Popołudnia na Miodowej 2Tekst

Z serii: Na Miodowej #2
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dzień dobry! – Nela obrzuca młodą kobietę podirytowanym spojrzeniem. Uprzejmości, konwenanse, komunikacja – nie mają dla niej znaczenia. Chce wejść do gabinetu i sięgnąć na regał po jedną z kolorowych zabawek. Może drewniany domek z maleńkimi mebelkami i rodziną laleczek? Może którąś z gier planszowych?

– Idziemy na zajęcia? – Pani Iza jest uparta. Czeka cierpliwie, aż Nela ją zauważy, wejdzie w interakcję.

– Tak – potwierdza sztywno moja córka.

– Wiesz, co będziemy dziś robić?

– Tak. Bawić.

– Dobrze. Możemy się razem pobawić? A pożegnasz się z mamą? Będzie tutaj na ciebie czekała.

Nela kieruje na mnie błękitne ślepka. Jest już zirytowana czekaniem, mały nosek upstrzony piegami marszczy się ze złością, a moje serce fika koziołka. Atak histerii z pewnością nie jest tym, czego teraz potrzebujemy. Po każdym trzeba chwili, żeby Nelę uspokoić, wyciszyć. A czas terapii jest cenny. Każda godzina, każdy kwadrans, każda minuta. Ułamek sekundy ma znaczenie dla rozwoju mojej córeczki.

Nela niemrawo kiwa łapką. Potem wchodzi z terapeutką do gabinetu, a ja rozsiadam się wygodniej na przeznaczonym dla mnie krześle i sięgam do torebki. Dzisiaj przyniosłam ze sobą książkę. Zerkam na okładkę i rozbawiona myślę, że nie każdy ma okazję pochwalić się znajomością z pisarką. A ja nie dalej jak wczoraj parzyłam dla jednej kawę.

Kładę książkę na kolanach i z kieszonki w torebce wyjmuję telefon. Siła przyzwyczajenia. Zazwyczaj po odprowadzeniu Neli na terapię i objęciu posterunku przy drzwiach, piszę do Tomka. Zdaję mu relację z drogi do poradni, czasem opowiadam coś zabawnego. Teraz uświadamiam sobie, że tego nie zrobię. Telefon w mojej dłoni wydaje się zbędny, bezużyteczny. Przez chwilę wyobrażam sobie, jak ciskam nim o posadzkę, roztrzaskuję na dziesiątki kawałeczków, wzbudzając przerażenie w otaczających mnie matkach.

A potem potrząsam głową. Nie. To niemożliwe. Oczywiście, że mogę napisać do Tomka. Mój mąż nie mówił poważnie. Nie mógłby. Nie mógłby tak po prostu oświadczyć, że ma dość. Mnie. Neli. Nas.

Wyszedł, żeby ochłonąć. Odetchnąć. Odpocząć. Ale wróci.

Odblokowuję telefon. Na widok kilku nieodebranych połączeń od teściowej głośno przełykam ślinę. Barbara nie należy do osób w gorącej wodzie kąpanych. Jeśli ma jakąś sprawę, a ja nie odbieram, cierpliwie czeka, aż oddzwonię. Tym razem jest inaczej, dlatego wiem, że musiało się wydarzyć coś ważnego. Czyżby Tomek pojechał do matki? Powiedział jej, że nas…?

W napięciu wpatruję się w wyświetlacz, palce kurczowo zaciskają się na aparacie, zostawiając wilgotne ślady. Biję się z myślami. Nie umiem zdecydować, czy oddzwonić i zmierzyć się z tym, co chce mi powiedzieć, czy wcisnąć smartfona do kieszeni w torebce i udawać, że wcale po niego nie sięgnęłam. Żołądek reaguje na moje rozterki bolesnym skurczem.

I nagle na wyświetlaczu telefonu pojawiają się imię i numer teściowej, zdejmując z moich barków obowiązek podjęcia pozornie prostej decyzji. Los zdecydował. Albo raczej Barbara. Odbieram.

– Klara? – w głosie Barbary rozbrzmiewa rozpacz. Gwałtownie podrywam się z siedziska. Odepchnięte krzesło uderza w ścianę, zaniepokojone matki podnoszą głowy, przypatrują mi się zaciekawione. – Stało się… coś… Musisz tu przyjechać!

– Co się stało? – pytam głucho.

Przed moimi oczami rozbłyskują jaskrawe obrazy podsuwane przez podsycaną strachem wyobraźnię. Roztrzaskany samochód. Bezwładne ciało na przejściu dla pieszych, nawet sznur, skręcony, przerzucony przez konar jabłoni, wrzynający się w opuchniętą szyję. Powiedział, że ma dość. – Tłucze mi się pod głowie. – Powiedział, że ma dosyć, że próbował. Ale czy powiedział, że nas zostawia? Że wyprowadza się z domu? Do matki? Do innej kobiety? Czy powiedział to? Może miał na myśli coś innego. Że ma dość takiego życia?

– Co się stało, Basiu?!

– Nie żyje. Ona umarła. We śnie, tak cichutko… – odpowiada i zaczyna płakać. Dociera do mnie, o kim mówi Barbara, i czuję, jak powoli schodzi ze mnie napięcie. Panika ustępuje. Zastępuje ją ulga. Brzydko, wiem, ale nic na to nie poradzę. Teściowa zadzwoniła, aby powiadomić mnie o śmierci swojej przyjaciółki. Tomkowi nic się nie stało. – Klarciu, wiem, że Nela ma dzisiaj te swoje zajęcia, ale potrzebuję cię w piekarni. Muszę pomóc Małgosi, ona jest kompletnie rozbita. Siedzi i się nie rusza. Nie prosiłabym o to, ale…

– Przyjadę – wtrącam szybko. – Oczywiście, że przyjadę. Musicie zająć się pogrzebem. Nela zaraz wychodzi. Wezmę taksówkę i przyjedziemy na Miodową jak najszybciej.

– Taksówkę? – Basia pociąga nosem. – Może Tomek was podrzuci?

– Nie… – zacinam się. – Tomek jest dzisiaj zajęty, nie będę mu zawracać głowy.

– Ale… – zaczyna Barbara.

Przerywam jej.

– Muszę kończyć. Nelcia wychodzi z gabinetu – kłamię. – Do zobaczenia. I… – waham się, głośno przełykam ślinę. – Bardzo mi przykro, Basiu!

– Och, córciu… – Teściowa wzdycha żałośnie. – Mnie również, nawet nie wiesz, jak bardzo.

Rozłączam się, przesuwam krzesło na właściwe miejsce i opadam na nie z cichym jękiem, opierając łokcie o kolana i kryjąc twarz w dłoniach. Wyczuwam, że inne matki przyglądają mi się z zainteresowaniem, może nawet ze współczuciem. Ponad moją głową wymieniają spojrzenia, zjednoczone faktem, że to nie one przyjęły telefon z niepomyślnymi wieściami.

Tkwię w bezruchu dłuższą chwilę. Pod gabinety nadciągają kolejne matki. Niektóre niosą, inne prowadzą swoje dzieci. Jakieś dziecko głośno protestuje, ktoś trzaska drzwiami łazienki, po chwili dobiega nas stłumione łkanie. Skrzypią drzwi gabinetu. W progu staje uśmiechnięta Nela, ponad jej ramieniem pani Iza unosi kciuk, przekazując, że terapia przebiegła bez zakłóceń. Normalnie zamieniam z nią kilka słów, rozmawiamy o postępach, o tym, co wydarzyło się w domu w ciągu minionego tygodnia. Dziś się spieszę, podaję Neli buciki, a potem kucam, aby je pomóc włożyć. Dziś nie ma czasu na lekcję samodzielności. Pani Iza pewnie się dziwi, ale nie komentuje. Ustalamy, że widzimy się za tydzień o stałej porze.

– Pożegnaj się, Nelciu! – przypominam.

Nela omiata obojętnym spojrzeniem terapeutkę i inne matki. Wykonuje niemrawy ruch palcami, jej wzrok już błądzi po ścianach upstrzonych plakatami i rysunkami dzieci, po kulistych lampach na suficie, liniach płytek na posadzce. Zatapia się we własnych myślach, we własnym świecie. Kciuk wędruje do buzi. Biorę ją za rękę i delikatnie popycham w kierunku wyjścia na schody. Podążając za nią, po raz tysięczny zastanawiam się, jak wygląda ten świat. Świat Neli. Wykreowany w jej głowie. Może jest radosny. Kolorowy. Beztroski.

Może nie ma w nim rodziców porzucających swoje dzieci.

Może nie ma w nim śmierci.


Miodowa tonie w popołudniowym słońcu. Prześlizguję się wzrokiem po skąpanych w złocistym blasku budynkach, drzewach i parkanach i przez myśl mi przemyka, że nazwa ulicy jeszcze nigdy nie była tak trafna. Idylliczna, sielska uliczka na obrzeżach miasta, gdzie w uroczych domkach i kamieniczkach mieszkają uroczy ludzie. Popołudniami spotykają się przy płotach, by wymienić niewinne ploteczki, a z rana biegną do ulubionej piekarni po chrupiące pieczywo. O tym, że w tym idealnym świecie zagnieździła się śmierć, świadczy tylko karawan zaparkowany przy krawężniku.

Prowadzę Nelę do piekarni, przekazuję ją pod opiekę dziadka, a sama ruszam na poszukiwanie Barbary. Gdy ponownie wychodzę na ulicę i skręcam w kierunku księgarni, karawan rusza i odjeżdża, sunąc ulicą powoli, dostojnie. Odprowadzam go wzrokiem, a kiedy znika za zakrętem, biegiem przemierzam ścieżkę i lekko stukając w odrapaną futrynę drzwi, zagłębiam się w mrok księgarni.

Rolety zostały opuszczone do połowy, w smugach światła wpadających do środka tańczą drobinki kurzu. Gdzieś z głębi domu dobiega mnie szmer głosów, podążam za nim i docieram do tylnych drzwi. Stoją otworem, a mnie ukazują się plecy siedzących na betonowym murku kobiet. Plecy obok pleców, głowa obok głowy, przytulone bokiem, szukające ciepła i pociechy. Ta z siwiejącym koczkiem niedbale spiętym grzebykiem należy do mojej teściowej. Wczepiona w nią kobieta to Małgosia Celińska, nasza sąsiadka, przyjaciółka Tomka i Basi, krewna zmarłej Wandy. Pisarka, której jeszcze wczoraj podawałam kawę z mlekiem. Której książkę wciąż mam w torebce kurczowo przyciskanej do boku.

Podchodzę i kładę dłonie na ramionach skulonych na murku kobiet. W oczy rzuca mi się samotny fotel z technorattanu stojący na kamienistym placyku. Czuję lodowaty dreszcz pełznący wzdłuż kręgosłupa. Myślę, że pewne rzeczy są nieodwracalne. Jak śmierć. Nie ma znaczenia, co o niej myślimy. Bez względu na to, czy to dobry Bóg powołuje do siebie człowieka, czy wyniszcza go podstępna choroba, tego odejścia nie da się cofnąć. Tak jak raz wypowiedzianych słów nie można wcisnąć na powrót w struny głosowe. Jedno i drugie pozostawia po sobie żal, pustkę, strach.

Barbara i Małgosia odwracają ku mnie głowy. Oczy teściowej uśmiechają się, ale na ich dnie czai się smutek. Gęsta siateczka zmarszczek porusza się jak muśnięta podmuchem wiatru pajęczyna. Twarz Małgosi jest chorobliwie blada, w tej zastygłej masce wyróżniają się wielkie, podkrążone oczy. Policzki znaczą ślady łez, jedna samotna kropla toczy się wzdłuż grzbietu nosa i wsiąka w kącik ust.

– Jesteś. – Z piersi Barbary wyrywa się westchnienie ulgi. – Dziękuję. Wiesz, ja chciałabym tu zostać…

Kiwam głową ze zrozumieniem. Wanda Celińska, właścicielka księgarni, była najlepszą, o ile nie jedyną, przyjaciółką Barbary. Wyławiam z pamięci jej obraz, sztywno wyprostowanej za ladą księgarni, przechadzającej się wolnym krokiem po ogrodzie za domem, eleganckiej, dumnej, zawsze grzecznej, ale zdystansowanej. Nie pamiętam, by kiedykolwiek wpadła na popołudniową kawę do przesiąkniętej apetycznymi zapachami kuchni Barbary. To moja teściowa odwiedzała jej dom lub zachęcała sąsiadkę, by na krótką chwilę przysiadły za stolikiem w piekarni. Przenoszę wzrok na zamyśloną Małgosię. O niej wiem jeszcze mniej. Ze strzępków zasłyszanych rozmów ułożyłam własną wersję jej historii. Wychowywała się pod dachem ciotki. Pewnego dnia zniknęła i na Miodowej nie widziano jej przez wiele lat. Pojawiła się zaledwie kilka tygodni temu, gdy Wanda Celińska wylądowała w szpitalu po ciężkim zawale serca. Została. Na powrót otworzyła księgarnię. Zaopiekowała się krewną. A teraz wyprawi jej pogrzeb.

 

Od rozbawionej Barbary usłyszałam kiedyś, że była pierwszą miłością mojego męża. Ale Tomek zaprzecza temu z wielką zajadłością, a ja nie zamierzam drążyć. Inna kobieta na moim miejscu mogłaby być zazdrosna, że w otoczeniu jej męża pojawiła się atrakcyjna przyjaciółka z przeszłości, ale ja polubiłam Małgosię już przy pierwszym spotkaniu.

– Zajmę się piekarnią – zapewniam. Potem zwracam się do sąsiadki: – Bardzo mi przykro z powodu twojej straty.

– Mnie też – ma zachrypnięty głos. – Nawet nie podejrzewałam, że tak mnie to zaboli.

Jej słowa brzmią tajemniczo, dwuznacznie. Kwituję je kiwnięciem głowy, w pocieszającym geście przesuwam dłońmi po barkach siedzących kobiet, a potem okręcam się na pięcie, aby wrócić do piekarni, narzucić służbowy fartuszek i stanąć za ladą. Do zamknięcia pozostała zaledwie godzina. Odkąd zadzwoniła do mnie teściowa, nie miałam czasu spojrzeć na ekran smartfona.

Może czekają tam wiadomości od Tomka? Boję się to sprawdzić, bo co jeśli ich tam nie ma? Albo są, ale wyglądają zupełnie inaczej, niż oczekuję? Pęcznieją gniewem i stanowią przedłużenie porannej awantury?

Mijając ladę z wyeksponowanymi powieściami, mimowolnie wzdycham. Gdyby miłość była taka cudowna i cukierkowa jak w tych wszystkich romansach historycznych! On wielbi, ona omdlewa, oni żyją długo i szczęśliwie po wsze czasy. A przynajmniej po brzeg kartki. W życiu jest inaczej. Ten brzeg przybliża się częściej, niżbyśmy chcieli, rwie się, kruszy, pochłania nas jak czarna dziura. Nie o takiej miłości marzymy w młodzieńczych snach.

Gdy staję na deskach werandy, za moimi plecami rozległa się przyspieszony tupot stóp. Barbara dogania mnie, przyciąga do siebie i całuje w skroń. Wraz z jej pocałunkiem pojawia się ulotne wspomnienie czułego dotyku matki.

– Dziękuję – szepce. – Co ja bym bez ciebie zrobiła, córciu?

Potem odsuwa mnie na długość ramienia i lustruje uważnie. Jej jasne brwi marszczą się nieznacznie, zmarszczki na czole falują.

– Stało się coś? Wyglądasz na przybitą…

Podnoszę wzrok na moją teściową, kobietę, którą już przy pierwszym spotkaniu pokochałam całym sercem, i pomimo ciepłego popołudnia przenika mnie chłód. Spoglądam w obwiedzione czerwonymi obwódkami oczy, z których wyziera ból straty. Jak miałabym rzucić w tę bladą, zmęczoną twarz, że Tomek odszedł, że opuszcza rodzinę? Jak mogłabym do reszty zgruchotać to obolałe serce, które właśnie opłakuje odejście jedynej przyjaciółki?

Potrząsam głową i silę się na blady uśmiech. Uspokajająco pocieram ramię Barbary.

– To nic, po prostu się zdenerwowałam. Wracaj do Małgosi, ona cię teraz potrzebuje.

– Uściskaj ode mnie Nelę – prosi Basia i znika za progiem księgarni. Wychodzę na ulicę. Po kilku krokach odwracam się i zerkam w stronę posesji Celińskich. Teściowa tkwi w przeszklonych drzwiach. Odprowadza mnie czujnym, zatroskanym spojrzeniem.

Podnoszę rękę i macham. Po kilku sekundach wahania odpowiada podobnym gestem.

Wzdycham głęboko. W żołądku ciąży mi stukilowy głaz.

Nie tak łatwo zwieść Barbarę Kwiatkowską.



Przed pierwszym spotkaniem z matką Tomka denerwowałam się bardziej niż przed egzaminem maturalnym. Bardziej niż przed pierwszą wizytą u ginekologa. Bardziej niż spowiedzią pierwszokomunijną, kiedy to z obawy, że zapomnę wyuczonych regułek, a ksiądz, usłyszawszy moje dziecinne grzechy, zagrzmi jak burza i wyrzuci mnie z konfesjonału, prawie posiusiałam się w majtki.

Z opowieści narzeczonego o matce naciskającej na zdobycie wyższego wykształcenie, matce zapatrzonej ślepo w potrzeby rodzinnego biznesu, depczącej aspiracje i marzenia własnego dziecka, wyłaniał się obraz groźnej hetery, która przyszpili mnie ostrym spojrzeniem i wycedzi przez zaciśnięte zęby, że nie jestem odpowiednią partią dla jej syna. Z nerwów w przeddzień planowanego spotkania dostałam gorączki i zaległam w łóżku. Wizyta została odwołana, a ja, cóż… Skłamałabym, mówiąc, że nie poczułam ulgi.

Tomek przekazał mi przez telefon pozdrowienia od matki oraz zapewnienia, że nic się nie stało. Spotkamy się w innym terminie, gdy będę zdrowa i w pełni sił. Do ślubu zostało mnóstwo czasu, zdążymy wszystko ustalić.

– Choć nie wiem, co ona chce ustalać. – Westchnął na koniec. – Wszystko jest jasne. Weźmiemy ślub i będziemy się kochać.

– Domyślam się, że mówiąc „kochać”, nie masz na myśli miłości duchowej? – zakpiłam. Tomek zaśmiał się chrapliwie, a ja wyobraziłam sobie, jak siedzi naprzeciwko mnie i śmieje się, odrzucając głowę do tyłu. Niemal widziałam żyłę pulsującą na jego szyi, moje usta powoli zbliżające się do tego falującego miejsca, znaczące skórę ciepłymi pocałunkami, sunące w dół…Obraz ten był niezwykle sugestywny, wręcz drażniący, słodko-gorzki. Zagryzłam wargi i spróbowałam skupić się na czymś innym, czymś bardziej prozaicznym. – Może twoja mama chce omówić praktyczne szczegóły.

– Czyli jakie? – W głosie Tomka pojawiła się drwina.

– Na przykład czy zaprosimy na ceremonię tę dawno niewidzianą ciotkę z Gdyni. Albo gdzie zamieszkamy po ślubie… – zawiesiłam znacząco głos.

Kwestia miejsca zamieszkania była dla mojego przyszłego męża dość drażliwa. Z mamą zajmowałyśmy dwa pokoiki z łazienką i ciasną kuchnią, w której poza kompletem szafek kuchennych i lodówką mieścił się jedynie składany stół z dwoma krzesłami. Szaleństwem byłoby gnieść się tutaj we trójkę, skoro do rodziców Tomka należała cała kamieniczka przy Miodowej. Jednak mój narzeczony nie chciał słyszeć, że po ślubie moglibyśmy zamieszkać pod dachem Kwiatkowskich. Stanowczo ucinał wszelkie dyskusje na ten temat.

– Nieważne, co na ten temat sądzi moja matka. Nie zamieszkamy na Miodowej – zastrzegł, jakby czytał mi w myślach. A potem dodał łagodniejszym tonem: – Kiedy wydobrzejesz, wspólnie poszukamy jakiegoś mieszkanka. Nie musi być duże. Byle zmieściło się tam łóżko – zażartował. I dodał ciepło: – Wypoczywaj. Zadzwonię wieczorem. Kocham cię.

– Ja też cię kocham. – Uśmiechnęłam się.

Odsuwając komórkę od ucha, popadłam w zadumę. Dziwiła mnie stanowczość Tomka w kwestii zamieszkania po ślubie z dala od Miodowej i jego rodziców. Owszem, pokutowało przekonanie, że młodzi powinni rozpoczynać życie na własnym garnuszku, powoli się docierać, bez ingerencji członków rodziny, powoli wznosić ściany swego domu. Jednak młode małżeństwa pod dachem rodziców lub teściów wciąż nie należały do rzadkości. Wspólne gospodarowanie pozwalało rozwiązać wiele problemów, ot, chociażby związanych z opieką nad dziećmi… Wiele moich koleżanek korzystało z życzliwości mamy lub teściowej, babcie odprowadzały dzieci do przedszkola czy szkoły, a po skończonych zajęciach odbierały je i otaczały opieką, dopóki zmęczeni rodzice nie wrócili z pracy. Tomek najwyraźniej wolał uwolnić się spod wpływu rodziców. Dali mu do wiwatu – myślałam.

Gdy wizja spotkania z przyszłą teściową oddaliła się, gorączka ustąpiła. Mimo to postanowiłam poleżeć pod ciepłym kocem i zrelaksować się przy lekturze książki.

Sięgnęłam po gruby tom „Przeminęło z wiatrem” Margaret Mitchell, wsunęłam palec między pożółkłe strony i odszukałam zakładkę. Zapach książki przyjemnie drażnił moje nozdrza, litery przeskakiwały przed oczyma, układając się w słowa, zdania i akapity. Historia Scarlett i Retta pochłonęła mnie do tego stopnia, że w pierwszej chwili nie usłyszałam dzwonka do drzwi.

Zaskoczona odłożyłam książkę i zsunęłam stopy na podłogę. Nie spodziewałam się nikogo. Matka pracowała na popołudniową zmianę. Koleżanki nie miały w zwyczaju wpadać bez zapowiedzi. To musiał być jakiś domokrążca. Może członek rady parafialnej, ktoś z gazowni albo kominiarz. Bez względu na to, kto to był, zamierzałam się go pozbyć jak najszybciej i wrócić do lektury.

Za drzwiami stała zupełnie obca kobieta, która na moje zdumione spojrzenie odpowiedziała przepraszającym uśmiechem.

– Tomek wspominał, że źle się czujesz. Wybierałam się właśnie do urzędu i stwierdziłam, że wpadnę po drodze, żeby ci to przynieść. Pomyślałam, że kawałek placka z kruszonką poprawi ci nastrój.

Widząc moją konsternację, wyciągnęła przed siebie zgrabne zawiniątko. Jasnoróżowa bibułka namokła owocowym sokiem. Na samą myśl o smakołykach, które się pod nią kryły, głośno zaburczało mi w brzuchu. Barbara uśmiechnęła się zachęcająco, mrużąc oczy. Nie musiała się przedstawiać, nie musiała rzucać imienia swego syna ani podtykać pakunku owiniętego w firmowy papier piekarni. Te oczy, tak podobne do oczu mojego narzeczonego, wystarczyłyby, abym rozpoznała ją w najgęstszym tłumie. A uśmiech, który je rozświetlał, sprawił, że zapomniałam o wcześniejszych obawach.

Odsunęłam się, robiąc jej przejście.

– Może pani wejdzie? – zaproponowałam.

Wyglądała na spłoszoną.

– Ależ nie! Wypoczywaj, kochanie! Nie chciałam się narzucać. Ja po prostu… – zamilkła nagle i spłoniła się. – Wiesz, upiekłam to ciasto specjalnie z myślą o twojej wizycie. A ja wierzę, że wypiek przeznaczony dla konkretnej osoby smakuje wyjątkowo. – Znów uśmiechnęła się nieśmiało. – Dlatego chciałam, żeby trafił dziś właśnie do ciebie.

– To… – zabrakło mi słów. – Piękne!

– No widzisz… a mój mąż i Tomek śmieją się, że takie tam bajdurzenie… – Zachichotała.

Pokręciłam głową.

– Myślę, że coś w tym jest. Proszę, niech pani wejdzie. Akurat szłam zaparzyć herbatę – skłamałam gładko.

Barbara zawahała się.

– Dobrze, ale tylko na chwilkę. Jesteś osłabiona, a ja… naprawdę muszę dotrzeć przed piętnastą do urzędu.

– To coś pilnego?

– Papierologia – parsknęła z irytacją. – Postanowiliśmy zmienić nieco charakter działalności. Parzyć kawę, podawać na miejscu jakieś nieskomplikowane desery, przekąski… A to wymaga pozyskania niezbędnych pozwoleń i złożenia dziesiątek świstków, próśb, podpisów. Mój staruszek… to znaczy ojciec Tomka, już ma tego po dziurki w nosie i najchętniej by zrezygnował. Ale ja się nie poddam. Bez tego piekarnia upadnie. A ona musi funkcjonować. Dla dzieci, dla wnuków… – Barbara energicznie gestykulowała, odsuwając kuchenny stołek. Uczyniłam gest wskazujący, że możemy pójść do pokoju, usiąść wygodnie na wersalce, za ławą. Jednak matka Tomka machnęła ręką bagatelizująco, dając do zrozumienia, że jest dobrze, jak jest. Poczułam do niej sympatię.

– To chyba duża zmiana – powiedziałam ostrożnie, odwijając różową bibułkę z przyniesionej przez nią paczki. Woda w czajniku cicho posykiwała. Barbara bawiła się łyżeczką, którą położyłam na obleczonym kraciastą ceratą stole. Skinęła głową i powiedziała z cichym westchnieniem:

– Dla nas to prawdziwa rewolucja.

Odwróciłam się plecami do gościa, dobyłam z szuflady drewnianą deskę i sięgnęłam po nóż. Kroiłam ciasto na równe kwadraty, żółciutkie kawałki kruszonki rozsypywały się na blat, po ostrzu spływał słodki sok. Barbara rozglądała się po kuchni.

– Przytulne mieszkanko! – powiedziała z podziwem. – Tutaj zamieszkacie po ślubie?

– Nie. – Przełknęłam ślinę. – To mieszkanie mojej mamy, nie pomieścimy się tu we trójkę. Ale chcielibyśmy wynająć coś w pobliżu.

Barbara skinęła głową z aprobatą. Spojrzała w kierunku okna, zza którego dobiegały okrzyki dzieciarni dokazującej na zadrzewionym placu zabaw pod blokiem. Uwielbiałam ten plac zabaw, tak różny od wybetonowanych, wykarczowanych do najmniejszego krzaczka terenów z jedną huśtawką, zjeżdżalnią i piaskownicą odgrodzoną siatką. Podążyłam za wzrokiem przyszłej teściowej i pomyślałam, że być może za kilka lat usiądę z córeczką lub synkiem na drewnianej ławce pod drzewem, będę czytać bajkę albo patrzeć, jak berbeć siedzący u moich stóp bierze w pulchne łapki kolorową foremkę i stawia pierwsze babki z piasku. Nagle wizja ta wydała mi się tak rzeczywista, że uśmiechnęłam się szeroko do powiewającej w oknie firanki.

 

– Dobry wybór – stwierdziła Barbara. – To bardzo ładna, zielona okolica. Czuję, że będziecie tu szczęśliwi.

Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością. Od razu polubiłam matkę Tomka. Może zadziałała magia domowego ciasta? Może pozwoliłam się ogrzać ciepłem emanującym z tej wyjątkowej kobiety, promieniującym z każdej komórki jej skulonego za stołem ciała?

Tamtego popołudnia zrozumiałam, że z chwilą, gdy wsunę złoty krążek na serdeczny palec narzeczonego, zyskam nie tylko teściową, ale również przyjaciółkę. Kogoś bliskiego, kto będzie cieszył się razem ze mną w chwilach szczęścia i wspierał, gdy powinie się noga. Kogoś, do kogo będę mogła się zwrócić, gdy na głowę runie mi świat.

Nie podejrzewałam, że roztrzaska go na kawałki jej własny syn.


Wraz z nadejściem godziny zamknięcia piekarni dopada mnie dziwna nerwowość. Moje ruchy stają się niezgrabne, spojrzenie wciąż ucieka w kierunku drzwi. Dłonie nie są w stanie utrzymać ciężaru cukierniczki, naczynie wyślizguje się spomiędzy palców i roztrzaskuje o posadzkę z głośnym brzdękiem. Białe kryształki rozpryskują na wszystkie strony. Kiedy idę na zaplecze po zmiotkę i szufelkę, chrzęszczą pod stopami jak potłuczone szkło. Nela podnosi czujny wzrok znad książeczki z obrazkami. Marszczy nos. Uśmiecham się do niej uspokajająco, a ona wyczekująco spogląda na drzwi.

Tak, obie czekamy na to samo.

Godzina zamknięcia piekarni to pora, w której zjawia się Tomek. Wbiega raźnym krokiem do lokalu, obracając na palcu kółko z kluczykami do samochodu, całuje mnie w policzek, nawołuje córkę albo pochyla się nad rysunkiem, który właśnie wyczarowała. Dziś Tomka nie ma, a ja sztywnieję na myśl, co to oznacza. To, co niewyobrażalne, nabiera kształtu, realności. Nie wierzyłam, wciąż nie wierzę. Nela nie rozumie, co się dzieje. Czeka na ten rytuał. Nie zna pojęcia czasu, nie rozróżnia pełnych godzin, ale wie, że tak ma być. Ma być i kropka. Zaczyna nerwowo kręcić się na krześle. Od czasu do czasu posyła mi zagubione spojrzenie. Czuję ciężar rosnący na piersi. Łudzę się, że za moment mój mąż się zjawi, że przed wejściem zadudnią jego kroki.

I słyszę je.

Drzwi piekarni otwierają się z cichym skrzypnięciem. W progu staje Leon Brodzki, kierownik budowy pobliskiego osiedla. Przyglądam mu się ukradkiem. Jego ogorzała od słońca twarz dziś jest kredowobiała, oczy podkrążone. On również nie miał dobrego dnia, nic dziwnego, zważywszy, że tej nocy ktoś podpalił budynki i maszyny na placu budowy. Inżynier ociężałym krokiem podchodzi do lady, opiera o nią łokcie, przy okazji zerkając kątem oka na tarczę zegarka.

– Wiem, że jest późno, pani Klaro. Zaraz zamykacie. Ale muszę wypić kawę. Inaczej zasnę za kierownicą – mówi zmęczonym głosem.

– Mamy jeszcze chwilkę – uspokajam i odwracam się w kierunku ekspresu.

Brodzki powoli przechadza się po piekarni, krąży między stolikami, przystaje pod grafikami polnych kwiatów, które Barbara własnoręcznie oprawiła i powiesiła na ścianach, zerka na wpatrzoną w książkę Nelę.

Obserwuję go ukradkiem.

Ciekawi mnie.

Przed paroma dniami razem z Małgosią byli świadkami histerii Neli. To był dla małej okropny dzień. Zapomniałyśmy z domu jej ulubionej lalki, księżniczki Roszpunki. Kiedy się spostrzegłyśmy, byłyśmy już w piekarni, nie mogłam wrócić po ukochaną zabawkę córki. Tomek nie chciał nawet słyszeć o tym, by po nią pojechać. Machnął lekceważąco ręką i stwierdził, że ten jeden raz mała obejdzie się bez lalki. A ja widziałam, jak narasta frustracja Neli. Jak mała kurczowo zaciska paluszki na kredkach i wyładowuje złość na stronach kolorowanki. Jak nerwowo reaguje na każdą próbę kontaktu, jak jej błękitne oczka raz za razem wypełniają się łzami. Widziałam i spodziewałam się wybuchu. Erupcji dziecięcej rozpaczy, której świat został zburzony poprzez nieobecność towarzyszki codziennych zabaw.

W końcu tama pękła. Nela zaniosła się wrzaskiem, a kiedy próbowałam uspokoić ją tuleniem i szeptaniem czułych słów, skierowała swą wściekłość na mnie. Jej małe piąstki nie wyrządzały mi fizycznej krzywdy, ale każdy rozpaczliwy ruch, każdy skowyt zranionego zwierzęcia wbijał żelazny szpikulec w moje serce i rozrywał je na strzępy. W pewnej chwili straciłam kontrolę nad jej gibkim ciałkiem. Wysmyknęła się z moich objęć i na oślep pobiegła przed siebie, a ja oczyma wyobraźni, czarnej, najczarniejszej, ujrzałam, jak ląduje pod kołami rozpędzonego samochodu.

Wylądowała w ramionach Leona Brodzkiego. Inżynier złapał ją i przytulił, hamując niekontrolowane ruchy, tłumiąc histeryczne wrzaski. Dopadłam do nich, wybiórczo rejestrując przestraszoną minę Małgosi, główkę Neli uderzającą w podbródek mężczyzny, bańkę śliny przyklejoną do maleńkich usteczek. Przejęłam moje dziecko z objęć Brodzkiego i z ulgą wtuliłam twarz w gniazdko jasnych włosów.

Ekspres wydaje się z siebie przeciągłe syknięcie, a ja wracam do rzeczywistości i sięgam po filiżankę. Stawiam naczynie na ladzie, przysuwam saszetki cukru. Brodzki podchodzi i miesza kawę. Przyglądam się jego silnym dłoniom. Znaczą je otarcia i skaleczenia charakterystyczne dla osób pracujących fizycznie. Patrząc na te dłonie, myślę, że tamtego wieczoru inżynier wiedział, co robi. Jakimś cudem posiadł wiedzę, jak należy zareagować przy dziecku takim jak Nela.

– Nie ma pani Basi? – Brodzki przerywa milczenie, podnosząc filiżankę do ust. – Pewnie poszła do Małgosi?

Spoglądam na niego zdumiona.

– To pan nic nie wie?

– O czym? – Marszczy ciemne brwi.

– Dzisiaj w południe zmarła pani Wanda – tłumaczę. Biorę do ręki wilgotną ściereczkę i przecieram kontuar. – Małgosia jest załamana. Barbara dotrzymuje jej towarzystwa.

– To smutne – mówi po chwili milczenia.

Nie dopija kawy. Płaci, dziękuje i rusza do wyjścia. Drzwi zamykają się za nim z głośnym stukotem. Może pójdzie teraz do Małgosi, powie, jak mu przykro, i pozwoli, by oparła czoło o jego ramię. Może przystanie na ścieżce, zaciskając gniewnie pięści i przeklinając się za brak odwagi. Leon i Małgosia zbliżyli się do siebie w ostatnich dniach, jednak to wciąż świeża sprawa. Podobnie jak osiedle, które pośrednio przyczyniło się do pogorszenia stanu zdrowia właścicielki księgarni. Czy teraz, gdy Wanda zmarła, te nieregularne dziury pod przyszłe domy staną się przepaścią między tą dwójką?

Porządkuję piekarnię, czyszczę ekspres, wyparzam naczynia, zamiatam, zmywam podłogę i wynoszę śmieci. W końcu nie mam już nic do zrobienia. Biorę Nelę za łapkę i idziemy pożegnać się z Ignacym. Ojciec Tomka jest przygaszony, ale na widok wnuczki rozpływa się w radosnym uśmiechu, zagarnia małą w ramiona i sadza sobie na kolanach.

– Tomek po was nie przyjechał? – Teść ponad ramieniem Neli rzuca mi pytające spojrzenie. Dostrzegam w nim troskę. Przełykam głośno ślinę i potrząsam głową. Staram się, by mój głos brzmiał spokojnie.

– Pewnie miał dużo pracy. Wrócimy taksówką.

– Może odwiozę was furgonetką?

Kręcę głową i zapewniam, że damy sobie radę. Zaraz zadzwonię po samochód, dziesięć minut i będziemy na Klonowej. Nie chcę fatygować Ignacego. Nie mówi się o tym głośno, bo ojciec Tomka reaguje irytacją, ale w ostatnim roku stan jego zdrowia znacząco się pogorszył. Barbara wozi męża po różnych specjalistach, choć Kwiatkowski opędza się od opieki medycznej jak od natrętnej muchy. Twierdzi, że jeszcze się na drugi świat nie wybiera. Może i się nie wybiera, ale ma problemy z płucami, woreczkiem żółciowym, a ostatnio często dokucza mu kręgosłup. Powinien odpoczywać.

Wychodzimy na ulicę. Rozglądam się na boki, w nadziei, że jednak przy krawężniku dostrzegę znajomy samochód. Uczepiona mojej ręki Nela kręci się jak niesforny szczeniak nieprzywykły do chodzenia na smyczy. Proszę ją, by szła spokojnie. Na ułamek chwili zamiera w bezruchu, po czym znów wywija dziwne tańce. Chodnikowa primabalerina wczepiona w rękaw matki.