Saga rodu Forsyte`ów.Tom 3

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Saga rodu Forsyte`ów.Tom 3
Przebudzenie. Do wynajęcia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,95  49,56 
Przebudzenie. Do wynajęcia
Audio
Przebudzenie. Do wynajęcia
Audiobook
Czyta Konrad Biel
29,95  21,26 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

OJCZYSTE WRZOSY

W ojczystych wrzosach stanął stopą

A imię jego – Val Dartie

W takim to mniej więcej nastroju wyruszał wczesnym rankiem tegoż czwartku Val Dartie (liczący już sobie czterdziestkę) ze swej posiadłości – starego dworku w północnej części wzgórz Sussexu17. Celem jego wyprawy było Newmarket, gdzie nie zdarzyło mu się być od jesieni roku 1899, kiedy to wykradł się z Oksfordu do Cambridgeshire. W drzwiach przystanął, aby ucałować żonę i wetknąć w kieszeń marynarki manierkę z porto.

– Nie forsuj nogi, Val, i nie hulaj za bardzo!

Gdy przycisnęła się do jego piersi i spojrzała mu w oczy, Val czuł, że nie ma potrzeby obawiać się o jego nogę ani też o jego kieszeń. Postanowił, że będzie zachowywał się przyzwoicie. Holly miała zawsze rację – leżało to już w jej naturze. Nie wydawało mu się rzeczą tak osobliwą, jakby to się wydawać mogło komu innemu, że on – w którego żyłach, przynajmniej w połowie, płynęła krew Dartiego – był tak przykładnie wierny swej młodej ciotecznej siostrze w ciągu dwudziestu lat, to jest od czasu, kiedy ją w tak romantyczny sposób poślubił jeszcze za czasów wojny burskiej. Wierny, bez cienia bądź nudy, bądź poświęcenia – Holly była tak żywa i zręcznie zachowywała odmienny niż on styl życia. Ze względu na swe kuzynostwo postanowili, a raczej Holly postanowiła nie mieć dzieci, więc chociaż cera jej utraciła nieco świeżości, jednak pozostała jej dawna uroda, dawna smukłość kibici i ciemna barwa włosów. Val szczególnie podziwiał jej własne życie, równoległe do tego, które wiodła wespół z nim, z każdym rokiem coraz lepiej jeżdżąc konno. Zajmowała się nadal muzyką, mnóstwo czytała – poezje, powieści i różne tym podobne. Gdy gospodarowali na swojej farmie w Kraju Przylądkowym, zajmowała się w nadzwyczajny sposób wszystkimi murzyńskimi dziećmi i kobietami. Była naprawdę mądra, ale nie obnosiła się z tym i nie wydawała się wcale „nadęta”. Val, choć nie odznaczał się zbytnią skromnością, doszedł jednak do przekonania, że żona góruje nad nim, i nie czuł zawiści – co było jakby dowodem hołdu. Warto nadmienić, że nigdy nie spojrzał na Holly tak, by ona o tym nie wiedziała, natomiast ona często przyglądała mu się niepostrzeżenie.

Pomimo że miała jechać razem z nim na stację, by zabrać samochód do domu, ucałował ją na ganku, ponieważ nie wypadało całować jej na peronie. Spalony słońcem i pomarszczony na skutek klimatu krajów kolonialnych oraz zawodów wiążących się z jego namiętnością – końmi, utykający na nogę, która ucierpiawszy w czasie wojny burskiej, w czasie następnej wojny ocaliła mu przypuszczalnie życie – Val niemal się nie zmienił od okresu konkurów. Uśmiech jego zawsze był jednakowo szczery i czarujący, rzęsy bodajże zgęstniały i pociemniały, a pod nimi lśniły, jak dawniej, szare przymrużone oczy; tylko piegi stały się wyraźniejsze, a włosy na skroniach trochę posiwiały. Robił wrażenie człowieka, który w swoim czasie wiódł ruchliwe „koniarskie” życie w gorącym klimacie.

Ostro skręcając koło bramy, zapytał:

– Kiedy przyjeżdża mały Jon?

– Dzisiaj.

– Czy może chciałabyś co dla niego? Mógłbym przywieźć w sobotę.

– Nie. Ale mógłbyś przyjechać tym samym pociągiem co Fleur, o pierwszej czterdzieści.

Val „popuścił cugli” fordowi; prowadził zawsze jak człowiek nieobeznany z okolicą, a zmuszony jechać kiepską drogą, który nie uznaje kompromisów i za każdym wybojem spodziewa się przejechać na tamten świat.

– To rezolutna młoda kobietka – stwierdził. – Zauważyłaś to?

– Tak – odpowiedziała Holly.

– Wuj Soames i twój ojciec… dziwnie się to ułożyło, prawda?

– Ona nie będzie o tym wiedziała, on także, a oczywiście nie trzeba o niczym mówić. To tylko pięć dni, Val.

– Dyskrecja zapewniona! Zgoda!

Jeśli Holly uważała, że to niczym nie grozi, musiało tak być istotnie. Rzuciwszy na niego filuternie wzrokiem, powiedziała:

– Czy zauważyłeś, jak ona się ładnie wprosiła?

– Nie!

– A tak… Co ty o niej sądzisz, Val?

– Ładna i inteligentna, ale jak weźmie na kieł, gotowa dopiąć swego za wszelką cenę.

– Ciekawam – szepnęła Holly – czy ona należy do gatunku nowoczesnych panien. Człowiekowi aż się mdło robi, kiedy wejdzie w to towarzystwo.

– Tobie także? Ty przecież tak prędko potrafisz się dostroić do każdego tonu.

Holly wsunęła rękę do kieszeni żakiecika.

– I każdego przenikasz na wylot! – dodał Val ośmielony. – A co myślisz o tym Belgu, panu Profondzie?

– Zdaje mi się, że to dość nieszkodliwe licho.

Val ukazał zęby w uśmiechu.

– Mnie się on wydaje, jak na przyjaciela rodziny, dość osobliwą figurą. Prawda, że w naszej rodzinie nie brak i innych osobliwości… Wuj Soames ożenił się z Francuzką, a twój ojciec z pierwszą żoną Soamesa. Nasi pradziadowie w grobach by się przewrócili!

– Nie tylko nasi, mój drogi.

– Ta maszyna – rzekł nagle Val – już jest do niczego. Utyka na zadnie nogi, gdy jedzie pod górę. Jeżeli mam w ogóle zdążyć na ten pociąg, muszę ją na stoku puścić na łeb na szyję.

Zamiłowanie do koni nie pozwalało mu nigdy obdarzać prawdziwą sympatią samochodu, a ford pod jego ręką chodził zawsze wyraźnie gorzej, niż gdy go prowadziła Holly. Na pociąg jednak zdążył.

– Uważaj, gdy będziesz wracała do domu; gotów cię jeszcze zrzucić. Do widzenia, kochanie!

– Do widzenia! – zawołała Holly, przesyłając mu całusa dłonią.

Siedząc w pociągu, Val przez kwadrans wahał się pomiędzy myślami o Holly, porannym wydaniem gazety, widokiem słonecznego dnia i mętnym wspomnieniem Newmarket, aż na koniec utonął w zawiłościach małej kwadratowej książeczki pełnej imion, rodowodów, głównych pni genealogicznych oraz notatek o budowie i zewnętrznych cechach koni. Forsyte’owska strona jego natury skłonna była trzymać się hodowli i jakiejś określonej krwi i dotąd udało mu się poskramiać w sobie rwącą się do lekkomyślnych zmian naturę Dartiech. Wróciwszy do Anglii po korzystnej sprzedaży farmy i stadniny w Afryce Południowej, Val stwierdził, że słońce tu rzadko świeci, i powiedział sobie w duchu: „Muszę się koniecznie czymś zająć, bo inaczej ten kraj przyprawi mnie o melancholię. Polowanie mi nie wystarczy, trzeba się wziąć do hodowli i ujeżdżania koni”. Dzięki owej nadprogramowej odrobinie sprytu i zdecydowania, jaką nadał mu długi pobyt w nowym kraju, Val łatwo dostrzegł słaby punkt nowoczesnej hodowli. Moda i wysoka cena miały na wszystkich wpływ hipnotyczny, on zaś będzie kupować wedle tego, jak koń wygląda – do diabła z rodowodami! Tymczasem i jego zaczął już niemal hipnotyzować prestiż pewnych właściwości krwi! W tym przeklętym klimacie – myślał na pół świadomie – coś zmusza człowieka do kręcenia się w kółko! W każdym razie muszę zdobyć jakąś szkapkę po Mayfly.

W tym nastroju dotarł do wymarzonej mekki. Był to jeden z tych cichych placów wyścigowych odpowiednich dla ludzi, którzy chcą patrzeć na konie, a nie na gęby bukmacherów. Val był mu wierny. Dwadzieścia lat życia w koloniach pozbawiło go poloru młodej elegancji, w której się wychował, lecz nie owej istotnej ogłady cechującej miłośnika i znawcę koni, oraz sprawiło, że z ukosa i nieco jadowitym wzrokiem spoglądał na „idiotyczne he-he-he”, jak mówił, pewnych Anglików i „papuzie bajdurzenie” niektórych Angielek. Holly była zupełnie inna, a Holly była dla niego ideałem kobiety. Spostrzegawczy, bystry i pomysłowy, Val przystąpił, nie zwlekając, do transakcji, w której w grę wchodził koń oraz napitek, i bliski już był zdobycia jakiejś źrebiczki po Mayfly, gdy tuż przy sobie usłyszał powolny głos:

– A, pan Val Dartie? Jak się miewa żona? Spodziewam się, że dobrze…

Obok niego stał Belg, którego spotkał u swej siostry Imogeny.

– Prosper Profond… Poznałem pana na lunchu – ciągnął ów głos.

– Dzień dobry. Jak się pan miewa? – mruknął Val.

– Doskonale – odparł monsieur Profond, uśmiechając się z wyrazem pewnej specyficznej powolnej miękkości. Holly nazwała go „nieszkodliwym lichem”. Istotnie, z tą ciemną, ostro przyciętą brodą miał w sobie coś diabelskiego – jednak był to diabeł nieco ospały, jowialny, o pięknych, nadspodziewanie inteligentnych oczach.

– Oto ktoś, kto pragnie pana poznać… Pański kuzyn, pan Jerzy Forsyte.

Val ujrzał ogromną postać, starannie wygoloną, ciężką twarz, nieco posępną, mimo błysków sardonicznego humoru kryjących się w głębi wypukłych szarych oczu. Twarz tę jak przez mgłę przypominał sobie z dawnych czasów, kiedy wraz z ojcem stołował się w klubie Iseeum.

– Nieraz z pańskim ojcem uczęszczałem na wyścigi – mówił Jerzy. – I cóż z pańską stadniną? Nie miałby pan ochoty kupić której z moich szkapek?

Val uśmiechnął się, chcąc ukryć nagłą myśl, że zachwiane zostały same fundamenty hodowli. Ci ludzie nie dowierzali niczemu, nawet koniom. Jerzy Forsyte, Prosper Profond! Sam diabeł nie był bardziej pozbawiony wszelkich złudzeń jak ci dwaj.

– Nie wiedziałem, że pan interesuje się wyścigami – zwrócił się do Profonda.

– Bo też się nie interesuję. Nic mnie to nie obchodzi. Zajmuję się jachtingiem. Ale i jachty nic mnie nie obchodzą – natomiast lubię spotykać się z przyjaciółmi. Mam tu śniadanko, panie Dartie, takie sobie małe śniadanko, gdyby sobie pan życzył… Niewiele tego, coś tam tylko… w moim samochodziku.

– Dziękuję – odrzekł Val – pan bardzo łaskaw. Przyjdę za kwadrans.

– O, tam… Pan Forsyte też przyjdzie. – I monsieur Profond wskazał w kierunku samochodu palcem dłoni obciągniętej żółtą rękawiczką. – Mój samochodzik… śniadanko.

I ruszył dalej, wymuskany, senny i roztargniony, a za nim postępował Jerzy Forsyte, olbrzymi, wytworny, z drwiącym uśmiechem na ustach.

Val pozostał w miejscu, przyglądając się źrebicy po Mayfly. Jerzy Forsyte – rzeczywiście – był starszym już człowiekiem, ale ten Profond musiał być niemal rówieśnikiem Vala. Val poczuł się niezwykle młody, jak gdyby źrebiczka po Mayfly była zabawką, z której tamci dwaj się śmiali. Zwierzę traciło jakby swój rzeczywisty byt.

 

„Ta mała kobyłka… – zdawało mu się, że słyszy głos monsieur Profonda – i cóż pan w niej widzi? Wszyscy musimy umrzeć!”

A Jerzy Forsyte, kompan jego ojca, jeszcze oddaje się wyścigom! Krew Mayfly… Czy naprawdę jest lepsza od jakiejkolwiek innej? Równie dobrze mógłby tracić pieniądze, hazardując się w inny sposób.

– Nie, u licha! – mruknął nagle. – Jeżeli nie warto hodować koni, to nic nie warto robić. Po cóżem tu przyjechał? Kupię ją!

Cofnął się i począł przyglądać się rojowisku bywalców wyścigowych cisnących się koło bariery. Wymuskane stare dzieciuchy, brzuchate franty, Żydzi, trenerzy mający taką minę, jak gdyby nigdy w życiu nie zdarzyło im się mieć z koniem do czynienia, kobiety tyczkowate, ospałe, terkocące albo też obcesowe i krzykliwe, wreszcie młodzi mężczyźni starający się jak gdyby brać to wszystko poważnie – kilku z nich bez jednej ręki!

Życie tutaj to jedna wielka gra! – pomyślał Val. – Dzwonek jak u ulicznego sprzedawcy, konie biegną, pieniądze przechodzą z rąk do rąk. Znów dzwonek, znów biegi, znów pieniądze wędrują z rąk do rąk.

I zaniepokojony własną filozofią podszedł do bramy przyjrzeć się, jak źrebica po Mayfly idzie kłusa. Szła dobrze, ruszył więc w stronę „samochodziku” Profonda. „Małe” śniadanko było tego rodzaju posiłkiem, o jakim człowiek marzy, ale jaki rzadko mu się trafia. Gdy się z nim uporano, monsieur Profond udał się z Valem na wybieg. Naraz z ust jego padło zaskakujące spostrzeżenie:

– Pańska żona to urocza kobieta!

– Najbardziej urocza kobieta, jaką znam! – potwierdził Val sucho.

– Tak! – podjął monsieur Profond. – Ma bardzo ładną twarz. Uwielbiam ładne kobiety.

Val spojrzał nań podejrzliwie, ale rozbroiła go na chwilę jakaś przyjacielska i bezpośrednia nuta cechująca ociężały satanizm jego rozmówcy.

– Gdyby państwo zechcieli kiedykolwiek przybyć na mój jacht, mógłbym panią przewieźć po morzu.

– Dziękuję – odpowiedział Val, znów mając się na baczności. – Żona nie znosi morza.

– Tak samo i ja! – wyznał monsieur Profond.

– Czemuż więc pan uprawia jachting?

W oczach Belga ukazał się uśmiech.

– Och, naprawdę sam nie wiem! Zajmowałem się już wszystkim. Jacht to ostatnia rzecz, jaką się zajmuję.

– Musi to być piekielnie kosztowne! Chciałbym znać głębsze tego przyczyny.

Monsieur Prosper Profond podniósł wysoko brwi i wydął pełną dolną wargę.

– Jestem człowiekiem wygodnym – odpowiedział.

– Był pan na wojnie? – spytał Val.

– Ta-ak. I tym się zajmowałem. Byłem zatruty gazem, to mało, że niemiłe.

Uśmiechnął się, przybrawszy wyraz głębokiej i sennej błogości, jak gdyby na potwierdzenie, że słusznie nosi swe imię18. Czy wyrażenie „mało niemiłe” zamiast „trochę niemiłe” stanowiło swoistą omyłkę językową, czy też świadczyło o afektacji, tego Val nie potrafił rozstrzygnąć. Ten drab najwidoczniej był zdolny do wszystkiego. Gdy znaleźli się w kole kupców cisnących się dokoła źrebicy po Mayfly, która wygrała swój bieg, monsieur Profond zapytał:

– Pan zamierza stanąć do licytacji?

Val skinął głową. Mając obok siebie tego sennego szatana, stracił wiarę w swe powodzenie. Choć przeciw groźnym ciosom Opatrzności zabezpieczyła go przezorność dziadka, który wyznaczył mu tysiąc funtów rocznej renty – do czego dochodziło tysiąc funtów rocznie wyznaczonych Holly przez jej dziadka – jednak „naruszalnej” gotowizny miał nader skąpo, gdyż większość pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży farmy w Afryce Południowej poszła na zainstalowanie się w Susseksie. Wkrótce też przeszło mu przez głowę: „Bodajby to!… wymyka mi się z rąk!”. Granica, do której mógł się posunąć – sześćset funtów – została przekroczona, wycofał się więc z licytacji. Źrebica po Mayfly poszła pod młotek za siedemset pięćdziesiąt gwinei. Zgryziony tym miał już odejść, gdy tuż nad uchem zabrzmiał mu powolny głos Profonda:

– No, kupiłem tę małą klaczkę, ale mnie ona niepotrzebna, pan będzie łaskaw wziąć ją i podarować swej małżonce.

Val spojrzał na niego, czując nowy przypływ podejrzliwości, jednak oczy Belga miały tak dobroduszny wyraz, że wprost nie sposób było myśleć o obrazie.

– Zarobiłem troszkę pieniędzy na wojnie – zaczął monsieur Profond, odpowiadając na jego spojrzenie. – Miałem udziały w przemyśle zbrojeniowym. Chciałbym wydać te pieniądze. Ja zawsze robię pieniądze, a dla siebie potrzebuję bardzo niewiele. Lubię dzielić się z przyjaciółmi.

– Kupię ją od pana za cenę, jaką pan dał za nią – rzekł Val z nagłą stanowczością.

– Nie! – odparł monsieur Profond. – Pan będzie łaskaw ją zabrać. Mnie ona niepotrzebna.

– Do kata! Przecież nie można…

– Dlaczegóż by nie! – Monsieur Profond się uśmiechnął. – Jestem przyjacielem pańskiej rodziny.

– Siedemset pięćdziesiąt gwinei to nie pudełko cygar! – rzucił Val niecierpliwie.

– Doskonale, zatem będzie u pana na przechowaniu, póki nie zażądam jej zwrotu, i może pan z nią robić, co mu się żywnie podoba.

– Jeśli będzie nadal pańską własnością – odrzekł Val – zgoda!

– A więc wszystko w porządku! – mruknął monsieur Profond i oddalił się.

Val patrzył za nim przez chwilę. Może istotnie to nieszkodliwe licho, a może i nie. Dostrzegł jeszcze, że Belg podszedł znów do Jerzego Forsyte’a, potem stracił go z oczu.

Noce w okresie wyścigów Val spędzał u swej matki na Green Street.

Winifreda, jak na sześćdziesiąt dwa lata życia, była pysznie zakonserwowana, jeśli wziąć pod uwagę trzydzieści trzy lata, przez które musiała znosić Montague’a Dartiego, póki – niemal szczęśliwym zbiegiem okoliczności – nie przyniosły jej wybawienia pewne schody we Francji. Wielką radość sprawiły jej po tak długiej rozłące powrót ukochanego syna z Afryki Południowej, fakt, że tak mało się zmienił, oraz serdeczna sympatia, jaką powzięła do jego żony. Winifreda, która w ósmym dziesiątku zeszłego stulecia, przed swym zamążpójściem, szła w awangardzie swobody, mody i zabawy, przyznała, że młodość jej była niczym w porównaniu z życiem dzisiejszych „pannic”. Te, na przykład, zdawały się uważać małżeństwo za kwestię przypadku i Winifreda żałowała czasem, że nie postępowała tak samo; drugi, trzeci czy czwarty przypadek przyniósłby jej pewno na koniec męża nie tak rażąco rozmiłowanego w kieliszku. Sprawiedliwość kazała jednak przyznać, że bądź co bądź, miała dzięki niemu Vala, Imogenę, Maud i Benedykta (ten był już prawie pułkownikiem, a wojna nie wyrządziła mu krzywdy), przy tym żadne z dzieci, jak dotąd, nie myślało o rozwodzie. Stateczność jej dzieci nieraz zdumiewała tych, którzy pamiętali ojca, ale Winifreda myślała z przyjemnością, że byli to Forsyte’owie z krwi i kości, a przy tym – z wyjątkiem jednej może Imogeny – podobni do matki. Natomiast Fleur, „dziewczątko” jej brata, wprawiała Winifredę w szczere zakłopotanie. Dziecko to było równie żywe i przedsiębiorcze, jak wszystkie młode, nowoczesne kobiety. „To zupełnie mały płomyczek na wietrze” – wyraził się pewnego razu po obiedzie Prosper Profond, ale nie zachowywała się tak hałaśliwie i nie przemawiała podniesionym głosem. Uparty forsytyzm w charakterze samej Winifredy instynktownie wzdragał się przed nawyczkami nowoczesnej panny i jej hasłem: „Nie liczyć się z niczym! Trwońmy wszystko, jutro będziemy bankrutami!”. Za dodatni rys w charakterze Fleur uznawała to, że ilekroć zależało jej na czymś, nie ustawała, póki celu nie osiągnęła, choć naturalnie była za młoda, by uświadomić sobie, co z tego wyniknie. Poza tym dziecko to było „bardzo miłym maleństwem”, które dzięki francuskiemu smakowi i zdolności ubierania się, odziedziczonym po matce, zdobywało sobie powszechne uznanie. Wszyscy oglądali się za Fleur – co wiele jej dodawało w oczach Winifredy, miłośniczki dobrego stylu i dystynkcji, której niedostatek tak ją boleśnie zraził do Montague’a Dartiego.

Rozmawiając z Valem przy śniadaniu w sobotni poranek, Winifreda rozwodziła się dłużej nad sprawami rodzinnymi.

– O tamtej starej jak świat historii twojego teścia i ciotki Ireny, Valu, Fleur naturalnie nie powinna nic wiedzieć. Narobiłoby to tylko niepotrzebnego zamętu. Wuj Soames jest szczególnie drażliwy na tym punkcie. Bądź więc ostrożny.

– Tak! Ale położenie jest piekielnie głupie… Młody brat przyrodni Holly przyjeżdża do nas na dłuższy czas, chcąc uczyć się „gospodarowania”. Już tam jest.

– Och! – powiedziała Winifreda. – To fatalnie! A jakiż on jest?

– Widziałem go tylko raz, jeszcze w roku tysiąc dziewięćset dziewiątym, gdyśmy odwiedzili Robin Hill. Był wtedy małym, wesołym brzdącem, chodził nago i malował się w niebieskie i żółte pasy.

Wcale miły! – pomyślała Winifreda i dodała tonem pocieszającym:

– W każdym razie Holly jest rozsądna i będzie wiedziała, jak postępować. Wujowi nic nie powiem, boby go to tylko rozdrażniło. Bardzo się cieszę, że na stare lata mam cię znowu blisko, mój chłopcze.

– Stare lata! Coś podobnego! Jesteś młoda jak zawsze, mamo! Aha, czy ten Profond to przyzwoity człowiek?

– Prosper Profond! Och, to najzabawniejszy człowiek, jakiego zdarzyło mi się spotkać w życiu!

Val chrząknął i opowiedział całe zdarzenie ze źrebicą po Mayfly.

– Tak, to do niego podobne! – mruknęła Winifreda. – On jest zdolny do wszystkiego.

– No tak – odrzekł Val przebiegle – ale nasza rodzina nie miała zbytniego szczęścia do tego typu ptaszków. Jak dla nas to zbyt lekki kaliber.

Było to prawdą, więc Winifreda przez całą minutę trwała w melancholijnej zadumie, nim odpowiedziała:

– No, no! Przecież to cudzoziemiec, Valu. Trzeba trochę pobłażliwości!

– Dobrze, będę więc korzystał z jego klaczy, ale postaram mu się jakoś zrewanżować.

Niedługo potem pożegnał się z matką i, pożegnany jej pocałunkiem, porzucił ją dla swego bukmachera, klubu Iseeum i dworca Victoria Station.

17 Wzgórza Sussexu – mowa o paśmie wapiennych wzgórz w południowej Anglii; dalej w tekście nazywane są one po prostu wzgórzami.

18 Prosper (ang.) – pomyślny, cieszący się powodzeniem.

JON

Pani Dartie, żona Vala, spędziwszy dwadzieścia lat w Afryce Południowej, zakochała się głęboko – na szczęście w czymś, co mogła posiadać. Przedmiotem jej miłości stał się bowiem widok roztaczający się przed jej oknami – zielone wzgórza jaśniejące w chłodnym, przezroczystym powietrzu. Nareszcie oglądała znów Anglię! I to Anglię piękniejszą od tej, którą widziała w marzeniach. Doprawdy, szczęśliwa gwiazda przywiodła państwa Dartie w ten zakątek, gdzie oświetlone blaskiem słońca wzgórza pełne są prawdziwego czaru. Holly w wystarczającym stopniu była córką swego ojca, by oko jej umiało ocenić niezwykłość ich konturu i lśniącą biel wapienia. Rozkoszy, jaką dla niej stanowiło wspinanie się po biegnącej parowem ścieżynie i wałęsanie się w stronę Chanctonbury lub Amberley, prawie nie starała się dzielić z Valem, u którego podziw dla natury łączył się z forsyte’owskim instynktem praktycznej korzyści, choćby takiej jak zyskanie terenu na trenowanie koni.

Wracając do domu i z pewną pobłażliwością prowadząc forda, Holly obiecywała sobie w duchu, że natychmiast po przybyciu Jona weźmie go w tamte strony i pokaże mu ów widok w blaskach majowego słońca.

Oczekiwała swego młodego przyrodniego brata pełna macierzyńskich uczuć, których nie wyczerpywała miłość do Vala. Trzydniowy pobyt w Robin Hill wkrótce po powrocie do kraju nie dał jej możności przyjrzenia się chłopcu, który był wówczas w szkole, toteż, podobnie jak Val, pamiętała go jako małego jasnowłosego chłopaka umalowanego w żółte i niebieskie pręgi i stojącego nad sadzawką.

Owe trzy dni spędzone w Robin Hill były drażniące, posępne i kłopotliwe. Wspomnienia o zmarłym bracie, wspomnienia z okresu starań Vala o jej rękę, niewidziany od lat dwudziestu, postarzały ojciec i jakiś żałobny rys w jego ironicznej łagodności, niemogący ujść oku bardziej subtelnego obserwatora, nade wszystko zaś obecność macochy, którą Holly ledwie pamiętała jako „szarą panią” z tych czasów, kiedy sama była małym dzieckiem, kiedy żył dziadek i gdy mademoiselle Beauce tak się dąsała o to, że ta „obca” uczyła ją muzyki – wszystko to niepokoiło i dręczyło duszę stęsknioną za dawnym, niezmąconym obrazem domu w Robin Hill. Jednak Holly umiała ukryć swe myśli, toteż na pozór wszystko szło jak najlepiej.

 

Gdy ojciec całował ją na pożegnanie, czuła z całą pewnością, że drżą mu wargi.

– No, moja droga – powiedział – zdaje mi się, że wojna nie odmieniła Robin Hill? O, gdybyś tylko mogła przywieźć ze sobą Jolly’ego! Pozwól, że cię spytam: czy znosisz te spirytualistyczne wybiegi? Ja się obawiam, że gdy dąb zamiera, to już zamiera na dobre.

Ciepły uścisk uprzytomnił mu widocznie, że się zdradził, gdyż zaraz dosiadł konika ironii.

– Spirytualizm to cudaczne słowo: im bardziej ludzie przy nim obstają, tym silniejszy dają dowód, jak bardzo są we władzy materii.

– Jak to? – zdziwiła się Holly.

– Ano tak! Spojrzyj na fotografię zjawisk astralnych. Zanim sporządzi się fotografię, trzeba mieć jakiś przedmiot materialny, by światło i cień miały na co padać. Ostatecznie skończy się na tym, że zmuszeni będziemy nazwać wszelką materię duchem albo wszelkiego ducha materią… Nie wiem tylko – jedno czy drugie.

– Więc ty nie wierzysz w życie pozagrobowe, tatku?

Jolyon spojrzał na nią, a dziwnie smutna jego twarz wywarła na Holly silne wrażenie.

– Cóż, moja droga, chciałbym ocalić coś od śmierci. Trochę się już w te kwestie zagłębiałem. Lecz w całym moim życiu nie widzę nic, czego by równie dobrze nie wyjaśniały telepatia, zjawiska podświadomości i emanacji – zjawiska należące do bogactw tego świata. A pragnąłbym znaleźć! Pragnienia są zarodkiem myśli, ale nie rodzą rzeczywistości.

Holly powtórnie przycisnęła usta do czoła ojca. Doznała uczucia, że potwierdza to jego teorię o przeistaczaniu się w ducha wszelkiej materii – brwi Jolyona wydawały się przy dotknięciu jakby niematerialne…

Jednak najbardziej przejmującym wspomnieniem z tej krótkiej wizyty było wspomnienie chwili, w której ukradkiem przyglądała się macosze odczytującej list od Jona. Był to – jak orzekła Holly – najpiękniejszy widok, jaki zdarzyło się jej kiedykolwiek oglądać. Irena, całą niejako duszą zatopiona w liście syna, stała przy oknie, gdzie światło padało na jej twarz i na piękne posiwiałe włosy, wargi jej to poruszały się, to rozchylały w uśmiechu, ciemne oczy śmiały się i lśniły radośnie, a lewą rękę przyciskała do piersi. Holly, rozstając się z tą wizją doskonałej miłości, przeświadczona była, że Jon musi być miłym chłopcem.

Zobaczywszy go wychodzącego ze stacji z walizeczką podróżną w każdej ręce, utwierdziła się w tym przeświadczeniu. Przypominał nieco Jolly’ego – owo dawno stracone bożyszcze jej lat dziecięcych – lecz wydawał się żywszy i mniej ceremonialny, oczy miał głębsze, a włosy jaśniejsze – nie nosił bowiem kapelusza; ogółem biorąc, nader interesujący „mały” braciszek!

Starał się usilnie okazać grzeczność, co osobie nawykłej do pełnych tupetu manier młodzieży wydawało się czarujące. Czuł się zakłopotany, że to ona wiezie go do domu, a nie on ją. Czy nie mógłby spróbować? Tak, rzeczywiście w Robin Hill od czasu wojny nie ma samochodu, więc on raz tylko miał sposobność prowadzić – najechał wtedy na skarpę, toteż Holly nie powinna mieć mu za złe tej próby. Śmiech jego, cichy i zaraźliwy, miał w sobie wiele powabu – choć, jak Holly słyszała, słowo to obecnie trąciło myszką. Gdy dojechali do domu, Jon wydobył jakiś pomiętoszony list i wręczył go siostrze. Przeczytała go, podczas gdy się mył. List był zwięzły, lecz napisanie go ojciec musiał okupić niejednym bolesnym skurczem serca.

Moja Droga!

Ufam, iż oboje, Ty i Val, będziecie pamiętać, że Jon nic nie wie o naszej rodzinnej historii. Jego matka i ja uważamy, że jest jeszcze na to za młody. To kochany chłopak i jej oczko w głowie. Verbum sapientibus19.

Twój kochający ojciec

J.F.

To było wszystko, lecz w myślach Holly wzbudziło to przykrą świadomość rychłego przyjazdu Fleur.

Po podwieczorku wywiązała się z danego sobie przyrzeczenia i poszła z Jonem na szczyt wzgórza. Przysiedli ponad wapiennym kamieniołomem zarosłym ożyną i agrestem i rozpoczęli długą gawędę. Krzyżownice i przylaszczki niby roje gwiazd usiały zielone zbocze, dzwoniły skowronki, drozdy poświstywały w krzewinach, a od czasu do czasu jakaś mewa lecąca w głąb lądu kołowała po niebie, odcinając się śnieżną bielą na tle blednącego błękitu, na którym wschodzić właśnie począł nieśmiały księżyc. Zewsząd napływały rozkoszne wonie, jak gdyby jakieś niewidzialne stworzonka, biegając wokół, wytłaczały balsam ze ździebeł trawy.

Jon, który od dłuższej chwili milczał, odezwał się nieoczekiwanie:

– Powiadam ci, tu jest cudownie! Nigdzie ani kawałka uprawnej ziemi! Przelot rybitwy i zberczące dzwonki owiec…

– Przelot rybitwy i zberczące dzwonki owiec!… Z ciebie poeta, mój drogi!

Jon westchnął.

– Ach, Holly! Nie idzie mi to jakoś!

– Spróbuj! Ja próbowałam w twoim wieku.

– Próbowałaś? Mama też mówi: „próbuj”, ale ja taki jestem do niczego! Czy mogłabyś mi pokazać któryś ze swych utworów?

– Mój drogi – szepnęła Holly – jestem zamężna od dziewiętnastu lat. A wiersze pisałam wtedy, gdy się dopiero wybierałam za mąż.

– Aha! – powiedział Jon i odwrócił twarz, a Holly dostrzegła, że jeden jego widoczny policzek pokrył się czarującym rumieńcem.

Czyżby Jon był już „ruszony wiatrem”, jak się wyrażał Val? Już? Tak wcześnie? Ale jeżeli tak, to nawet lepiej się składa, nie będzie zwracał uwagi na tę małą Fleur. Zresztą w poniedziałek rozpocznie praktykę gospodarską. Na myśl o tym Holly uśmiechnęła się. Czy to Burns20 chodził za pługiem, czy tylko Piotr Oracz21? Sądząc po obfitości zbiorków poetyckich, przeczytanych w Afryce Południowej, a sprowadzanych za pośrednictwem firmy Hatchus i Bumphards, niemal każdy młody mężczyzna oraz większość młodych kobiet czasów dzisiejszych to poeci. Były tam rzeczy wcale, wcale dobre! O wiele lepsze niż sama pisała przed laty! Ale bo też od tego czasu poezja naprawdę poczęła mknąć pędem naprzód – razem z samochodami.

Po kolacji nastąpiła jeszcze jedna dłuższa pogawędka w hallu, przy płonącym na kominku ogniu – po czym, prócz rzeczy naprawdę istotnych, wiedziała już, zdaje się, niemal wszystko o Jonie. Holly pożegnała się z nim u drzwi jego sypialni, sprawdziwszy wpierw dwukrotnie, czy ma wszystko co potrzebne. Rozstając się z nim, miała pewność, że będzie go kochała i że Val też go polubi. Był żywy, ale nie wylewny; pełen zrozumienia, a powściągliwy, gdy szło o niego samego, stanowił typ doskonałego słuchacza. Ojca widocznie kochał, a matkę ubóstwiał. Lubił jazdę konną, wiosłowanie i szermierkę, natomiast mniej gustował w polowaniu. Ratował ćmy lecące w płomień świec i nie znosił pająków, ale ich nie zabijał, tylko zawijał w papier i wynosił za drzwi. Słowem, był naprawdę miły. Idąc spać, myślała, że zraniony cierpiałby straszliwie. Ale któż by miał go zranić?

Tymczasem Jon, nie śpiąc jeszcze, siedział przy oknie nad arkuszem papieru, z ołówkiem w ręku i pisał pierwszy swój „prawdziwy poemat”. Pisał przy świecy, gdyż księżyc, w którego świetle noc zdawała się wykuta w srebrze i wibrująca blaskiem, nie pozwalał dojrzeć, co się pisze. W taką właśnie noc powinna nadejść Fleur, zwrócić ku niemu oczy i poprowadzić – poprzez wzgórza – hen, daleko.

I głęboko marszcząc swe otwarte czoło, Jon stawiał jakieś znaki na papierze, wycierał je, znów pisał – słowem, czynił wszystko co potrzeba do stworzenia dzieła sztuki. Doznawał przy tym takiego uczucia, jakiego doznają zapewne wiatry wiosenne, gdy próbują pierwszych pieśni wśród rozkwitających pąków. Jon był jednym z niewielu chłopców, u których wyniesiona z domu miłość piękna przetrwała dni rutyny szkolnej. Musiał ją, rzecz oczywista, kryć w sobie, tak iż nawet nauczyciel rysunków o niej nie wiedział, lecz żyła ona w nim, nieskalana i wyniosła. Poemat wydał mu się tak kulawy i napuszony, jak uskrzydlona była noc.

Jednakże nie zniszczył go, lecz zachował. Był to wprawdzie „potworek”, lecz jako wyraz tego, co niewyrażalne, zawsze lepsze to niż nic. I z pewnym strapieniem pomyślał: Tego nie mógłbym pokazać mamie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?