Saga rodu Forsyte'ów. Nowoczesna komedia. t.2

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Saga rodu Forsyte\'ów. Nowoczesna komedia. t.2
Nowoczesna komedia. Część 2. Milczące zaloty. Srebrna łyżka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50,85  40,68 
Nowoczesna komedia. Część 2. Milczące zaloty. Srebrna łyżka
Nowoczesna komedia. Część 2. Milczące zaloty. Srebrna łyżka
Audiobook
Czyta Konrad Biel
29,95  21,26 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Z Anną rozmawiali niewiele; było to tak, jak gdyby powrócili do milczenia, które zapadło pomiędzy nimi wtedy, gdy siedzieli w mroku u stóp starej indiańskiej mogiły. Lecz Jon uważnie przyglądał się dziewczynie. Wciąż usiłował pochwycić w jej ciemnych oczach tamto poważne, kuszące spojrzenie. Wydawała mu się coraz bardziej niepodobna do wszystkich dziewcząt, które znał — szybsza, cichsza, posiadająca więcej odwagi. Dnie mijały w promieniach upalnego słońca, a wieczory wśród zapachu dymu z płonącego drzewa. Wakacje Jona dobiegały końca. Umiał już grać na ukulele i wtórując sobie na nim śpiewali razem z Anną pieśni murzyńskie, arie z oper komicznych i inne nieśmiertelne utwory. Nadszedł ostatni dzień pobytu i Jona ogarnął smutek. Jutro wczesnym rankiem wraca do swoich brzoskwiń w Southern Pines! Tego popołudnia, gdy wybrał się z Anną po raz ostatni na konną przejażdżkę, milczenie ich stało się niemal nienaturalne. Prawie nie patrzyła na niego. Jon myślał o wyjeździe z sercem ściśniętym trwogą. Wiedział teraz, że pragnie zabrać ze sobą Annę, lecz sądził, że nie zechciałaby z nim pojechać. Jakże mu będzie brak tych czujnych oczu utkwionych w jego twarzy! Paliło go pragnienie, by ucałować dziewczynę. W ponurym nastroju zszedł ostatniego wieczoru na dół i zasiadł w fotelu przed kominkiem ciągnąc za uszy spaniela i patrząc, jak zmierzch wlewa się do pokoju. Może Anna nie przyjdzie nawet na pożegnalne muzykowanie. Może nic się już nie zdarzy i czeka go tylko obiad, a potem wieczór à trois1. Nie będzie miał nawet okazji wyznać, że ją kocha, i usłyszeć, że ona go nie kocha. I myślał z żalem: „To moja wina — jestem milczący głupiec. Zmarnowałem wszystkie okazje”.

Pokój zasnuwał coraz głębszy mrok, aż wreszcie widać było tylko blask ognia. Spaniel zasnął, Jon także zamknął oczy. W ten sposób było mu jakby łatwiej czekać — na najgorsze. Gdy podniósł powieki, ujrzał przed sobą Annę z dwoma instrumentami w rękach.

— Czy masz ochotę pograć, Jonie?

— Tak — odpowiedział — grajmy. To ostatni raz — i wziął swoje ukulele.

Anna usiadła na dywanie przed kominkiem i zaczęła stroić swoje. Jon zsunął się z fotela, usadowił koło psa i także przystąpił do strojenia instrumentu. Spaniel podniósł się i oddalił.

— Co zaśpiewamy?

— Nie chcę śpiewać, Anno. Ty śpiewaj. Ja tylko będę akompaniował.

Nie patrzyła na niego! Nie chciała na niego patrzeć! To już koniec. Jakimże był głupcem!

Anna śpiewała. Nuciła żałosną frazę — wołanie ponad górami Hiszpanii. Jon uderzał w struny, a melodia ugodziła go w serce. Prześpiewała całą pieśń. Potem zaczęła znów od początku, a oczy jej spoczęły na nim niepostrzeżenie. Boże! Patrzyła na niego! Musiała sobie zdawać sprawę, że on o tym wie. To przeciągłe spojrzenie ciemnych oczu sponad ukulele — szczęście ponad miarę! Oddzielały ich od siebie dwa instrumenty. Upuścił przeklęte ukulele. I nagle, przysunąwszy się ku Annie, objął ją. Bez słowa złożyła mu głowę na ramieniu tak jak wtedy, gdy siedzieli u podnóża indiańskiej mogiły. Nachylił policzek ku włosom dziewczyny. Pachniały sianem, tak jak wtedy. I tak jak wówczas w blasku księżyca, zwróciła ku niemu twarz. Lecz tym razem Jon ucałował jej wargi.

tłumaczył

Tadeusz Jakubowicz

CZĘŚĆ PIERWSZA
I. Cudzoziemiec

Młody człowiek, który w końcu września 1924 roku wysiadł z taksówki na South Square w pobliżu Westminsteru, w tak małym stopniu wyglądał na Amerykanina, że szofer zawahał się nieco, nim zażądał podwójnej zapłaty za kurs. Młodzieniec odmówił bez wahania.

— Pan zapewne nie umie czytać — rzekł łagodnie. — Oto pańskie cztery szylingi.

Po czym odwrócił się i spojrzał na kamienicę, przed którą stali. Ten pierwszy dom angielski, do którego zamierzał wejść, budził w nim pewien niepokój, jak w kimś, kto przypuszcza, że przyjdzie mu się rozstać z duchami rodzinnego domu. Zajrzał do jakiegoś listu, potem sprawdził numer wygrawerowany na mosiężnej tabliczce na drzwiach, szepnął: — To z pewnością tu! — i zadzwonił.

Czekając, aż mu otworzą drzwi, stał wsłuchany w głęboką ciszę, którą nagle przerwało bicie zegara wydzwaniającego godzinę czwartą. Był to jak gdyby głos samego czasu. Z ostatnim uderzeniem drzwi się uchyliły i jakiś mężczyzna, niemal zupełnie łysy, zapytał:

— Czym mogę służyć?

Młodzieniec zdjął miękki kapelusz, spod którego ukazały się ciemne włosy.

— Czy to dom pani Mont?

— Tak jest.

— Czy może pan doręczyć jej mój bilet i ten list?

— „Pan Francis Wilmot, Naseby, Południowa Karolina”. Zechce pan zaczekać tu chwilę, proszę pana.

Wprowadzony do pokoju na prawo, Francis Wilmot dostrzegł, że coś porusza się na podłodze, i poczuł, że czyjeś zęby atakują jego łydkę.

— Dandie! — rozległ się głos łysego mężczyzny. — Ach, ty półdiablę! Ten pies jest niezbyt uprzejmy dla obcych, proszę pana. Leżeć! Sam widziałem, jak przegryzł na wylot jakieś damskie pończochy.

Francis Wilmot spojrzał z ciekawością na srebrnoszarego psa mającego dziesięć cali wysokości i tyleż prawie szerokości, który patrzył błyszczącymi oczami ukazując niezwykle piękne zęby.

— To z powodu dziecka — powiedział łysy mężczyzna wskazując na przypominający gniazdko koszyk stojący na podłodze obok wygasłego kominka. — Rzuca się na ludzi, kiedy dziecko jest w pobliżu. Ale skoro tylko obwącha pańskie spodnie, uspokoi się. Chociaż lepiej małego nie ruszać. Pani Mont była tu przed chwilą. Zaniosę jej zaraz pański bilet.

Francis Wilmot usiadł na kanapce pośrodku pokoju, pies zaś położył się między nim a małym.

Młodzieniec zaczął się rozglądać. Wzdłuż pokoju biegły złotawe panele, sufit był srebrzysty. W jednym kącie stał klawikord, mała złota miniatura fortepianu. Ściany zdobiły kryształowe świeczniki i obrazy: jakieś kwiaty oraz dama o srebrzystej szyi tańcząca w rozwianej szeroko sukni i złotych pantofelkach. Portiery miały odcień złocisto-srebrny. Srebrzystej barwy dywan uginał się niezwykle miękko pod stopami, a meble były ze złoconego drzewa.

Francis doznał nagle uczucia nostalgii. Przypomniał sobie bawialnię starego domu w stylu „kolonialnym”, w zakolu czerwonej rzeki w odludnej okolicy Południowej Karoliny. Widział znów portret pradziada, Francisa Wilmota, w czerwonym mundurze z wysokim kołnierzem, majora wojsk królewskich w wojnie o niepodległość. W domu zawsze mówiono, że portret ten przypominał obraz, który on, Francis, goląc się, widział co rano w lustrze: takie same gładkie ciemne włosy opadające na prawą skroń, wąski nos i usta, wąska, smagła ręka na rękojeści szpady lub — jak u niego — brzytwy, zmrużone, ciemne, badawczo patrzące oczy. Młody Francis widział znów Murzynów pracujących na plantacjach bawełny w słońcu, którego nie widział jeszcze bodaj ani razu od chwili, kiedy przybył do Anglii. Ze swym seterem przechadzał się nad brzegiem moczarów, tam, gdzie festony mchu florydzkiego zdobią wysokie, smętne drzewa. Myślał o dziedzictwie Wilmotów, które uległo ruinie podczas wojny domowej i które dotąd jeszcze, choć cenne, nie dźwignęło się z upadku; myślał także o tym, czy należy nadal o nie walczyć, czy też sprzedać temu Jankesowi, który pragnie spędzać tu weekendy po pracy w porcie Charlestonu i doprowadzi przypuszczalnie posiadłość do stanu takiego rozkwitu, że stanie się wręcz nie do poznania. Francis czułby się tam samotnie teraz, gdy Anna wyszła za mąż za młodego Anglika, Jona Forsyte’a, i wyjechała na północ, do Southern Pines. I myślał o siostrze, dla siebie już straconej, bladej, ciemnowłosej, skupionej i odważnej. Tak, budził w nim nostalgię ten pokój, z którego doskonałością nie mogło mierzyć się nic, co dotąd widział, gdzie jedynym szczegółem psującym harmonię był pies. Leżał teraz na boku, a tak był gruby, że wszystkie cztery krótkie łapki sterczały w powietrzu.

— To najładniejszy pokój, jaki kiedykolwiek w życiu widziałem — szepnął Francis.

— Jakże miło podsłuchać coś podobnego!

Przy drzwiach stała młoda kobieta o mlecznobiałej twarzy okolonej wijącymi się kasztanowatymi włosami; nos miała krótki i prosty, usta uśmiechnięte, a nad ciemnoorzechowymi oczyma trzepotały bardzo białe, o ciemnych rzęsach powieki. Zbliżyła się do niego i podała mu rękę.

Francis Wilmot pochylił się nad nią mówiąc z powagą:

— Pani Mont, wszak prawda?

— Więc Jon ożenił się z pańską siostrą. Czy jest ładna?

— Tak.

— Bardzo?

— Owszem, bardzo.

— Przypuszczam, że mały zabawiał pana?

— O, to już duży chłopaczek.

— Tak. Słyszałam, że Dandie ugryzł pana?

— Sądzę, że nie zadrasnął mi skóry.

— Nawet pan nie sprawdził? Ale on jest zupełnie zdrowy. Proszę usiąść i opowiedzieć mi wszystko o swojej siostrze i Jonie. Czy to dobrane małżeństwo?

Francis Wilmot usiadł.

— Z pewnością tak. Młody Jon to dorodny biały, Anna zaś…

Usłyszał westchnienie.

— Bardzo się cieszę. Pisze mi w liście, że jest ogromnie szczęśliwy. Musi pan zatrzymać się tutaj. Może pan czuć się tu zupełnie swobodnie. Proszę uważać nasz dom za hotel.

Ciemne oczy młodzieńca zabłysły uśmiechem.

— To bardzo uprzejmie z pani strony! Nigdy jeszcze nie byłem po tej stronie oceanu. Wojna zbyt prędko się skończyła.

Fleur wzięła dziecko z jego gniazdka.

— To stworzonko nie gryzie. Widzi pan: dwa zęby, ale oba na górze.

— Jak się nazywa?

— Kit, od Krzysztofa. Na szczęście, oboje zgodziliśmy się na to imię. Michał, mój mąż, wkrótce nadejdzie. Wie pan, on jest członkiem parlamentu. Sesja nie rozpocznie się przed poniedziałkiem — oczywiście, sprawa Irlandii. Właśnie dlatego wróciliśmy wczoraj z Włoch. To cudowny kraj! Musi pan go zwiedzić.

 

— Przepraszam bardzo za to pytanie, czy to zegar na parlamencie tak głośno bije?

— Big Ben, tak. Mierzy im czas. Michał powiada, że parlament to najdoskonalszy ze wszystkich dotąd znanych hamulców postępu. W tym roku sesje były szczególnie interesujące ze względu na nasz pierwszy labourzystowski rząd. Nie uważa pan, że to wzruszające, jak ten pies pilnuje naszego małego? Ma szalenie groźny pysk.

— Jaka to rasa?

— Dandie Dinmont. Mieliśmy przedtem pekińczyka, ale wynikła okropna tragedia. Lubił uganiać się za kotami. I któregoś dnia natknął się na wojowniczego kocura, który rzucił mu się do oczu z pazurami… Zupełnie oślepł…

Młodzieniec ujrzał nagle, że oczy młodej kobiety podejrzanie zabłysły. Odchrząknął z lekka i powiedział łagodnie:

— To bardzo przykre.

— Musiałam zmienić całe urządzenie tego pokoju. Poprzednio był w chińskim stylu i zbyt wiele nasuwał mi wspomnień.

— Ten psiak dałby sobie radę z każdym kotem.

— Na szczęście wychowywał się razem z kociętami. Wzięliśmy go z powodu jego łap: przednie są tak krzywe, że prawie nie może biegać, nadaje się więc doskonale do spacerów z małym. Dan, pokaż łapy!

Dandie spojrzał ku nim w górę, warknięciem wyrażając odmowę.

— Ma okropny charakterek. Niech mi pan powie, jak Jon obecnie wygląda? Czy nie przestał być Anglikiem?

Młodzieniec miał wrażenie, że teraz dopiero zaczyna mówić o tym, co ją istotnie interesuje.

— O, nie. Ale to porządny chłopak.

— A jego matka? Była niegdyś piękna.

— I dziś jeszcze jest piękna.

— Spodziewałam się tego. Przypuszczam, że przez ten czas posiwiała?

— Tak. Pani jej nie lubi?

— No, mam nadzieję, że nie będzie zazdrosna o pańską siostrę!

— Sądzę, że jest pani chyba niesprawiedliwa.

— Chyba jestem niesprawiedliwa.

Fleur siedziała niemal bez ruchu, z głową pochyloną nad dzieckiem, a młodzieniec rozumiejąc, że myśli jej błądzą w jakichś niedostępnych dla niego regionach, wstał.

— Kiedy będzie pan pisał do Jona — podjęła niespodzianie — proszę mu donieść, że jestem ogromnie rada i życzę mu szczęścia. Ja sama nie mam zamiaru pisać do niego. Czy mogę nazywać pana Francisem?

Francis Wilmot skłonił się.

— Będzie to dla mnie wielki zaszczyt, ma’am.

— Tak, ale i pan musi nazywać mnie Fleur. Jesteśmy jakby trochę spowinowaceni, prawda?

Młodzieniec uśmiechnął się i nieśmiało, jakby brzeżkiem warg, powtórzył:

— Fleur! To piękne imię.

— Kiedy pan wróci, Francis, pokój będzie już gotowy. Ma oczywiście oddzielną łazienkę.

Francis dotknął ustami wyciągniętej ręki.

— Cudownie! — rzekł. — Miałem uczucie nostalgii. Brakowało mi tu naszego słońca.

Wychodząc odwrócił się i spojrzał raz jeszcze. Fleur położyła dziecko do koszyka i patrzyła prosto przed siebie.

II. Zmiana

Nie tylko tragedia pieska skłoniła Fleur do przemeblowania chińskiego pokoju. Wróciwszy do domu wieczorem w dwudziestą drugą rocznicę jej urodzin Michał powiedział:

— No, moje dziecko, skończyłem z działalnością wydawniczą. To nie przyszłość dla mnie, współpraca ze starym Danbym, który zawsze ma rację.

— Ależ, Michale, zanudzisz się na śmierć.

— Wejdę do parlamentu. To rzecz zupełnie łatwa. I jedno niemal warte drugiego.

Mówił to żartem. Po sześciu dniach okazało się jednak, że ona potraktowała jego słowa poważnie.

— Miałeś zupełną słuszność, Michale. To w sam raz dla ciebie. Masz mnóstwo pomysłów.

— Cudzych.

— I masz dar wymowy. A mieszkamy tu bardzo wygodnie, tuż obok parlamentu.

— To kosztowna rzecz, Fleur.

— Wiem. Rozmawiałam na ten temat z ojcem. Zabawne: widzisz, żaden z Forsyte’ów nie miał nigdy nic wspólnego z parlamentem. Ale ojciec sądzi, że to będzie dobre dla mnie i że właściwie baroneci do tego tylko są zdatni.

— Na nieszczęście, trzeba najpierw zdobyć mandat.

— Widzisz, sondowałam również i twojego ojca. Pomówi, z kim należy. Tam potrzeba ludzi młodych.

— Ach tak! A jakie są moje przekonania polityczne?

— Mój drogi chłopcze, powinieneś to wiedzieć skończywszy trzydziestkę.

— Nie jestem liberałem. Ale czy skłaniam się ku labourzystom, czy ku torysom?

— Zdążysz się nad tym zastanowić przed następnymi wyborami.

Nazajutrz goląc się — Fleur brała właśnie kąpiel — Michał zaciął się lekko i powiedział:

— Wieś i bezrobocie, oto co mnie naprawdę napełnia troską. Jestem foggartystą.

— Czym?

— Pamiętasz książkę starego sir Jamesa Foggarta? Czytałaś ją przecież.

— Nie.

— W każdym razie tak twierdziłaś.

— Tak robią wszyscy.

— Mniejsza o to. Wzrok sir Jamesa skierowany w przyszłość sięga roku 1944 i zgodnie z tym ułożony jest jego program polityczny. Bezpieczeństwo w powietrzu, problem wsi i emigracja dzieci. Równowaga między popytem i podażą w obrębie Imperium. Koniec naszych kłopotów w Europie. Przetrwanie złej teraźniejszości w imię lepszej przyszłości. W gruncie rzeczy wszystko to, co jest niepopularne i uchodzi za niemożliwe.

— Powinien byś zachować to wszystko przy sobie, póki nie wejdziesz do parlamentu. Będziesz musiał kandydować jako torys.

— Jak ślicznie wyglądasz!

— Kiedy już zdobędziesz mandat, możesz zajmować odrębne stanowisko we wszystkich sprawach. To zapewni ci od razu mocną pozycję.

— Niezły plan! — szepnął Michał.

— Możesz wówczas zacząć głosić ten… ten foggartyzm. Nie ma w nim żadnych szaleństw, prawda?

— Nie, jest aż nadto rozsądny, co właściwie wychodzi na jedno. Widzisz, osiągnęliśmy wyższą skalę zarobków niż jakikolwiek inny kraj z wyjątkiem Ameryki i dominiów. I jakoś nie obniża się ona wcale. W rzeczywistości jesteśmy w tej samej grupie co nowe kraje. Sir James Foggart proponuje, aby zwiększać jak najbardziej produkcję środków żywności w kraju, a jednocześnie wysyłać do kolonii dzieci angielskie, nim ulegną zgubnym wpływom życia miejskiego, i to tak długo, póki w koloniach popyt na towary nie dorówna naszej podaży. Nie będzie tego oczywiście można zrealizować bez naprawdę szczerego współdziałania rządów poszczególnych krajów Imperium.

— To brzmi bardzo rozsądnie.

— Wydaliśmy, jak wiesz, tę książkę, ale na koszt autora. Jegomość z gatunku tych, co to mają „wiarę przenoszącą góry”. Wiary ma istotnie pod dostatkiem, ale góra nie zdradza jakoś wcale chęci poruszenia się.

Fleur wyszła z wanny.

— A więc — powiedziała — rzecz postanowiona. Twój ojciec mówi, że uda mu się przeprowadzić cię jako kandydata torysowskiego, a swoje poglądy możesz zachować na razie dla siebie. Ty potrafisz, Michale, zagrać na ogólnoludzkich strunach.

— Dziękuję, kochanie. Czy mogę ci pomóc przy wycieraniu?… Fleur wstrzymała się jednak z przemeblowaniem chińskiego pokoju do chwili, kiedy Michał zasiadł wygodnie w parlamencie jako poseł z okręgu interesującego się ponoć kwestią rolną. Wybrała coś pośredniego między stylem Adama2 i Ludwika XV. Michał nazwał to „bimetaliczną bawialnią” i przeniósł Białą małpę do swego gabinetu. Uważał, że pesymizm tego stworzenia nie pasuje do działalności politycznej.

Fleur zainaugurowała swój „salon” przyjęciem wydanym w lutym. Po pogromie liberałów dusza towarzystwa wydała ostatnie tchnienie i polityczno­‍-prawna koteria lady Alison przestała się liczyć. Na widownię wchodzili ludzie mniej dystyngowani. Na „środach” Fleur gromadzili się młodzi, starszą generację reprezentował jej teść, dwaj pomniejsi ambasadorowie i Pevensey Blythe, wydawca „Awangardy”. Blythe tak mało miał w sobie z dziennikarza, że brano go zwykle za premiera kolonii. Był to wysoki, brodaty mężczyzna o szarych, przekrwionych oczach; opinie swoje wypowiadał w zdaniach, które mało kto mógł naprawdę zrozumieć. Utarło się powiedzenie: „O tym, co Blythe myśli dziś, partia konserwatywna nie będzie myślała jutro”. Miał cienki głos i używał zazwyczaj formy bezosobowej czasownika.

— Chodzi się jak we śnie — twierdził w odniesieniu do sytuacji politycznej — aby potem obudzić się nago.

Blythe był gorącym zwolennikiem książki sir Jamesa Foggarta, którą charakteryzował jako „arcydzieło niewidomego archanioła”, lubił namiętnie słuchać gry na klawikordzie i w „salonie” Fleur uchodził za nieocenionego.

Wziąwszy rozbrat z poezją i z nowoczesną muzyką, z Sibleyem Swanem, Walterem Nazingiem i Hugonem Solstisem, Fleur znajdowała czas dla swego syna, jedenastego baroneta. Był on dla niej wcieleniem realnego życia. Michał może sobie budować wybiegające poza kres jego życia teorie, a labourzyści mogą żywić nadzieje nowych zdobyczy — dla Fleur rok 1944 oznaczał pełnoletność jedenastego baroneta. Uważała, że nieskończenie ważniejsze od wszystkiego, co w Izbie projektują, lecz czego nie umieją urzeczywistnić, jest to, aby Kit odziedziczył Anglię taką, w której warto będzie żyć. Na przykład wszystkie te projekty budowy nowych domów to rzecz bardzo chwalebna, ale niezbyt potrzebna, skoro Kit może mieszkać w Lippinghall Manor i na South Square w Westminsterze. Fleur nie wygłaszała jednak podobnie cynicznych poglądów, a nawet sama przed sobą nie przyznawała się do nich. Usta jej głosiły prawowiernie chwałę wielkiego bóstwa — Postępu.

Pokój świata, higiena, handel, likwidacja bezrobocia — zajmowały wszystkich niezależnie od przynależności politycznej i Fleur dała się unieść modnemu prądowi. Ale instynkt mówił jej dobitniej niż Michał i sir James Foggart, że popularne wówczas hasło: „Jedz swoje ciastko i zachowaj trochę na później” — stanowiące podstawę wszystkich programów politycznych — nie jest tak „fenomenalnie” zdrowe. Póki Kit ma ciastko, nie potrzeba trapić się zbytnio o resztę, choć, oczywiście, należy to udawać. Krążąc po swym „salonie” — jednemu mówiła to, drugiemu owo, a wszystkim coś miłego — Fleur czarowała swym wdziękiem, giętkością, zdrowym rozsądkiem. Dość często bywała na posiedzeniach Izby i niezbyt pilnie przysłuchiwała się mowom, chwytała jednak za pomocą jak gdyby siódmego zmysłu (jeżeli inne panie z towarzystwa miały sześć zmysłów, Fleur posiadała ich na pewno siedem) to, co było dla niej niezbędne do prowadzenia „salonu”: podnoszenie się i spadek rządowego barometru, slogany i szablony polityczne oraz, co cenniejsze, wrażenia dotyczące osobowości człowieka, którym nie przestaje być członek parlamentu.

Obserwowała karierę Michała troskliwym okiem chrzestnej matki, która podarowała swemu chrześniakowi oprawny w niebieski safian modlitewnik w nadziei, iż pewnego dnia przypomni sobie o jego istnieniu. Choć Michał gorliwie uczęszczał do Izby przez całą wiosnę i lato, nie zabierał jednak dotychczas głosu, ona zaś pochwalała, jak dotąd, to milczenie i przysłuchując się jego wynurzeniom na temat foggartyzmu ułatwiała mu zorientowanie się we własnych poglądach. Jeżeli miało to być, jak twierdził, jedyne niezawodne lekarstwo na bezrobocie, ona również gotowa była zostać foggartystką, zdrowy rozsądek mówił jej bowiem, że ta choroba narodowa stanowi jedyne istotne niebezpieczeństwo dla przyszłości Kita. Zlikwidujcie bezrobocie, a nikt nie będzie miał czasu na wszczynanie wrzawy. Lecz jej krytyczne uwagi były nieraz bardzo słuszne:

— Mój drogi chłopcze, czy zdarza się w ogóle, aby jakiś kraj poświęcał teraźniejszość w imię przyszłości? — Lub: — Czy sądzisz istotnie, że życie wiejskie lepsze jest od miejskiego? — Albo: — Czy możesz sobie wyobrazić, że gdy Kit skończy czternaście lat, wyślemy go na koniec świata, do jakiegoś zapomnianego przez Boga kraju? — Lub też: — Myślisz, że miasta pogodzą się z tym?

Wszystkie te pytania budziły w Michale taką stanowczość i otwierały śluzy takim potokom wymowy, że Fleur czuła, iż z czasem zdobędzie on powodzenie, podobnie jak stary sir Giles Snoreham, który zostanie wkrótce parem dzięki temu, że nosił zawsze kapelusze o niskiej główce i orędował za powrotem do kabrioletów. Kapelusze, butonierki, monokle… Fleur myślała o wszystkich tych istotnych drobiazgach, tak pomocnych w karierze politycznej.

— Zwykłe szkło nie psuje wzroku, Michale, za to posiada moc przyciągania ludzkiej uwagi.

 

— Moje dziecko, memu rodzicowi monokl na nic się nie zdał. Wątpię, czy dzięki temu sprzedał bodaj trzy egzemplarze swej książki. Nie! Jeżeli dopnę czegoś, to tylko dzięki wymowie.

Ale Fleur wciąż jeszcze zachęcała go do milczenia.

— Zły początek może bardzo zaszkodzić, Michale. Rząd labourzystów nie przetrwa do końca roku.

— A dlaczego?

— Przewróciło im się w głowie i ponosi ich temperament. Oni są tylko tolerowani, a ludzie w podobnej sytuacji powinni być układni, gdyż w przeciwnym razie przestanie się ich tolerować. Po ich odejściu powrócą znów do władzy torysi i to zapewne na dłużej. Przez kilka lat będziesz sobie wówczas mógł pozwalać na ekscentryczność i zanim utracą władzę, użyjesz do woli. Musisz koniecznie grać na ogólnoludzkich uczuciach swych wyborców. Jestem pewna, że o wyborcach nie wolno zapominać.

Tego lata Michał strawił większość weekendów na poruszaniu owych ogólnoludzkich strun w środowisku Buckingham, Fleur zaś spędzała ten czas wraz z jedenastym baronetem w posiadłości ojca pod Mapledurham.

Po aferze Eldersona i T. P. A. P. Soames otrząsnął z nóg swych pył City i — jak na Forsyte’a — zanadto już zwieśniaczał. Skupił łąki na przeciwległym brzegu rzeki i nabył kilka krów jerseyskich. Nie zamierzał wprawdzie zajmować się gospodarką ani innymi podobnymi głupstwami, ale lubił podpływać pod drugi brzeg na łódce płaskodence i przyglądać się dojeniu. Założył też sporo inspektów i hodował melony. Angielskie melony przewyższały smakiem wszelkie inne, a im dłużej żył Soames u boku żony-Francuzki, tym bardziej skłonny był jadać płody własnego ogrodu. Po wejściu Michała do parlamentu Fleur posłała ojcu książkę sir Jamesa Foggarta, zatytułowaną Zatrważająca sytuacja Anglii. Otrzymawszy ją Soames powiedział do Anetki:

— Nie wiem, co ona sobie myśli? I cóż ja mam robić z tym grubym tomiskiem?

— Prawdopodobnie przeczytać, Soamesie.

Przewracając kartki książki Soames chrząkał gniewnie.

— Nie rozumiem, o co tu chodzi.

— Sprzedam ją wobec tego na dobroczynnej wencie, Soamesie. Przyda się jakiemuś poczciwcowi, który umie czytać po angielsku.

Odtąd Soames, niemal nie zdając sobie z tego sprawy, zaczął czytać książkę. Dzieło, w którym prawie każdemu dostawały się mocne cięgi, wydawało mu się szczególnie interesujące i zaczęło się podobać, zwłaszcza rozdział potępiający robotników za to, że niechętnie rozstają się z dziećmi, gdy te doszły już do używalności rozumu. Ponieważ nie był nigdy poza granicami Europy, miał dosyć mgliste pojęcie o takich krajach, jak Afryka Południowa, Australia, Kanada i Nowa Zelandia. Ale ten stary jegomość — Foggart — był tam pono i wiedział dobrze, co mówi. Jego poglądy na temat rozwoju kolonii wydawały się zupełnie rozsądne. Dzieci, które tam wyjeżdżały, przybierały od razu na wadze i stawały się posiadaczami w wieku, w którym w Anglii biegałyby jeszcze na posyłki, to otrzymując, to tracąc jakieś zajęcie i wystając na rogach ulic — kandydaci na bezrobotnych i komunistów. Wywieźć je z Anglii! Była to niezmiernie atrakcyjna idea dla Anglika z krwi i kości. Soames pochwalał również to, co dotyczyło wzrostu produkcji rolnej i zabezpieczenia Anglii w powietrzu. Potem jednak zaczął stopniowo zniechęcać się do książki. Ten autor miał w sobie stanowczo zbyt wiele z Jeremiasza. Poskarżył się Fleur, że książka traktuje tylko o „niebieskich migdałach”, że jest niepraktyczna. A co o niej mówi „stary Mont”?

— Nie chce jej czytać, powiada, że zna starego Foggarta.

— Hm! — mruknął Soames. — Wobec tego nie byłbym wcale zdziwiony, gdyby to istotnie było coś warte. Ten zbzikowany baronet jest taki staromodny! W każdym razie wynika z tego, że Michał odsunął się od labourzystów.

— Michał twierdzi, że labourzyści przyjmą ideę foggartyzmu, kiedy zrozumieją w pełni jej znaczenie.

— Jak to?

— Sądzi on, że foggartyzm przyniesie im więcej korzyści niż jakikolwiek inny program polityczny. Twierdzi, że kilku ich przywódców zaczyna to już przewąchiwać, a reszta musi pójść z czasem w ich ślady.

— W takim razie — rzekł Soames — sprawa może zawsze liczyć na poparcie wśród szarych członków partii. — Po tej uwadze przez kilka minut siedział jak w transie. Czy powiedział coś głębokiego, czy nie?

Obecność Fleur i jedenastego baroneta sprawiała mu podczas weekendów dużo przyjemności. Chociaż zrazu doznał jakby rozczarowania, że to nie dziewczynka — przynależność jedenastego baroneta do Montów była zbyt niezaprzeczalna — z biegiem czasu zaczął jednak uważać, że mały to „miły chłopaczek”, a w każdym razie mając Kita w Mapledurham trzymał go tym samym z dala od Lippinghall. Oczywiście Soames nieraz niecierpliwił się widząc, jak kobiety nie odstępują małego — w uczuciu macierzyńskim jest sporo przesady! Zauważył to poprzednio u Anetki, spostrzegał obecnie u Fleur. Może to właściwość Francuzek? Nie przypominał sobie, aby jego matka robiła tyle hałasu o nic. W istocie nie mógł pamiętać tego, co działo się wówczas, kiedy liczył sobie ledwie rok życia! Którejś niedzieli, kiedy trzy pokolenia matek: madame Lamotte, Anetka i Fleur, skupione wokół tego pulchnego ciałka zachwycały się jego wnukiem, Soames musiał salwować się ucieczką na łódkę i łowieniem ryb, których — był tego pewny — nikt jeść nie będzie.

Zanim skończył lekturę książki sir Jamesa Foggarta, minęło nieprzyjemne lato roku 1924 i zaczął się jeszcze bardziej niemiły wrzesień. Krótko mówiąc, nie nastąpiły łagodne, złote dni, wstające po mglistych porankach, kiedy to na parkanach krople rosy lśnią w pajęczynach jak gwiazdy. Spadły deszcze i woda w rzece niezwykle przybrała, co początkowo wywołało niezwykłą pustkę w dziennikach — po prostu zabrakło wiadomości o posuchach. Potem powoli kolumny zapełniły się wzmiankami o najmokrzejszym lecie w ciągu „ostatnich trzydziestu lat”.

Spokojna, zielonawa od wodorostów i odbijających się w niej drzew rzeka płynęła bez chwili wytchnienia między mokrym trawnikiem i mokrymi łąkami Soamesa. Nie było zupełnie grzybów. Jeżyny miały wodnisty smak. Co roku Soames uważał sobie za obowiązek zjadać jedną jagódkę i według jej zapachu określał, jakie będzie lato. Skalnica rosła obficie. Mimo to wszystko Soames był w lepszym usposobieniu niż w ciągu ostatnich lat. Od miesięcy labourzyści byli już „u władzy”, jeśli jej nawet faktycznie nie posiadali, a widnokrąg chmurzył się dopiero nieznacznie. Zmuszony przez rządy labourzystowskie do zainteresowania się polityką, Soames zaczął podczas śniadania wygłaszać przepowiednie. Zmieniały się one zależnie od wiadomości w dziennikach, a że Soames zapominał zawsze o tych przepowiedniach, które się nie sprawdziły, mógł niezmiennie zapewniać Anetkę o słuszności swych prognoz. Ona nie okazywała zresztą zainteresowania w tym kierunku, będąc — „jak to kobieta” — zajęta wentami i smażeniem dżemów, rozjazdami autem, zakupami w Londynie i udziałem w różnych garden parties. Mimo skłonności do tycia odznaczała się wciąż niezwykłą urodą.

Jack Cardigan, mąż siostrzenicy Soamesa, Imogeny, ofiarował mu w sześćdziesiątą dziewiątą rocznicę urodzin komplet kijów do golfa. Zdziwiło to Soamesa bardziej niż wszystko, co mu się dotąd w życiu przytrafiło. Cóż, u diaska, ma on z tym począć? Anetka z tą swoją francuską żywością, która go tak często niecierpliwiła, doradziła mu, aby robił z nich użytek. Jakaż nieznośna kobieta! W jego wieku! …W maju jednak Jack z Imogeną przyjechał do nich na weekend i podbiwszy piłkę przerzucił ją poza rzekę.

— Założę się z tobą, wuju Soamesie, o pudełko cygar, że nie zdołasz tego zrobić aż do chwili naszego wyjazdu w poniedziałek.

— Nie zakładam się nigdy — odparł Soames. — I nie palę.

— Wielki czas, abyś zaczął robić jedno i drugie. Wiesz co, jutrzejszy dzień poświęcimy na naukę podbijania piłki.

— Absurd! — powiedział Soames.

Ale znalazłszy się wieczorem w swoim pokoju zaczął, przebrany już w pidżamę, wymachiwać rękami naśladując Jacka Cardigana. Nazajutrz wysłał kobiety na wycieczkę samochodową, zaopatrując je w drugie śniadanie. Nie chciał, aby podkpiwały sobie z niego. Kilka następnych godzin należało do najprzykrzejszych w jego życiu. Punkt kulminacyjny nastąpił w chwili, gdy wreszcie trafiona przez niego piłka wpadła do rzeki o trzy jardy zaledwie od brzegu. Następnego ranka czuł takie odrętwienie w ramionach i udach, że Anetka musiała go nacierać, dopóki nie powiedział jej w końcu: