Kancelaria

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Proszę posłuchać, jeśli będą państwo ze sobą walczyli, nie mogę reprezentować was obojga.

Oboje mieli ochotę zerwać się na równe nogi i wyjść. Już na ulicy mogliby pójść w różne strony i poszukać lepszego adwokata, ale przez sekundę czy dwie nie bardzo wiedzieli, co robić. Pan Flander jako pierwszy zamrugał, podniósł się energicznie i ruszył do drzwi.

– Niech pan sobie nie zaprząta mną głowy, Finley. Znajdę prawdziwego adwokata. – Otworzył drzwi, zatrzasnął je za sobą i głośno tupiąc, przeszedł obok Rochelle i psa wracających na swoje miejsca. Otworzył frontowe drzwi, nimi również trzasnął i zadowolony opuścił na zawsze progi kancelarii Finleya i Figga.

Rozdział 7

Happy hours trwały od siedemnastej do dziewiętnastej. Abner doszedł do wniosku, że jego nowy najlepszy przyjaciel powinien wyjść, zanim się rozpoczną. Zadzwonił po taksówkę, przeszedł potem na drugą stronę baru i lekko go szturchnął.

– Obudź się, Davidzie, już prawie siedemnasta, kolego. David spał od godziny. Abner, podobnie jak wszyscy dobrzy barmani, nie chciał, żeby tłum, który zachodził tu po pracy, widział pijaka chrapiącego z głową na barze. Dotknął jego twarzy ścierką i powiedział:

– No dalej, ważniaku. Impreza się skończyła.

David nagle oprzytomniał. Błyskawicznie otworzył oczy i usta i gapił się na Abnera.

– Co, co, co? – wymamrotał.

– Już prawie siedemnasta. Czas wracać do domu, Davidzie. Taksówka czeka.

– Siedemnasta! – wykrzyknął David oszołomiony tą nowiną. W barze było sześciu innych gości i wszyscy patrzyli na niego ze współczuciem. Jutro to mogą być oni. David zszedł ze stołka i z pomocą Abnera włożył płaszcz i znalazł teczkę. – Jak długo tu byłem? – zapytał, rozglądając się ze zdziwieniem, jakby pierwszy raz widział to miejsce.

– Bardzo długo – odpowiedział Abner. Wsunął mu wizytówkę do kieszeni i dodał: – Zadzwoń do mnie jutro, to się dogadamy w sprawie rachunku.

Ramię w ramię dotarli chwiejnie do drzwi i wyszli na dwór. Taksówka czekała przy krawężniku. Abner otworzył tylne drzwiczki, z trudem usadowił Davida i powiedział do kierowcy:

– Jest cały twój.

David patrzył, jak zniknął w barze. Spojrzał na kierowcę i zapytał:

– Jak panu na imię?

Kierowca powiedział coś niezrozumiałego, a David odburknął:

– Nie umie pan mówić po angielsku?

– Dokąd jedziemy, proszę pana? – spytał kierowca.

– O, to jest dobre pytanie. Zna pan jakieś dobre bary w tej okolicy?

Taksówkarz pokręcił głową.

– Jeszcze nie jestem gotowy, żeby jechać do domu, bo ona tam jest i, o rany… – Wnętrze taksówki zaczęło wirować. Z tyłu rozległ się głośny klakson. Taksówkarz włączył się do ruchu ulicznego. – Nie tak szybko – poprosił David z zamkniętymi oczami. Jechali niecałe dwadzieścia kilometrów na godzinę. – Niech pan skręci na północ – polecił.

– Potrzebny mi dokładny adres – powiedział taksówkarz, wjeżdżając w South Dearborn. Ruch był już spory i samochody sunęły bardzo wolno.

– Chyba mi niedobrze – wymamrotał David, z trudem przełykając ślinę. Bał się otworzyć oczy.

– Błagam, nie w moim wozie.

Zatrzymali się, a potem ruszyli, mijając dwie przecznice. David jakoś wziął się w karby.

– Dokąd jedziemy, proszę pana? – zapytał znowu taksówkarz.

David otworzył lewe oko i spojrzał w okno. Obok taksówki stał czekający na światłach autobus wypełniony robotnikami, z rury wydechowej buchały spaliny. Na jego boku widniała reklama, metr na trzydzieści centymetrów, informująca o usługach kancelarii adwokackiej Finleya i Figga: Prowadziłeś po pijanemu? Zadzwoń do ekspertów. 773-718-ADWOKAT. Adres napisano małym drukiem. David otworzył prawe oko i w jednej chwili zobaczył uśmiechniętą twarz Wally’ego Figga. Skupił wzrok na słowie „pijanemu” i zastanawiał się, czy i jemu mogliby jakoś pomóc. Czy widział wcześniej takie reklamy? Czy słyszał o tych facetach? Nie był pewny. Niczego nie był pewny, nic nie miało sensu. Taksówka znów zawirowała i przyśpieszyła.

– Preston Avenue czterysta osiemnaście – powiedział do kierowcy i zapadł w sen.

***

Rochelle nigdy nie śpieszyła się z wyjściem, bo nie lubiła wracać do domu. Napięcie, jakie zwykle panowało w kancelarii, było niczym w porównaniu z tym, co czekało ją w zatłoczonym i pełnym chaosu mieszkaniu.

Choć rozwód Flanderów miał kiepski start, dzięki umiejętnej manipulacji Oscara sprawa trafiła w jego ręce. Pani Flander wynajęła kancelarię i zapłaciła zaliczkę na poczet siedmiuset pięćdziesięciu dolarów. Ostatecznie proces skończy się rozwodem bez orzekania o winie, ale przedtem Oscar oskubie ją z paru tysiączków. Mimo to złościł się z powodu kuponów do bingo i czekał z tym na powrót wspólnika.

Wally wkroczył do biura o siedemnastej trzydzieści po wyczerpującym dniu poszukiwań ofiar krayoxxu. Jedyną nadal był tylko Chester Marino, ale Wally się nie zniechęcał. Był na tropie czegoś wielkiego. Klienci gdzieś tam czekają i wystarczy tylko ich znaleźć.

– Oscar rozmawia przez telefon – powiedziała Rochelle. – Jest niezadowolony.

– A o co chodzi? – zapytał Wally.

– Wypłynął kupon bingo z ceną trzysta dziewięćdziesiąt dziewięć dolarów.

– Bardzo sprytne posunięcie, co nie? Mój wujek gra w bingo w klubie weterana.

– Genialne. – Przedstawiła mu w skrócie sprawę Flanderów.

– No jasne! Sprawdziło się! – powiedział Wally z dumą. – Tu ich mamy, pani Gibson, zawsze to powtarzałem. Trzysta dziewięćdziesiąt dziewięć dolarów to przynęta, potem zmienia się front. Oscar doskonale sobie z tym poradził.

– A co z nieuczciwą reklamą?

– Większość tego, co robimy, to nieuczciwa reklama. Słyszała pani o krayoxxie? Leku na cholesterol?

– Może. Dlaczego pan pyta?

– Bo zabija ludzi, rozumie pani, a z nas zrobi bogaczy.

– Chyba już to słyszałam. Oscar skończył rozmawiać przez telefon.

Wally poszedł prosto do drzwi gabinetu Oscara, stuknął w nie, zanim energicznie je otworzył, i powiedział:

– Więc podobały ci się moje kupony bingo, jak słyszałem. Oscar stał przy biurku, krawat miał poluzowany, był zmęczony i miał ochotę się napić. Dwie godziny wcześniej szykował się do walki, teraz marzył tylko, żeby stąd wyjść.

– Daj spokój, Wally, kupony bingo?

– Właśnie, jesteśmy pierwszą kancelarią w Chicago, która wykorzystuje kupony bingo.

– Byliśmy już w czymś pierwsi ładnych parę razy i nadal jesteśmy bankrutami.

– Te czasy się skończyły, przyjacielu – oznajmił Wally i sięgnął do teczki. – Słyszałeś kiedyś o leku na cholesterol o nazwie krayoxx?

– Pewnie, moja żona go bierze.

– No cóż, Oscarze, on zabija ludzi.

Oscar się uśmiechnął, po czym zakasłał.

– Skąd o tym wiesz?

Wally położył na biurku stos kartek z wynikami poszukiwań.

– To twoja praca domowa. Wszystko o krayoxxie. Wielka kancelaria od pozwów zbiorowych z Fort Lauderdale wytoczyła w zeszłym tygodniu proces Varrick Laboratories. Powód? Krayoxx. Klasyczna akcja. Twierdzą, że lek ogromnie zwiększa ryzyko ataku serca i udaru, i mają biegłych, którzy to potwierdzą. Varrick rzucają na rynek więcej badziewia niż jakakolwiek wielka firma farmaceutyczna i płacą duże odszkodowania. Miliardy. Wygląda na to, że krayoxx jest ich ostatnim bezsensownym pomysłem. Chłopcy od pozwów zbiorowych dopiero się budzą. To się dzieje w tej chwili, Oscarze, i jeśli znajdziemy mniej więcej tuzin ofiar tego leku, będziemy bogaci.

– Już to słyszałem, Wally.

***

Kiedy taksówka stanęła, David się obudził, choć nie do końca miał świadomość, co się dzieje. Z niejakim wysiłkiem udało mu się rzucić dwa dwudziestodolarowe banknoty na przednie siedzenie i z jeszcze większym trudem wygramolić z taksówki. Patrzył, jak odjeżdża, a potem zwymiotował do ścieku.

I poczuł się znacznie lepiej.

Rochelle porządkowała biurko i słuchała kłótni wspólników, gdy usłyszała na ganku ciężkie kroki. Coś uderzyło w drzwi, które zaraz potem otworzyły się na oścież. Na progu stał młody człowiek o błędnym wzroku i czerwonej twarzy, nieco się chwiejący, ale elegancko ubrany.

– W czym mogę pomóc? – spytała Rochelle podejrzliwie.

David patrzył na nią, ale jej nie widział. Rozejrzał się po pokoju, zakołysał się i zmrużył oczy, próbując się skupić.

– Proszę pana?

– Uwielbiam to miejsce – wybełkotał. – Naprawdę strasznie mi się tu podoba.

– To miłe. Czy mogę…

– Szukam pracy i właśnie tutaj chciałbym pracować.

AC wyczuwał kłopoty, więc wyszedł zza biurka.

– Jak cudnie! – powiedział David głośno i zachichotał. – Pies. Jak się wabi?

– AC.

– AC. W porządku. Niech mi pani pomoże. AC to skrót, ale od czego?

– Ambulansowa Czujka.

– Podoba mi się. Naprawdę bardzo, bardzo mi się podoba. Gryzie?

– Niech go pan nie dotyka.

Bardzo szybko pojawili się obaj wspólnicy. Stali w drzwiach gabinetu Oscara. Rochelle zerknęła na nich nerwowo.

– To właśnie tutaj chciałbym pracować – powtórzył David. – Potrzebuję pracy.

– Jest pan prawnikiem? – zapytał Wally.

– A pan to Figg czy Finley?

– Jestem Figg. On to Finley. Jest pan prawnikiem?

– Tak myślę. Jeszcze o ósmej rano byłem zatrudniony u Rogana Rothberga jako jeden z sześciuset jego pracowników. Ale rzuciłem to, oszalałem, załamałem się i poszedłem do baru. To był długi dzień. – David oparł się o ścianę, żeby utrzymać równowagę.

 

– Na jakiej podstawie sądzi pan, że szukamy współpracownika? – zapytał Oscar.

– Współpracownika? Myślałem raczej o dołączeniu od razu jako wspólnik – odpowiedział David, a potem zgiął się wpół ze śmiechu. Nikt inny się nie śmiał. Nie bardzo wiedzieli, co robić, choć Wally przyznał się później, że miał ochotę zadzwonić na policję.

David przestał się śmiać, wyprostował się i powtórzył:

– Uwielbiam to miejsce.

– Dlaczego odszedł pan z dużej kancelarii? – chciał wiedzieć Wally.

– Och, było mnóstwo powodów. Powiedzmy, że nienawidziłem tej pracy, nienawidziłem ludzi, z którymi pracowałem, i nienawidziłem klientów.

– Będzie pan tu pasował – orzekła Rochelle.

– Nikogo nie zatrudniamy – zastrzegł Oscar.

– Och, niech pan da spokój. Skończyłem prawo na Harvardzie. Będę pracował na część etatu, pięćdziesiąt godzin tygodniowo, czyli połowę tego, co zwykle. Rozumie pan? Na część etatu. – Znów się roześmiał, ale nikt mu nie zawtórował.

– Współczuję panu – powiedział Wally lekceważąco.

Gdzieś w pobliżu rozległ się klakson samochodu, długi rozgorączkowany dźwięk, który musiał się źle skończyć. Inny kierowca wdepnął gwałtownie hamulce. Pisk opon. Następny klakson, kolejne hamowanie. Na całą długą sekundę wszyscy w kancelarii Finleya i Figga wstrzymali oddech. Zderzenie, które potem nastąpiło, miało siłę grzmotu. Rzadko który wypadek robił aż takie wrażenie. Było jasne, że doszło do kolizji kilku samochodów na skrzyżowaniu Preston, Beech i Trzydziestej Ósmej. Oscar złapał płaszcz. Rochelle sięgnęła po sweter. Wyszli za Wallym na ulicę, zostawiając pijaka własnemu losowi.

Inne kancelarie przy Preston pustoszały, adwokaci, urzędnicy i asystenci adwokaccy biegli, żeby zobaczyć kraksę i zaoferować pomoc prawną ofiarom.

Zderzyły się co najmniej cztery samochody, wszystkie były poważnie uszkodzone. Jeden leżał na dachu, lecz koła nadal się kręciły. Przez wycie zbliżających się syren przebiły się krzyki. Wally podbiegł do paskudnie powgniatanego forda. Przednie drzwi od strony pasażera zostały urwane, nastoletnia dziewczyna usiłowała wysiąść. Była oszołomiona i cała we krwi. Wziął ją pod rękę i odciągnął od wraku. Rochelle pomagała mu posadzić dziewczynę na pobliskiej ławce przystanku autobusowego. Wally wrócił na miejsce jatki w poszukiwaniu następnych klientów. Oscar znalazł już naocznego świadka, kogoś, kto miał pomóc w ustaleniu winy, bo to przyciągało klientów. Kancelaria Finleya i Figga wiedziała, jak się zabierać do pracy przy wypadkach samochodowych.

Matka nastolatki siedziała na tylnym fotelu, Wally pomógł i jej. Odprowadził ją na ławkę na przystanku prosto w ramiona Rochelle. Pojawił się Vince Gholston, ich konkurent z naprzeciwka.

– Trzymaj się z daleka, Gholston – warknął Wally. – To nasi klienci.

– Nie ma mowy, Figg. Niczego jeszcze nie podpisali.

– Zjeżdżaj stąd, palancie.

Tłum był coraz większy. Ruch na ulicach stanął. Niektórzy kierowcy wysiadali z wozów, żeby popatrzeć. Ktoś wrzasnął: „Śmierdzi benzyną!”, co natychmiast spotęgowało panikę. Toyota leżała na dachu, a jej pasażerowie rozpaczliwie usiłowali się z niej wydostać. Ogromny mężczyzna w butach z cholewami kopnął w okno, ale nie zdołał wybić szyby. Ludzie w środku krzyczeli, szamotali się. Syreny wyły coraz bliżej. Wally okrążał buicka, którego kierowca stracił przytomność, Oscar wręczał wszystkim wizytówki.

Pośrodku tego pandemonium ponad cały zamęt wybił się głos młodego mężczyzny:

– Wara od naszych klientów! – krzyknął i wszyscy na niego spojrzeli. Widok był niesamowity. David Zinc stał obok ławki na przystanku autobusowym, trzymał w ręku wielki kawał metalu pochodzący z jednego z wraków i machał nim przed twarzą przerażonego Vince’a Gholstona, który cofał się powoli. – To nasi klienci! – powiedział David ze złością. Wyglądał na szaleńca i nie ulegało wątpliwości, że jeśli zajdzie potrzeba, użyje broni, którą wymachuje.

Oscar podszedł do Wally’ego i powiedział:

– Może, mimo wszystko, ten mały ma jakiś potencjał.

Wally parzył na Davida z podziwem.

– Zatrudnijmy go.

Rozdział 8

Kiedy Helen Zinc wjechała na podjazd budynku przy Preston 418, nie zwróciła uwagi na podniszczoną fasadę kancelarii adwokackiej Finleya i Figga, bo jej wzrok przykuł pobłyskujący neon mieszczącego się obok salonu masażu. Wyłączyła światła, zgasiła silnik i siedziała przez chwilę, zbierając myśli. Jej mąż żyje i nic mu się nie stało, wypił po prostu „kilka głębszych”, jak powiedział Wally Figg, na swój sposób miły mężczyzna, który zadzwonił do niej przed godziną. Pan Figg „siedział z jej mężem”, cokolwiek to znaczyło. Na cyfrowym zegarze na desce rozdzielczej widać było godzinę dwudziestą dwadzieścia, minęło więc prawie dwanaście godzin, od kiedy zaczęła zamartwiać się o męża, o to, gdzie się podziewa i co się z nim dzieje. Teraz, gdy wiedziała, że jest bezpieczny, wymyślała sposoby zamordowania go.

Rozejrzała się, chłonąc wzrokiem otoczenie i nie akceptując niczego, co widzi, po czym wysiadła z bmw i powoli ruszyła do drzwi. Wcześniej zapytała pana Figga, w jaki dokładnie sposób jej mąż trafił z biurowca w śródmieściu Chicago do robotniczej dzielnicy i na Preston Avenue. Pan Figg odpowiedział jej, że nie zna wszystkich szczegółów i najlepiej będzie, jeśli porozmawiają o tym później.

Otworzyła drzwi. Rozległ się cichy dzwonek. Jakiś pies zaczął na nią warczeć, ale nie próbował jej atakować.

Rochelle Gibson i Oscara Finleya już nie było. Wally siedział przy stole i wycinał nekrologi ze starych gazet, posilając się chipsami z torebki i popijając je dietetycznym napojem. Wstał szybko, wytarł dłonie o spodnie i posłał jej szeroki uśmiech.

– Pani musi być Helen – powiedział.

– Tak, to ja – odpowiedziała, niemal się wzdrygając, gdy wyciągnął do niej rękę na powitanie.

– Jestem Wally Figg.

Od razu mu się spodobała. Ładne opakowanie. Miała metr siedemdziesiąt, krótkie, ciemnorude włosy, piwne oczy za eleganckimi, drogimi oprawkami, była szczupła i dobrze ubrana. Odwrócił się i wskazał zaśmiecony stół. Za nim stała pod ścianą stara skórzana kanapa, a na niej siedział David Zinc, martwy dla świata, znów pogrążony w pijackiej drzemce. Prawa nogawka jego spodni była rozdarta – widać było niewielką ranę po zamieszaniu z wypadkiem samochodowym i jego skutkami – poza tym wyglądało na to, że jest cały.

Helen podeszła bliżej i mu się przyjrzała.

– Jest pan pewny, że on żyje? – zapytała.

– Och tak, i to bardzo. Wdał się w niewielką awanturę przy wypadku samochodowym i rozdarł spodnie.

– Awanturę?

– No tak, z facetem o nazwisku Gholston. To gnida z przeciwka, który próbował podprowadzić nam klientów po sporym wypadku, a ten oto David odpędził go kawałkiem metalu. I w jakiś sposób rozdarł spodnie.

Helen, która miała dość przeżyć jak na jeden dzień, pokręciła głową.

– Może napije się pani czegoś? Kawy, wody, szkockiej?

– Nie piję alkoholu.

Wally popatrzył na nią, potem na Davida i znowu na nią. To musi być przedziwne małżeństwo, pomyślał.

– Ja również – powiedział z dumą. – Jest świeża kawa. Zaparzyłem ją dla Davida. Wypił dwa kubki, zanim się zdrzemnął.

– Tak, poproszę – powiedziała.

Pili kawę i rozmawiali cicho przy stole.

– Wiem tylko – mówił Wally – że kiedy szedł do pracy, wskoczył do windy jadącej na dół. Przeżył coś w rodzaju załamania, wyszedł z budynku i wylądował w barze, gdzie pił przez cały dzień.

– Tego się domyśliłam. Ale jakim cudem trafił tutaj?

– Tak daleko nie dotarłem, ale muszę pani coś powiedzieć, Helen. David twierdzi, że tam nie wróci, mówi, że chce zostać tutaj i tu pracować.

Helen nie potrafiła powstrzymać się od rozejrzenia po wielkim, zagraconym pokoju. Trudno było wyobrazić sobie miejsce, które dosadniej świadczyłoby o tym, jak kiepskie interesy się tu robi.

– To pański pies? – zapytała.

– To AC, pies firmowy. Mieszka tutaj.

– Ilu prawników zatrudnia pańska firma?

– Tylko dwóch. To taki adwokacki butik. Jestem młodszym wspólnikiem. Oscar Finley jest starszym.

– A czym David miałby się tutaj zajmować?

– Specjalizujemy się w odszkodowaniach za uszkodzenie ciała i spowodowanie śmierci.

– Jak ci wszyscy faceci reklamujący się w telewizji?

– Nas nie ma w telewizji – powiedział Wally z udawanym zadowoleniem. Gdyby tylko znała prawdę! Przez cały czas pracował nad scenariuszami. Kłócił się z Oscarem o wydawanie pieniędzy. Patrzył z zawiścią, jak inni adwokaci zapełniają eter reklamami, które jego zdaniem prawie zawsze były bardzo kiepskie. Najbardziej jednak bolało go, gdy wyobrażał sobie wszystkie stracone honoraria, sprawy, które przechodziły im koło nosa, bo jacyś mniej zdolni prawnicy podejmowali ryzyko i wydawali forsę na reklamę w telewizji.

David wydał gulgoczący dźwięk, zaraz potem zachrapał głośno i choć trochę hałasował, nic nie świadczyło o tym, że odzyskuje przytomność.

– Czy pańskim zdaniem rano będzie coś z tego pamiętał? – zapytała Helen, marszcząc czoło i patrząc na męża.

– Trudno powiedzieć – odrzekł Wally. Jego romans z alkoholem był długi i paskudny, spędził wiele poranków, usiłując sobie przypomnieć, co się działo wcześniej. Upił łyk kawy. – Proszę posłuchać, to naprawdę nie moja sprawa i tak dalej, ale czy on często robi coś takiego? Upierał się, że chce tutaj pracować, więc tak na wszelki wypadek chciałbym wiedzieć, czy ma problem z piciem?

– Generalnie pije bardzo niewiele. I nigdy nie pił. Czasami, na jakimś przyjęciu, ale on za ciężko pracuje, żeby dużo pić. A ponieważ ja nie tykam alkoholu, nie mamy go w domu.

– Byłem po prostu ciekawy. Sam miałem z tym problemy.

– Współczuję.

– Nie ma sprawy. Jestem trzeźwy od sześćdziesięciu dni.

To nie tyle zrobiło wrażenie na Helen, ile ją zaniepokoiło.

Wally nadal zmagał się z alkoholizmem, a do zwycięstwa było jeszcze bardzo daleko. Nagle ta rozmowa zaczęła ją męczyć.

– Chyba powinnam zabrać go do domu.

– Tak, chyba tak. Może też zostać tu na noc z psem.

– Na to właśnie zasługuje, moim zdaniem. Powinien obudzić się rano na tej kanapie, nadal w ubraniu, z bólem głowy, mdłościami i obłożonym językiem, nie mając pojęcia, gdzie jest. To by mu dobrze zrobiło, prawda?

– Prawda, ale nie chciałbym znowu po nim sprzątać.

– On już…

– Dwa razy. Raz na ganku i raz w ubikacji.

– Przepraszam za niego.

– Nie ma o czym mówić. Lepiej jednak byłoby mu w domu.

– Wiem. Podnieśmy go.

***

Kiedy David się obudził, zaczął gawędzić przyjaźnie z żoną, jakby nic się nie stało. Bez niczyjej pomocy wyszedł z kancelarii, zszedł po schodach i wsiadł do samochodu. Długo i głośno żegnał się z Wallym, dziękując mu wylewnie, i nawet zaofiarował się, że poprowadzi samochód, jednak Helen się na to nie zgodziła. Wyjechali z Preston i skierowali się na północ.

Przez pięć minut panowało milczenie. Potem Helen zaczęła jakby od niechcenia:

– Posłuchaj, chyba wiem już o wszystkich najważniejszych rzeczach, ale kilka szczegółów bardzo by mi pomogło. Gdzie był ten bar?

– U Abnera. Kilka przecznic od biura. – David siedział zgarbiony, postawił kołnierz płaszcza, zakrywając nim uszy.

– Byłeś tam wcześniej?

– Nie. Ale to świetne miejsce. Zabiorę cię tam kiedyś.

– Jasne. Dlaczego nie jutro? O której godzinie zaszedłeś do tego Abnera?

– Między siódmą trzydzieści a ósmą. Uciekłem z biura, przebiegłem kilka przecznic i trafiłem do Abnera.

– I zacząłeś pić?

– O tak.

– Pamiętasz, co w siebie wlałeś?

– Poczekaj, zastanówmy się… – Próbował sobie przypomnieć. – Na śniadanie były cztery Krwawe Mary, które są specjalnością Abnera. Naprawdę dobre. Potem zjadłem talerz krążków cebulowych i popiłem je kilkoma piwami. Zjawiła się pani Spence i wypiłem dwa koktajle Pearl Harbor. Już nigdy nie wezmę tego do ust.

– Pani Spence?

– Aha. Przychodzi każdego dnia, zajmuje ten sam stołek, pije to samo i wszystko robi tak samo.

– Polubiłeś ją?

– Uwielbiam ją. Bardzo milutka, gorący towar.

– Rozumiem. Jest mężatką?

– Nie, wdową. Ma dziewięćdziesiąt cztery lata i kilka miliardów na koncie.

– Jakieś inne kobiety?

 

– Och nie, tylko pani Spence. Wyszła mniej więcej w południe i, hm… pomyślmy… Zjadłem burgera z frytkami na lunch, potem wróciłem do piwa, a potem w którymś momencie się zdrzemnąłem.

– Film ci się urwał?

– Jak zwał, tak zwał.

Zapadło milczenie, gdy Helen prowadziła, a David wpatrywał się w przednią szybę.

– A jak trafiłeś z baru do tamtej kancelarii adwokackiej?

– Taksówką. Zapłaciłem gościowi czterdzieści dolców.

– Gdzie wsiadłeś do tej taksówki?

Cisza.

– Nie pamiętam.

– Więc mamy jakiś postęp. Najważniejsze pytanie brzmi jednak: jak znalazłeś kancelarię Finleya i Figga?

David zaczął kręcić głową, gdy się nad tym zastanawiał. Wreszcie wyznał:

– Nie mam pojęcia.

Tyle jeszcze należało omówić. Picie – czy to może stać się problemem? Mimo tego, co powiedziała Wally’emu. Rogan Rothberg – czy David tam wróci? Czy powinna powiedzieć mu o ultimatum Roya Bartona? Finley i Figg – myśli o tym poważnie? Helen miała dużo do przemyślenia, dużo do powiedzenia, długą listę skarg, ale jednocześnie nie potrafiła stłumić rozbawienia. Nigdy jeszcze nie widziała męża tak nawalonego, a fakt, że uciekł z biurowca w śródmieściu i wylądował gdzieś na wygwizdowie, niedługo stanie się rodzinną anegdotą, a nawet legendą. Jest bezpieczny, a to najważniejsze. I prawdopodobnie nie zwariował. Z załamaniem można sobie poradzić.

– Mam jedno pytanie – odezwał się, przymykając oczy, bo powieki miał coraz cięższe.

– Ja mam mnóstwo pytań – mruknęła Helen.

– Tego jestem pewny, ale nie chcę teraz o tym rozmawiać. Zostawmy to sobie na jutro, kiedy wytrzeźwieję, dobrze? Szarpanie mnie teraz, kiedy jestem pijany, byłoby nie fair.

– Na to mogę się zgodzić. Jak brzmi twoje pytanie?

– Czy jakimś zbiegiem okoliczności twoi rodzice są teraz u nas w domu?

– Tak. Są u nas od jakiegoś czasu. Bardzo się martwią.

– Jakie to miłe. Nie wejdę do domu, dopóki będą tam twoi rodzice, chwytasz? Nie chcę, żeby widzieli mnie w takim stanie. Jasne?

– Oni cię kochają, Davidzie. Wszystkich nas wystraszyłeś.

– Dlaczego wszyscy tak się boją? Dwa razy wysłałem ci wiadomość i powiadomiłem, że nic mi nie jest. Wiedziałaś, że żyję. Z jakiego powodu cała ta panika?

– Nie zaczynaj ze mną.

– No więc miałem zły dzień, co w tym takiego dziwnego?

– Zły dzień?

– Właściwie to był bardzo dobry dzień, kiedy teraz o tym pomyślę.

– Może pokłócimy się jutro, Davidzie? Czy nie o to właśnie prosiłeś?

– Tak, ale nie wysiądę z samochodu, dopóki oni nie wyjdą. Proszę.

Jechali autostradą Stevenson, ruch się nasilił. Przez resztę drogi milczeli. David bardzo starał się nie usnąć. Helen wzięła w końcu telefon i zadzwoniła do rodziców.