Zwierzęta wśród nasTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Przedmowa

Konwencje językowe

Wprowadzenie

Zwierzęta dawniej…

…i dziś

Zwierzęta domowe – na straży zdrowia?

„Wzięliśmy psa ze względu na dzieci”

Członek rodziny?

Wyimaginowane zwierzęta

Jaki słodziak!

Czy ta przyjaźń się opłaca?

Przejście na dziką stronę mocy…

…i z powrotem

A zatem po co nam zwierzęta domowe?

Zwierzęta czynią człowieka

Podziękowania

Propozycje dalszych lektur

Przypisy

O Autorze

Tytuł oryginału: The Animals Among Us. The New Science of Anthrozoology

Redakcja: Paweł Luboński

Ilustracje: Alan Peters

Projekt okładki: Kav Studio Pola Rusiłowicz

Ilustracja na okładce: mamita / Shutterstock

Korekta: Beata Wójcik, Słowne babki

Redaktor prowadzący: Bartłomiej Nawrocki

First published in the United States of America by Basic Books, a member of the Hachette Book Group 2017

First published in Great Britain by Allen Lane 2019

Published in Penguin Books 2018

Text copyright © John Bradshaw, 2017

Original drawings by Alan Peters © Alan Peters, 2017

Copyright for Polish edition © Wydawnictwo Czarna Owca, 2019

Copyright for Polish translation © Maria Borzobohata-Sawicka, 2018

Wydanie I

ISBN 9788380159181


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Mojej wspaniałej żonie Nicky, która nauczyła mnie czerpać radość z obecności zwierząt domowych

Przedmowa

Po co właściwie trzymać zwierzęta? Niektórym taka myśl nawet nie zaświtałaby w głowie: wychowywali się w domach, w których zawsze był pies, kot, a może nawet króliki czy świnki morskie. W tak wielu gospodarstwach domowych na Zachodzie trzyma się ulubione zwierzęta, że warto wspomnieć, iż zaledwie dwa stulecia temu, kiedy hodowla zwierząt była powszechną praktyką, posiadanie pupili w domach było niemal wyłącznie przywilejem ludzi zamożnych. Oczywiście rosnący dobrobyt pozwolił wielu ludziom uczynić ze zwierząt swoich towarzyszy, ale nie tłumaczy to ogromnego wzrostu liczby właścicieli zwierząt domowych, który nastąpił w ciągu ostatniego stulecia. Kolejne badania wykazują, że ludzie odczuwają głęboką więź emocjonalną ze swoimi pupilami i uważają ich za członków rodziny.

Skąd bierze się ta pasja? Sądzę, że jest ona głęboko zakorzeniona w naszej naturze i pozwala na wgląd w istotę naszego człowieczeństwa. Wiele prymitywnych plemion, których styl życia nie zmienił się od epoki paleolitu i zachował się do XX wieku, trzymało zwierzęta do towarzystwa. Zdolność traktowania zwierząt jak przyjaciół, a nie tylko hodowanie ich na pożywienie, może więc sięgać początków naszego gatunku. Ta cecha nie występuje jednak u wszystkich: wielu ludzi nie czuje więzi ze zwierzętami i nie ma ochoty trzymać ich w domu. Każda teoria analizująca powody, dla których zwierzęta domowe są tak ważną częścią życia wielu osób, musi uwzględnić powyższy fakt.

Do pisania tej książki przystąpiłem zarówno jako naukowiec, jak i miłośnik zwierząt. W młodości byłem w kwestii zwierząt domowych kimś w rodzaju agnostyka. Ojciec nie lubił kotów ani psów, więc w dzieciństwie nie miałem z nimi zbyt wiele do czynienia, jeśli nie liczyć tych, z którymi zetknąłem się, odwiedzając krewnych i sąsiadów. Jako początkujący biolog postrzegałem zwierzęta domowe przede wszystkim jako istoty interesujące i przystępne, nie tak bardzo różne od ptaków odwiedzających karmniki w naszym ogrodzie czy jelenia, na którego natykaliśmy się czasem podczas rodzinnych spacerów po naszej wiejskiej okolicy (tradycję spacerowania – z psem czy też bez niego – odziedziczyliśmy w spadku po rodzinie ze strony matki). Moja żona, która dorastała z psami, kotami, a w pewnym momencie miała nawet nieplanowaną szklarnię pełną królików, pokazała mi, jakie to szczęście być witanym przez mokry nos i merdający ogon, nie wspominając nawet o przywileju, jakim wciąż wydaje mi się mieszkanie pod jednym dachem z mruczącym, choć bez wątpienia niezależnym kotem.

Na początku swojej kariery biologa badałem zwierzęta, nie ludzi – a już na pewno nie relacje łączące obie grupy. Nawet obserwując zachowanie psów i kotów, profesjonalnie czułem się nieco wyizolowany. W latach osiemdziesiątych XX wieku studia nad jakimikolwiek zwierzętami domowymi, nie wspominając nawet o tak sztucznych tworach jak koty i psy domowe, były wielce niepopularne. Przelotne zainteresowanie ich biologią w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy weterynarze tacy jak dr Michael Fox wstępnie usystematyzowali podstawowe informacje na ich temat (na przykład to, że należy wystawiać psy na kontakt z ludźmi w tak zwanym okresie socjalizacji), szybko osłabło. Na wczesnym etapie mojej pracy zawodowej obecny wzrost zainteresowania zachowaniem psa byłby nie do pomyślenia.

Na początku wciągnęły mnie studia nad psami, a następnie kotami, ponieważ badałem sposoby, jakimi wszelkiego rodzaju zwierzęta komunikują się, wykorzystując powonienie. Ich świat to kraina pachnących informacji, których my, ludzie – posiadacze prawdopodobnie najmniej czułego węchu spośród wszystkich ssaków – jesteśmy całkiem nieświadomi. Niedługo potem zafascynowało mnie zachowanie zarówno kotów, jak i psów, i to nie tylko związane z węchem. Zauważyłem fascynujący kompromis pomiędzy dziką przeszłością tych zwierząt z rodzin psowatych i kotowatych a wymogami nowoczesnego, udomowionego stylu życia. Stawałem się coraz bardziej świadomy faktu, że ich zachowania nie sposób oddzielić od tego, w jaki sposób zachowują się i myślą o swoich pupilach właściciele.

Niedługo później dotarło do mnie, że choć w pracy myślę o kotach i psach jako ssakach, w domu ani ja, ani nikt inny nie postrzegamy ich w ten sposób. Większość właścicieli traktuje te stworzenia jak małych ludzi i przemawia do nich tak, jak gdyby mogły zrozumieć ich słowa. Robiłem to równie często jak inni, choć doskonale zdawałem sobie sprawę, że takie zrozumienie jest niemal na pewno niemożliwe.

Kiedy zacząłem myśleć o zwierzętach w kontekście domowym, skupiłem się nie tylko na ich fizycznym otoczeniu oraz różnorakich zadaniach narzucanych im przez ludzi w ciągu stuleci, które ukształtowały dzisiejsze koty i psy. Na stworzenia te pośredni wpływ miało funkcjonowanie naszych własnych mózgów, a w obecnych czasach, kiedy w większości pozbawiliśmy je funkcji użytkowych, wpływ ten stał się jeszcze bardziej zasadniczy. Instynktownie przyciąga nas (a przynajmniej większość z nas) ich urok: cechy, które łączą kocięta i szczenięta, a w mniejszym stopniu także dorosłe koty i niektóre psy z ludzkimi niemowlętami, zdają się wyzwalać w nas zachowania opiekuńcze i troskliwość. Nasze mózgi dostrzegają intencjonalne działanie u niemal wszystkiego, co się porusza, a tym samym bez najmniejszej refleksji, automatycznie, przypisujemy naszym zwierzakom emocje i intencje przypominające ludzkie. Część tych domysłów jest zapewne celna; inne to twór naszej bujnej wyobraźni. Na ogół te błędy są nieistotne, ale miewają znaczenie, kiedy zwierzęta nie spełniają naszych często wygórowanych oczekiwań. Doszedłem do wniosku, że nigdy nie pojmiemy zachowania zwierząt domowych, nie uwzględniając funkcjonowania ludzkiego umysłu.

 

Kiedy sobie to uświadomiłem, obudziło się we mnie zaciekawienie tym, co garstka naukowców w jakimś stopniu zainteresowanych tematem określiła w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku jako więź pomiędzy człowiekiem i zwierzęciem. Zacząłem uczestniczyć w konferencjach, na których pojawiał się wątek posiadania zwierząt. Podczas warsztatu po jednym z takich sympozjów – tak się składa, że tego dnia wypadały także moje czterdzieste urodziny – wraz z sześciorgiem innych naukowców stworzyliśmy termin „antropozoologia”. Podsumowywał dziedzinę, którą się zajmowaliśmy, i nadał charakterystyczną nazwę stworzonemu rok później stowarzyszeniu: Międzynarodowemu Towarzystwu Antropozoologii (nie twierdzimy oczywiście, że ukuliśmy zupełnie nowy termin: zaadaptowaliśmy tytuł czasopisma akademickiego „Anthrozoös”, którego pierwszy numer ukazał się trzy lata wcześniej). Nazwa się przyjęła, a teraz, ćwierć wieku później, studenci mogą uzyskać stopień naukowy z zakresu antropozoologii na uniwersytetach na całym świecie. Dyscyplina ta zbliża naukowców różnych specjalności – biologów, weterynarzy, badaczy medycznych, psychologów, przedstawicieli nauk społecznych oraz antropologów – tak by mogli przyglądać się osobistym relacjom łączącym ludzi ze zwierzętami, a w mniejszym stopniu także zwierzęta z ludźmi. Tym samym antropozoologia skupia się w większości na tych gatunkach, które są hodowane głównie do towarzystwa: psach, kotach, koniach, rybkach akwariowych i innych. (Podobny ruch, zwany niekiedy studiami nad relacją człowiek–zwierzę, stworzyli ci, których zajmuje bardziej filozoficzne podejście łączące etykę, nauki polityczne, historię, geografię i literaturę. Niestety, te dwa obozy rzadko wchodzą ze sobą w dialog1).

W pewnym sensie piszę tę książkę od ponad dwudziestu lat. Im wnikliwiej przyglądałem się zwierzętom domowym oraz ich właścicielom, tym bardziej byłem zaintrygowany. Mimo iż zwierzęta często cierpią z powodu naszego niezrozumienia ich wymagań, koty i psy czerpią wyraźne korzyści ze swoich związków z człowiekiem – dziś żyje ich na świecie znacznie więcej niż ich dzikich przodków sprzed wielu tysięcy lat. Przy czym, choć brzmi to paradoksalnie, ich liczba wzrosła wprost proporcjonalnie do spadku ich użyteczności. Niewiele psów wciąż strzeże owiec lub towarzyszy ludziom w czasie polowania; większość właścicieli kotów uważa za odrażające cenione dawniej umiejętności łowieckie tych zwierząt. Wpływ, jaki zwierzęta domowe mają na swoich właścicieli, to coś o wiele bardziej skomplikowanego niż moda. Tak więc, powołując się na tak obszerną literaturę przedmiotu, jaką tylko zdołałem zgromadzić, a także na oryginalne badania, które udało mi się wpasować w studia nad dobrostanem psów i kotów, zanalizowałem to, co nauki przyrodnicze mają do powiedzenia na temat ludzkiej fascynacji zwierzętami i powodów, dla których przyjęliśmy je pod swój dach. Owocem tych analiz jest niniejsza książka.

Konwencje językowe

Pisząc tę książkę, oparłem się pokusie stosowania zyskującej popularność w Stanach Zjednoczonych praktyki nazywania zwierząt domowych „towarzyszami” i mówię o „właścicielach”, a nie „opiekunach” czy „rodzicach”, które to określenia można niekiedy spotkać w publikacjach. Może jestem staroświecki, ale w mojej opinii bycie „właścicielem” łączy się z odpowiedzialnością i nie daje nikomu prawa do traktowania zwierzęcia domowego jak nieożywionej własności. Obawiam się, że termin „opiekun” (guardian)1 zakłada status prawny wynikający z jakiegoś niedorozwoju umysłowego zwierzęcia – nie jest to doprawdy odpowiedni sposób na opisanie relacji łączących zwierzę domowe i właściciela. „Osoba sprawująca opiekę” (caregiver) – kolejna propozycja, z jaką się spotkałem – wydaje się terminem zbyt bezosobowym i ulotnym, bardziej odpowiednim dla oddanych sprawie ludzi, którzy pracują w ośrodkach adopcyjnych, szukając domu dla porzuconych zwierząt. „Rodzic” to moim zdaniem zbytnia antropomorfizacja: dla biologa określenie to sugeruje (choć niekoniecznie) pokrewieństwo genetyczne pomiędzy matką lub ojcem i ich potomstwem. W książce tej miejscami zdarza mi się także bez skrępowania opisać zwierzę zaimkiem „ono”, ale jedynie w wypadkach, kiedy nie posiadam informacji na temat płci danego osobnika. Nie jest to oznaka braku szacunku. Mam po prostu wrażenie, że zwrot „on lub ona” wprowadza niepotrzebną niezręczność2.

Wielu etyków uznaje określenie „pupil” (pet) za lekceważące i wybiera bardziej neutralną nazwę: „zwierzę towarzyszące”. Owszem, po angielsku słowo pet ma także inne znaczenia: w XVI wieku odnosiło się do podmiotu jakiegokolwiek związku, czy to ze zwierzęciem, czy innym człowiekiem, i nawet dziś w północno-wschodniej Anglii pet wciąż pojawia się w rozmowach jako (nieco protekcjonalne?) pieszczotliwe określenie skierowane do kobiet i dzieci. Nie jest jednak jasne – przynajmniej dla mnie – jakie korzyści miałyby płynąć z namawiania opinii publicznej, by zaprzestała używania tego słowa (nawet gdyby w ogóle było to możliwe)3.

Wprowadzenie

Dawno temu były sobie trzy świnki. Jedna mieszkała gdzieś w stanie Connecticut, druga w mieście Des Moines, a trzecia w Górach Bismarcka w Papui-Nowej Gwinei. W przeciwieństwie do świnek z bajki dla dzieci te były prawdziwe. Żadna nie zbudowała własnego domku ani nie wdała się w sprzeczkę z wilkiem. Towarzyszący im ludzie uważali je za wyjątkowe, karmili je i dobrze traktowali. Wszystkie trzy można by uznać za zwierzęta domowe, ale każda z nich miała do odegrania inną rolę.

Świnia z Connecticut zyskała przelotnie złą sławę na dzień przed Świętem Dziękczynienia w 2014 roku, kiedy (wraz ze swoją właścicielką, początkującą modelką Rachel Boerner) została przed startem wyproszona z samolotu linii US Airways za „niewłaściwe zachowanie” (zwierzę załatwiło się w przejściu pomiędzy fotelami). Inni pasażerowie zastanawiali się, dlaczego linia lotnicza w ogóle zgodziła się wpuścić wyrośniętą wietnamską świnię zwisłobrzuchą na pokład samolotu. Pełnomocnik linii wyjaśnił, że zwierzę zostało błędnie zakwalifikowane jako „świnia wsparcia emocjonalnego” (jest to dość niejasna kategoria, jako że zapewne większość właścicieli opisałaby swoje zwierzęta jako „wsparcie emocjonalne”). Choć nie znamy wszystkich aspektów tej sprawy, wiemy, że była to jednak trzydziestokilogramowa świnia na smyczy, a nie miniaturowy piesek w torebce. Mimo to właścicielka uznała ją za towarzysza, z którym nie potrafi się rozstać1.


„Świnia wsparcia emocjonalnego” na pokładzie samolotu

Świnia z Des Moines – kosztujące 900 dolarów „prosię terapeutyczne” o imieniu Stuart – mieszkała z sześcioletnim chłopcem, którego choroba genetyczna całkowicie pozbawiła wzroku i częściowo słuchu. Matka chłopca miała nadzieję, że towarzystwo zwierzęcia będzie stanowiło dla dziecka pociechę. Z początku sprawiła mu psa, jednak szybko okazało się, że sierść czworonoga wywołuje u dziecka odruch wymiotny. Pojawienie się Stuarta przyniosło natychmiastowy sukces – w serwisie informacyjnym KCCI News podano, że w czasie pierwszego spotkania chłopiec spontanicznie przytulił prosiaczka i wkrótce tych dwoje zostało najlepszymi przyjaciółmi2.

Zwierzę z Nowej Gwinei było ukochanym kompanem, a następnie stało się ceremonialnym posiłkiem. Wśród plemienia Maring zamieszkującego Góry Bismarcka rodziny składają się zarówno z ludzi, jak i świń. Kobiety zajmują się prosiętami w taki sam sposób jak ludzkimi niemowlętami, przenosząc zwierzęta z miejsca na miejsce, czasem ciasno spowite w liście bananowca, by się nie szamotały. Tresują dorastające świnki, by podążały za nimi krok w krok. Przez pierwsze dziewięć miesięcy życia świnki żyją w wielkiej zażyłości z dziećmi właścicieli, po czym zostają przeniesione do osobnej zagrody w rodzinnej chacie. W ciągu dnia, kiedy kobiety uprawiają ogrody, z których plemię Maring pozyskuje większość pożywienia, świnie buszują po lesie, a wieczorami wraz z dziećmi wracają do wioski. Kiedy liczba zwierząt wzrasta, jest im coraz trudniej samodzielnie znaleźć jedzenie, więc kobiety uzupełniają ich dietę batatami uprawianymi w przydomowych ogrodach3.

Ostatecznie liczebność świń staje się problemem i kobiety zaczynają narzekać. Ponieważ gleba jest mało żyzna, poletka wydają plon tylko przez dwa lub trzy lata, po tym czasie trzeba wykarczować nowy fragment lasu. Każdy kolejny znajduje się dalej od wioski, więc kobiety więcej czasu poświęcają na dochodzenie do nich, a mniej na właściwą pracę w polu. Zdarza się, że głodne świnie zapuszczają się do sąsiednich osad i wyrządzają w nich szkody.

Mężczyźni decydują wówczas, że pora zorganizować kaiko, kilkudniowy festiwal, podczas którego zarzyna się i zjada większość świń. Mieszkańcy wioski rytualnie zabijają świnie maczugami, jedną po drugiej, po czym pieką je na ogniu i w ciągu kolejnych tygodni zjadają ogromne ilości wieprzowiny w ramach ceremonii mających na celu odnowienie więzów rodzinnych, zbudowanie sojuszy z sąsiednimi społecznościami i zaaranżowanie małżeństw wolnych członków plemienia. Po uczcie kilka pozostałych przy życiu samic tworzy zalążek nowego pokolenia i cykl rozpoczyna się na nowo, by za 10–15 lat osiągnąć kulminację w postaci kolejnego kaiko4.

Wspomniane trzy świnie, otoczone taką samą opieką i traktowane jak swego rodzaju towarzysze, łączą z ludźmi trzy różne rodzaje relacji. Mało prawdopodobne, by na Zachodzie świnia będąca kompanem człowieka skończyła jako jego posiłek, ale na Nowej Gwinei jest to norma. Dawniej ideę, że zwierzę może mieć działanie terapeutyczne, uznano by za absurdalną. A jednak w ciągu ostatnich dziesięcioleci, zwłaszcza na Zachodzie, wielu właścicieli zwierząt zdołało w to uwierzyć.

Choć wspomniane przypadki trzech świń i ich ludzi znacznie się od siebie różnią, wspólnie pokazują, że niektóre aspekty ludzkiej natury pozwalają nam rozwinąć osobiste relacje z przedstawicielami innych gatunków. Owszem, półki w supermarketach dowodzą, że kiedy zachodzi taka potrzeba, potrafimy traktować zwierzęta jak towar, ale większość z nas uważa (inne) zwierzęta za osobne jednostki. Otaczamy się ich wizerunkami – internet, choć nie wypełniają go wyłącznie koty, bez nich byłby miejscem znacznie uboższym – a wielu z nas nie potrafi się powstrzymać od dotknięcia kota czy psa, nawet nieznajomego. Zdajemy się odczuwać głęboką potrzebę odzyskania bezpośredniego kontaktu ze zwierzętami, będącego codziennością naszych przodków, łowców-zbieraczy.

W dzisiejszych czasach odnosimy się do zwierząt inaczej niż nasi protoplaści. W ciągu ostatniego wieku radykalnie zmieniło się nasze myślenie o nich. Dziś nadajemy wielu rodzajom zwierząt „prawa”. Zwierzęta towarzyszące – zwłaszcza psy i koty – zyskały bezprecedensową popularność. W ciągu ostatnich czterdziestu lat – jak spod ziemi – pojawiło się przekonanie, że zwierzę w domu to element zdrowego stylu życia. Postrzegamy je jako antidotum na stres współczesnego życia miejskiego, środek uśmierzający ból samotności, który pojawia się po śmierci kolejnych członków rodziny, i jako terapeutów pomagających rehabilitować wszelkiego rodzaju niepełnosprawności. Moim zdaniem tempo przyswojenia sobie przez ludzi tych idei – zaakceptowanych tak powszechnie, że mało kto im zaprzecza, choć nauka je podważa, a w najlepszym wypadku uznaje za dyskusyjne – oraz towarzyszący im entuzjazm są bardziej fascynujące niż same idee. Wygląda na to, że jakaś część ludzkiej natury zachęca nas do uznania tych przekonań, jak gdyby zwierzęta domowe zasługiwały na immunitet od sceptycyzmu, z którym zazwyczaj podchodzimy do twierdzeń o ich niezgłębionej dotąd leczniczej mocy. Nie tylko pragniemy trzymać w domu zwierzęta, lecz także chcemy wierzyć, że stanowią swego rodzaju eliksir, który sprawi, że nasze życie będzie bardziej satysfakcjonujące.

W ciągu ostatniego półwiecza nasze relacje ze zwierzętami stały się bardziej złożone, a tym samym trudniejsze do rozdzielenia. Jeśli nie liczyć niewielkiej liczby zwierząt trzymanych przez arystokratów wyłącznie w celach towarzyskich, wcześniej zwierzęta domowe na ogół odgrywały przede wszystkim rolę użytkową, a sporadycznie także emocjonalną. Konie przewoziły towary, koty łowiły myszy. Psy służyły do różnorakich celów, w tym do polowań, zaganiania i pilnowania trzody oraz strzeżenia obejścia, a przez to miały większą szansę nawiązać więź z poszczególnymi ludźmi niż inne zwierzęta. Niektóre gatunki zapewniają właścicielom jedynie minimum towarzystwa, dają im jednak przynajmniej przyjemność estetyczną: rybki akwariowe w dalszym ciągu cieszą się popularnością, ale ptaki klatkowe – należące dawniej do najpopularniejszych zwierząt domowych, a obecnie będące domeną specjalistów – zniknęły niemal całkowicie. (Jedna z teorii zakłada, że wraz z wynalezieniem radia ludzie przestali odczuwać potrzebę wypełnienia ciszy w domach. Inna nieco cynicznie wskazuje na równoległy wzrost popularności kotów domowych5).

 

Funkcje niektórych zwierząt wciąż balansują na granicy użyteczności i zapewniania towarzystwa. Na terenach wiejskich zwierzęta trzymane przede wszystkim jako domowe często spełniają także funkcje praktyczne – mowa tu choćby o psach myśliwskich, które w weekendy towarzyszą ludziom na polowaniach. Inne, służące przede wszystkim konkretnym celom, na przykład koty żyjące w gospodarstwach wiejskich, często otrzymują dużo czułości. Znałem kiedyś emerytowanego pasterza, którego relacje z psami na pozór można by uznać za czysto użytkowe – kolejnym swoim owczarkom nie nadawał nawet imienia, mówił o nich po prostu „mój pies” (komunikował się z nimi w sposób tradycyjny, za pomocą gwizdów). Najwyraźniej był jednak przywiązany do ostatniego czworonoga, którego zatrzymał przy sobie, kiedy porzucił pastwisko. Wyprowadzał go na spacer koło mojego domu trzy razy dziennie, deszcz, burza czy śnieżyca. Bert, na którego farmie w Oxfordshire przeprowadzałem swoje pierwsze badania kolonii kotów żyjących w gospodarstwach wiejskich, miał oczywistą słabość do swoich osiemdziesięciu kilku kotów, choć na wszystkie wołał po prostu „Rudy”.

Jednak ogólnie rzecz biorąc, granica pomiędzy towarzyszem a zwierzęciem domowym stała się w ostatnich dziesięcioleciach bardziej wyrazista. Obecnie na Zachodzie istnieje ostry podział pomiędzy tymi zwierzętami, które hodujemy na pożywienie, i tymi, które są po prostu naszymi przyjaciółmi. Choć plemię Maring koniec końców zjada swoje świnie, to właścicielka świni, której nie udało się dolecieć do domu na Święto Dziękczynienia, z pewnością wzdrygnęłaby się na myśl, że jej pupilka miałaby być źródłem bekonu.

Choć dla zachodnich właścicieli byłoby to odrażające, zarówno koty, jak i psy bywały hodowane nie dla towarzystwa, ale na futro i mięso. Jeśli chodzi o psy, tego rodzaju zastosowanie sięga czasów prehistorycznych. W Europie Środkowej około szóstego tysiąclecia przed naszą erą zwyczaj grzebania zwierząt u boku właścicieli istniał już od setek lat, ale sąsiednie społeczności rutynowo zabijały i zjadały psy, o czym świadczą połamane kości długie i strzaskane czaszki tych zwierząt. W średniowieczu Anglicy wysoko cenili płaszcze z kociego futra i, co widać po nacięciach na kocich kościach wydobytych z ówczesnych śmietnisk, ubijali koty właśnie w tym celu, kiedy osiągały dojrzałość, czyli wiek mniej więcej dwunastu miesięcy.

Dopiero piętnaście lat temu Królewskie Towarzystwo Zapobiegania Okrucieństwu wobec Zwierząt (Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals) ustaliło, że producenci futer z Chin rocznie dostarczają na rynek europejski (i amerykański) około dwóch milionów kocich i psich skórek, choć większość z nich zapewne trafia do Rosji, gdzie konsumenci są mniej wybredni. W Korei Południowej istnieje długowiekowa tradycja zjadania psów i w celach konsumpcyjnych zabija się ich ponad milion rocznie. Można tam wstąpić do jednej z popularnych sieciowych restauracji serwujących psie mięso, kupić przyrządzone z niego przekąski, a nawet różnorakie kosmetyki produkowane z odpadów otrzymanych w wyniku uboju psów. Koreańczycy mniej gustują w kotach, ale przygotowują specjalny tonik na reumatyzm i nerwobóle, wygotowując kocie mięso w szybkowarze i mieszając otrzymany wywar z ziołami. Wielu Koreańczyków z Korei Południowej włącza do jadłospisu kocie i psie mięso, a płynące z Zachodu ostre napomnienia, by zaniechać tych „barbarzyńskich” praktyk, mogą traktować jak atak na swoją tożsamość kulturową6.

W dzisiejszych społeczeństwach Zachodu zwierząt domowych się nie zjada. Kiedy ktoś przywiązuje się do zwierzęcia przeznaczonego na stół, tym samym przenosząc je do kategorii „pupila”, konsekwencje mogą być znaczące. W Wielkiej Brytanii podczas II wojny światowej i pierwszych lat powojennych, kiedy mięso było racjonowane, rząd zachęcał obywateli do hodowania królików na pożywienie. Pewne dziecko czasu wojny po siedemdziesięciu latach napisało: „Przywiązałam się do jednego z królików, pięknej białej angory o różowych uszach i oczach. Ale kiedy tylko była wystarczająco tłusta, zabito ją tak samo jak pozostałe i oporządzono. Od tamtego dnia nigdy więcej nie tknęłam mięsa i zostałam wegetarianką”7. Nawet w tych częściach świata, gdzie zjada się psy i koty, właściciele zdają się rozróżniać zwierzęta trzymane dla towarzystwa i te przeznaczone na stół.

Na tym etapie historii, kiedy potrzeba hodowania kotów i psów w celach użytkowych zmalała, chęć posiadania ich w domu znacznie wzrosła. Psy i koty należą do najpopularniejszych zwierząt domowych. Niemal w jednej czwartej domów w Wielkiej Brytanii i ponad jednej trzeciej w Stanach Zjednoczonych zamieszkuje co najmniej jeden pies, a koty trzyma 30 procent amerykańskich rodzin oraz około 17 procent brytyjskich. Króliki, ptaki klatkowe, świnki morskie, chomiki i różnego rodzaju gady składają się na pozostałą część zwierząt hodowanych w brytyjskich i amerykańskich domach. Za zwierzęta do towarzystwa można w wielu wypadkach uznać także konie, drób oraz inną trzodę trzymaną na zewnątrz. W Japonii niektóre owady, takie jak jelonki rogacze, świerszcze i świetliki, funkcjonujące zbiorowo pod nazwą mushi, są ulubieńcami dzieci, zwłaszcza chłopców. Jeżeli do tej grupy włączyć także rybki, to w Wielkiej Brytanii żyje mniej więcej tyle samo zwierząt do towarzystwa co ludzi; w Stanach Zjednoczonych na czworo ludzi przypada trójka zwierząt8.

Trzymanie w domu zwierząt przestało być rozrywką klas uprzywilejowanych i stało się integralną częścią stylu życia osób ze wszystkich klas społecznych. Praktykę tę znacznie ułatwia stała dostępność produktów zaprojektowanych specjalnie z myślą o potrzebach zwierząt. Choć reklamy promujące karmę i inne towary skierowane są do właścicieli, występują w nich urocze zwierzaki, co niechybnie wzmacnia pozytywny wizerunek zwierząt domowych.

W dobie globalizacji zachodni stosunek do zwierząt przeniósł się na Daleki Wschód, gdzie szybko wypiera lokalne tradycje. W Korei psy i koty (przede wszystkim zachodnich ras) stały się popularne w latach osiemdziesiątych XX wieku, co pomogło rozwinąć się branży produktów dla zwierząt, a kulminacją tego procesu było otwarcie w 2003 roku Mega Pet, jedenastopiętrowego centrum handlowego pod Seulem specjalizującego się w tym asortymencie. Choć w Chinach wiele psów wciąż hoduje się na mięso, importowane z Zachodu rasy, takie jak pudle i różne miniaturki, zyskały popularność w miastach. Wydaje się, że czasy, kiedy przewodniczący Mao uznawał posiadanie w domu zwierząt za burżuazyjną fanaberię, odeszły w przeszłość, może nawet bezpowrotnie. W dużych ośrodkach, takich jak Pekin czy Szanghaj, psy domowe stały się tak popularne, że wprowadzono prawo, które ogranicza ich liczbę do jednego na gospodarstwo domowe, i zakazano hodowania psów dużych ras. Krążą plotki, że niektórzy właściciele dużych psów nigdy nie wypuszczają ich z domu – z pewnością z uszczerbkiem dla ich dobrostanu – tylko po to, by nie wykryła tego policja9.

Kwoty, które właściciele wydają na zwierzęta, osiągnęły oszałamiające rozmiary. Podczas gdy dawniej psy i koty żywiły się odpadkami z domowej kuchni, obecnie funkcjonuje warta miliony dolarów branża gotowa zaspokoić ich potrzeby. W 2014 roku Brytyjczycy wydali na swoje zwierzęta około 6 miliardów funtów i choć w większości przeznaczono je na pożywienie, to trzecią część tej kwoty pochłonęły usługi weterynarzy, które jeszcze pół wieku temu właściwie nie były dostępne, ponieważ lekarze weterynarii zajmowali się przede wszystkim zwierzętami hodowlanymi. W tym samym roku właściciele zwierząt domowych ze Stanów Zjednoczonych wydali na nie około 60 miliardów dolarów, a rynek zanotował pięcioprocentowy wzrost w stosunku do roku poprzedniego.

Ostatnie trendy w żywieniu zwierząt pokrywają się z tymi w żywieniu ludzi – pożywienie jest bezglutenowe, z obniżoną zawartością cukru i niskokaloryczne – co stanowi nie tylko reakcję na realny problem otyłości wśród zwierząt, ale także odzwierciedla przekonanie właścicieli, że ich zwierzęta powinny się żywić produktami równie wysokiej jakości jak te, które jedzą sami. Tymczasem, jak zauważają aktywiści walczący z głodem na świecie, podobna kwota, sprawiedliwie rozdysponowana, pozwoliłaby nakarmić wszystkich niedożywionych ludzi na świecie10.

Ponieważ nasze relacje ze zwierzętami domowymi w ciącu ostatnich stuleci ulegały przemianom, termin ten może wymagać pewnego uściślenia. Słownik Webstera definiuje angielskie słowo pet jako „udomowione zwierzę hodowane dla przyjemności, a nie w celach praktycznych”. Dla moich celów rozróżnienie to jest nieco zbyt ograniczające, ponieważ wyklucza dzikie zwierzęta pozyskane ze środowiska naturalnego i oswojone (a więc formalnie biorąc, nieudomowione). Co więcej, podczas gdy dziś możemy odnieść ten termin do milionów zwierząt na Zachodzie, pięćset lat temu dotyczyłby on zaledwie kilku tysięcy zwierząt hodowanych przez damy z wyższych sfer.

Musimy odrzucić mylny koncept, że słowo to opisuje rolę, jaką pełni zwierzę, a nie jego typ. Obecnie wiele kotów i psów żyjących na Zachodzie służy ludziom jedynie za towarzyszy, a ich dawniej użyteczne cechy stanowią przedmiot zażenowania właścicieli. Pies ujadający przy furtce i rzucający się na tych, którzy próbują wejść na podwórze, odgrywa rytuał, który właściciele dawniej doceniali (a w niektórych rejonach wciąż doceniają). Jeżeli odpowiednio nie wytresuje się psów pasterskich, mogą one próbować gonić dzieci lub rowerzystów. Instynkt myśliwski kotów, do niedawna tak ceniony, w dzisiejszych czasach szokuje właścicieli i miłośników przyrody, którzy (często błędnie) obwiniają te zwierzęta o przetrzebienie populacji małych ptaków i ssaków, nie kryjąc przy tym dezaprobaty.