Choinka cała w śnieguTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zuzanna

Instagram zawładnął duszą i ciałem Zuzy.

Każdą wolną chwilę kobieta spędzała z nosem w telefonie, przeglądając i dodając do obserwowanych kolejne profile, oznaczając czerwonymi serduszkami zdjęcia, przy których oczy wychodziły jej z orbit, i szukając inspiracji na świąteczne dekoracje. Notes, w którym robiła notatki, zapełniał się nieczytelnymi szkicami i bazgrołami, które jedynie ona potrafiła rozszyfrować. Przynajmniej w pięciu przypadkach na dziesięć.

Początkowo tylko oglądała zdjęcia, później zaczęła je nieśmiało komentować, aż w końcu wkroczyła na wyższy level korzystania z aplikacji i dodała swój pierwszy post. Fotka była dość nieostra, a uwieczniona na niej Nuda zezowała do obiektywu oburzona, że ktoś ośmielił się przeszkodzić jej w popołudniowej drzemce, ale Zuza i tak była z siebie dumna. Szczególnie gdy pod zdjęciem zaroiło się od polubień i sympatycznych komentarzy miłośników psów.

Podbudowana Zuzanna uzbroiła się w nową filiżankę, paczkę papierowych serwetek, świeczkę zapachową oraz naprędce sklecony stroik, po czym rozłożyła się z tym wszystkim na dywanie w dużym pokoju. Pstrykała zdjęcie za zdjęciem, bawiła się filtrami, zmieniała ustawienie filiżanki, świeczki i stroiku, szukając najlepszego ujęcia. W końcu położyła się na brzuchu i pełzając po parkiecie, usiłowała uchwycić stroik przez uszko filiżanki. Tak, to musiało wyjść super!

Nagle po pokoju poniósł się przerażony okrzyk.

– Zuza!

Zaskoczona kobieta poderwała się z podłogi. Zrobiła to na tyle niezgrabnie, że przewróciła filiżankę. Kawa zalała dywan i umoczyła brodę świętego mikołaja przyszpilonego do świerkowych gałązek. Wyglądał teraz jak skrzyżowanie Dziadka Mroza z brodatym Irlandczykiem.

Gdy Zuza z garścią papierowych serwetek rzuciła się na wsiąkającą w dywan plamę, zawstydzona Anna przykucnęła i wzięła stroik w dłonie.

– Przepraszam. – Westchnęła. – Bałam się, że dostałaś jakiegoś ataku. Uderzyłaś się w głowę albo…dopadł cię wyrostek robaczkowy. Nie wpadłabym na to, że robisz zdjęcia – przełknęła głośno ślinę – leżąc.

– Ach, to… – Zuzanna zaczerwieniła się po koniuszki uszu. – Dobre światło tu pada.

Anna spojrzała niepewnie na stroik. Zalany kawą mikołaj pochylił się do przodu. Najwyraźniej kofeina mu nie służyła, bo nie był w stanie utrzymać pionu. Anna podparła go palcem i ruszyła do kuchni.

– Pukałam, ale nikt nie odpowiadał – tłumaczyła, ustawiając stroik na kuchennym blacie. – Było otwarte, a ponieważ z pokoju dobiegały dziwne odgłosy…

– Hmmm, tak. – Zuzanna przejęła stroik i bezceremonialnie wepchnęła go pod kran. Spłukawszy lepką ciecz z gałązek, ułożyła ozdobę na suszarce do naczyń. Zmaltretowanego mikołaja zalała wodą z ludwikiem i zostawiła w komorze zlewozmywaka. – Wypróbowuję różne ujęcia.

– Wysyłasz zdjęcia na jakiś konkurs? – dopytywała zdziwiona Anna.

Zuza wzruszyła ramionami.

– Nie, robię tak po prostu, dla siebie. Założyłam konto na Instagramie.

– Instagram, Instagram… To ten profil jak Facebook, tylko z samymi fotkami?

– Właśnie. Znajduję tam mnóstwo pomysłów!

– Pomysłów na co?

– Na wszystko! – wykrzyknęła podniecona Zuza. – Nie masz pojęcia, jak ludzie mają ładnie w domach! Albo jak elegancko podają jedzenie! Ostatnio trafiłam na profil kucharza, który przyrządzał galaretę wieprzową. Wiesz, że jej nie znoszę… ale na zdjęciu wyglądała tak apetycznie, że natychmiast wybrałam się do miasta po nóżki!

Zuzanna sięgnęła po smartfona i szybko odnalazła zdjęcie galarety wieprzowej. Potem zademonstrowała przyjaciółce kilka innych talerzy, na widok których brzuch instynktownie zaczynał burczeć. Od zapełnionych frykasami naczyń płynnie przeszła do przytulnych salonów z miękkimi kanapami, fikuśnymi pufami, mnóstwem zieleni, lamp, świec i lampionów.

– Hmmm – teraz dla odmiany stropiła się Anna. – Cóż, skoro sprawia ci to przyjemność, rób zdjęcia i zachwycaj nimi świat. Choć według mnie twoje mieszkanie jest równie przytulne.

– Coś ty! – Gospodyni wyglądała na spłoszoną. – Takie tam zwykłe mieszkanko w bloku. Nie mam nawet designerskich poduszek z oczami.

– Pod… z czym? – Anna zbaraniała.

– Z oczami. I nie mam ani jednej monstery.

– Mówisz o tej lalce?

– Nie, no skąd! – Zuzanna parsknęła śmiechem. – To taka roślina. Bardzo modna. Poczekaj, pokażę ci…

Anna zatrzepotała nerwowo rękami i cofnęła się do przedpokoju.

– Wiesz, może innym razem… Bo ja właściwie wpadłam do ciebie z pytaniem, czy nie poszłabyś ze mną do Moniki. Wyobraź sobie, że ta wariatka zwichnęła kostkę!

– Co? Jak?

– Nie mam pojęcia. Idziesz?

– No… – Zuza z wahaniem obejrzała się na obsychający na suszarce stroik, po czym skinęła głową. – Idę. Pewnie, że idę. Poczekaj, zabiorę kawałek babki kawowej. Wątpię, by Monika miała coś dobrego do kawy…

– Zuza! – Anna przewróciła oczami.

– …bo przecież ze zwichniętą kostką nie wychodziła do miasta. Ani nie była w stanie upiec domowego ciasta.

Zuza wspięła się na palce i wyjęła z szafki paterę z apetycznie pachnącym ciastem. Przez chwilę przyglądała mu się z namysłem, po czym odkroiła solidny kawałek i na powrót schowała do szafki resztę wypieku. Natomiast porcję grubą na trzy palce zawinęła w płachtę szeleszczącego pergaminu.

– Dla Kajtka? – Anna uśmiechnęła się pod nosem i wskazała drzwiczki, za którymi zniknął wypiek.

Zuza stanęła jak wryta, niepewnie spojrzała na trzymane ciasto, potem na przyjaciółkę, znów na zawiniątko z plackiem, w końcu odpakowała babkę i odkroiła cienki plasterek. Ułożyła go na talerzyku, nakryła papierową serwetką i ponownie zapakowała ciasto przeznaczone dla przyjaciółek. Widząc zdumione spojrzenie Anny, wzruszyła obojętnie ramionami i ruchem brody wskazała za siebie.

– Tamto zostawiłam do zdjęć… – wyjaśniła.

Anna z trudem stłumiła wybuch śmiechu i pierwsza ruszyła do drzwi. Zuza podążyła za nią, po drodze zgarniając klucze i smartfona. Na widok dziwnie podskakujących ramion przyjaciółki zmarszczyła brwi. O co tej Annie chodziło?

Stella

Mama często powtarzała, że nie powinno się podsłuchiwać, bo można usłyszeć coś, co podsłuchującemu wcale się nie spodoba, i Stella była skłonna się z nią zgodzić. Dawno, dawno, jeszcze w tamtym roku, zanim w ich domu zamieszkał Krzyś, Stella spędzała noc w domu koleżanki. Na wspólne nocowanie zaproszono kilka dziewczynek i mały pokój szybko zapełnił się śmiechem i piskami. Stella, która nie przepadała za hałasem, a najlepiej czuła się w towarzystwie książek, wymknęła się do łazienki, by poszukać chwili samotności. Wracając do pokoju, usłyszała dobiegające zza drzwi przytłumione chichoty koleżanek, więc zarumieniona z emocji przytknęła do nich ucho i próbowała wyłowić pojedyncze słowa. Może powiedzą coś o niej? Powiedziały. Dowiedziała się, że jest dziwaczką, że jej włosy przypominają zdartą miotłę, a na nocowanie została zaproszona tylko dlatego, że wymusiła to na koleżance mama, znajoma Wioli.

Dla Stelli była to bolesna, zapadająca w pamięć lekcja. Mimo to nie zaprotestowała, gdy Krzyś zakradał się na podest schodów i skryty w mroku przysłuchiwał się rozmowie rodziców. Więcej: nie tylko go nie powstrzymała, ale jeszcze usiadła obok, wcisnęła drobną dłoń w jego rękę i z mocno bijącym sercem nasłuchiwała słów płynących z dołu.

– Ten kontrakt to dla nas ogromna szansa. Dla nas, ale też dla Gwiazdki. Dzieciaki raz dwa łapią język, pomyśl, jaki świetny start życiowy będzie miała, jeśli przyjmę propozycję Anglików – gorączkowo tłumaczył ojciec.

– A co z chłopcem? – zapytała niepewnie Wiola.

– A co ma z nim być? Pojedzie z nami!

– To nie takie proste! No owszem, opiekujemy się nim, ale dobrze wiesz, że wszystko zostało załatwione na gębę. Nie możemy ot tak wywieźć go za granicę!

– Nie panikuj. Na pewno wszystko da się jakoś załatwić. Jesteś kuzynką jego matki, bliższej rodziny poza babką nie ma. Jeśli będzie trzeba, pójdziemy do sądu.

– Tylko że ty decyzję musisz podjąć już teraz.

– Przed świętami – uściślił ojciec Stelli.

– Właśnie. A jeśli procedury potrwają miesiące? Albo sąd nie przychyli się do naszego wniosku? I odda Krzyśka do domu dziecka albo do jakiejś obcej rodziny zastępczej? Nie wiemy nawet, jak to się odbywa i czy jest jakakolwiek szansa, by z nami pozostał. W kraju, a co dopiero za granicą! – Głos Wioli przybrał płaczliwe tony i Stella głośno przełknęła ślinę. Nerwowo zerknęła na kuzyna. Twarz chłopaka zastygła w dziwnym, nieruchomym grymasie. Dziewczynka lekko ścisnęła jego rękę, odpowiedź w postaci muśnięcia palców nadeszła dopiero po kilku długich sekundach.

– Wystarczy – powiedział głucho chłopiec i bezszelestnie podniósł się z podłogi. Stella w milczeniu podążyła za nim do skromnie urządzonego pokoiku na końcu korytarza. Krzyś położył się na łóżku, ramiona splótł za głową i bez słowa wpatrywał się w sufit. Stella przysiadła po turecku na kolorowym pasiastym dywaniku.

– Pojedziesz z nami – zagaiła. Wizja przeprowadzki za granicę nic a nic jej nie przerażała. Nie miała przyjaciółek, za którymi mogłaby wypłakiwać oczy. Do szczęścia potrzebowała rodziców, a właściwie przede wszystkim Wioli, bo ojciec wiecznie przebywał w delegacjach i prawie go nie znała. I książek. A teraz także Krzysia, którego traktowała jak starszego brata, o którym zawsze marzyła.

Chłopiec nie wyglądał jednak na uspokojonego. Przewrócił się na prawy bok, podpierając głowę zgiętą w łokciu ręką, i spojrzał na nią płonącymi oczyma.

– Nie mogę wyjechać.

– Możesz, możesz.

– Nie mogę! Wiesz przecież, że czekam…

Stella skinęła głową. Dobrze wiedziała, czego tak oczekuje Krzyś. Dlaczego raz w tygodniu prosi Wiolę o kilka złotych i idzie z nimi do niedużego oddziału pocztowego na rogu ulicy, a potem każdego dnia trzęsącymi się z emocji dłońmi przegląda zawartość skrzynki przy furtce. Niejednokrotnie widziała, jak na jego twarzy gaśnie nadzieja, a oczy wypełniają łzy, choć za każdym razem starał się być twardy i szorstkością pokryć gorycz rozczarowania. Rozumiała, że nie chce zmienić miejsca zamieszkania, póki… Ale przecież nie mógł tutaj zostać! Co by się z nim stało, gdyby jej rodzina wyjechała?

 

– Musisz z nami pojechać. Jesteś dla mnie jak brat. Kto stłucze łobuzów, gdy będą mi dokuczali?

– Poradzisz sobie.

– Nie. Jesteśmy rodziną – powiedziała dumnie. – A rodzina się wspiera. Tak mówi Wiola.

– Babka też jest moją rodziną – burknął.

– Wiem. I jestem pewna, że bardzo cię kocha.

– Nic jej nie obchodzę! Nie odpisała mi nawet na jeden list! Nie przysłała choćby kartki! – Krzyś potrząsnął głową i gwałtownie odwrócił się do ściany. Stella zrozumiała, że chłopak walczy z napływającymi łzami.

– Może nie mogła – powiedziała do jego pleców. – Może nie ma nikogo, kto by ją wyręczył. Sam mówiłeś, że słabo już widziała.

– Może. – Chłopak wzruszył ramionami. – W każdym razie nie ruszę się stąd, dopóki babka nie napisze. Mogą mnie oddać do domu dziecka albo wyrzucić na ulicę!

– I ciekawe, gdzie wtedy babka będzie cię szukać! – parsknęła Stella. – Nie, to trzeba inaczej załatwić…

– Jak?

– Porozmawiajmy z mamą.

Krzyś przez chwilę rozważał słowa dziewczynki, w końcu jednak potrząsnął głową.

– Pytałem już o babkę twojego ojca, ale tylko poklepał mnie po plecach i powiedział, żebym sobie tym głowy nie zawracał. Że oboje mamy dobrą opiekę i nie ma co roztrząsać.

– W takim razie ktoś musi ją dla nas odnaleźć.

– Kto? Twoja mama?

– Nieeee, Wiola chodzi z głową w chmurach, ona się do tego nie nadaje. Myślałam raczej o… detektywie!

– Detektywie? – Krzysiek zastrzygł uszami. – Takim jak z tej agencji?

– Właśnie tak! – przytaknęła z entuzjazmem Stella. – Jestem pewna, że tam nam pomogą! Odnajdą twoją babcię, a ona natrze ci uszu i powie, że masz jechać z nami do Anglii!

– Taaa, jasne… – prychnął lekceważąco Krzyś, ale usta same układały mu się do uśmiechu. Pomysł kuzynki przypadł mu do gustu. Pozostała tylko jedna problematyczna kwestia. Przecież taki detektyw za darmo nie pracuje! Swoimi wątpliwościami podzielił się z dziewczynką. Stella nonszalanckim ruchem odrzuciła na plecy rude loki.

– Nie martw się, w skarbonce znajdzie się co nieco…

Patrząc na rozpogodzonego kuzyna, Stella pogratulowała sobie pomysłowości. Może z tym podsłuchiwaniem nie jest do końca źle? To właśnie przysłuchując się rozmowie Wioli i jej przyjaciółki, dowiedziała się o istnieniu detektywa, który śledzi rozpustnych mężów (cokolwiek to znaczy) i odnajduje zaginionych ludzi. Od tamtej pory osoba detektywa niezmiennie fascynowała Stellę, a fascynacja ta urosła jeszcze, gdy w drzwiach agencji dostrzegła kobietę. Kobieta detektyw? Super! Stella postanowiła z miejsca, że gdy dorośnie, również zostanie detektywem. Pomoc w odnalezieniu babci Krzysia będzie świetnym pierwszym krokiem na ścieżce ekscytującej kariery…

Monika

Wizyta przyjaciółek pozwoliła Monice oderwać się na moment od niewesołych myśli. A trochę ich miała… Unieruchomiona noga, dwutygodniowe zwolnienie lekarskie, którego koleżanki z pracy z pewnością nie przyjęły okrzykiem radości, zamieniający się w śmietnik dom. Bo choć do Piotrusia udało się ściągnąć dawną opiekunkę i kwestia zaprowadzania i odprowadzania z przedszkola została rozwiązana, to trudno było wymagać od dziewczyny zmywania naczyń, gotowania i prania. Jakub zaś…

Z ciężkim sercem Monika musiała przyznać, że stworzyła potwora. Niezaradnego życiowo chłopca, który już pierwszego dnia przystanął przy łóżku z kłębkiem ciemnych skarpetek przyciśniętym do piersi i z paniką w oczach wydukał, że jedna nie pasuje do drugiej. Ani do trzeciej. A do czwartej czy piątej to już w ogóle. Trzeba je poparować, wycedziła kontuzjowana. Dobrze, ale czym to się robi? Parownicą?

Monikę korciło, by odesłać męża do kuchni i skłonić do parowania skarpetek nad parą unoszącą się z czajnika. Obawiała się jednak, że wtedy na jednym L4 w ich domu się nie skończy…

A przecież na horyzoncie majaczyły święta. Monika nie była maniaczką sprzątania (jak co poniektórzy), ale jednak lubiła mieć w domu czysto. Nie tylko od święta. I wychodziła z założenia, że pewnych rzeczy przed Gwiazdką po prostu trzeba dopilnować. Jak tego dokona z unieruchomioną nogą?

Do tego teściowa i sprawa nieszczęsnej parafialnej akcji niesienia pomocy potrzebującym…

Mama Kwiatek bynajmniej nie myślała ubolewać nad losem kontuzjowanej synowej. Zaraz po tym, jak Jakub przywiózł oszołomioną Monikę z urazówki, teściowa zmaterializowała się przy jej łóżku.

– Też wiedziałaś, kiedy nogę zepsuć. – Westchnęła żałośnie, taksując Monikę pełnym wyrzutu spojrzeniem.

– Tak, bo specjalnie to sobie zaplanowałam. Noszenie opatrunku o gabarytach beczki na kiszonkę jest takie przyjemne! – sarknęła młoda kobieta.

– Ja tam nie wiem, czy przyjemne, ale fakt faktem, że z udziału w charytatywnej akcji niesienia pomocy potrzebującym się wykręciłaś.

– No wie mama… – Monikę aż zatkało z oburzenia. Wpatrywała się w teściową okrągłymi oczami, otwierając i zamykając usta. Chciała rzucić starszej pani w twarz prawdę o ukrytych miskach, rozbitym jajku i o tym cholernym wyrzuconym prodiżu, którego prawa wyrzucać nie miała, ale nie była w stanie wypowiedzieć słowa.

A mama Kwiatek, widząc, że synowa nie może z siebie wydusić odpowiedzi, wykorzystała swój wewnętrzny śrubokręcik i dokręciła śrubkę…

– A przecież ja sama sobie nie poradzę i przez ciebie będę zmuszona zrezygnować. Gdy trzeba było pomagać tej starej wariatce Michalskiej, poleciałaś jak kot nie powiem z czym. Ale pomagać teściowej…? – Matka Jakuba pokręciła głową i opuściła pokój, zostawiając oszołomioną, obolałą i roztrzęsioną Monikę sam na sam ze swoimi myślami.

Teraz na wspomnienie gorzkich słów mamy Kwiatek Monika zalała się łzami. I nie ograniczyła się do małej, słonej kropelki spływającej po krzywiźnie policzka i wsiąkającej w poduszkę czy kołnierz bluzki. Nie, młoda kobieta zaniosła się głośnym szlochem, a łzy ciurkiem płynęły po jej twarzy. Natychmiast zatkał jej się nos, a oczywiście nie miała przy sobie chusteczki, co tylko spotęgowało uczucie rozżalenia. Wycierała nos rękawem i szlochała, im więcej szlochała, tym więcej powodów do płaczu znajdowała, a im więcej powodów znajdowała, tym głośniej szlochała i tak w kółko.

Nie ubierze z Piotrusiem choinki, a kto wie, może już za rok na widok choinki chłopiec parsknie lekceważąco?

Nie pójdzie z nim do miasta, aby obejrzeć świąteczne światełka, a przecież mu obiecała…

Nie upiecze świątecznego ciasta według przepisu otrzymanego od Zuzanny. A w ubiegłym roku nie wyszło przecież aż takie złe…

Nie pozna własnego domu, gdy już wykaraska się ze sztywnego opatrunku! Jakub gotów zamienić mieszkanie w… Wyobraźnia Moniki nie sięgała tak daleko, by podpowiedzieć jej, w co Jakub może zamienić mieszkanie, a to tylko spotęgowało udrękę. Nowy potok łez popłynął po policzkach.

I tak dalej, i tak dalej…

Monika była tak pogrążona w swojej rozpaczy, że nie usłyszała nawet skrzypnięcia drzwi wejściowych. Do pokoju zajrzała zarumieniona pani Michalska.

– Ktoś wlał ci w dupsko? – zaskrzeczała. Przytrzymała się framugi i gmerała przy kozakach na grubej podeszwie, usiłując zrzucić je ze stóp. Monika gwałtownie potrząsnęła głową, przetarła rękawem wilgotny policzek i załkała. Mankiet bluzki był podejrzanie obślizgły, ale nie chciało jej się nad tym zastanawiać. Podobno śluz ślimaczy służy urodzie, może z ludzkim jest podobnie? Tymczasem pani Michalska wtarabaniła się do pokoju, obrzuciła szybkim spojrzeniem wnętrze i nie skomentowawszy zastanego rozgardiaszu, zbliżyła się do posłania Moniki i wyciągnęła w jej stronę rękę z paczką chusteczek higienicznych.

– Jadłaś coś?

Monika głośno wydmuchała nos, po czym potrząsnęła głową i wskazała oparte o wersalkę kule.

– Mogę dokuśtykać do kuchni.

– Nie pytam, czy możesz dokuśtykać, tylko czy jadłaś – sarknęła staruszka.

– Nie. Nie mam ochoty.

– No dobrze, na siłę cię karmiła nie będę, ale czy dowiem się w końcu, o co te szlochy?

– A, takie tam, nieważne. – Monika załkała ponownie.

– Skoro nieważne, to weź się w garść – poradziła pani Michalska. Kontuzjowana skinęła zgodnie głową, po czym przycisnęła zwiniętą w kulkę chusteczkę do lewej dziurki w nosie i zaniosła się kolejną porcją szlochów. Staruszka wzniosła oczy do sufitu. – No gadajże wreszcie! Co ci leży na wątrobie?

– Idą święta, a ja czuję się taka beznadziejna, nieporadna i… mam zwichniętą nogę!

Dozorczyni prychnęła lekceważąco.

– A co ja mam powiedzieć? Miałam złamaną, na dodatek konował w białym kitlu pochylał się nad nią i z mądrą miną powtarzał, że prawdopodobnie się nie zrośnie i wyląduję na wózku! Wiesz, starych ludzi nie opłaca się leczyć.

– To straszne! – Wstrząśnięta Monika zapomniała o łzach i wpatrywała się w panią Michalską zamglonym wzrokiem.

– Straszne – potwierdziła zadowolona dozorczyni. – Zapowiedziałam mądrali, że prędzej mi kaktus na dłoni wyrośnie, niż dam się posadzić na wózek. Jak mi gips zdjęli, poszłam do jego gabinetu i podetknęłam mu tę nogę pod nos. Mało się makaronem z zupki chińskiej nie udławił.

Monika wyobraziła sobie tę scenę i uśmiechnęła się blado. Pani Michalska pokiwała głową zadowolona.

– No widzisz, nie lepiej tak? Po co wypłakiwać oczy? I smarkać w rękaw?

Monika szybkim ruchem zarzuciła na obsmarkany rękaw skrawek koca.

– Czuję się… – powiedziała i urwała, kręcąc głową.

– To zrozumiałe, że nie jest ci łatwo. – Pani Michalska rozejrzała się po pokoju. – Dlatego przyszłam zapytać, czy nie potrzebujesz pomocy. Widziałam, że były u ciebie przyjaciółki, ale może i ja się na coś przydam. Mogę zrobić dla ciebie zakupy albo wstawić pranie, pomóc ci się umyć czy wysikać. Ale tyłka ci nie podetrę, nie żeby to godziło w moją osobę, ale ręce masz sprawne…

– Dziękuję. – Monika uśmiechnęła się pod nosem. – Jakub robi zakupy, Zuza podobno pomyła naczynia, a Anna pomogła mi się wykąpać. Nie chciałam jednak zawracać im głowy, mają swoje życie.

– Przyniosłam zupę – wtrąciła bezceremonialnie pani Michalska. – Ogórkową. Nic specjalnego, ale zjeść się da.

– Dziękuję – szepnęła wzruszona Monika.

– Nie dziękuj. A może teściowa dla was gotuje? – zainteresowała się nagle dozorczyni. – Wiesz, nie chciałabym się jej w garnki wpychać. Raz mi się zdarzyło, nie powiem, ale na tym koniec. – Młoda pani Kwiatek obrzuciła sąsiadkę z parteru zaintrygowanym spojrzeniem, ale ta tylko wyszczerzyła sztuczne zęby. – I tak już na mój widok przechodzi na drugą stronę ulicy.

– Nie, teściowa… – zaczęła Monika i poczuła, jak w jej oczach ponownie wzbierają łzy. – Ona…

– A więc to tu jest pies pogrzebany! – domyśliła się sąsiadka. Stanowczym głosem nakazała: – Opowiadaj!

Wysłuchawszy przerywanej łkaniami opowieści, starsza pani pokręciła głową zniesmaczona.

– Twojej teściowej nawet święcona woda nie pomoże!

– Mam wrażenie, że w jej pobliżu traci swoją moc. – Monika szlochała. – Ale teraz to ja wyszłam na tę złą, która nie chce pomagać potrzebującym. – I ryknęła, smarkając w wilgotną kulkę z chusteczki: – Przed świętami!!!

– I tak się przejmujesz, co myśli o tobie ta złośliwa kwoka? – zdziwiła się pani Michalska. Patrząc na szlochającą Monikę, skubała wysuszoną wargę i dumała. Nagle skierowała na młodą kobietę wyraźnie ożywione spojrzenie. – Powiedz jej, że otrzyma pomoc i będzie mogła puszyć się swoją dobroczynnością.

– Ale jak? Przecież ja nie… – Monika wskazała sztywny opatrunek wyzierający spod koca.

– Ale ja tak. – Pani Michalska uśmiechnęła się szelmowsko. – Chętnie pomogę twojej teściowej w organizowaniu pomocy potrzebującym. Pytanie: co ona na to?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?