdosta. Czarny kapelusz naciągnął na oczy, żółty płaszcz zapiął ciasno pod szyją. Dotarł do stacji i zajrzał przez zamazane deszczem okno. Zawiadowca stacji, w zielonym daszku celuloidowym na czole i w czarnych alpagowych zarękawkach roboczych, wychylony przez okienko biletowe, rozmawiał z jakimś znajomym. Dwadzieścia minut upłynęło, nim ów znajomy odszedł. Adam obserwował go wychodzącego z peronu. Nabrał głęboko tchu, żeby się uspokoić, i wszedł do środka.

Karol otrzymywał niewiele listów. Czasem całymi tygodniami nie dowiadywał się na poczcie. Kiedy w lutym tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego czwartego roku przyszedł gruby list z biura adwokackiego w Waszyngtonie, poczmistrz uznał, że może to być coś ważnego. Wybrał się więc na farmę Trasków, zastał Karola rąbiącego drwa i wręczył mu list. A ponieważ zadał już sobie tyle trudu, czekał, żeby usłyszeć, co list zawiera.

Karol pozwolił mu czekać. Bardzo powoli przeczytał wszystkie pięć stron, zaczął od początku i odczytał je na nowo, formując wargami słowa. Potem złożył list i zawrócił do domu.

– Coś niedobrego, panie Trask? – zawołał za nim poczmistrz.

– Mój ojciec umarł. – Karol wszedł do domu, zamykając za sobą drzwi.

„Ciężko to przeżył – opowiadał później poczmistrz w miasteczku. – Naprawdę ciężko. To cichy człowiek. Nie gada dużo”.

Wszedłszy do domu, Karol zapalił lampę, choć jeszcze się nie ściemniło. Położył list na stole i umył ręce, nim zasiadł do czytania.

Nie było nikogo, kto by mu przysłał telegram. Adwokaci odnaleźli jego adres w papierach ojca. Ubolewali, składali mu kondolencje. A także byli bardzo przejęci. Kiedy sporządzali testament Traska, myśleli, że pozostawi on synom najwyżej kilkaset dolarów. Na tyle można go było szacować. Jednakże gdy przejrzeli jego konta bankowe, okazało się, że miał ponad dziewięćdziesiąt trzy tysiące dolarów w banku i dziesięć tysięcy w dobrych papierach wartościowych. Wówczas pan Trask ukazał się im w zupełnie innym świetle. Ludzie posiadający tyle pieniędzy są bogaci. Nie muszą o nic się troszczyć. Taka suma wystarcza na założenie dynastii. Prawnicy gratulowali Karolowi i jego bratu, Adamowi. Donosili, że w myśl testamentu spadek ma być między nich podzielony w równych częściach. Po pieniądzach podawali spis osobistych ruchomości pozostałych po nieboszczyku: pięć paradnych szabel, ofiarowanych Cyrusowi podczas różnych zjazdów Wielkiej Armii, młotek z drzewa oliwnego ze złotą plakietką, masoński brelok do zegarka z diamentem osadzonym w środku cyrkla, złote korony do zębów, które Cyrus kazał usunąć, kiedy wstawiał sobie protezę, zegarek (srebrny), laska ze złotą gałką i tak dalej.

 

Karol odczytał list jeszcze dwa razy i oparł czoło na dłoniach. Rozmyślał, co też się dzieje z Adamem. Chciał, żeby Adam już znalazł się w domu.

Był zaskoczony i otumaniony. Rozpalił ogień, postawił na blasze patelnię i skrajał na nią grube płaty solonej wieprzowiny. A potem zerknął na list. Nagle chwycił go i schował do szuflady kuchennego stołu. Postanowił przez jakiś czas w ogóle nie myśleć o tej sprawie.

Ma się rozumieć, nie myślał prawie o niczym innym, ale było to tępe myślenie w kółko, wciąż od nowa nawracające do punktu wyjścia: „Skąd on to wziął?”.

Jeśli dwa wydarzenia mają ze sobą coś wspólnego, czy to w swojej istocie, czy w czasie lub miejscu, skwapliwie i z zadowoleniem wyciągamy stąd wniosek, że istnieje między nimi jakiś związek, z czego tworzymy legendę i zachowujemy ją w pamięci do późniejszego opowiadania. Karolowi jeszcze nigdy nie doręczono listu na farmie. W kilka tygodni potem przybiegł do niego chłopak z telegramem. Karol odtąd zawsze łączył ów telegram z listem, podobnie jak czasem zestawiamy dwa zgony i spodziewamy się trzeciego. Pospieszył na stację kolejową, trzymając telegram w ręku.

– Posłuchajcie no tylko – powiedział do telegrafisty.

– Jużem to czytał.

– Czytaliście?

– Przecież to przychodzi po drucie – wyjaśnił telegrafista. – Sam to pisałem.

– Ano tak, oczywiście! „Pilna potrzeba przekaż telegraficznie sto dolarów. Wracam do domu. Adam”.

– Przyszło za pobraniem – rzekł telegrafista. – Jesteście mi winni sześćdziesiąt centów.

– Valdosta w Georgii… Nigdy o niej nie słyszałem.

– Ani ja, ale widocznie tam jest.

– Słuchajcie, Carlton, jak się przekazuje telegraficznie pieniądze?

– Ano przyniesiecie mi sto dwa dolary sześćdziesiąt centów, a ja zadepeszuję do telegrafisty z Valdosty, żeby wypłacił sto dolarów Adamowi. Ale jesteście mi winni jeszcze sześćdziesiąt centów.

– Zapłacę… Słuchajcie, a skąd ja mogę wiedzieć, że to jest od Adama? Co się robi, żeby kto inny nie podjął pieniędzy?

Telegrafista pozwolił sobie na uśmiech światowości.

– My to tak robimy, że podajecie mi jakieś pytanie, na które nikt inny nie potrafi odpowiedzieć. Wtedy ja nadaję i pytanie, i odpowiedź. Telegrafista pyta tamtego gościa i jeżeli mu nie odpowie, nie dostaje pieniędzy.

– Sprytne! Muszę wymyślić coś dobrego.

– Lepiej idźcie po te sto dolarów, dopóki kasa w banku jest czynna.

Karol był zachwycony zabawą. Wrócił, niosąc pieniądze.

– Już wymyśliłem pytanie – oznajmił.

– Mam nadzieję, że to nie będzie drugie imię waszej matki. Masa ludzi tego nie pamięta.

– Nic podobnego. Będzie tak: „Co dałeś ojcu na urodziny przed pójściem do wojska?”.

– Dobre pytanie, ale cholernie długie. Nie moglibyście go skrócić do paru słów?

– A kto za to płaci? Odpowiedź jest: „Szczeniaka”.

– Nikt by nie zgadł – rzekł Carlton. – Ano, wy płacicie, nie ja.

– Śmiesznie by było, gdyby nie pamiętał – powiedział Karol. – Nie mógłby wrócić do domu.

Adam szedł do miasteczka piechotą. Koszulę miał brudną, a skradzione ubranie wymięte i uwalane od spania w nim przez cały tydzień. Między stodołą a domem przystanął, nadstawiając ucha, czy nie usłyszy gdzieś brata, i rzeczywiście po chwili dobiegł go stukot młotka w dużej, nowej suszarni tytoniu.

– Karolu!

Stukanie umilkło i zaległa cisza. Adam miał wrażenie, że brat przypatruje mu się przez szpary między deskami szopy. A potem Karol wyszedł szybko, podbiegł do Adama i uścisnął mu dłoń.

– Jak się masz?

– Dobrze – odparł Adam.

– Boże drogi, aleś ty schudł!

– Zdaje się, że tak. No i postarzałem się o te parę lat. Karol obejrzał go od stóp do głowy.

– Nie wyglądasz na zamożnego.

– Bo nie jestem.

– Gdzie twoja walizka?

– Nie mam żadnej.

– Jezus kochany! Gdzieżeś się podziewał?

– Wędrowałem po kraju.

– Jak tramp?

– Jak tramp.

Chociaż przez tyle lat życie pofałdowało zmarszczkami skórę Karola, a jego ciemne oczy nabiegły czerwienią, Adam znał go tak dobrze, iż wyczuł, że brata zaprzątają w tej chwili dwie rzeczy: pytania, które zadawał, ale i jeszcze coś innego.

– Dlaczego nie wróciłeś do domu?

– Ano, po prostu wciągnąłem się w wędrowanie. Nie mogłem przestać. Wchodzi człowiekowi w krew. Widzę, że masz naprawdę paskudną bliznę.

– Wspomniałem ci o niej w liście. Wygląda coraz gorzej. Dlaczego nie pisałeś? Nie jesteś głodny?

Ręce Karola wcisnęły się nerwowo w kieszenie, potem wysunęły, dotknęły brody i poskrobały po głowie.

– Może ci zejdzie. Widziałem jednego barmana, miał taką, wyglądała zupełnie jak kot. To było znamię. Przezywali go Kot.

– Nie jesteś głodny?

– I owszem.

– Masz zamiar teraz posiedzieć w domu?

– Ano, chyba tak. Chcesz tam teraz pójść?

– Ano… chyba – powtórzył Karol jak echo. – Ojciec nie żyje.

– Wiem.

– Skąd o tym wiesz?

– Mówił mi zawiadowca stacji. Dawno umarł?

– Z miesiąc temu.

– Na co?

– Zapalenie płuc.

– Tu jest pochowany?

– Nie. W Waszyngtonie. Dostałem list i gazety. Powieźli go na lawecie przykrytej sztandarem. Na pogrzebie był wiceprezydent, a sam prezydent przysłał wieniec. Wszystko opisali w gazetach. Zdjęcia też są; pokażę ci. Mam tu wszystko.

Adam wpatrzył się w twarz brata, aż Karol odwrócił wzrok.

– Czy ciebie coś w tym złości? – zapytał Adam.

– Co mnie ma złościć?

– Tak mi się zdawało…

– Nie mam na co się złościć. Chodź, dam ci coś do zjedzenia.

– Dobra. Długo chorował?

– Nie. To było galopujące zapalenie płuc. Szybko skończył.

Karol coś ukrywał. Chciał to powiedzieć, ale nie wiedział, jak się do tego zabrać. Wciąż krył się za słowami. Adam zamilkł. Lepiej pomilczeć trochę i pozwolić Karolowi, by powęszył, pokołował, i wreszcie wyrzucił to z siebie.

– Nie bardzo wierzę w wiadomości z tamtego świata – mówił Karol. – Chociaż co to można wiedzieć? Niektórzy twierdzą, że je mieli, na przykład ta stara Sara Whitburn. Przysięgała. Nie wiadomo, czego się trzymać. Ty nie miałeś żadnych takich wieści, co? Słuchaj no, do cholery, co ci odgryzło język?

– Tak sobie myślę – odrzekł Adam. A myślał ze zdumieniem: Przecież ja już się nie boję mojego brata! Kiedyś bałem się go śmiertelnie, a teraz już nie. Dlaczego? Czyżby to sprawiło wojsko? Roboty przymusowe? A może śmierć ojca? Tego nie rozumiem. Wiedział, że nie czując strachu, będzie mógł mówić, co chce, podczas gdy przedtem dobierał słowa, żeby się nie narażać. Było to przyjemne uczucie, nieomal jak gdyby on sam umarł i zmartwychwstał.

Weszli do kuchni, którą pamiętał i zapomniał zarazem. Wydała mu się jakaś mniejsza i brudniejsza. Powiedział nieomal wesoło:

– Karolu, ja ciebie uważnie słuchałem. Chcesz mi coś powiedzieć, a krążysz dokoła tego jak foksterier naokoło krzaka. Lepiej powiedz, zanim cię to ugryzie.

Oczy Karola zabłysły gniewem. Podniósł głowę. Nie miał już dawnej siły. Pomyślał z rozpaczą: Nie mogę go już zlać. Nie mogę.

Adam zachichotał.

– Może to i nieładnie być w takim dobrym humorze, kiedy ojciec dopiero co umarł, ale wiesz, Karolu, nigdy w życiu nie czułem się lepiej. Nigdy w życiu. No, wyrzuć to z siebie. Niech cię nie drąży.

– Kochałeś ojca? – zapytał Karol.

– Nie odpowiem, dopóki nie będę wiedział, w czym rzecz.

– Kochałeś go czy nie?

– A co to ma wspólnego z tobą?

– Odpowiedz.

Twórcza, swobodna śmiałość przeniknęła umysł i ciało Adama.

– Dobrze. Powiem ci. Nie. Nie kochałem. Zwykle czułem przed nim strach. Czasem… Tak, czasem podziwiałem go, ale najczęściej nienawidziłem. Dlaczego chcesz to wiedzieć?