Powrót TemudżeinówTekst

Z serii: Drużyna #8
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Tytuł oryginału: Brotherband. The Return of Temujai

First published Random House Australia, an imprint of Penguin Random House

Australia Pty Ltd, 2019

This edition published by arrangement with Random House Australia

Wydanie pierwsze w tej edycji, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Redakcja: Antonina Dembicka

Korekta: Ewa Mościcka, Renata Kuk

Skład i łamanie: Robert Majcher

Copyright © John Flanagan 2019

All rights reserved.

Cover illustration by Jeremy Reston

Cover design © www.blacksheep-uk.com

All rights reserved.

Copyright for the Polish edition © 2019 by Wydawnictwo Jaguar

ISBN 978-83-7686-790-8 (oprawa miękka)

ISBN 978-83-7686-822-6 (oprawa twarda)

Książka dla czytelników w wieku 11+

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Spis treści

Część pierwsza. Fort Ragnak

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Część druga. Lodowa rzeka

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Epilog

O autorze

Część pierwsza FORT RAGNAK

Rozdział 1


Im bliżej byli granicznego fortu, tym węższa stawała się dolina. Strome, niemal pionowe ściany wznosiły się wysoko nad głowami wędrowców, zasłaniając słońce, mimo że zbliżało się już południe. Dno doliny spowijał cień, światło docierało tam tylko na kilka godzin dziennie. Zapewne dlatego ziemię ciągle pokrywała gruba warstwa śniegu, chociaż do rozpoczęcia wiosny pozostało zaledwie kilka tygodni.

Pomimo śniegu, grupa podróżnych poruszała się teraz szybciej – pokonali już strome podejście do wejścia doliny i znajdowali się znowu na płaskim terenie.

Mieli ze sobą dwa dwukołowe wozy, ciągnięte przez silne nieduże koniki i pełne równo ułożonych drewnianych elementów. Ponieważ droga nie prowadziła już tak ostro pod górę, większość drużyny Czapli wsiadła na wozy i umościła się wygodnie pomiędzy stosami desek i belek.

Hal i Stig jechali wierzchem na przedzie. Dla przywódców Czapli była to nowo nabyta umiejętność – Stig uznał, że powinni nauczyć się jazdy konnej.

– Ostatecznie – powiedział do swojego skirla – możemy kiedyś znaleźć się w miejscu, gdzie będą od nas oczekiwać, że pojedziemy konno. Czemu by się tego nie nauczyć? Oszczędzimy sobie mnóstwa chodzenia.

Hal zgodził się z nim, więc Stig poszukał trochę i znalazł dwa konie, które w przeciwnym wypadku byłyby skazane na ciągnięcie wozów do końca życia, teraz zaś awansowały na wierzchowce. Były to flegmatyczne koniki, spokojne i potulne, w niczym nieprzypominające groźnych i potężnych koni bojowych czy smukłych i szybkich koni arydzkich z południowych pustyń. Jednakże oba bez protestów nosiły swoich jeźdźców – nawet Barney, który musiał dźwigać potężnie zbudowanego Stiga. W razie konieczności dawały się nawet namówić na powolny galop, a w ostateczności – na niezgrabny cwał.

Kiedy Stig je przyprowadził, Hal zatrudnił jednego z aralueńskich łuczników, obeznanych z końmi, żeby zapoznał ich z podstawami jeździectwa. Po serii nieuchronnych upadków, siniaków i drobnych kontuzji obaj stali się w miarę kompetentnymi jeźdźcami. Byli przecież sprawnymi i zręcznymi młodymi ludźmi, z dobrym wyczuciem równowagi i rytmu, koniecznym do zsynchronizowania ruchów z krokiem konia.

Z jednym wyjątkiem.

– Nie lubię kłusa – oznajmił Hal. – Wydaje mi się, że zawsze opadam w momencie, kiedy grzbiet konia się podnosi. To nienaturalny i bolesny sposób podróżowania.

Jego aralueński nauczyciel jazdę kłusem miał we krwi i nie wiedział, jak mógłby tego kogoś nauczyć. Wybrał zatem najprostsze rozwiązanie.

– Nie zawracaj sobie tym głowy – zwrócił się do młodego skirla. – Jeśli ci się spieszy, jedź galopem albo cwałem. Jeśli nie, wystarczy stęp.

Hal uznał, że to rozsądny pomysł, więc od tej pory po prostu ignorował istnienie kłusa. Od czasu do czasu czuł ukłucie zazdrości, gdy widział Stiga kołyszącego się miękko na kłusującym Barneyu. Korciło go, żeby zapytać, jak przyjaciel to robi, ale nie chciał się przyznawać do własnej słabości.

– Postanowiłem, że nie będę jeździł kłusem – odpowiadał, zaciskając uparcie zęby, ile razy ktoś poruszał ten temat.

Natomiast Thorn postanowił, że w ogóle nie będzie się uczył konnej jazdy, chociaż Stig proponował, że znajdzie wierzchowca także dla niego.

 

– Nie ufam tym zwierzętom – oznajmił stary wojownik, spoglądając podejrzliwie na dwa krępe koniki, na których jechali jego przyjaciele. – Nawet te małe ważą o kilkaset kilogramów więcej ode mnie. Mają też wielkie zęby i kopyta twarde jak maczugi. I są podstępne.

– Podstępne? – zapytał Hal, gładząc pieszczotliwie aksamitny nos Jake’a. – Wydają mi się całkowicie godne zaufania.

– Może tobie – odparł ponuro Thorn. – Ale nie mnie. Te zębiska potrafiłyby odgryźć kilka palców, a ja mam tylko jedną rękę.

Rzeczywiście, Barney i Jake wydawały się wyczuwać obawy i niechęć Thorna i odpłacały mu tym samym. Jeśli Thorn szedł zbyt blisko za Barneyem, koń często wierzgał, starając się go trafić. Jake natomiast nie raz zdołał wykręcić szybko łeb i boleśnie skubnąć Thorna w ramię. Ale sprytne jak zawsze konie nie robiły tego za każdym razem, kiedy miały okazję. Usypiały jego czujność, by potem znowu i bez ostrzeżenia kopnąć go lub ugryźć.

Nawet teraz, gdy stary wilk morski maszerował niestrudzenie za nimi przez śnieg, Jake próbował się do niego zbliżyć i szacował odległość pomiędzy swoimi zębami a zniszczoną, połataną kamizelką z baranicy, pod którą kryło się ramię Thorna, będące dla konia ulubionym miejscem podgryzania. Hal wiedział, co planuje wierzchowiec, więc przycisnął prawe kolano do jego boku, zmuszając go, żeby odsunął się od Thorna.

Thorn zauważył ten ruch i oburzone potrząśnięcie łbem, jakim Jake zareagował na pokrzyżowanie swoich planów.

– Widzisz? – odezwał się. – Mówiłem, że tym bestiom nie można ufać.

Stig domyślił się, że Thorn może zaraz zacząć kolejną przemowę o bezeceństwach końskiego rodzaju, więc pospiesznie spróbował zmienić temat.

– Co właściwie ugryzło Eraka? – zapytał Hala. – Kroi się coś poważniejszego czy też starość zaczyna mu przyćmiewać rozum?

Hal uśmiechnął się.

– Spróbuj przy nim wspomnieć o tej „starości”, a rozwali ci łeb swoją wielką, okutą srebrem lagą, którą zawsze nosi. – Zastanowił się, po czym odpowiedział na pytanie. – Dowiedział się, że Temudżeini kręcą się przy granicy.

– Stale to robią – zauważył lekceważąco Stig.

Jednakże Hal potrząsnął głową.

– Teraz o wiele częściej niż zwykle – powiedział. – Dlatego Erak chce, żeby Lydia przeprowadziła zwiad, podczas gdy my sprawdzimy stan fortu.

Ponieważ ich okręt na zimę został wyciągnięty na ląd w celu przeprowadzenia napraw i konserwacji, Czaple miały sporo wolnego czasu. Erak, skandyjski oberjarl, wezwał Hala do swojej siedziby, znajdującej się w centrum Hallasholm. Młodzieniec był jednym ze skirli, których Erak darzył największym zaufaniem. Hal dowodził elitarną grupą wojowników należących do jego załogi, ale Erak wiedział, że ten młody człowiek sprawdza się nie tylko na polu bitwy. Hal był także inteligentny, a wielu kapitanom wilczych okrętów brakowało tej cechy. Potrafił spojrzeć na sytuację bystrym okiem, a takiego spojrzenia potrzebował teraz Erak.

– Przyjrzyj się granicznemu fortowi – polecił. – Sprawdź, czy jest zabezpieczony na wypadek ataku. I sprawdź, czy potrafiłbyś go jakoś dodatkowo zabezpieczyć.

Fort Ragnak strzegł Wężowego Przesmyku, wąskiej przełęczy na granicy ziem należących do Skandii, Teutonii i Temudżeinów. Była to jedyna droga pozwalająca przeprawić się przez góry i dotrzeć na nadmorską nizinę Skandii. Hal podszedł do wielkiej mapy wiszącej na ścianie komnaty Eraka, żeby przyjrzeć się przełęczy i położeniu fortu. Wiedział, że zbocza przełęczy są strome, a twierdza znajduje się w najwęższym punkcie, w którym przesmyk ma szerokość zaledwie dwudziestu metrów.

– Mamy tam łuczników? – zapytał.

Erak skinął głową.

– Piętnastu. Zmieniają się co trzy tygodnie, podobnie jak reszta obsady garnizonu, czyli trzydziestu wojowników. To zbyt zimne i zbyt ponure miejsce, żeby zostawiać ich na dłużej, chociaż w zimie czasem trudno jest tam dotrzeć zmiennikom.

Od czasu nieudanej inwazji Temudżeinów, która miała miejsce wiele lat temu, do Skandii rokrocznie ściągała setka łuczników, przysyłana przez ich sojusznika, królestwo Araluen.

Aralueńscy łucznicy pozwalali osiągnąć równowagę sił pomiędzy skandyjskimi wojownikami, uzbrojonymi w topory, włócznie i miecze, a konnymi łucznikami Temudżeinów. Dzięki temu Skandianie zwalczali ogień ogniem, szczególnie jeśli sami mogli liczyć na jakąś osłonę, na przykład taką, jaką zapewniał graniczny fort.

– Tak sobie myślę – zaczął powoli Hal – że może udałoby się ustawić zadymiarze na zboczach. Tutaj i tutaj. – Wskazał urwiska wznoszące się za fortem i po obu jego stronach. – Gdyby temudżeińscy jeźdźcy zaatakowali, czekałaby ich paskudna niespodzianka.

– Zadymiarze? – zapytał Erak. – Chodzi ci o tę wielką kuszę, którą wozisz na dziobie swojego okrętu?

Hal skinął głową.

– Możemy zbudować na zboczach platformy, z których to my ostrzelamy żołnierzy zbliżających się do fortu, zanim sami znajdziemy się w zasięgu ich łuków.

– Całkiem dobry pomysł – przyznał Erak i pomyślał, że właśnie dlatego wybrał do tego zadania Hala. Ten młody człowiek naprawdę potrafił wpadać na zaskakujące i nowatorskie pomysły, a Erak od razu uznał, że dwie ogromne kusze stanowiłyby znaczące wsparcie dla sił obronnych fortu.

– Zaraz się tym zajmę – powiedział Hal, odstępując o krok od mapy. – Złożę zadymiarze tutaj, a potem rozmontuję na czas transportu i złożę ponownie, kiedy przygotujemy platformy. Będę musiał wziąć także deski.

Erak wzruszył ramionami.

– Tam nie brakuje drzew.

Hal potrząsnął jednak głową.

– Potrzebowalibyśmy czasu, żeby je ściąć i oheblować. Będzie lepiej, jeśli zabierzemy budulec ze sobą. Wydaje mi się, że wozy konne zdołają wjechać na przełęcz. Nie chcemy przecież, żeby Temudżeini zauważyli, że wzmacniamy obronę. Jeśli planują atak, mogliby go przyspieszyć.

– To prawda. Zrób tak, jak mówiłeś. Myślę, że mógłbyś poprosić tę waszą dziewczynę, żeby wybrała się na zwiad za granicę i sprawdziła, czy stacjonują tam jakieś oddziały Temudżeinów.

Obaj wiedzieli, że Lydia, jedyna kobieta w drużynie Czapli, była wytrawną zwiadowczynią. Będzie potrafiła przekroczyć granicę i dostać się na ziemie Temudżeinów tak, że wróg nie zauważy jej ani nie usłyszy. Hal bez wahania przyklasnął temu pomysłowi.

– Będzie wolała to od budowania platform – odparł i opuścił siedzibę Eraka, by zająć się gromadzeniem narzędzi i ekwipunku.

– No to jak myślisz? – zapytał Stig. – Czy Temudżeini naprawdę szykują się do nowej inwazji?

Temudżeini byli wojowniczym, nomadycznym narodem, wywodzącym się zza gór stanowiących wschodnią granicę Skandii. Kroczyli drogą podbojów i dominacji, więc od dawna rzucali nieprzyjazne, chciwe spojrzenia na bogate krainy zachodu – Gallię, Teutonię, a nawet Araluen. Zanim jednak zdołaliby poszerzyć tak daleko swoje panowanie, musieli podbić Skandię i przejąć jej okręty. Wiele lat temu przypuścili zmasowany atak na Skandian, przedarli się przez górską przełęcz i zajęli wąską nadbrzeżną równinę, na której leżał Hallasholm. Skandianie, z pomocą niewielkiej aralueńskiej grupy i pospiesznie przeszkolonych łuczników, zdołali ich wtedy odeprzeć. W ostatnich czasach Temudżeini skierowali swoją uwagę gdzie indziej, podbijając i plądrując ziemie na wschodzie. Jednakże stale powracali na granicę Skandii, w miejsce swojej jedynej porażki, i sprawdzali, jak wygląda obrona Wężowego Przesmyku, czyli miejsca, w którym ongiś zdołali przekroczyć granicę.

Należeli do przeciwników okrutnych i bezlitosnych – niscy, zahartowani wojownicy byli wytrawnymi jeźdźcami i wyśmienitymi łucznikami, potrafiącymi strzelać w pędzie z końskiego grzbietu z łuków refleksyjnych. Ich armię cechowała ogromna mobilność, a ich dowódcy wykazali się wielkim doświadczeniem i przebiegłością. Z takimi wrogami należało się liczyć.

Obecność Temudżeinów i bezustanne zagrożenie dla bezpieczeństwa Skandii oraz jej mieszkańców stanowiły dla Hala i jego towarzyszy stały element codzienności. Pokolenie Hala dorastało w pełnej świadomości, jak agresywną postawę wykazują Temudżeini wobec ich ojczyzny. Przed najazdem należało się bronić i trzeba było pozostawać w nieustannej gotowości. Wiedzieli, że zagrożenia nie wolno ignorować. Gdyby tylko skandyjska obrona lub wola walki osłabła, Temudżeini przybyliby ze swojej wyżyny i zalali kraj jak złowieszcza powódź. Jednakże Hal, podobnie jak wszyscy Skandianie, doskonale znał swoją wartość i możliwości bojowe. Dopóki Wężowy Przesmyk pozostawał silnie broniony, a w Forcie Ragnak stacjonował cały garnizon, Temudżeini stanowili problem, z którym można było sobie radzić. Odpowiedzią na zagrożenie z ich strony była stała czujność. Skandii groziłoby niebezpieczeństwo, gdyby ta czujność kiedykolwiek osłabła lub gdyby Temudżeini znaleźli inną, niebronioną trasę pozwalającą na zejście z wyżyn na nadmorskie równiny.

Na razie nie zdarzyło się ani jedno, ani drugie. Od czasu do czasu Temudżeini sprawdzali możliwości obronne Fortu Ragnak, ale za każdym razem dochodzili do wniosku, że garnizon czeka w gotowości i dysponuje całkowicie wystarczającymi siłami, żeby odeprzeć ich natarcie.

Thorn walczył z Temudżeinami lata temu, kiedy dotarli aż na równinę.

– Zależy im na dostępie do morza – odpowiedział na pytanie Stiga. – Od samego początku o to chodziło. Chcą też naszych statków. Zamierzają podbić nasze tereny w całości.

– Czarujący ludzie – skomentował Hal.

– Wojna i podboje to coś, w czym są dobrzy. – Thorn wzruszył ramionami. – To powód ich istnienia. Przywódcy Temudżeinów wiedzą, że jeśli nie będą podbijać nowych ziem, zaczną walczyć pomiędzy sobą i sojusz plemion w końcu się rozpadnie. Są jak rekin, który musi stale płynąć, żeby żyć. Muszą podążać przed siebie, walczyć i zdobywać.

– Czy oni naprawdę uważają, że pozwolimy im po prostu przyjść i wykorzystać nasze okręty? – zapytał Hal.

Thorn potrząsnął głową.

– Moim zdaniem zakładają, że gdyby udało im się nas najechać i podbić, zrobilibyśmy to, co nam każą. – Umilkł na chwilę i się uśmiechnął. – Oczywiście najpierw musieliby nas najechać i podbić.

– A żeby im się to udało, muszą się przedrzeć tutaj przez granicę. Mają twardy orzech do zgryzienia – zauważył Stig.

– My zaś postaramy się, żeby był jeszcze twardszy – zgodził się z nim Hal.

Wszyscy trzej umilkli, myśląc o czekającym ich zadaniu i jego znaczeniu dla bezpieczeństwa Skandii, a także innych okolicznych państw.

Thorn uniósł hak i pogroził Jake’owi, który znowu przysunął się bliżej.

– Tylko spróbuj, kosmata beczko – zapowiedział. – Jadałem już w życiu końskie mięso. Następnym razem mogę ci się odgryźć.


Rozdział 2


Jesper usadowił się tak, żeby jego biodro spoczywało wygodniej na stosie desek. Jazda na wozie nie była najgorszym sposobem podróżowania. Rytmiczny krok konia i to, że wóz opierał się na dwóch kołach osadzonych na pojedynczej osi, sprawiało, że w trakcie jazdy kołysali się lekko do tyłu i do przodu, co przypominało kołysanie na pokładzie statku. Oczywiście na wozie nie trzeba było bezustannie trymować żagli ani co chwila podnosić i opuszczać rejki podczas halsowania.

– Dawaj jeszcze raz Thorna – powiedział do Stefana, który opierał się wygodnie o ścianę wozu.

Stefan doskonale potrafił naśladować różne dźwięki. W przeszłości Czaple często wykorzystywały jego talent, by zmylić lub zaskoczyć wroga. Kiedy Stefan usłyszał czyjś głos czy jakiś dźwięk, potrafił go powtórzyć niemal bez przygotowania. Przez ostatnie pół godziny zabawiał swoich towarzyszy, naśladując między innymi Eraka, Thorna i Hala. Jesper słyszał to już wiele razy, a mimo to zaskakiwała go dokładność takiej imitacji. Kiedy zamykał oczy, byłby gotów przysiąc, że to naprawdę głos danej osoby.

– Jeśli ktoś inny powie „bierzmy ich”, rozwalę mu łeb maczugą – burknął Stefan, niemal idealnie naśladując głos starego wojownika.

– Wyśmienite! – Jesper roześmiał się głośno i zaklaskał. – Brzmisz zupełnie jak on.

Edvin, który jechał na wozie wraz z nimi, także się roześmiał.

– Masz go opanowanego do perfekcji.

 

Stefan uśmiechnął się smętnie.

– Orlog jeden wie, jak często słyszałem tego starego nudziarza.

Jesper zamachał na niego, żeby poprosić o kolejny popis.

– Jeszcze raz! Niech tym razem się rządzi i komenderuje nami, tak jak zwykle. – Odchylił głowę i zadowolony zamknął oczy, żeby posłuchać popisu Stefana. Pomyślał, że to świetna metoda na zabicie czasu.

– Niedługo się zatrzymamy – usłyszał głos Thorna. – Najwyższy czas, żebyście ruszyli te leniwe zadki i poszukali drewna na ognisko.

Jesper roześmiał się głośno, nie otwierając oczu.

– Świetne! – oznajmił. – Brzmisz zupełnie jak on. Rzeczywiście, stary nudziarz! Nie daje mi chwili wytchnienia.

W następnej chwili poczuł, jak sękata dłoń łapie go za kark. Szarpnął się do przodu, podniósł powieki i spojrzał z bliska w brodatą twarz marszczącego brwi Thorna. Naprzeciwko niego Edvin i Stefan potrząsali ostrzegawczo głowami, ale było już za późno.

Thorn usłyszał dobiegające z tyłu śmiechy, odłączył się od Hala i Stiga i zbliżył się do wozów, żeby sprawdzić, co się dzieje. Stefan, który siedział tyłem do kierunku jazdy, nie zauważył go, dopóki Thorn nie znalazł się prawie nad jego głową. Jesper miał oczywiście zamknięte oczy, żeby lepiej bawić się słuchaniem naśladującego głosy kolegi.

– O, cześć, Thornie – powiedział teraz, siląc się na ton pogodnej niewinności. – Właśnie rozmawialiśmy o tobie.

– Owszem, słyszałem – odparł Thorn. Popatrzył ze zmarszczonymi brwiami na Stefana. – Wiesz, to w ogóle nie przypominało mojego głosu.

– Nie, oczywiście, że nie – przytaknął posłusznie Stefan.

Niestety, w tym samym momencie Jesperowi wyrwało się:

– Przypominało! Brzmiał zupełnie jak ty! – W tej samej chwili zamarł, bo Thorn spojrzał na niego lodowato. Zapadła długa i zdecydowanie nieprzyjemna cisza.

Thorn zwrócił się do trzeciego pasażera wozu, by rozsądził sprawę.

– A co ty powiesz, Edvinie? Czy Stefan dobrze naśladuje tego „starego nudziarza”?

– Yyy… eee… – Edvin zawahał się, nie wiedząc, co będzie właściwą odpowiedzią. Popatrzył szybko na swoich dwóch kolegów, ale nie mógł liczyć na ich pomoc. – Yyy… raczej nie, Thornie. Nie… – odparł z wahaniem. – To nie brzmiało jak ty – dodał pewniej, unikając oskarżycielskich spojrzeń Stefana i Jespera.

– Ale zgadzasz się, że jestem starym nudziarzem? – upewnił się Thorn.

Edvin podskoczył, jakby go coś ugryzło.

– Nie! Ależ skąd! Nic takiego nie powiedziałem!

– Ale też się nie sprzeciwiłeś – zauważył Thorn, a Edvin nie znalazł na to żadnej odpowiedzi. Stary wojownik popatrzył złowieszczo na całą trójkę i powoli potrząsnął głową. – Kiedy dotrzemy na granicę, wy będziecie zajmować się całą brudną robotą podczas budowania platform – zapowiedział. Następnie oddalił się, zostawiając ich przerzucających się szeptanymi oskarżeniami.

– Dlaczego mnie nie ostrzegliście, że on tu jest? – zapytał z goryczą Jesper.

– Zobaczyłem go w ostatniej chwili! – Stefan rzucił gniewne spojrzenie Edvinowi. – Ty musiałeś widzieć, jak podchodzi. Siedziałeś twarzą w jego stronę.

Jednakże Edvin podniósł kłębek czarnej wełny, druty i częściowo skończoną czapkę Czapli.

– Nie patrzyłem – zaprotestował. – Pracowałem nad tą czapką.

– Ty i te twoje przeklęte robótki! – rozzłościł się Stefan. – Może powinieneś sobie znaleźć jakieś bardziej pożyteczne zajęcie, dopóki jedziemy na wozie.

– To twoja czapka – przypomniał chłodno Edvin. Zawsze irytowały go obraźliwe komentarze na temat robienia na drutach. – Już zapomniałeś? Kluf pogryzła twoją czapkę i prosiłeś mnie, żebym zrobił ci nową.

– Aha… – powiedział Stefan, mocno zbity z tropu. Naprawdę trudno było narzekać na robótki Edvina, który właśnie oddawał mu przysługę. Edvin nie kazał płacić swoim kolegom za czapki, które dla nich robił. – Cóż, w takim razie nie ma sprawy.

Thorn, który oddalił się od nich, żeby sprawdzić, co się dzieje w drugim wozie, uśmiechnął się pod nosem, słysząc przyciszoną kłótnię. Kiedy podszedł do wozu, zobaczył, że siedząca w nim Lydia obserwuje go z niemym pytaniem w oczach, przechylając głowę na bok.

– Pilnuję, żeby zawsze byli czujni – oznajmił pogodnie.

Uśmiechnęła się.

– Domyślam się, że Stefan znowu cię naśladował?

Thorn skinął głową.

– Chociaż to w niczym nie przypomina mojego głosu. – Czekał, żeby Lydia się z nim zgodziła, ale ona jedynie uśmiechała się do niego bez słowa. – Naprawdę w niczym! – dodał z żarem.

Lydia tylko skinęła głową, a na jej twarzy zamiast uśmiechu zagościł wyraz niewinności tak bezgranicznej, że nie mogła być szczera.

– Oczywiście, że nie – potwierdziła.

Thorn uznał, że nie będzie drążyć sprawy, i rozejrzał się po wnętrzu wozu, w którym siedzieli wygodnie także Ingvar, Ulf i Wulf. Kluf leżała na boku i opierała kudłaty łeb na kolanie Lydii. Na powitanie Thorna zabębniła krótko ogonem o deski. W wozie było więcej miejsca, ponieważ transportował tylko części do obu zadymiarzy.

– Wszystko tu w porządku? – zapytał Thorn, ponieważ uznał, że najbezpieczniej będzie zmienić temat.

Lydia skinęła głową, a pozostali mruknęli potwierdzająco.

– Jest aż za przyjemnie – powiedziała. Była z natury poważna i miała skłonności nie dowierzać niczemu, co było zbyt wygodne. – Chętnie bym wysiadła i rozprostowała trochę nogi.

Thorn machnął zapraszająco ręką.

– Proszę, nie krępuj się.

Jednakże Lydia poklepała wielki łeb Kluf.

– Nie chcę jej budzić. Jest taka szczęśliwa.

Kluf poczuła jej dotyk, wygięła grzbiet i wyciągnęła rozkosznie wszystkie cztery łapy z pomrukiem zadowolenia.

Thorn pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Domyślam się, że nie chcesz jej budzić. – Popatrzył na słońce, które pojawiło się teraz na wąskim pasku nieba widocznym z wąwozu. – Tak czy inaczej za jakieś pół godziny zatrzymamy się na południowy posiłek – oznajmił. – Do tego czasu możesz jej pozwolić pospać.

Odwrócił się i pomaszerował na przód niewielkiej kolumny. Kiedy mijał pierwszy wóz, ponownie skrzywił się ponuro i spojrzał ostrzegawczo na jego pasażerów.

Nie robili wprawdzie nic złego, ale – tak jak powiedział Lydii – uważał, że zawsze powinni mieć się na baczności.

Jesper i Stefan patrzyli za nim i czekali, aż znajdzie się poza zasięgiem słuchu.

– Zawsze mam wrażenie, że on wie, o czym myślę – odezwał się cicho Jesper.

– Wiem! – zawołał Thorn przez ramię, a potem przyspieszył kroku, żeby dogonić Stiga i Hala, jadących konno na czele grupy.

Minęło kilka minut, zanim Jesper, który rzadko kiedy potrafił usiedzieć spokojnie w miejscu dłużej niż parę chwil, szturchnął łokciem Stefana.

– Spróbuj jeszcze raz – poprosił.

Stefan potrząsnął tylko głową.

– Oszalałeś? On mnie usłyszy. Ma uszy jak sokół.

– Czy sokoły mają uszy? – zainteresował się Edvin.

Stefan wydął wargi z irytacją.

– W takim razie ma uszy z tyłu głowy! – poprawił się, a pozostali dwaj popatrzyli na niego zaskoczeni, aż sam zauważył, jak absurdalne było to zdanie. – Wiecie, o co mi chodzi!

Jesper postanowił zmienić temat.

– Nie musisz naśladować akurat jego. Albo kogokolwiek innego. Możesz udawać jakieś zwierzę.

Stefan zastanowił się nad tym.

– Jakie na przykład?

– Pamiętasz, jak uczestniczyliśmy w zawodach? Udawałeś wtedy niedźwiedzia.

Stefan uśmiechnął się na to wspomnienie.

– Prawda, a Ingvar biegał wkoło i szeleścił w krzakach, żeby ludzie myśleli, że naprawdę jest tam niedźwiedź.

– Zrób to jeszcze raz! – namawiał Jesper.

Stefan namyślał się przez chwilę, a potem pochylił głowę i złożył dłonie przy ustach. Po kilku sekundach rozległo się naprawdę realistyczne naśladownictwo ostrzegawczego ryku bardzo rozzłoszczonego niedźwiedzia.

Efekt był piorunujący. Mały konik, drepczący sennie przed siebie, usłyszał nagle tuż za sobą pomruk niedźwiedzia. Spłoszył się i stanął dęba, wyrwał się z uprzęży i przewrócił wóz, z którego na śnieg wypadli pasażerowie i ładunek. Woźnica, także całkowicie zaskoczony, zdołał odskoczyć. Jesper, Stefan i Edvin zasłonili głowy rękami, gdy pękły sznury przytrzymujące deski i belki, które poleciały we wszystkich kierunkach.

– Ty durniu! – krzyknął Edvin. Odepchnął stos desek, które na nim wylądowały, i podniósł się na nogi. Stefan, zaskoczony i mocno skruszony, wstał, pocierając siniak na czole w miejscu, gdzie trafiła go jedna z cięższych belek.

Kilka sekund później słowa Edvina powtórzył Thorn, który rozglądał się po okolicy, odwrócony plecami, gdy usłyszał za sobą kwik przerażonego konia, a potem łoskot przewracającego się wozu.

– Kompletny dureń! – podsumował. Wskazał leżący na boku wóz i rozsypane deski. – Wy trzej, pozbieracie to i załadujecie z powrotem na wóz – polecił. – A my przez ten czas zjemy obiad.

– Ale ja nie miałem z tym nic wspólnego! – zaprotestował Edvin. Skulił się, gdy Thorn rzucił mu gniewne spojrzenie.

– W takim razie ty będziesz gotował obiad – zdecydował stary wojownik.