Zagubiona przeszłośćTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jodi Picoult

Zagubiona przeszłość

Przełożył Michał Juszkiewicz

Prószyński i S-ka

Warszawa 2009

Tytuł oryginału VANISHING ACTS

Copyright © 2005 by Jodi Picoult

All Rights Reserved

Originally published by Atria Books, an Imprint of Simon & Schuster, Inc.

Zdjęcie na okładce © Somos Images/Corbis

Redakcja

Magdalena Koziej

Korekta

Mariola Będkowska

Michał Załuska

Łamanie

Ewa Wójcik

ISBN 978-83-7648-202-6

Warszawa 2009

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7

www.proszynski.pl

Druk i oprawa

Drukarnia Naukowo-Techniczna

Oddział Polskiej Agencji Prasowej

03-828 Warszawa, ul. Mińska 65

Konwersja: Nexto Digital Services

Spis treści

  Strona tytułowa

  Dedykacja

  Podziękowania

  Prolog

  I

  DELIA

  ERIC

  ANDREW

  FITZ

  II

  DELIA

  ANDREW

  ERIC

  FITZ

  III

  DELIA

  ELISE

  IV

  ERIC

  ANDREW

  V

  DELIA

  FITZ

  VI

  ERIC

  DELIA

  VII

  ANDREW

  FITZ

  VIII

  DELIA

  ANDREW

  IX

  ERIC

  FITZ

  DELIA

  X

  ERIC

  ANDREW

  FITZ

  DELIA

Dedykacja

Książkę tę dedykuję Katie Desmond, która w dniu mojego ślubu karmiła mnie markizami na śniadanie, która potrafi docenić fason obuwia z niebieskiego zamszu i wie dokładnie, ilu ludzi znalazło śmierć tamtej pierwszej nocy na Queen Elisabeth II. Co jakiś czas człowiekowi zdarza się wyciągnąć szczęśliwy los, jakim jest wspaniały, niezapomniany przyjaciel. Ty jesteś dla mnie właśnie kimś takim.

Jakież inne słowa, można by zapytać, godne są tego, aby je pamiętano i powtarzano, jeśli nie te wypowiedziane z natchnienia miłości? Już samo to, że padły, można nazwać cudem. Słów tych jest niewiele i należą one do rzadkości, lecz powracają wiecznie niczym melodia poddawana nieustannej obróbce w ludzkiej pamięci. Inne zaś słowa kruszą się i odpadają wraz ze sztukaterią kryjącą pod sobą serce. Tamtych słów cudownych nie powinniśmy już powtarzać na głos. Nie mamy prawa wysłuchiwać ich, kiedy tylko dusza zapragnie.

Henry David Thoreau,

Tydzień na rzekach Concord i Merrimack, 1849

Podziękowania




Jak zwykle, nie pracowałam sama. Wdzięczność należy się w pierwszym rzędzie sierżant Janice Mallaburn z biura szeryfa okręgu Maricopa, wulkanowi energii, która nie miała jednak pojęcia, na co się godzi, ofiarowując mi pomoc, gdy zjawiłam się z wizytą w areszcie na Madison Street; ona pierwsza (i jedyna) spośród wszystkich moich światłych ekspertów nazwała mnie „nałogowcem". Dziękuję prawniczym specjalistom w różnych dziedzinach prawa: Chrisowi oraz Kiki Keatingom, Allegrze Lubano, Kevinowi Baggsowi (oraz Jean Arnett), Davidowi Bashowi, Jen Sternick, detektyw Claire Demarais, komendantowi Nickowi Giaccone oraz kapitanowi Frankowi Moranowi. Specjalne podziękowanie należy się sędzinie Jennifer Sobel, która zabrała mnie na jeden dzień do aresztu – nawet jeśli zrobiła to wyłącznie po to, aby ktoś zechciał później uwierzyć w te niesamowite historie, które stamtąd przyniosłam. Dzięki policjantom z oddziałów poszukiwawczych: Mattowi Zarelli z Rhode Island i Jamesowi Steinmetzowi z New Hampshire (oraz jego czworonożnymi podopiecznym, Maggie i Grecie), zrozumiałam, dlaczego psy-tropiciele to takie wspaniałe zwierzęta. Dziękuję lekarzom, szcze gólnie psychiatrom, za informacje dotyczące ukąszeń przez skorpiona, tracheotomii, histerektomii oraz stłumionych wspomnień; wyrazy mojej wdzięczności niech zechcą przyjąć Doug Fagen, Jan Scheiner, Ralph Cahaly, David Toub, Roland Eavey i Jim Umlas. Sindy Follensbee, jak zwykle, dziękuję za błyskawiczne przepisanie tekstu. Jeffowi Hastingsowi, JoAnn Mapson i Steve'owi Alspachowi – za zgodę na bezlitosne wykorzystanie ich własnych losów w mojej opowieści. Jane Picoult – za to, że jest najlepszą pierwszą recenzentką. Za pełną poświęcenia pracę nad moimi książkami dziękuję Carolyn Reidy, Judith Curr, Sarze Branham, Karen Mender i wszystkim ludziom w Atria Books, którzy konsekwentnie psują mnie i rozpuszczają. Składam gorące podziękowania Camille McDuffie, kobiecie o żelaznym charakterze, która czuwa nad tym, aby cały zespół pracował z oddaniem nad moimi książkami. Dziękuję Laurze Gross w piętnastą rocznicę naszej znajomości (sto lat!), Emily Bestler zaś za najlepszy doping, jaki pisarka może sobie wymarzyć. Dziękuję także Kyle'owi, Jake'owi, Samancie oraz Timowi – za to, że są.

Prolog




Kiedy zniknęłam po raz pierwszy, miałam sześć lat.

Było to podczas występu mojego taty na świątecznej imprezie w klubie seniora; ojciec był iluzjonistą. Pech chciał, że akurat tego dnia zachorowała na grypę jego asystentka, pani recepcjonistka, która miała prawdziwy złoty ząb i sztuczne rzęsy grube jak pajęcze odnóża. Już miałam błagać tatę, żeby pozwolił mi wystąpić ze sobą, ale skończyło się inaczej: on sam mnie poprosił o przysługę. Przysługę, dobre sobie!

Miałam więc, jak już powiedziałam, lat sześć i wciąż jeszcze święcie wierzyłam, że tata potrafi wyciągnąć mi pieniążek z ucha, wyszperać bukiet kwiatów w fałdach szenilowego swetra pani Kleban i sprawić, że sztuczna szczęka pana van Looena zniknie bez śladu. Napatrzyłam się na jego sztuczki, powtarzane bez przerwy dla rozrywki starszych państwa, którzy przychodzili do klubu seniora grać w bingo, wykonywać ćwiczenia gimnastyczne na siedząco i oglądać stare czarno-białe filmy ze ścieżką dźwiękową trzeszczącą jak płomień w kominku. Wiedziałam, że niektóre rzeczy są na niby, na przykład te podkręcone wąsy, które przylepiał sobie tata, albo jego ćwierćdolarówka z dwoma awersami, ale jeśli chodzi o czarodziejską różdżkę, to byłam absolutnie pewna, że drzemie w niej moc, która potrafi przenieść mnie w niebyt, gdzie pozostanę tak długo, aż on uzna, że nadszedł stosowny moment, aby przywołać mnie z powrotem.

 

Tamtego świątecznego wieczoru w klubie seniora zebrali się mieszkańcy trzech domów spokojnej starości działających w naszym mieście; mężnie stawiwszy czoło mrozom i śnieżycy, przyjechali wspólnym autokarem na imprezę. Zasiedli półkolem i przyglądali się występowi mojego taty, a tymczasem ja czekałam za kulisami. Wreszcie usłyszałam zapowiedź: „A oto przed państwem Zdumiewająca Cordelia!", i wyszłam, prezentując wszem wobec naszywany cekinami trykocik gimnastyczny, który zazwyczaj spoczywał w głębi mojego pudła z kostiumami do przebieranek.

Tego wieczoru nauczyłam się wielu nowych rzeczy. Na przykład że asystentka iluzjonisty musi umieć, między innymi, radzić sobie z iluzją w bezpośrednim starciu. Że sekret niewidzialności tak naprawdę polega tylko na tym, że trzeba zwinąć się w kłębek, ułożyć ciało w odpowiedni sposób i pozwolić, aby opadła na nie czarna zasłona. Że człowiek nie może ulotnić się jak kamfora, a kiedy nie można kogoś znaleźć, to znaczy, że z jakiegoś powodu szuka się nie tam, gdzie trzeba.

I

Wydaje mi się, że jest to kwestia miłości.

Im bardziej człowiek ukocha jakieś wspomnienie,

tym większej nabiera ono mocy

i tym bardziej zaczyna przypominać fantazję.

Władimir Nabokow

DELIA

Nie ma sposobu, aby żyć na tym świecie, nie pozostawiając niczego po sobie. Nie istnieje człowiek nieuwikłany w sieć ściśle wytyczonych ścieżek, którymi mogą być na przykład pokwitowania użycia karty kredytowej, terminarze umówionych spotkań, obietnice złożone innym ludziom. Inne ślady, jak odciski palców, są niewidzialne – o ile się nie wie, jak ich szukać. A nawet w wypadku, gdy brak wszelkich innych tropów, zawsze jest jeszcze zapach. Każdy z nas stanowi centrum niewidzialnej chmury, która przemieszcza się razem z nim, gdy idzie sprawdzić e-mail, wychodzi pobiegać, kiedy na zmianę z kimś używa tego samego samochodu. Za każdym z nas nieustannie sypią się złuszczone komórki skóry, czterdzieści tysięcy na minutę, tworząc tropy zapachowe sięgające naszych podbródków i nóg.

Biegnę w ślad za Gretą, która u podnóża góry, w miejscu, gdzie zaczynają się gęste chaszcze, nagle przyspiesza. Nogi mam utytłane aż po same kolana mazistym błotem; mojemu tropowcowi nie przeszkadza ono w najmniejszym stopniu. Ten straszliwy teren, gdzie orientuję się z najwyższym trudem, ma jedną zaletę: trop się w nim trzyma.

Miał mi towarzyszyć policjant z okręgowego posterunku w mieście Carroll, stan New Hampshire, ale został w tyle. Wystarczyło mu jeden raz rzucić okiem na ten gąszcz, w który Greta wgryzła się jak buldożer.

– Nigdy w życiu – orzekł. – Nie ma mowy, żeby przeszło tędy czteroletnie dziecko.

Prawdę mówiąc, wszystko zdaje się wskazywać, że pan mundurowy ma rację. Jest już dobrze po południu, słońce zaczyna zachodzić, a ziemia traci ciepło, co powoduje, że prądy powietrza spływają po zboczu, przez co Greta łapie w tym miejscu woń dziewczynki, która przeszła gdzieś dalej, tam, gdzie jeszcze jest płasko.

– Greta jest innego zdania – odpowiadam policjantowi.

W moim fachu nie można sobie pozwolić na brak zaufania do partnera. Pięćdziesiąt procent powierzchni psiego nosa to zmysł węchu – u człowieka, czyli u mnie też, jest to tylko kilka mizernych centymetrów kwadratowych. Jeśli zatem Greta upiera się, że mała Holly Gardiner, która wymknęła się z przedszkolnego placu zabaw, zawędrowała aż tutaj i puściła się na przełaj w kierunku szczytu Podstępnej Góry, i jeśli chcę ją znaleźć, nie mam innego wyjścia, jak tylko ruszyć tą samą drogą.

Greta przez kilkadziesiąt metrów obwąchuje skraj zarośli, szarpiąc się na końcu pięciometrowej smyczy. To piękny pies, ten mój tropowiec; aksamitna brązowa sierść z czarnym klinem na czubku głowy. Kiedy biegnie, jej ruchy są niezdarne, jak u dziewczynki smutnym wzrokiem śledzącej z widowni tancerki na scenie. Dwukrotnie okrąża gładką, nagą skałkę i podnosi oczy na mnie, a fałdy jej długiego pyska pogłębiają się. Zapach niesie się, rozchodzi jak kręgi na wodzie, do której ktoś wrzucił kamień; tutaj dziewczynka przystanęła, żeby odpocząć.

– Szukaj – wydaję polecenie. Greta obiega teren, węsząc wściekle, łapie woń i puszcza się biegiem. Pędzę za nią; nagle krzywię się z bólu, kiedy jakaś gałązka smaga mnie po twarzy, rozcinając skórę nad lewym okiem. Przedzieramy się przez plątaninę krzewów zdziczałej winorośli. Po drugiej stronie jest wąska ścieżynka, prowadząca na polanę.

Dziewczynka siedzi na mokrej ziemi, ciasno oplatając rączkami kolana. Trzęsie się jak osika. Jak zwykle w pierwszej chwili jej twarz ma rysy Sophie, a ja muszę się siłą powstrzymywać, żeby nie porwać małej w ramiona; wiem, że to by ją na śmierć wystraszyło. Greta robi wielkiego susa i zaczyna podskakiwać w miejscu; w ten sposób daje mi znak, że znalazła, że do tej właśnie osoby należy zapach czapeczki na misiu, którą dałam jej do nawęszenia w przedszkolu, dziesięć kilometrów stąd.

Dziewczynka unosi na nas oczy, mruga, powoli przebijając się przez twardą skorupę strachu.

– Ty jesteś Holly, zgadłam? – Kucam obok niej, ściągając z ramion rozgrzaną ciepłem ciała kurtkę, którą otulam jej sterczące łopatki. – Ja mam na imię Delia. – Na gwizdnięcie moja suka podbiega do nas. – A to jest Greta.

Odpinam uprząż, którą zawsze zakładam suce w terenie, kiedy kogoś szukamy. Greta merda z całych sił, jej ogon, a wraz z nim całe ciało, chodzi jak wskazówka metronomu. Dziewczynka wyciąga rączkę, klepie psią szyję, a ja obrzucam ją szybkim, uważnym spojrzeniem.

– Skaleczyłaś się gdzieś?

Mała kręci głową, zauważa u mnie krwawiące rozcięcie nad okiem.

– A pani tak.

W tej samej chwili na polanę wpada policjant, zdyszany po forsownym biegu.

– Niech mnie cholera – sapie. – Znalazła ją pani.

Zawsze znajduję. Nie siedzę jednak w tym fachu dlatego, że mam wyniki. Nie jestem uzależniona od adrenaliny i nie przepadam za szczęśliwymi zakończeniami. Robię to, co robię, bo w głębi serca to ja jestem tą zabłąkaną dziewczynką.

Przyglądam się z daleka spotkaniu pani Gardiner z odnalezioną córeczką, widzę, jak Holly znika w matczynych ramionach, jak na obie spływa to uczucie olbrzymiej ulgi, spajając mocno niczym szew. I nawet gdyby ta kobieta była innej rasy albo wystrojona jak Cyganka, to i tak wyłowiłabym ją z tłumu innych: odróżnia się tym, że wygląda jak rozwinięty motek, z którego ubyła połowa włóczki.

Nie potrafię sobie wyobrazić niczego gorszego niż to, że mogłabym stracić moją Sophie. Kiedy kobieta jest w ciąży, myśli tylko i wyłącznie o tym, żeby mieć swoje ciało z powrotem na własność. Lecz kiedy dziecko już się urodzi, przychodzi olśnienie: największa część jej osoby jest od tej pory odrębnym bytem, na który czyhają wszelkie możliwe niebezpieczeństwa, który pewnego dnia może po prostu zniknąć – i tak przez resztę życia matka zawsze stara się zatrzymać dziecko przy sobie, najbliżej jak tylko się da. To jest właśnie najdziwniejsze w macierzyństwie: dopóki się nie ma dzieci, nie wie się nawet, jak bardzo chciało się je mieć.

Kiedy szukamy z Gretą kolejnej zaginionej osoby, jej wiek i płeć nie grają roli – bo dla kogoś ten konkretny człowiek znaczy tyle, co Sophie dla mnie.

Wiem dobrze, że silna więź, która łączy mnie z córką, ma po części charakter kompensacyjny. Moja matka umarła, kiedy miałam trzy lata. Kiedy byłam w wieku Sophie, słyszałam nieraz, jak mój tato wyjaśnia innym ludziom, że jego żona zginęła w wypadku – i za nic nie mogłam zrozumieć, o co mu chodziło. Skoro zgi nęła, to dlaczego jej nie szuka? Przecież wie, gdzie jest – w wypadku. Pojęłam to dopiero wtedy, gdy życie mnie nauczyło, że rzeczy bezwartościowe się nie gubią, że nikomu nie brakuje czegoś, na czym mu nie zależało; ja jednak byłam za mała i nie zdążyłam zgromadzić wspomnień o mamie. Przez długi czas powracał do mnie tylko jej zapach, mieszanka wanilii i jabłek, aromat, który stawiał ją przede mną nie dalej niż na wyciągnięcie ręki. A potem nawet to się ulotniło, rozpłynęło. Bez takiej wskazówki nawet Greta nie znalazłaby nikogo.

Moja suka, siedząca na ziemi tuż obok mnie, trąca mnie nosem w czoło, przypominając o krwawiącym rozcięciu. Ciekawe, czy trzeba będzie to szyć; ciekawe, czy znów wysłucham ojcowskiej tyrady o tym, że powinnam znaleźć sobie w życiu jakieś bezpieczniejsze zajęcie i zostać na przykład łowcą nagród albo dowódcą saperskiej brygady antyterrorystycznej.

Przykładam do rany opatrunek, który ktoś mi podał. Unoszę wzrok – to Fitz, mój najlepszy przyjaciel i, tak się składa, reporter najpoczytniejszej gazety w naszym stanie.

– Biłaś się? – pyta. – Co mu zrobiłaś? Jak wygląda? Tak samo jak ty?

– Nie biłam się. Drzewo się na mnie rzuciło.

– Nie zalewaj. Nie takie drzewo straszne, jak je leśniczy maluje.

Nasz dom stoi pomiędzy dwoma innymi: Fitzwilliam MacMurray wychował się w jednym z nich. W drugim mieszkał Eric Talcott. Mój tato mówił, że jesteśmy syjamskie trojaczki. Znamy się od zawsze, a wśród naszych wspólnych wspomnień można znaleźć i ślimaki suszone solą na chodniku, i bombardowanie ludzi balonami z wodą z wysokości szkolnego dachu, i porwanie kota wuefistki. W dzieciństwie stanowiliśmy triumwirat, a jako dorośli nadal utrzymujemy nadzwyczaj bliskie kontakty; dość powiedzieć, że na moim ślubie Fitz wystąpi w podwójnej roli – jako wspólny drużba, Erica i mój.

Z tej perspektywy Fitz wygląda jak gigant, ma metr dziewięćdziesiąt trzy wzrostu i rudą czuprynę, która płonie mu na głowie.

– Zgodzisz się na kilka słów dla prasy? – pyta.

Zawsze wiedziałam, że będzie zarabiał na życie pisaniem, chociaż wyobrażałam go sobie raczej jako poetę albo autora krótkich form, dla którego słowa są tym, czym dla dzieci kamyki i patyczki do zabawy: surowcem do budowania szkieletowych konstrukcji służących do wypełnienia wyobraźnią.

– Weź coś wymyśl – odpowiadam.

Wybuch śmiechu.

– Nie wiesz, że ja pracuję w „New Hampshire Gazette", a nie w „New York Timesie"?

– Przepraszam…?

Na dźwięk kobiecego głosu obracamy się oboje. Matka Holly Gardiner spogląda mi prosto w oczy; na twarzy ma wypisane tak wiele, że przez chwilę milczy, nie mogąc znaleźć właściwych słów.

– Dziękuję – wybiera w końcu jedno. – Ogromnie pani dziękuję.

– Proszę podziękować Grecie – odpowiadam. – To jej zasługa.

Kobieta jest bliska łez. Przytłacza ją ciężar tej chwili – jej waga, doniosłość spadają na nią nagle niczym niespodziewana ulewa. Chwyta mnie za rękę, ściska ją w swojej dłoni; na jedno uderzenie serca łączy nas pulsująca nić matczynego porozumienia. Potem odchodzi i wraca do ratowników, którzy zajmują się Holly.

W okresie dorastania zdarzały mi się chwile, gdy straszliwie żałowałam, że nie mam mamy: kiedy na przykład graliśmy szkolny koncert, a każde inne dziec ko miało na widowni dwójkę rodziców, kiedy dostałam pierwszy okres i czytałam instrukcje z paczki tamponów, siedząc z tatą na krawędzi wanny, kiedy po raz pierwszy całowałam się z Erikiem i czułam się tak, jakbym za chwilę miała eksplodować.

Chwile takie jak teraz.

Fitz obejmuje mnie ramieniem.

– Nie martw się, nic nie straciłaś – pociesza mnie cichym głosem. – Twój tato był lepszy niż większość pełnych rodzin.

– Wiem – mówię, ale nie przestaję śledzić wzrokiem Holly Gardiner, drepczącej do samochodu u boku mamy, uczepionej jej ręki. Wyglądają razem jak dwa klejnociki na cieniutkiej nitce, nitce, która w każdej chwili może pęknąć.

W wieczornych wiadomościach nasza wspólna akcja, Grety i moja, jest tematem dnia. New Hampshire to stan słabo zurbanizowany; tutejsze gazety nie prześcigają się w relacjach o wojnach gangów, morderstwach i seryjnych gwałcicielach. U nas mówi się o pożarach stodół, uroczystych otwarciach nowych szpitali i o lokalnych bohaterach, takich jak ja.

Stoję z ojcem przy stole kuchennym, przygotowujemy kolację.

– Coś nie tak z Sophie? – pytam, rzuciwszy okiem przez drzwi do salonu, gdzie moja córka leży zwinięta w kłębek na dywanie.

– Zmęczona – odpowiada tato.

Rzeczywiście, Sophie zdarza się zdrzemnąć po przyjeździe z przedszkola, ale dziś nie mogłam jej odebrać, bo dostałam wezwanie; musiała pojechać z dziadkiem do klubu seniora i siedzieć tam aż do zamknięcia. Ale to chyba jednak nie wszystko: kiedy wróciłam do domu, nie czekała na mnie jak zwykle w przedpokoju z najważniejszymi wiadomościami dnia. Nie dowiedziałam się, kto dziś huśtał się najwyżej, jaką książkę czytała im pani Easley ani też czy na podwieczorek znów były kostki z marchewki i sera, już trzeci dzień z rzędu.

 

– Zmierzyłeś jej temperaturę? – pytam.

– Nie mogłem znaleźć linijki. – Tato uśmiecha się, widząc jak ze zniecierpliwieniem przewracam oczami. – Odżyje, zanim jeszcze dostanie deser – zapowiada mi. – Dzieci szybko odzyskują energię.

Mój ojciec ma już prawie sześćdziesiąt lat, a trzyma się świetnie, w ogóle nie wygląda na swój wiek. Ma szpakowate włosy i wysportowaną sylwetkę. Pań, które z ochotą rzuciłyby się w ramiona takiego mężczyzny jak Andrew Hopkins, nigdy nie brakowało, ale ojciec rzadko kiedy umawiał się z kobietami i nie ożenił się ponownie. Zwykł mawiać, że dla chłopaka najważniejsze w życiu jest to, żeby spotkał tę jedną jedyną, najcudowniejszą dziewczynę, on zaś miał to szczęście, że złożono mu ją prosto w ręce na oddziale położniczym.

Staje przy kuchence i zalewa przecier pomidorowy mlekiem pół na pół ze śmietaną; ten domowy przepis dostaliśmy od jednej starszej pani z jego klubu seniora. Okazał się zadziwiająco dobry – w odróżnieniu od innych domowych sposobów, na przykład na ochronę przed krupem (czarna tasiemka wiązana na szyi) albo na ból ucha (zatkanie małżowiny watą nasączoną oliwą z pieprzem).

– O której przyjedzie Eric? – pyta. – Nie mogę tego trzymać na ogniu.

Eric miał wrócić już pół godziny temu, ale nie zadzwonił, że się spóźni, i nie odbiera komórki. Nie wiem, gdzie się podziewa, ale wyobraźnia podpowiada wiele możliwości: bar U Murphy'ego na Main Street, pub Callahan's na North Park, jakiś przydrożny rów.

Do kuchni wchodzi Sophie.

– Cześć – zagaduję, a niepokój o Erica ulatnia się na widok szerokiego, promiennego uśmiechu naszej córeczki. – Przyszłaś pomóc? – Wyciągam w jej stronę miskę z fasolą; wiem, że lubi, jak strączki trzaskają przy otwieraniu.

Mała wzrusza ramionami i siada na stołku pod lodówką.

– Jak było w przedszkolu? – staram się wciągnąć ją do rozmowy.

Jej twarzyczka nagle ciemnieje jak lipcowe niebo, kiedy nadciąga burza, przesłania ją groźna chmura. Trwa to jedną chwilę, po czym Sophie wbija we mnie wzrok.

– Jennica ma krostkę – dowiaduję się.

– To niedobrze. – Nie pamiętam, czy Jennica to ta platynowa blondyneczka z warkoczykami, czy może córka właściciela wykwintnego sklepu z kawą.

– Też chcę krostkę.

– Wydaje ci się. – W oknie błyskają światła samochodu, ale nie skręca on na nasz podjazd. Skupiam uwagę na rozmowie z Sophie, usiłując sobie przypomnieć, czy krosty są zakaźne, czy może to tylko babski przesąd.

– Ale ona jest taka zielona – piszczy Sophie. – I mięciutka, i ma karteczkę z imieniem.

Wychodzi na to, że owa Krostka to najnowszy krzyk mody wśród przytulanek.

– Zobaczymy, może dostaniesz ją na urodziny – mówię.

– Na pewno zapomnisz, tak samo jak dzisiaj – syczy Sophie z wyrzutem, ucieka z kuchni i biegnie po schodach na górę.

A mnie nagle rzuca się w oczy czerwone kółeczko w kalendarzu. Godzina trzynasta, herbatka dla dzieci i rodziców. O trzynastej byłam w połowie drogi na szczyt Podstępnej, szukając z Gretą Holly Gardiner.

Kiedy byłam mała, nigdy nie mówiłam tacie, że w szkole jest spotkanie dla dziewczynek i ich mam. Udawałam, że jestem chora, żeby móc zostać w domu i nie musieć patrzeć, jak do każdej koleżanki przychodzi jej mama, bo wiedziałam, że moja nigdy nie stanie w drzwiach klasy.

Sophie leży na łóżku w swoim pokoju.

– Kochanie – odzywam się. – Bardzo cię przepraszam.

Moja córka patrzy mi w oczy.

– Jak już ich wszystkich znajdziesz – wbija mi nóż prosto w serce – to myślisz czasem o mnie?

Nie odpowiadam od razu. Najpierw podnoszę ją z łóżka i sadzam sobie na kolanach.

– Myślę o tobie nawet przez sen – zapewniam.

Czując, jak to drobne ciałko stapia się w jedną całość z moim, wprost nie mogę uwierzyć, że kiedy dowiedziałam się o ciąży, zastanawiałam się, czy jej nie usunąć. Dziecko było nieślubne, a Eric miał dość własnych kłopotów, żeby dorzucać mu jeszcze taką odpowiedzialność. W końcu jednak doszłam do wniosku, że nie potrafię tego zrobić. Chciałam być matką, która nie pozwoli odebrać sobie dziecka bez walki, i to zaciekłej, ciężkiej walki. Chętnie wyobrażam sobie, że moja mama była właśnie taka.

Wychowywanie Sophie – z Erikiem albo samotnie, bo zdarzały się lata, kiedy był nieobecny – okazało się trudniejsze, niż się spodziewałam. Wszelkie sukcesy na tym polu zawdzięczam genialnemu przykładowi, który dał mi ojciec. Winą za każdą porażkę obarczam zły los.

W drzwiach do sypialni staje Eric. Jego widok zapiera mi dech w piersiach – trwa to pół sekundy, zanim umysł zaleją wspomnienia. Sophie ma moje ciemne włosy oraz piegi, i to na szczęście już wszystko. Po nim wzięła natomiast szczupłą sylwetkę i wydatne kości po liczkowe, swobodny, naturalny uśmiech i intrygujące spojrzenie, rozjarzony błękit lodowca.

– Przepraszam za spóźnienie. – Eric muska ustami czubek mojej głowy, a ja nabieram powietrza przez nos, szukając w jego oddechu zdradzieckich śladów alkoholu. Podnosi Sophie z moich kolan, bierze małą na ręce.

Nie wyczuwam ani cierpkiej woni whiskey, ani zbożowo-drożdżowej nuty, jaką pozostawia piwo, ale to oczywiście o niczym nie świadczy. Jeszcze w szkole średniej Eric opanował tysiąc sposobów kamuflażu stanu wskazującego na spożycie.

– Gdzie byłeś? – pytam.

– Ze znajomym w Amazonce. – Z tylnej kieszeni Eric wyciąga zieloną żabkę-przytulankę.

Sophie piszczy z radości, ściskając go tak mocno, że chyba zaraz cały zdrętwieje.

– Podeszła nas z dwóch stron – potrząsam z niedowierzaniem głową. – Spryciara.

– Asekuracja. – Eric stawia małą na podłodze, a ona wypada pędem z pokoju; biegnie na dół, pochwalić się dziadkowi.

Wtulam się w ramiona mojego mężczyzny, zatykając kciuki w tylne kieszenie jego dżinsów. Jego serce bije tuż obok mojego ucha, podaje mi tempo. Przepraszam za brak zaufania, myślę, a na głos pytam:

– Czy ja też dostanę żabkę?

– Już dostałaś. Pocałowałaś ją, a żabka zamieniła się we mnie. Pamiętasz? – Dla zobrazowania swoich słów Eric przesuwa ustami od niewielkiego zagłębienia u dołu mojej szyi – blizny po upadku na sankach, kiedy miałam dwa lata – w górę, aż do samych ust. Czuję smak kawy i smak nadziei i, dzięki Bogu, żadnych innych smaków.

Kiedy pocałunek dobiega końca, stoimy tak w pokoju naszej córki jeszcze przez kilka minut, przytuleni, otoczeni ciszą i spokojem. Zawsze go kochałam. Z krostkami. Ze wszystkim.

Gdy Eric, Fitz i ja byliśmy jeszcze dziećmi, wymyśliliśmy własny język. Mało co już z niego pamiętam, ale kilka słów zawsze przypomnę sobie bez trudu, na przykład valyango, co znaczyło „pirat", i palapala, czyli „deszcz". Było jeszcze jedno słowo, ruskifer, pojęcie nieprzetłumaczalne na angielski, a oznaczające nierówne, powgniatane dno wiklinowego koszyka, w miejscu gdzie wszystkie pręty wikliny splatają się razem; czasami używaliśmy tego słowa na określenie naszej przyjaźni. To było jeszcze zanim wspólna zabawa zaczęła przypominać stały punkt w harmonogramie uporządkowanego małżeństwa, w czasach kiedy prawie każdy dzień zaczynał się od tego, że ja wpadałam do któregoś z chłopaków albo jeden z nich przychodził po mnie i razem szliśmy po drugiego lub też oni obaj zachodzili z rana do mojego domu.

Zimą budowaliśmy śnieżne fortece, drążąc w środku jamy i labirynty korytarzy. Stawialiśmy w nich nawet trzy śnieżne trony i siedzieliśmy na nich, ssąc sople lodu tak długo, aż z zimna martwiały nam wszystkie palce u rąk i nóg. Wiosną dostawaliśmy od taty Fitza watę cukrową z syropu klonowego własnej roboty i biliśmy się na widelce o najdłuższe, najsłodsze pasemka. Jesienią chodziliśmy przez płot „na dzierżawę" do sadu jabłoniowego pana McNaba i zajadaliśmy się macounami, kortlandami i jonatanami; pamiętam, że skórka owoców była nagrzana, ciepła jak nasza własna. Latem przy blasku złapanych w słoik świetlików zapisywaliśmy sobie życzenia i wróżby na przyszłość, a potem chowaliśmy je w dziurze po sęku w pniu starego klonu; miał to być wehikuł czasu, który cofnie nas w przeszłość, kiedy już dorośniemy.

Każde z nas miało własną, wyznaczoną rolę: Fitz był marzycielem, ja taktykiem, a Eric był naszym rzecznikiem, jako ten, kto z równą łatwością potrafił czarować dorosłych, jak i inne dzieciaki. Eric nigdy nie zapominał języka w gębie i zawsze wiedział, co należy powiedzieć, kiedy cała stołówka gapi się na ciebie, bo upuściłaś tacę z obiadem, albo kiedy nauczyciel o coś cię pyta akurat w momencie, gdy wypisujesz listę świątecznych prezentów. Członkowie jego świty chodzili skąpani w blasku przypominającym promienie słońca wpadającego przez szybę okienną, muskające ciepłem nadstawioną twarz.

Początek zmian przypadł na pierwsze studenckie wakacje. Powrót do utartych reguł życia w domu rodzinnym wszystkim nam dawał się we znaki, ale Eric znosił to najgorzej i odżywał tylko wtedy, kiedy wieczorem wybieraliśmy się dokądś we trójkę. Za każdym razem wyciągał nas do jakiegoś baru – znał sporo takich, gdzie wpuszczali nieletnich. Po skończonej zabawie Fitz wracał do domu, a ja szłam z Erikiem na drugi brzeg jeziora w miejskim parku. Kładliśmy na ziemi starą kołdrę i rozbieraliśmy się, przepędzając komary z tych miejsc na naszych ciałach, co do których żywiliśmy konkretne zamiary. Ale kiedy mnie całował, w jego oddechu zawsze czułam alkohol. Nie mogłam ścierpieć tego zapachu. To takie moje dziwactwo, chociaż, jak sądzę, wcale nie mniej absurdalne jak to, że niektórzy ludzie nie znoszą zapachu benzyny i kiedy tankują samochód, muszą wstrzymywać oddech. W każdym razie po pierwszym pocałunku, kiedy w moje nozdrza uderzała ta gorzka woń sfermentowanego alkoholu, odsuwałam się od Erica, a on śmiał się ze mnie i wyzywał od świętoszek. W końcu zaczęłam wierzyć, że faktycznie taka jestem, bo to było łatwiejsze, niż przyznać się przed samą sobą, co tak naprawdę oddala mnie od niego.

Czasami bywa tak, że kroczymy przez życie na oślep – i z całych sił będziemy się zapierać, że to nie my, własnymi palcami, zasupłaliśmy sobie opaskę na oczach. Przez dziesięć lat po skończeniu szkoły średniej Fitz i ja tak właśnie żyliśmy. Kiedy Eric mówił, że pije tylko jedno piwko raz na jakiś czas – wierzyliśmy mu. Odwracaliśmy wzrok, widząc, jak na trzeźwo trzęsą mu się ręce. Kiedy próbowałam porozmawiać na ten temat, słyszałam, że to mój problem, nie jego. A jednak, mimo wszystko, i tak nie potrafiłam zerwać tej znajomości. Eric przewijał się w tle każdego wspomnienia, które przywoływałam z pamięci; pozbyć się ich oznaczało utracić smak dzieciństwa.

Tego dnia, kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, Eric rozwalił samochodem wątłą barierkę na skraju drogi i wjechał komuś na pole kukurydzy. Zadzwonił do mnie, żeby opowiedzieć, co się stało, i całą winę zwalił na świstaka, który podobno wyskoczył mu przed maskę. A ja rozłączyłam się i pojechałam do Fitza. „Wydaje mi się, że mamy problem", powiedziałam mu, jakby to był problem całej naszej trójki i w gruncie rzeczy tak właśnie było.