Wieczna wojnaTekst

Z serii: s-f
Z serii: Wieczna wojna #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wieczna wojna
Wieczna wojna
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,80  60,64 
Wieczna wojna
Tekst
Wieczna wojna
E-book
37,90  26,53 
Szczegóły
Wieczna wojna
Audio
Wieczna wojna
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
37,90  28,05 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Bena i – zawsze – dla Gay

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przedmowa
Hej, Joe, czytałem Twoją książkę
albo
list otwarty do Joego Haldemana sprytnie udający przedmowę do Wiecznej wojny

Drogi Joe!

Na początku mojego listu, aby ukazać tło wydarzeń, które zamierzam opisać, chcę Ci przypomnieć (oraz podzielić się tym z czytającymi ten list), jak poznałem Ciebie i Gay na Worldconie w Glasgow w 2005 roku. Zapomniałem, kto konkretnie nas sobie przedstawił – podejrzewam, że zrobił to mój wydawca Patrick Nielsen Hayden, ponieważ integrowanie ludzi zajmujących się fantastyką naukową to coś, w czym jest bardzo dobry. Pamiętam, że przywitałem się i zostałem cudownie skomplementowany przez Gay, która powiedziała mi, że podobała jej się Wojna starego człowieka, która w owym czasie była moją jedyną powieścią, opublikowaną pół roku wcześniej. Kiedy Gay skończyła mówić bardzo miłe rzeczy o tej książce, ty powiedziałeś: „Słyszałem bardzo dobre opinie o tej powieści, ale obawiam się, że jeszcze jej nie czytałem”.

„W porządku – odrzekłem. – Ja słyszałem bardzo dobre opinie o Wiecznej wojnie i też jej nie czytałem”. Na to roześmiałeś się, a potem we troje rozpoczęliśmy bardzo miłą rozmowę o innych sprawach. I tak się poznaliśmy.

Pozwól, że wspomnę o dwóch aspektach naszego pierwszego spotkania. Po pierwsze, bardzo wyrozumiale potraktowałeś moją replikę, która miała być żartobliwa, lecz po namyśle (czyli po trzech sekundach) zrozumiałem, że mogła się wydać zjadliwa i lekceważąca. Na szczęście dla mnie odczytałeś ją we właściwy sposób. Po drugie, w rejestrze występków i gaf science fiction zbrodnia, jaką była moja nieznajomość Twojej książki, była o wiele cięższa niż to, że Ty nie czytałeś mojej. Moja powieść była dziełem nowicjusza, o którym wiedzieli tylko nieliczni (stąd moje zadowolenie z tego, że Gay w ogóle ją czytała), natomiast Twoja była (i nadal jest) zaliczana do klasyki gatunku, otrzymała nagrody Hugo, Nebula oraz Locus i wraz z Żołnierzami kosmosu jest powszechnie uważana za jeden z dwóch kamieni milowych fantastyki militarnej. Można Ci wybaczyć, że nie znałeś mojej książki. Natomiast mojej niewiedzy nie można tak łatwo usprawiedliwić.

W rzeczy samej najlepszym świadectwem rangi Wiecznej wojny w literaturze science fiction jest to, że czytelnicy i recenzenci z góry zakładali, że: a) oczywiście ją czytałem oraz b) moja powieść z gatunku fantastyki militarnej jest w mniejszym lub większym stopniu pochodną Twojej. Ilekroć wyznawałem ludziom, że jej nie czytałem, spotykałem się z dwiema reakcjami, w zależności od tego, czy moja książka podobała im się czy nie.

Jeżeli spodobała im się moja książka:

Czytelnik: Podobała mi się twoja książka, facet. Naprawdę spodobał mi się sposób, w jaki wykorzystałeś w niej zmiany z Wiecznej wojny.

Ja: No cóż, dziękuję. Muszę jednak wyznać, że jeszcze nie czytałem Wiecznej wojny.

Czytelnik: Naprawdę?

Ja: Tak.

Czytelnik: Leżałeś przez ostatnie trzydzieści lat w hibernatorze?

A jeśli moja powieść im się nie podobała:

Czytelnik: Jezu, Scalzi, musisz płacić Joemu Haldemanowi tantiemy, skoro tyle zerżnąłeś z jego Wiecznej wojny.

Ja: Cóż, prawdę mówiąc, nie czytałem tej książki.

Czytelnik: Yhm. Zatem jesteś nie tylko złodziejem, ale i kłamcą.

No i tak to wyglądało przez kilka lat, aż w końcu naprawdę zacząłem kłamać i mówić, że czytałem tę książkę, ponieważ zmęczyło mnie słuchanie, że muszę ją koniecznie przeczytać. Wiedziałem, że muszę ją przeczytać, rozumiecie? Jednak byłem zajęty pisaniem własnych książek… no i, hmm, rozproszony wieloma nieistotnymi sprawami. Tak, to dlatego. Niewątpliwie.

W końcu, z różnych powodów, w zeszłym roku znalazłem czas i miejsce, żeby przeczytać Wieczną wojnę. Wziąłem ją z półki, na której, prawdę mówiąc, stała kilka lat (czy wspominałem już, że łatwo się rozpraszam?), zamknąłem drzwi gabinetu i zasiadłem do dobrej lektury.

Kiedy skończyłem czytać, pomyślałem: „O rany, jak dobrze, że czekałem z przeczytaniem tej powieści do dziś”.

Naprawdę byłem i jestem z tego rad.

A to z dwóch powodów. Pierwszy jest prosty, praktyczny i dotyczy pisania. Gdybym znał intrygę i postacie, jakie wybrałeś do Twojej powieści, zapewne w końcu nie dokonałbym podobnych wyborów. Ponieważ, no wiecie, jako pisarz mam swoje ego i nie chciałbym w Twoich butach iść Twoją drogą, nawet gdyby dzięki temu moja powieść stała się lepsza. Ponadto mniej lub bardziej świadomie unikałbym pewnych rozwiązań i podejrzewam, że nie wyszłoby to książce na dobre. Mógłbym napisać drugi taki list, rozwijając to stwierdzenie i jego sens, ale nie zrobię tego tutaj; w tym momencie wystarczy, jeśli powiem, że siliłbym się na oryginalność, nawet kosztem jakości. Lepiej już, by po ukończeniu moją książkę porównywano z Wieczną wojną (co mi pochlebia), niż gdybym miał nieustannie robić to w trakcie pisania. Piękne dzięki. Cieszę się, że tego uniknąłem. Drugim powodem zaś jest moje przekonanie, że Wieczna wojna była powieścią na czasie i jej czas – dobry czy zły – znów nadszedł.

Nie jest żadną tajemnicą dla was, dla mnie czy dla większości ludzi zaglądających nam przez ramię, że Wieczna wojna wyszła z tygla wojny wietnamskiej, w której brałeś udział i która, jak rozumiem, wycisnęła na Tobie swoje piętno, podobnie jak na wielu jej uczestnikach. Fantastyka jako gatunek ma możliwość korzystania z paraboli, osadzania opowieści w ściśle wyznaczonych ramach, co pozwala łatwiej przedstawiać ludziom konkretne tezy. Swoje wojenne przeżycia opisałeś we współczesnej powieści Rok wojny (którą przeczytałem i sprezentowałem mojemu teściowi, również weteranowi), lecz Wieczna wojna była większym kawałkiem tego jabłka – szansą na wyjaśnienie ludziom, którzy nie byli na wojnie, całego jej zamieszania i biurokracji, niejasnych celów i niespodziewanych okropności oraz wyobcowania powracających w ojczyźnie, społeczeństwie i kulturze, do których już nie pasowali, ponieważ te się zmieniły.

Należę do tego szczęśliwego pokolenia urodzonych pomiędzy wojną w Wietnamie a 11 września, którzy nie wiedzą, czym jest wojna, nie licząc tych paru tygodni interwencji na Grenadzie i w Iraku w 1991 roku. Następne, późniejsze od mojego pokolenie, nie miało już tyle szczęścia. Setki tysięcy jego przedstawicieli udało się na Środkowy Wschód i znaczna ich część nadal tam jest. Tysiące wróciły w trumnach nakrytych flagami. Dziesiątki tysięcy z fizycznymi lub psychicznymi urazami, a część z nich czuje się równie nieswojo jak Mandella i Marygay w rzeczywistości, do której wrócili. Czy ktoś uważa wojnę w Iraku i Afganistanie za słuszną i potrzebną czy nie, z pewnością wyciśnie ona swe piętno na całym pokoleniu.

Moim zdaniem powieść musi spełniać dwa warunki, aby zaliczono ją do klasyki gatunku, a nie jedynie do tych „nadal dobrze się sprzedających”. Po pierwsze, musi mówić o czasie, w którym powstała. Nie ma cienia wątpliwości, że Wieczna wojna spełnia to kryterium; świadczą o tym zdobyte przez nią nagrody i pochwały. Drugi warunek trudniej spełnić, ponieważ jest nim uniwersalizm; książka musi poruszać problem, który jest odwieczny, a przynajmniej stale powraca.

Uważam, że Wieczna wojna spełnia również to kryterium – tu i teraz – jako parabola ponownie dająca nam do myślenia. Tak jak jej bohater, ta książka przeniosła się w czasie, aby być częścią nowej rzeczywistości; przypominać wszystkim tym, którzy chcą wrócić do domu – oraz tym, którzy na nich czekają – że ktoś był w ich sytuacji i wie, co czują i dlaczego. Może to pomoże im znaleźć drogę powrotną. Nie dostrzegłbym siły tego przesłania, gdybym przeczytał tę powieść wcześniej. Teraz to rozumiem… i cieszę się z tego.

Pisząc to wszystko, chcę powiedzieć: Hej, Joe, czytałem Twoją książkę.

Wszyscy chwalący ją mieli rację.

Dziękuję.

Twój

John Scalzi

lipiec 2008

Od autora

Oto ostateczna wersja Wiecznej wojny. Są jeszcze dwie inne i mój wydawca był tak miły, że pozwolił mi wyjaśnić tutaj tę sprawę.

Książka, którą trzymacie w dłoniach, to pierwotna wersja powieści. Ma ona jednak dość zawiłą historię.

To zabawne, że Wieczną wojnę, która później zdobyła nagrody Hugo oraz Nebula, a w innych krajach została uznana za najlepszą powieść roku, trudno było wydać na początku lat siedemdziesiątych XX wieku. Została odrzucona przez osiemnaście wydawnictw, zanim St. Martin’s Press postanowiło zaryzykować i dać jej szansę. „Bardzo dobra książka – mówili zwykle wydawcy – ale nikt nie zechce czytać powieści science fiction o Wietnamie”.

Po upływie dwudziestu pięciu lat większość młodych czytelników nawet nie dostrzega zbieżności Wiecznej wojny z pozornie niekończącą się wojną, którą toczyliśmy wówczas… i nie ma w tym niczego dziwnego. Powieść mówi o Wietnamie, ponieważ na tej wojnie był autor. Jednak przede wszystkim mówi o wojnie, żołnierzach i powodach, dla których wydają się nam potrzebni.

W czasie, gdy ta powieść była odrzucana przez wydawnictwa, została wydana w odcinkach w magazynie „Analog”. Jego redaktor naczelny Ben Bova był ogromnie pomocny nie tylko przy jej redagowaniu, ale przy samym powołaniu do życia! Dał jej eksponowane miejsce w tym periodyku, a jego zabiegi zwróciły na nią uwagę St. Martin’s Press, które zaryzykowało wydanie w twardej oprawie, chociaż w owym czasie nie wydawało literatury science fiction dla dorosłych.

 

Ben jednak odrzucił środkową część powieści, nowelę zatytułowaną Nigdy nie możesz wrócić. Powiedział, że podoba mu się literacko, ale uważa ją za zbyt przygnębiającą dla czytelników „Analogu”. Tak więc napisałem mu bardziej optymistyczną historię i schowałem Nigdy nie możesz wrócić do szuflady. W końcu Ted White opublikował ją w magazynie „Amazing” jako posłowie do Wiecznej wojny.

Po tylu latach sam nie wiem, dlaczego nie przywróciłem pierwotnej środkowej części, kiedy powieść została już zaakceptowana. Może nie ufałem swojemu gustowi albo po prostu nie chciałem sobie komplikować życia. Jednak pierwsza wersja książki jest w zasadzie tą opublikowaną w „Analogu”, tylko „z mocniejszym językiem i sytuacjami”, jak mówią w Hollywood.

Broszurowe wydanie tej wersji drukowano przez szesnaście lat. Potem, w 1991 roku, miałem okazję przywrócić pierwotną wersję. Podane w powieści daty wydają się teraz nieco zabawne – większość ludzi wie, że w 1996 roku nie toczyliśmy międzygwiezdnej wojny. Akcję umieściłem w tym roku, aby biorący w niej udział oficerowie i podoficerowie teoretycznie mogli być weteranami wojny w Wietnamie, po czym postanowiliśmy tego nie zmieniać, mimo oczywistych anachronizmów. Uważajcie to za opis świata równoległego.

Choć może jest on rzeczywisty, a my żyjemy we śnie.

Joe Haldeman

Cambridge, Massachusetts

Wstęp

Thomasa Dunne’a poznałem w pewien męczący wieczór 1974 roku, podczas hucznego przyjęcia w hotelu Algonquin. Tamtego dnia po południu mój agent Robert P. Mills powiedział mi, że moja powieść Wieczna wojna nie nadaje się do druku. Proponował ją wszystkim wydawcom science fiction w mieście i wszyscy powiedzieli, że jest zbyt kontrowersyjna.

Przyjęcie w hotelu Algonquin było dorocznym spotkaniem organizowanym przez Stowarzyszenie Amerykańskich Pisarzy Science Fiction, zwanym przyjęciem wydawców oraz autorów, i było ważną imprezą. Szło się na nie, żeby się pokazać i coś załatwić. I tak się składa, że było na nim mnóstwo tych, którzy odrzucili książkę moim zdaniem aktualną i ważną… nie wspominając o tym, że zabrała mi ponad dwa lata życia. Tak więc wypiłem trochę, zanim tam poszedłem, a kiedy już dotarłem na miejsce, drinki były darmowe.

W rezultacie niezbyt dobrze pamiętam szczegóły mojego pierwszego spotkania z Tomem Dunne’em. Opowiedziałem moją smutną historię naczelnemu redaktorowi „Analogu” Benowi Bovie, a on rzekł: „Mam człowieka, którego musisz poznać”, i zaprowadził mnie do Toma, który nie był zbytnio oblegany przez pisarzy, gdyż w owym czasie St. Martin’s nie wydawało fantastyki dla dorosłych. Ben, którego magazyn publikował w odcinkach moją powieść, wspomniał o niej Tomowi. To zaciekawiło antywojennie nastawionego Dunne’a i zgodził się ją przejrzeć.

Niezwykle szybko przyjął ją, co zapoczątkowało naszą bliską i owocną współpracę. Tom był dobrym wydawcą i wspaniałym kompanem, ilekroć zdołałem wyrwać się z Iowa i przyjechać do miasta.

Ów pamiętany jak przez mgłę wieczór w hotelu Algonquin był przełomowym momentem mojego życia. Gdyby Tom Dunne nie miał odwagi i przenikliwości i nie wydał tej „niewydawalnej” powieści, zapewne wróciłbym do matematyki i nudnego nauczania. Dzięki, Tom.

Joe Haldeman

Cambridge, Massachusetts

czerwiec 2008

SZEREGOWY MANDELLA

Rozdział 1

Dzisiaj pokażemy wam osiem sposobów bezgłośnego zabijania ludzi.

Mówiący to mężczyzna był sierżantem, który nie wyglądał na starszego o pięć lat ode mnie. Tak więc jeśli kiedykolwiek zabił człowieka w walce, bezgłośnie czy nie, musiał to zrobić w kołysce.

Znałem już osiemdziesiąt sposobów zabijania ludzi, ale większość z nich była dość hałaśliwa. Wyprostowałem się na krześle, przywołałem na twarz wyraz uprzejmego zainteresowania i zasnąłem z otwartymi oczami. Wszyscy pozostali zrobili to samo. Nauczyliśmy się, że na tych wieczornych wykładach nigdy nie mówią niczego ważnego.

Obudził mnie szmer projektora. Pokazali krótki film demonstrujący „osiem cichych sposobów zabijania”. Niektórzy aktorzy musieli być po praniu mózgu, ponieważ naprawdę ich zabito.

Po filmie dziewczyna siedząca w przednim rzędzie podniosła rękę. Sierżant skinął na nią, więc wstała i wystąpiła naprzód. Całkiem niezła, tylko o trochę zbyt masywnej szyi i barkach. Każdy tak wygląda po kilku miesiącach noszenia ciężkiego plecaka.

– Sir. – Aż do promocji musieliśmy się zwracać do sierżantów „sir”. – Większość tych sposobów wyglądała… dość głupio.

– Na przykład?

– Weźmy zabijanie kogoś ciosem saperki w nery. Chcę powiedzieć, że chyba nigdy nie jest tak, żeby ktoś był uzbrojony tylko w saperkę, a nie miał pistoletu czy noża. I czy nie lepiej po prostu walnąć go w łeb?

– Może mieć na głowie hełm – odparł sierżant rezolutnie.

– Ponadto Taurańczycy pewnie nawet nie mają nerek!

Wzruszył ramionami.

– Zapewne nie mają.

Był rok 1997 i nikt nigdy nie widział Taurańczyka. Nie znaleziono choćby kawałka większego od przysmażonego chromosomu.

– Jednak ich fizjologia jest zbliżona do naszej, więc musimy założyć, że są równie skomplikowanymi organizmami jak my. Muszą mieć jakieś słabe punkty, czułe miejsca. Musicie je znaleźć. To ważne – rzekł, wskazując palcem na ekran. – Tych ośmiu skazańców zarżnięto dla was, ponieważ musicie się dowiedzieć, jak zabijać Taurańczyków, i umieć to robić zarówno megawatowym laserem, jak i tarczą szlifierską.

Kobieta usiadła niezbyt przekonana.

– Są jakieś pytania?

Nikt nie podniósł ręki.

– Dobra. Baa-czność!

Leniwie podnieśliśmy się z krzeseł, a on spojrzał na nas wyczekująco.

– Pieprz się, sir – ryknął znużony chór.

– Głośniej!

– PIEPRZ SIĘ, SIR!

Jeden z głupszych wojskowych sposobów podbudowywania morale.

– Już lepiej. Nie zapomnijcie, jutro przed świtem manewry. Pobudka o 3.30, wymarsz o 4.00. Każdy przyłapany w łóżku o 3.40 straci jedną belkę. Rozejść się.

Zapiąłem uniform i poszedłem po śniegu do kantyny na filiżankę wywaru z soi i skręta. Zawsze wystarczało mi pięć czy sześć godzin snu i to były jedyne chwile, jakie miałem tylko dla siebie, przez moment daleko od armii. Kilka minut czytałem wiadomości odbierane przez faks. Załatwili kolejny statek, gdzieś w rejonie Aldebarana. To było jakieś cztery lata temu. Szykowano karną ekspedycję, ale lot do celu zajmie flocie kolejne cztery lata. Do tej pory Taurańczycy obsadzą wszystkie planety przejścia.

W kwaterze wszyscy już spali i główne światła były wyłączone. Cała kompania tkwiła tu, od kiedy wróciliśmy z dwutygodniowego szkolenia na Księżycu. Rzuciłem ciuchy do szafki, sprawdziłem grafik i stwierdziłem, że śpię na koi 31. Do licha, tuż pod grzejnikiem.

Najciszej jak umiałem wślizgnąłem się za zasłonę, żeby nie budzić śpiącej obok osoby. Nie widziałem, kto to, ale nic mnie to nie obchodziło. Wsunąłem się pod koc.

– Spóźniłeś się, Mandella – ziewnął ktoś.

– Przepraszam, że cię zbudziłem – szepnąłem.

– W porząsiu.

Obróciła się na bok i wtuliła we mnie. Była ciepła i dość miękka.

Poklepałem ją po biodrze, mając nadzieję, że robię to po bratersku.

– Dobranoc, Rogers.

– Dobranoc, ogierze.

Odpowiedziała takim samym gestem, tylko bardziej sugestywnym.

Dlaczego zawsze trafiasz na zmęczone, kiedy jesteś gotowy, i na chętne, kiedy ty jesteś znużony? Pogodziłem się z nieuniknionym.

Rozdział 2

Dobra, przyłóżcie się do tego, cholera! Grupa wzdłużnika! Ruszać się, ruszcie swoje przeklęte tyłki!

Około północy przyszedł ciepły front i śnieg zmienił się w błoto. Permaplastowy dźwigar ważył pięćset funtów i był piekielnie nieporęczny, nawet jeśli nie był oblodzony. We czwórkę, po dwoje na każdym końcu, nieśliśmy plastikowy dźwigar w zesztywniałych palcach. Moją partnerką była Rogers.

– Uwaga! – wrzasnął facet za mną, co oznaczało, że ciężar wymknął mu się z rąk. Chociaż nie stalowy, wzdłużnik był dostatecznie ciężki, żeby zmiażdżyć stopę. Wszyscy puścili go i odskoczyli. Padając, obryzgał nas błotnistą mazią.

– Do diabła, Petrov – powiedziała Rogers – dlaczego nie pójdziesz do Czerwonego Krzyża albo gdziekolwiek? Ta kurewska belka wcale nie jest tak kurewsko ciężka.

Większość dziewcząt wyrażała się oględniej. Rogers miała niewyparzony jęzor.

– Dobra, ruszać się, kurwa, z tymi wzdłużnikami! Grupa klejarzy! Dalej, dalej!

Nadbiegł nasz dwuosobowy zespół klejarzy, dźwigając wiadra.

– Chodźmy, Mandella. Zaraz odmrożę sobie jaja.

– Ja też – powiedziała dziewczyna z uczuciem, choć bez sensu.

– Raz, dwa, trzy!

Ponownie podnieśliśmy ciężar i chwiejnie poszliśmy w kierunku mostu. Był w trzech czwartych ukończony. Wyglądało na to, że drugi pluton nas wyprzedzi. Nie obchodziłoby mnie to, ale ten pluton, który pierwszy postawi swój most, poleci do domu. Pozostałym zostaną cztery mile błota i ani chwili wypoczynku przed capstrzykiem.

Donieśliśmy dźwigar na miejsce, rzuciliśmy go z łomotem i przymocowaliśmy uchwyty łączące go z podporami. Zanim skończyliśmy je mocować, żeńska połowa grupy klejarzy już zaczęła nakładać epoksyd. Jej partner czekał po drugiej stronie dźwigara. Grupa od nawierzchni stała przy moście; każdy trzymał nad głową, jak parasolkę, kawałek lekkiego, sprężonego permaplastu. Byli czyści i nieprzemoczeni. Głośno zastanowiłem się, czym sobie na to zasłużyli, a Rogers podsunęła kilka ciekawych, choć mało prawdopodobnych możliwości.

Zajęliśmy stanowisko przy następnym dźwigarze, kiedy szef kompanii (nazywał się Dougelstein, ale mówiliśmy na niego „Dobra”) dmuchnął w gwizdek i ryknął:

– Dobra, chłopcy i dziewczynki, dziesięć minut przerwy. Kto ma, ten pali.

Sięgnął do kieszeni i wcisnął guzik włączający ogrzewanie naszych skafandrów.

Przysiedliśmy z Rogers na naszym końcu dźwigara i wyjąłem papierośnicę. Miałem mnóstwo skrętów, ale nie wolno ich było palić do capstrzyku. Oprócz tego miałem tylko mniej więcej trzycalowy niedopałek cygara. Przypaliłem cygaro od krawędzi papierośnicy; po kilku pierwszych pociągnięciach nie było już takie złe. Rogers też pociągnęła, dla towarzystwa, ale skrzywiła się i oddała mi niedopałek.

– Byłeś na uczelni, kiedy cię powołano? – zapytała.

– Taak. Właśnie zrobiłem magisterium z fizyki. Chciałem uzyskać uprawnienia do nauczania.

Posępnie skinęła głową.

– Ja studiowałam biologię…

– Tak myślałem – wtrąciłem i uchyliłem się przed pecyną błota. – Na którym roku?

– Skończyłam sześć, włącznie z magisterium. – Pociągnęła butem po ziemi, tworząc wzgórek o konsystencji zamarzającej brei. – Dlaczego, kurwa, musiało się tak stać?

Wzruszyłem ramionami. Na to pytanie nie było odpowiedzi, a na pewno nie zasługiwało na uwagę wyjaśnienie, jakim karmiono nas w SZ ONZ. Intelektualna i fizyczna elita planety ruszająca strzec ludzkości przed taurańskim zagrożeniem. Sojowa papka. Wszystko to było jednym wielkim eksperymentem. Zobaczmy, czy uda się sprowokować Taurańczyków do działań naziemnych.

Dobra dmuchnął w gwizdek dwie minuty za wcześnie, zgodnie z przewidywaniami, ale Rogers, ja i dwoje pozostałych siedzieliśmy sobie jeszcze minutę, czekając, aż zespoły klejarzy i nawierzchniowców skończą pokrywać nasz dźwigar. Siedząc tak z wyłączonym ogrzewaniem skafandrów, szybko zaczęliśmy marznąć, jednak nie ruszaliśmy się dla zasady.

Ćwiczenia przy wyłączonym ogrzewaniu nie miały sensu. Typowo wojskowy idiotyzm. Pewnie, tam, dokąd polecimy, będzie zimno, ale nie aż tak, by wszędzie zalegały śnieg i lód. Niemal z reguły na planetach przejść cały czas temperatura oscylowała w granicach dwóch stopni od zera absolutnego – ponieważ kolapsary nie świecą – więc jeśli poczujesz, że ci zimno, będzie to znaczyło, że jesteś już trupem.

Dwanaście lat wcześniej, kiedy byłem dziesięciolatkiem, odkryto skok kolapsarowy. Wystarczy z odpowiednią prędkością skierować jakiś przedmiot w kolapsar, aby znalazł się gdzieś w odległej części Galaktyki. Nie trwało długo, a znaleziono wzór pozwalający przewidzieć, gdzie się wyłoni: podróżuje po linii prostej (w rozumieniu teorii Einsteina), po jakiej podążałby, gdyby nie napotkał po drodze kolapsara – dopóki nie natrafi na następne pole kolapsarowe, w którym pojawia się ponownie, podążając z prędkością, jaką rozwijał w momencie wejścia w pierwszy kolapsar. Czas podróży między dwoma kolapsarami równy jest zeru.

 

Fizycy teoretyczni mieli mnóstwo roboty: musieli ponownie zdefiniować pojęcie równoczesności, a potem rozłożyć na czynniki ogólną teorię względności i stworzyć ją od nowa. Natomiast bardzo szczęśliwi byli politycy, którzy teraz mogli wysłać cały statek kolonistów na Fomalhauta za mniejsze pieniądze, niż kiedyś kosztowało umieszczenie paru ludzi na Księżycu. Było mnóstwo ludzi, których politycy chętnie widzieliby na Fomalhaucie, przeżywających tam wspaniałą przygodę, a nie wzniecających zamieszki na Ziemi.

Statkom zawsze towarzyszyła automatyczna sonda podążająca kilka milionów mil z tyłu. Wiedzieliśmy o istnieniu planet przejścia, tych resztek wirujących wokół kolapsarów; zadaniem sondy było wrócić i powiadomić bazę, gdyby statek lecący z prędkością 0,999 prędkości światła rąbnął w jedną z nich.

Do takiej katastrofy nigdy nie doszło, ale pewnego dnia któraś sonda wróciła uszkodzona… i sama. Przeanalizowano jej dane i okazało się, że jakiś statek ścigał i zniszczył jednostkę kolonistów. Zdarzyło się to opodal Aldebarana w układzie Taurusa, ponieważ jednak słowo „Aldebarańczycy” jest trochę przydługie, nazwano wrogów „Taurańczykami”.

Od tej pory statki kolonistów ruszały pod eskortą uzbrojonych jednostek. Te uzbrojone okręty często wyruszały też same, aż w końcu Grupa Kolonizacyjna przekształciła się w Siły Zbrojne ONZ. Z naciskiem na „Siły”.

Potem jakiś błyskotliwy członek Zgromadzenia Ogólnego zdecydował, że powinniśmy wysłać w pole oddziały piechoty, żeby strzegły planet wokół najbliższych kolapsarów. To doprowadziło do uchwalenia Ustawy o powszechnej służbie wojskowej i powstania najbardziej elitarnej armii w historii wojskowości.

I tak znaleźliśmy się tutaj, pięćdziesięciu mężczyzn i pięćdziesiąt kobiet o IQ powyżej 150, niezwykle zdrowych i silnych, brodząc w glinie i błocie środkowego Missouri i zastanawiając się, jak umiejętność stawiania mostów może przydać się nam na planetach, na których jedynym płynem jest sporadycznie spotykana kałuża ciekłego helu.

Inne książki tego autora