Była raz wojna, Bomby poszły

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Domek, którego nie było

Londyn, 14 lipca 1943

Sierżant leżał na trawie, zrywał i przegryzał delikatne łodyżki i żuł je. Była niedziela i sporo ludzi leżało dokoła: marynarzy, żołnierzy, a nawet kilku cywilów. Po drugiej stronie ścieżki inni siedzieli rzędem na wynajętych krzesełkach, łowiąc ryby w Serpentynie, której wodę bełtały wiosła łódek i łapy łabędzi. Każdy z wędkarzy miał swoją małą publiczność. Sierżant powiedział:

– To zwariowany kraj. No niech pan patrzy: przez cały dzień nie złapali ani jednej ryby, a łowią dalej. Może im wcale nie idzie o ryby. Wariacki kraj, i ja też tu dostaję fioła. – Wypluł mały przeżuty kłębek zielonych łodyżek trawy. – Jest jedna rzecz, która nie daje mi spokoju – powiedział. – Historia z duchami. Sam nie wierzę, że się naprawdę zdarzyła, a przecież wiem, że tak było. Tylko że ja nie wierzę w duchy. Zastanawiałem się nad tym, próbowałem to rozgryźć i nie mogę sobie tego wytłumaczyć. Widzi pan – mówił – ja jestem na małej placówce na wsi. Całkiem nieduża jednostka. O jakąś milę od obozu jest wioska i wieczorami chodzimy tam, wypijamy parę szklanek piwa i próbujemy nauczyć się gry w strzałki.

Przy końcu rzędu wędkarzy ktoś złowił rybę mniej więcej wielkości sardynki, co wywołało takie podniecenie, że w jednej chwili otoczyli go ludzie. Sierżant zachichotał.

– Kiedyś łowiłem łososie w rzece Columbia – powiedział i na tym poprzestał. – No więc – mówił – robiło się już ciemno, miałem do załatwienia trochę papierkowej roboty, pomyślałem sobie, że czas wrócić do obozu. Koledzy jeszcze nie chcieli iść. Bujali coś kelnerce, opowiadali jej, że znają gwiazdy filmowe. Wobec tego wyszedłem sam jeden.

– Tą małą drogą przechodziłem już co najmniej ze sto razy. Znam chyba każdy jej kawałeczek. To jest mała, wąska droga z żywopłotami po obu stronach, tak że nie widać z niej pól. Biegnie takim zagłębieniem, trochę jak okop. Noc nie była ciemna, przynajmniej gwiazdy trochę świeciły, i zbierały się duże chmury jakby na deszcz.

Przerwał i zdawał się zastanawiać, czy w ogóle powinien mówić dalej. Popatrzył na pawilonik po drugiej stronie Serpentyny, gdzie wynajmują łódki i gdzie przez cały dzień czeka kolejka ludzi, żeby dostać łódź. Nagle się zdecydował.

– Mniej więcej w połowie drogi powrotnej zobaczyłem światełko. Stał tam taki mały domek, a żywopłot dochodził do niego z obu stron. Od frontu był ogród, parkan, a za nim duże kwadratowe okno z małymi szybkami. I światło padało właśnie z tego okna. Zajrzałem do środka i zobaczyłem pokój. Wyglądał całkiem przyjemnie. Na stole stała lampa, a na małym kominku palił się ogień. Miło to wyglądało. Światło nie było bardzo jasne, ale widziało się wszystko dobrze. Na krześle spał biały kot, a przy stole, pod lampą, siedziała kobieta chyba około pięćdziesiątki i coś sobie szyła. Stałem i patrzyłem. Podglądałem tak przez kilka minut. Bardzo tam było przytulnie, spokojnie i ładnie.

– Po chwili poszedłem dalej. Ale coś mi nie dawało spokoju. A potem pomyślałem: No jasne, o to idzie: tam nie było zasłon do zaciemniania. Od dziesięciu miesięcy nie widziałem światła padającego wieczorem z okna, bo tak długo już jestem tutaj. Chciałem wrócić i powiedzieć tej kobiecie, żeby zaciągnęła zasłony na wypadek, gdyby się zjawił jakiś wiejski glina. Dostałaby nielichą grzywnę. Obróciłem się i spojrzałem. Domku nie mogłem dojrzeć, ale światełko błyszczało przy drodze. Jednakże pomyślałem sobie: A niech tam, może żaden glina nie przyjdzie. Bo było tak jakoś przyjemnie zajrzeć tam i widzieć ten pokój i ogień na kominku. Człowiek ma strasznie dość zaciemniania.

Sierżant urwał gałązkę i począł nią grzebać wokoło korzonków trawy.

– Poszedłem dalej, ale wciąż mi chodziło po głowie coś, czego nie mogłem uchwycić. Zaczął trochę kropić deszcz, ale nie na tyle, żeby był przykry. Myślałem o robocie, która na mnie czekała, ale nie mogłem się pozbyć uczucia, że coś jest nie w porządku.

Wygrzebał korzonek trawy razem z małym gruzełkiem ziemi. Otrząsnął ją z niego.

– Już miałem wejść do obozu, kiedy mi to zaświtało. A rzecz jest taka. Zastanawiałem się później i ani rusz nie mogę sobie tego wytłumaczyć. Tam nie ma żadnego domku, tylko cztery ściany całe sczerniałe od pożaru. Na początku blitzu jakiś szkop zrzucił na ten domek bombę zapalającą.

Jego palce poruszały się nerwowo. Usiłowały wetknąć korzonek trawy z powrotem w dziurkę, z której go wyciągnął.

– Widzi pan, mnie w tej całej historii trapi jedno – powiedział. – Ja po prostu nie wierzę w takie rzeczy.

Hodowanie warzyw

Londyn, 15 lipca 1943

Na skrajach amerykańskich lotnisk w Anglii i między barakami wojskowymi można często zobaczyć skomplikowane i starannie pielęgnowane ogródki warzywne. Bodaj nikt nie wie, skąd wziął się ten pomysł, ale owe ogródki stale się rozrastają. Obecnie jest dość powszechnym zjawiskiem, że placówka sama sobie dostarcza znacznej części warzyw i całej sałaty.

Pomysł ten, który u swoich podstaw zapewne miał częściowe wypełnienie ludziom wolnego czasu w okresie, kiedy było jeszcze mało rozrywek, okazał się bardzo udany. Ogródki są prowadzone przez jednostki wojskowe, a uprawiane przez grupy, lecz tu i ówdzie ktoś bierze się do tego na własną rękę i próbuje wyhodować jakąś niezwykłą roślinę, zazwyczaj niespotykaną w tym klimacie. W każdej jednostce jest zawsze ktoś, kto zna się na tych rzeczach i udziela rad przy sadzeniu, ale nawet tacy ludzie mają często kłopot, bo warzywa tutaj są inne niż u nas w kraju.

Żołnierze najchętniej hodują następujące jarzyny według kolejności wyboru: kukurydza, pomidory i pieprz. Żadna z nich nie udaje się zbyt dobrze w Anglii, chyba że ma się cieplarnię, gdzie można wytworzyć odpowiednią temperaturę. Pomidory są małe; nie ma tych wspaniałych, befsztykowych, tryskających sokiem. Sezon na nie jest krótki i chłodny. Kukurydza ma niewielkie szanse dojrzenia, a pieprz trzeba hodować pod szkłem. Niemniej jednak czyni się wszelkie starania, żeby się to udało. Ludzie tęskniący za krajem najwyraźniej znajdują ogromną przyjemność w uprawie ziemi.

Ogródki zwykle traktuje się bardzo ambitnie. Sadzi się arbuzy i melony, które, praktycznie biorąc, nie mają żadnych szans dojrzenia na tej szerokości geograficznej, gdzie nawet ogórki hoduje się zazwyczaj w cieplarniach. Stopniowo jednak z bezładu wyłania się pewien porządek. Sałata, groszek, fasola, cebula i ziemniaki udają się tu doskonale, podobnie jak kapusta, rzepa, buraki i marchew. Ogródki są bujne i wypielęgnowane. Wieczorami, które są teraz bardzo długie, ludzie pracują na zagonach. Ściemnia się dopiero około jedenastej, liczba filmów do obejrzenia jest ograniczona, angielskie knajpki nie są zachęcające, natomiast wszyscy są stale przejęci ogródkami, a pochodzące z nich produkty smakują o wiele lepiej niż zakupione na rynku.

Dowództwo jednej z placówek mieści się w dużym angielskim dworze, który niegdyś musiał być bardzo luksusowy. Należy do niego szereg cieplarń i tutaj ogródki są wyjątkowe. Nigdy nie trzeba było wywierać nacisku na ludzi, żeby pracowali w ogródkach. Zabrali się do tego z entuzjazmem i wielu mieszkańców miast, którzy nigdy w życiu nie mieli nawet grządki, zapaliło się do tej pracy. Ogródek ma w sobie coś z kontaktu z normalnym życiem, jakiś związek z pokojem.

Niekiedy trzeba opuścić ogródek, który właśnie ma zacząć wydawać plony, bo dana jednostka zostaje przerzucona na inny teren. Nowa jednostka przejmuje ogródek, a dawna zaczyna od początku, jeżeli na owej placówce jeszcze ogródek nie powstał. Cała wartość polega na pracy przy nim. Moralny walor tego eksperymentu jest bardzo duży, tak duży, że proponuje się, aby oficerów zaopatrzeniowych wyposażyć automatycznie w pewien asortyment nasion. Nasiona nie zajmują wiele miejsca, a narzędzia ogrodnicze można sporządzić samemu albo też dostać prawie wszędzie.

Istnieje wielka różnica między angielskim a naszym sposobem przyrządzania jarzyn. Anglicy zazwyczaj rozgotowują je na miękką, kleistą papkę, w której kształt, a jak niektórzy twierdzą i smak, został już dawno zniszczony. Nasi kucharze nie gotują jarzyn nawet w przybliżeniu tak długo i raczej wolą, by były kruche. Anglicy nie używają tyle cebuli, co my, i prawie wcale nie używają czosnku. Te małe ogródki są po trosze symbolem buntu przeciwko obcym metodom.

Na przykład przeciętny kucharz angielski odnosi się do jarzyn podejrzliwie. Jest przeświadczony, że jeżeli dana jarzyna nie zostanie opanowana i gruntownie przekonana, że nie powinna wyczyniać żadnych bzdur, może się albo zbuntować, albo zażądać statusu dominialnego. Wskutek tego popiera się tylko te jarzyny, które zachowują się potulnie i są zdolne nauczyć się metod angielskich.

Dobrym przykładem jarzyny możliwej do zaakceptowania jest brukselka. Najpierw pozwala jej się bujnie rozrosnąć. Następnie odrywa się ją od łodygi i wygotowuje do cna. Po kilku godzinach mała, dzika, zielona kulka rozpada się w osobliwą szarawą mazię. Wtedy dopiero uważa się ją za odpowiednią do spożycia.

Tę samą metodę stosuje się do kapusty. W czasie gotowania szturcha się ją i tłucze, tak że wreszcie w chwili podania na stół jest już wyzuta ze swojego charakteru i smakuje dokładnie tak jak brukselka, która z kolei smakuje jak kapusta. Marchwi pozwala się zachować żółtą barwę, ale poza tym pozbywa się jej istotnych cech.

Jak dotąd nikt jeszcze nie wytłumaczył tego przyrodzonego lęku Anglików przed buntem warzyw. Liberalna postawa Amerykanów pozwalających warzywom na pewne swobody, z wyjątkiem praw wyborczych, uważana jest przez Anglików za dowód słabości i degeneracji. Pewni angielscy szpiedzy donieśli, że w amerykańskich ogródkach widzieli amerykańskich żołnierzy wyrywających marchew, rzepę i cebulę i zjadających je na surowo.

Amerykaninowi wydaje się dziwne, że Anglicy, którzy kochają psy i zjadają je rzadko, są tak brutalni w stosunku do jarzyn. Oto jedna z tych różnic narodowych, których nie da się zgłębić.

 

Kształt świata

Londyn, 16 lipca 1943

Ta wojna nie jest taka jak inne wojny, nie można jej wygrać tak, jak wygrywano tamte. Pamiętamy poprzednią wojnę. Była prosta i łatwa. Kiedy zniszczyliśmy kajzera i małą wojskową klikę, zło zostało usunięte, a wszystko, co dobre, rozkwitło. Tak wprawdzie wcale nie było, ale na tej właśnie zasadzie toczyli wojnę żołnierze, którzy śpiewali piosenki, po czym rozbiegli się do domów na następne tysiąclecie.

Mówią, że w tej wojnie nie ma śpiewania, i to jest prawda. Żołnierze walczą i pracują pod brzemieniem troski. Do głębi zdają sobie sprawę, że zniszczenie nieprzyjaciela nie będzie oznaczało końca tej wojny. I niemal powszechnie stwierdza się u żołnierzy nie strach przed wrogiem, ale strach przed tym, co będzie po wojnie. Upadek wyposażonych w nowe urządzenia fabryk, bezrobocie milionów ludzi wynikające ze wzrastającej automatyzacji, depresja, przy której tamta ostatnia będzie się wydawała igraszką.

Walczą pod sztandarem czterech niezrealizowanych wolności – czterech słów – a kiedy ktoś stojący u władzy próbuje przydać tym wolnościom środki wykonawcze oraz metody, żołnierze słyszą, że się na niego napada i rzuca mu kłody pod nogi. Jest obojętne, czy owe metody lub plany są dobre czy złe. Wszelkie planowanie odbywa się w kraju. I żołnierze czują, że po powrocie zastaną tam jedno z dwojga: albo bezbolesną anarchię, albo system stworzony pod ich nieobecność, a działający na ich niekorzyść.

Nasza armia nie jest naiwna. Prości ludzie nauczyli się bardzo wiele w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat i już nie można ich oszukać starymi magicznymi słowami. Nie wierzą w złotą przyszłość, składającą się ze słów. Pragnęliby wolności od biedy. To znaczy, że mała farma w Connecticut winna być bezpieczna od pozbawienia prawa wykupu. To znaczy, że praca, którą żołnierz porzucił, wstępując do wojska, winna na niego czekać, i nie tylko czekać, ale zachować ciągłość także później, gdy jego dzieci będą dorastały. To znaczy, że będą szkoły i albo oszczędności na wypadek choroby w rodzinie, albo lekarstwa dostępne bez oszczędności. Gdy się rozmawia z żołnierzami, wyczuwa się ich troskę. Czy kraj mają opanować specjalnie faworyzowane koncerny za pośrednictwem specjalnych rzeczników? Czy dopuści się do inflacji dlatego, że kilka osób wzbogaci się na niej? Czy inni robią fortuny, podczas gdy ci ludzie dostają pięćdziesiąt dolarów miesięcznie? Czy mają wrócić do kraju zniszczonego przez zachłanność? Gdyby ktoś mógł ich zapewnić, że te rzeczy nie odpowiadają prawdzie albo jeżeli są prawdą, nie będą tolerowane, mielibyśmy śpiewającą armię. Ta armia potrafi pokonać wroga. Co do tego nie ma wątpliwości. Żołnierze to wiedzą i dokonają tego, ale nie chcą wracać do kraju po to, żeby tam zastać zarodek wojny domowej. Wspomnienie ostatniego kryzysu jest ciągle świeżo w ich pamięci.

Pamiętają farmy, którym nie przysługuje prawo wykupu, wieprze zarzynane po to, żeby utrzymać ceny na wyższym poziomie, zaorywanie zbiorów, ponieważ przywódcy nie mieli dość rozumu, aby obmyślić sposoby rozprowadzania nadmiaru żywności. Pamiętają, że każdy plan powszechnego dobrobytu rozbija się o mur koniecznych zysków.

Nigdy nie jest dość podkreślania tych rzeczy. Każdy, kto potrafi zapewnić żołnierzy, że to wszystko więcej się nie powtórzy, da im do ręki broń o niewiarygodnej mocy. A cóż słyszą żołnierze? Że pan Jones wymyśla panu Wallace’owi, że pan Jeffers kłóci się z panem Ickesem, że królowie tego czy innego przemysłu walczą o większą władzę i większe wpływy.

Kongres, ogarnięty jakimś histerycznym pragnieniem zabezpieczenia się przed krytyką społeczną, zlikwidował nawet aparat pomocy gospodarczej mogący przejąć uderzenie nowego kryzysu; czarny rynek kwitnie, a jego prowodyrami nie są mali kanciarze, ale najlepsi ludzie. Żołnierze słyszą, że koszty utrzymania rosną, a płace podążają za nimi. Żołnierz nie jest człowiekiem samotnym. Zazwyczaj ma rodzinę zależną w znacznej mierze od pieniędzy, które może dla niej przeznaczyć, a jego żołd nie wzrasta razem z kosztami utrzymania.

Oto są rzeczy, które słyszy. Gazety są ich pełne, pełne też listy z domu – nic, tylko kłótnie, niepokój, zachłanność. A będąc żołnierzem, nie może się skarżyć. Nie wolno mu się skarżyć. Takich rzeczy nie może być w wojsku. Żołnierz nie jest cyniczny, ale jest zatroskany. Chciałby skończyć z tą wojną, wrócić do domu i przekonać się, co uczyniono z krajem pod jego nieobecność. Cztery wolności określają to, czego pragnie, ale dopóki mu nie pokażą jakiegoś aparatu, jakichś podstaw, jakiejś jasnej metody, będzie skłonny wierzyć tylko w tę wolność, którą określił Anatol France – w równą dla bogatych i biednych wolność sypiania pod mostem.

Seans w kinie

Londyn, 18 lipca 1943

Było późne popołudnie angielskiego lata i w jednej z niezliczonych peryferyjnych dzielnic Londynu kino zapełnili widzowie. Było tam sporo żołnierzy, którzy zostali ranni i teraz wracali do zdrowia. Były kobiety ze służb pomocniczych, zwolnione na kilka godzin. Także kobiety cywilne, które wpadły na film po załatwieniu sprawunków, i robotnicy fabryczni po pracy. W pierwszych rzędach siedziały dzieci, skupiwszy się możliwie jak najbliżej ekranu.

Było to zwyczajne popołudnie w kinie, sala wypełniona, ale nie zatłoczona. Na specjalnych miejscach siedzieli mężczyźni ze szpitala, w fotelach na kółkach. Wyświetlano komedię fantasy Ożeniłem się z czarownicą z Veronicą Lake – w której nowoangielska czarownica z epoki purytanów powraca do życia i wpada prosto w tradycyjną komedię sypialnianą – dzieło ani wybitne, ani złe. Dzieci zachwycały się filmem i wierzyły w to, co im pokazywano, ponieważ zawsze wierzą we wszystkie filmy.

Na niebie wisiały niskie chmury i wyglądało na to, że później wieczorem będzie deszcz, a ostatnio było za mało deszczu.

Podczas gdy Veronica Lake z długimi blond włosami, opadającymi na jedno oko, siedziała w piżamie na łóżku pewnego mężczyzny, który martwił się o swoje dobre i szanowne imię, a dzieci na widowni piszczały z uciechy, dziesięć niemieckich bombowców bojowych przemknęło nad wybrzeżem. Posterunki obserwacyjne wychwyciły je. Spitfire’y wzbiły się w powietrze. Działka przeciwlotnicze otworzyły ogień i zestrzeliły dwa samoloty. Trzeci rozbił się o niewielkie wzgórze. Wtedy w szarych chmurach rozpoczął się szaleńczy, zaciekły pościg. Spitfire’y uganiały się, przeszukując chmury. Napastnicy rozdzielili się i pognali na Londyn, a w dole zawyły syreny i wszedł do akcji potężny system alarmowy i obronny.

Tylko jeden samolot przedarł się, manewrując i klucząc, przez obronę. Wypadł z chmury jak strzała, a wprost pod nim było kino. Leciał bardzo nisko w momencie, kiedy zrzucił bomby. Wierzch kina wyprysnął w powietrze i opadł masą gruzu. Ekran zgasł. Lotnik położył samolot na skrzydło, zatoczył koło, wrócił i lunął z działek w ruiny. Następnie poderwał maszynę w szare chmury i pognał ku wybrzeżu. Pozostawił za sobą krzyk dzieci miotających się z bólu i strachu.

Społeczeństwo jest przygotowane na takie wypadki. W kilka minut drużyny ratownicze już były przy pracy, a straż ogniowa na miejscu. Drużyny te są dobrze wyszkolone. Przedarły się do rozwalonego i poszarpanego budynku. Wyniesiono okaleczone dzieci i czym prędzej zawieziono je do szpitala, pomiażdżone, postrzelane i zmasakrowane. Zabite ułożono z boku, ażeby je pochować, a te, które jeszcze oddychały, wierzgały nogami czy jęczały, oddano w ręce czekających lekarzy.

Przez całą noc doktorzy operowali. Sondowali rany w poszukiwaniu kul, amputowali i odkładali na bok ręce i nogi. Usuwali oczy. Lekarze podający narkozę zmagali się ostrożnie z bólem, sącząc nieprzytomność na maski. Całą noc trwała ta pielgrzymka okaleczonych do szpitala. Doktorzy pracowali pilnie, pospiesznie. Szybkie oceny – ten nie ma szans na przeżycie – nie dopuszczały świadomości. Tamten może mieć szansę, jeżeli utnie się obie nogi. Oceny i szybka praca.

Ze składów dostarczano w pośpiechu plazmę krwi i siła z cudzych żył sączyła się w arterie dzieci.

Była dziewiąta rano, kiedy zakończono operowanie. Przy kinie zmordowane drużyny wciąż jeszcze znajdowały zwłoki. A na szpitalnych łóżkach wielkie kłęby bandaży, szeroko otwarte, niedowierzające oczy i krańcowe wyczerpanie – owe małe cele, siedmioletnie obiekty wojskowe.

Robotnicy kopali duży, długi, wspólny grób dla zabitych. Veronica Lake zgorzała w szybkim wybuchu płonącej taśmy filmowej i pozostały jedynie szpulki, na które była nawinięta. A ludzie po domach dopiero nad ranem zaczęli na tyle przytomnieć, by płakać. Na ulicach było bardzo cicho.

W barze zmęczony doktor zamówił sobie coś do wypicia przed snem. Oczy miał podkrążone z ciężkiej troski, a ręka mu drżała, kiedy podnosił whisky do ust.

Porozumienie kierowane

Londyn, 19 lipca 1943

Międzynarodowa przyjaźń, dobre koleżeństwo i wzajemne zrozumienie między Brytyjczykami i Amerykanami często osiągają taki stopień, że wojna między oboma narodami wydaje się bardzo bliska. Jest to zazwyczaj porozumienie kierowane i wytwarza ono bardzo niezręczne sytuacje.

Kierowane porozumienie i tolerancja zwykle zaczynają się od uogólnień. Nasi żołnierze jadący do Anglii dowiadują się z broszurek, jacy są Brytyjczycy, jakie są ich mocne i słabe strony, jakie wyrazy, u nas niewinne, drażniące są i szpetne dla brytyjskiego ucha. Ma to mniej więcej ten sam efekt, co powiedzenie przyjacielowi: „Musisz poznać Jonesa, wspaniały chłop. Wy dwaj będziecie do siebie pasowali”. Po takim wstępie Jones jest z góry załatwiony, jeszcze zanim go poznaliście. Musi się starać być uroczy, żebyście mogli go strawić.

W tym przypadku jest nawet gorzej, bo Brytyjczykom też się wmawia, że nas polubią po bliższym poznaniu. Wynik jest taki, że jedni i drudzy spotykają się jak nieznajome psy, z których każdy tylko szuka zaczepki. Trzeba długiego czasu, żeby przezwyciężyć ten rodzaj porozumienia.

Druga faza współżycia polega na niezliczonych próbach opisywania się wzajemnie. Brytyjczycy są tacy a tacy. Amerykanie są tacy a tacy. Brytyjczycy są całkiem jak inni ludzie, tylko że jeszcze bardziej. Amerykanie są chełpliwi i kochają pieniądze. To zamiłowanie do pieniędzy jest oczywiście wyłącznością amerykańską. Wszyscy inni ludzie nie cierpią pieniędzy. Amerykanie to świetni, rzetelni ludzie. Brytyjczycy to świetni, rzetelni ludzie. To oczywiście jest kłamstwo. Są porządni i są dranie po obu stronach. Wychwalanie ich nic nie daje. Mniej więcej wtedy, gdy zaczynacie odczuwać sympatię i szacunek dla pewnych Anglików, zjawia się ktoś i opowiada wam o Anglikach, i musicie zaczynać wszystko od nowa. To samo niezawodnie dzieje się z Anglikami.

Trzecia mała pułapka dotyczy zalet bojowych. Ulicą idzie rozkołysanym krokiem wielkie, chude chłopisko z gór, nieomal powłócząc knykciami po chodniku, a zaraz za nim stąpa wyprężony gwardzista, z zadartą brodą i dziewięcioma guzikami błyszczącymi jak wszyscy diabli. Natychmiast ich się porównuje. Jeden jest ofermą, drugi wspaniałym żołnierzem. A faktycznie obaj przebywają daną przestrzeń w tym samym tempie i każdy z nich potrafiłby zapewne ją przebyć w pełnym oporządzeniu. To znów, dowiedziawszy się już wszystkiego o zaletach żołnierskich, widzicie barczystego Tommy’ego z krzywą gębą, który kroczy boczkiem jak krab, i uświadamiacie sobie, że jest to jeden z najlepszych żołnierzy, jakich świat wydał, tyle że na zasadzie swoich realnych osiągnięć, a nie marsowego wyglądu.

Cała bieda polega chyba na uogólnieniach. Jeżeli człowiek raz zrobi jakieś uogólnienie, wtedy już wpadł. Musi go bronić. Powiedzmy, że żołnierz brytyjski i/albo amerykański jest wyborny. Brytyjski i/albo amerykański oficer jest dżentelmenem. W ten sposób zaczniemy od kłamstwa. Są zarówno dobrzy, jak źli. Jeżeli was zostawią w spokoju, sami dojdziecie, który jest jaki. A jeśli zobaczycie amerykańskiego podporucznika rozrabiającego w londyńskim klubie, prawdopodobnie temu zaprzeczycie. Jeżeli zaś spotkacie źle wychowanego, ordynarnego bufona – oficera brytyjskiego, Brytyjczycy prawdopodobnie zaprzeczą, że on istnieje. Istnieje jednak, i oni nie cierpią go tak samo jak my. Cała bieda z uogólnieniami, zwłaszcza patriotycznymi, polega na tym, że zmuszają ludzi do bronienia rzeczy, których ci na ogół wcale nie akceptują.

Anglik przeświadczony, że Amerykanie są chełpliwi, musi przeżyć duży wstrząs, kiedy spotka skromnego. To obraża jego poczucie słuszności. Zakładane z góry uogólnienia są dostatecznie złe i nie potrzeba świadomie stwarzać nowych. Niedawno pewien chłopak ze stanu Georgia, o twarzy przypominającej suma oraz świetnej, żołnierskiej postawie kojota, gorzko narzekał, że jest tutaj od czterech dni, a jeszcze nie widział księcia. Powziął stąd przekonanie, że w ogóle nie ma tu książąt, i był tym oburzony nad wyraz.

 

Gdzieś jest prawda albo coś do niej zbliżonego. Jeżeli po walce Brytyjczycy mówią: „Trochę nas tam obstukali”, Amerykanie zaś powiadają: „Mało z nas bebechów nie wystrzelili”, ani jedno, ani drugie nie jest prawdą. Niedomówienie jest tutaj powszechnie podziwiane, a przesada znienawidzona, ale ani jedno, ani drugie nie jest bliskie prawdy i nie ma nic wspólnego z zaletami bojowymi danego żołnierza. Wiemy, iż nie można powiedzieć, że Amerykanie są tacy albo tacy, skoro ci Amerykanie to zarówno zasuszone, długonogie chłopy z Wirginii, jak i schludni biznesmeni w okularach, wymuskani jubilerzy lub drwale z lasów Oregonu. I jest równie niemądre starać się opisywać Brytyjczyków, skoro są to ludzie z Lancashire i Walijczycy, i prości londyńczycy, i robotnicy portowi z Liverpoolu. Żyjemy dobrze ze sobą jako jednostki, ale z chwilą kiedy my stajemy się Amerykanami, a oni Brytyjczykami, zaraz się zaczynają kłopoty.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?