Choinka cała w śniegu

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Anna

Minione dwa lata były dla Anny Jurczyk okresem spełniania marzeń.

Najpierw wyzwoliła się spod kontroli chorobliwie skąpego męża i odetchnęła pełną piersią.

Potem znalazła pracę i nauczyła się czerpać przyjemność z wydawania pieniędzy. Z zakamarków pamięci wygrzebała sekretną listę, na której przez te wszystkie lata umieszczała upragnione przedmioty. Ekspres do kawy, elegancki płaszczyk, podcięcie włosów w dobrym salonie fryzjerskim, pomadka w połyskującej na złoto oprawce, bukiet wiosennych tulipanów – tak wyglądały marzenia Anny, które sukcesywnie zaczęła spełniać po rozstaniu z Waldemarem.

W poniedziałek dziesiątego grudnia przyszła pora na kolejne, choć po prawdzie sama Anna niewiele miała z jego realizacją wspólnego. Wczesnym popołudniem do pokoiku, w którym pracowała, zajrzał Felicjan.

– Daj mi klucze do swojego mieszkania – poprosił z uśmiechem.

Anna, która właśnie unosiła do ust kubek z resztką zimnej kawy, wybałuszyła na mężczyznę oczy, po czym prychnęła w naczynie, zalewając siebie, biurko oraz rozłożone na nim papiery jasnobrązową cieczą.

– Klucze? Do mojego mieszkania? – zapytała, gdy przy pomocy chusteczek higienicznych doprowadziła już otoczenie do względnego porządku.

– Tak. – Felicjan wyciągnął rękę po pusty kubek. Anna podała mu naczynie z ledwo dostrzegalnym wahaniem.

– Na Weissa?

– A masz jakieś inne? Nie wiedziałem. – Felicjan parsknął śmiechem, a Anna zawtórowała mu nieszczerze.

– Po ci klucze do mojego mieszkania? – dopytywała zaniepokojona, ale Felicjan ani myślał dzielić się z nią swoimi planami. Zmrużył filuternie jedno oko i oświadczył, że to niespodzianka. Z pewnością będzie zadowolona.

Anna nie była tego taka pewna, ale nie śmiała podcinać Felicjanowi skrzydeł. Wręczyła mu pęk kluczy do mieszkania numer dziewięć, tracąc tym samym na resztę popołudnia spokój ducha. Po wyjściu mężczyzny zajęła się uzupełnianiem tabelek z zamówieniami, ale jej myśli błądziły wokół ulicy Weissa.

W rezultacie zamiast cieszyć się z czekającej ją niespodzianki, zadręczała się wizjami spotkania byłego męża i obecnego partnera. Na myśl, że Felicjan mógłby natknąć się na klatce schodowej na Waldemara albo, co gorsza, ten drugi miałby zapukać do drzwi mieszkania w chwili, gdy przebywał w nim Felicjan, dosłownie truchlała nad klawiaturą.

Gdy w końcu wybiła piętnasta, Anna wybiegła z biura, jakby gonił ją sam diabeł, po drodze naciągając na siebie płaszcz i owijając szyję szalikiem. Całą drogę pokonała truchtem, więc kiedy wpadła na podwórko przy Weissa 5, ledwie łapała oddech. Na jej widok zamiatająca chodnik pani Michalska groźnie zmarszczyła brwi.

– Zapomniałaś wyłączyć żelazko?

– Nie-eee! – wysapała z trudem Anna i przystanęła przy dozorczyni, pochylając się do przodu i opierając dłonie o kolana. Czuła, jak drgają pobudzone do życia mięśnie nóg, i zastanawiała się w duchu, czy będzie w stanie wdrapać się na drugie piętro. – Mam… mam gościa.

– No raczej – parsknęła dozorczyni. – Przed godziną przyszedł i jedno ci powiem… Rodzice nie pokazali mu, do czego służy wycieraczka.

– Na…naprawdę? – Anna wyraźnie się stropiła.

– Poza tym… – Starsza pani zawahała się, po czym wzruszyła ramionami. – A zresztą, co ci będę mówić. Sama poczujesz.

Zaintrygowana Anna ruszyła do wejścia. Wspinając się po schodach, zerknęła przelotnie w kierunku mieszkania numer dwa. Ciekawe, czy Waldemar jest w domu? Zbliżyła się do drzwi i przytknęła do nich ucho, ale z mieszkania nie dobiegał nawet najmniejszy szmer. Za to z góry…

Cóż to za zapach?!

Tknięta nagłym niepokojem Anna pokonała resztę schodów biegiem i przypadła do drzwi oznaczonych dziewiątką. Nie myliła się, smród dolatywał właśnie z jej mieszkania! Mocno nacisnęła klamkę, a kiedy ta nie ustąpiła, zaczęła walić otwartymi dłońmi w drzwi. Oczyma wyobraźni ujrzała nieprzytomnego Felicjana wśród zwęglonych resztek kuchni.

Drzwi otworzyły się nagle i Anna z impetem wpadła do przedpokoju. Stropiony Felicjan podtrzymał ją za łokieć, by odzyskała równowagę.

– Już jesteś? – zmartwił się, zerkając na zegarek. – Według moich obliczeń droga z biura powinna ci zająć co najmniej kwadrans. Chyba nie wyszłaś z pracy wcześniej? – Żartobliwie pogroził jej palcem.

Anna pociągnęła nosem.

– Biegłam – odrzekła krótko.

– Biegłaś? – Brwi Felicjana powędrowały w górę. – Dlaczego biegłaś?

– Dla zdrowia. – Anna przysiadła na brzegu szafki i sięgnęła do zamków przy botkach. – No i pomyślałam, że możesz potrzebować pomocy z tą niespodzianką… – dodała, uśmiechając się przymilnie.

Mężczyzna naburmuszył się.

– Taka niespodzianka to nie niespodzianka… – mruknął, ale kiedy Anna pocałowała go w policzek, na jego wargach wykwitł uśmiech zadowolenia. Kobieta ponownie pociągnęła nosem.

– Więc jesteś pewien, że nie potrzebujesz pomocy?

– Właściwie to trochę wsparcia nie zaszkodzi – przyznał zawstydzony Felicjan, biorąc ją za rękę i prowadząc ją do kuchni.

Anna udawała, że nie widzi nieprawdopodobnego bałaganu, który zapanował w jeszcze do niedawna pięknie wysprzątanej kuchni.

Nie skomentowała ani przypalonego rondla, ani papki makaronowej zalegającej na przytopionym od palnika durszlaku.

Nie mrugnęła okiem na widok spryskanych krwistoczerwonym sosem płytek i lekko okopconych szafek kuchennych. Napotkawszy wzrokiem spiętrzoną w zlewie górę naczyń, przełknęła tylko ślinę i odwróciła oczy. Potem wzniosła je do sufitu, gdzie zarejestrowała chmurę gryzącego dymu, więc podeszła do okna i uchyliła je. Zapytała samą siebie, jakim cudem można w ciągu godziny aż tak zrujnować mieszkanie. Potem uśmiechnęła się do zdenerwowanego Felicjana i zapytała, czy niespodziankę zjedzą w kuchni, czy w pokoju.

Okazało się, że Felicjan zaplanował najprawdziwszy romantyczny piknik i zaścieliwszy podłogę w salonie narzutą z łóżka, ustawił na niej najlepsze naczynia. Jedna filiżanka się stłukła, inna potoczyła pod komodę (Felicjan nie mógł wcisnąć pod nią ręki, a potem najzwyczajniej o tym zapomniał), ale nie zabrakło szampana, ciasta z Pysi i truskawek rodem z Hiszpanii albo innej Wenezueli. Między naczyniami rozrzucono płatki i pączki czerwonych róż. Siadająca na narzucie Anna wbiła sobie kolec w pewne delikatne miejsce, ale dzielnie zagryzła zęby i stłumiła okrzyk bólu.

Kiedy już przełknęli grudy makaronowe z sosem, popili je szampanem i zagryźli truskawkami z bitą śmietaną, Felicjan wsunął jedną z róż za ucho Anny i delikatnie pocałował ją w usta.

– Wspominałaś, że zawsze marzyłaś o pikniku – powiedział.

– Rzeczywiście. – Anna skinęła głową. – Przygotowałeś cudowną niespodziankę!

– Niespodzianka? – Mężczyzna zaśmiał się i pokręcił głową. – Niespodzianka dopiero przed tobą, kochanie! Aniu… – Spojrzał na nią dziwnie poważnie. – Chcę ci zadać ważne pytanie…

– Teraz? – Posłała mu spanikowane spojrzenie.

– Tak, teraz. To odpowiednia pora. Więc… czy zgodzisz się spędzić… te święta ze mną i moją rodziną?

Anna wypuściła nagromadzone w płucach powietrze z głośnym świstem i uśmiechnęła się niepewnie. Biła się z myślami. Nie wiedziała, czy dominuje w tej chwili uczucie rozczarowania, że nie padło to jedno ważne pytanie, czy bardziej odczuwa ulgę, że nie musi na nie odpowiadać z różanym kolcem boleśnie wbijającym się między pośladki.

Kalina

Po przebudzeniu Kalina przeciągnęła się w pościeli i obiecała sobie, że to będzie cudowna, leniwa niedziela. Taka w piżamie, z książką i kubkiem kawy plątającym się gdzieś przy boku. Niestety, planując dzień, nie uwzględniła zagrożenia ze strony matki. Być może dlatego, że matki z reguły nie stanowią dla swych dzieci zagrożenia. Kalina była gotowa z tym przeświadczeniem polemizować.

Lucyna wpadła do mieszkania Pióreckich zaraz po dziewiątej i najpierw skrytykowała córkę, że ta wciąż chodzi w piżamie. Zaraz potem z błyskiem w oku obwieściła:

– Jedziemy na wycieczkę!

– To coś nowego! – przyznała Kalina i oczyma wyobraźni ujrzała rodziców w autokarze obwożącym dziarskich emerytów po Azji Południowo-Wschodniej, a tym samym spokojne zwieńczenie remontu w mieszkaniu na parterze. – Jak długo was nie będzie?

– Wrócimy po południu.

– Szybko. – Radecka-Piórecka z marnym efektem usiłowała ukryć rozczarowanie. Widząc grymas na twarzy córki, Lucyna zaatakowała.

– Jeśli musisz skorzystać z toalety, to idź, a nie wstrzymuj na siłę. Z takiego wstrzymywania biorą się te wszystkie infekcje.

– Mój pęcherz ma się bardzo dobrze – oburzyła się Kalina.

– Nie powiedziałabym – sprzeciwiła się Lucyna. – Drepczesz w miejscu i krzywisz się, jakbym cię nakarmiła plastrami cytryny. Idź się wysikać.

– Mamo, mam trzydziestkę na karku. Sama decyduję, kiedy chcę się wysikać. Powiedz lepiej, dokąd jedziecie. – Kalina próbowała pojednawczo zmienić temat.

– Jedziecie? – Lucyna uniosła starannie wydepilowane brwi. Malowała je ciemnobrązową kredką pasującą do nowego uczesania w kolorze bordo. – Chyba jedziemy?

– Jakie jedziemy? My? Co? Co je… Jedziemy? – plątała się Radecka-Piórecka. – O co ci chodzi?

– O wycieczkę, na którą zabieram ciebie i Basię. Pytałam Marka, czy chce z nami jechać, ale mówi, że ma pilną papierkową robotę. – Lucyna westchnęła żałobnie nad pracoholizmem zięcia, który nawet w niedzielę nie mógł poświęcić czasu rodzinie. – I pamiętaj, żeby dzień święty…

– No. – Kalina zmierzyła znaczącym spojrzeniem leżącą na stole powieść Stephena Kinga, którą parę dni wcześniej Marek przytaszczył z biblioteki. Właśnie, przytaszczył. Według Kaliny miała co najmniej dwa tysiące stron i ważyła więcej niż ich córka i pies razem wzięci. – To bardzo pilna papierkowa robota. – Zgrzytnęła zębami.

 

– Ale ty się nie wymigasz! Pamiętasz ubiegłoroczne święta, kiedy zostałam uziemiona z nogą na wyciągu i nie byłam w stanie sobie tyłka podetrzeć?

– Miałaś zwichniętą kostkę i owszem, dobrze to pamiętam. Cóż, nie pozwoliłabyś komukolwiek o tym zapomnieć…

Jeśli Kalina liczyła na to, że matka wychwyci ironiczny wydźwięk jej wypowiedzi, zawiodła się.

– I przez tę złamaną kostkę nie mogłam spędzić świąt z ukochaną wnusią, tak jak miałam na to ochotę. W tym roku żadna noga mi w tym nie przeszkodzi. Już wszystko sobie zaplanowałam! – oświadczyła.

Kalina uniosła do ust kubek z kawą i zmarszczyła brwi tknięta nagłym niepokojem.

– Co masz na myśli?

Ostatecznie część przedpołudnia oraz całe popołudnie Kalina, Lucyna i Basia spędziły na krakowskim rynku, gdzie właśnie odbywał się jarmark bożonarodzeniowy. Rozczarowany Młynek musiał zostać w domu, ponieważ, jak oświadczyła Lucyna: to nie miejsce i atrakcje dla psa. Kalina szczerze żałowała, że matka nie zastosowała tego wykrętu w przypadku jej osoby. Ona chętnie zrezygnowałaby z takich rozrywek na rzecz miękkiego kocyka i towarzystwa Marka!

– Kupimy nowe bombki, wypijemy grzańca, zjemy ciepłą kiełbaskę. – Lucyna ekscytowała się, kiedy jechały w kierunku Starego Miasta. Choć Kalina próbowała przeforsować pomysł, by na rynek pojechać tramwajem, matka nie chciała o tym słyszeć. W efekcie niemal godzinę zajęło im znalezienie miejsca postojowego, więc poziom irytacji Radeckiej-Pióreckiej sięgnął już czerwonej kreski.

Za to Lucyna bawiła się wyśmienicie. Porwała Basię na ręce, choć Kalina usiłowała jej to wyperswadować, i biegała od jednego świątecznie przystrojonego straganu do drugiego. Młoda matka podążała za nimi z grobową miną, popychając przed sobą całkowicie zbędną spacerówkę i co rusz najeżdżając nią komuś na stopę. Gdy po raz trzydziesty była zmuszona wylewnie przepraszać za zmiażdżone palce, trąconą piętę czy uderzony piszczel, przysiadła na ławce pod świerkiem i wyciągnąwszy przed siebie obolałe nogi, z zaciekawieniem rozglądała się po kramach.

Choć w myślach nadal ciosała kołki na głowie Lucyny, musiała przyznać, że na krakowskim rynku dało się poczuć ducha nadchodzących świąt. Ciasno ustawione drewniane budki przystrojono gałązkami, girlandami ze szklanymi bombkami i szkarłatnymi kokardami, a także drobnymi światełkami. W powietrzu unosił się zapach dymu, igliwia i przypraw. Mimo tłoku panowała atmosfera radości i wyczekiwania. Z głośników płynęły świąteczne melodie, a ludzie śmiali się i przepychali między straganami, by pooglądać i kupić wystawione na nich cudeńka.

Widząc niektóre z nich, Kalina wytrzeszczała oczy. Na jarmarku bożonarodzeniowym była tylko kilka razy, przed laty, z koleżankami, i z tamtych wypraw pamiętała piekielnie drogie ozdoby świąteczne, na które licealistki nie mogły sobie pozwolić. Dziś miała przez sobą misternie rzeźbione czekoladki (na widok czekolady w kształcie smartfona Kalina skrzywiła się boleśnie, a nad słodkim niedźwiadkiem rozpłynęła się w zachwytach), lizaki z emotikonami, pierniczki z napisem „Superteściowa” i absolutnie cudowną biżuterię wykonaną ze starych sztućców. Naturalnie nie brakowało tradycyjnych stroików i ozdób choinkowych: bombek w najwymyślniejszych kształtach, dzierganych na szydełku aniołków, struganych w drewnie zabawek. Kalina oglądała wszystko z prawdziwą przyjemnością.

Mina nieco jej zrzedła, gdy wróciły matka z Basią. Dziewczynka miała niemiłosiernie umorusaną buzię i z triumfalną miną ściskała w palcach wymuldanego piernika. Lucyna zademonstrowała córce jarmarczne łupy.

– Kupiłam kilka ręcznie malowanych bombek. I pierniczki. Z napisem „Superbabcia”. Basia je wybrała – paplała z dumną miną. – Powiesimy je na choince. Chcesz coś zjeść?

– Niekoniecznie. – Kalina pokręciła głową. W tej samej chwili poczuła, jak do ust wciska się jej coś wilgotnego i nieprzyjemnie gąbczastego. To córeczka zareagowała na sugestię ukochanej babci i wepchnęła matce między zęby nadjedzonego piernikowego ludka.

– Dziękuję, kochanie – parskała z obrzydzeniem Kalina, plując w zaciśniętą pięść okruchami korzennego ciasta. Nie cierpiała rozmokniętego jedzenia! – Zatrzymaj sobie ciasteczko.

Basia posłusznie wepchnęła przysmak do ust i żuła go z rozanieloną miną. Tymczasem Lucyna roziskrzonym wzrokiem rozglądała się po okolicznych straganach.

– Może kupimy Basi czapkę? Albo kożuszek?

– Mamo, a gdzie Basia ubierze ten twój kożuszek?

– Och, na pewno kiedyś znajdzie się odpowiednia okazja. – Lucyna beztrosko zaniosła się śmiechem. – Teraz biegnę po prawdziwy miód. Upieczemy z Basiulkiem pierniczki na choinkę – zaćwierkała, po czym wrzuciwszy pakunki z bombkami i pierniczkami do spacerówki, porwała wnuczkę na ręce i zniknęła między straganami.

– Przecież już kup… – chciała wtrącić znużona Kalina, ale matki już nie było. Zdecydowała się więc ponownie przysiąść na ławce, ale okazało się, że jej miejsce zajął jakiś pryszczaty nastolatek. Kalina wtarabaniła mu się na kolana, następnie poderwała na równe nogi z głośnym wrzaskiem i przezornie uciekła na drugą stronę wózka. Właściwie to trudno stwierdzić, które z nich było bardziej czerwone na twarzy, ale ostatecznie Radecka-Piórecka została na miejscu, a chłopak przesmyknął się między kupującymi i zniknął w tłumie.

Gdy późnym popołudniem zdecydowały się wrócić do domu, Kalina z rozmarzeniem myślała, że córka utnie sobie drzemkę, a ona na godzinkę będzie mogła wsunąć się pod kocyk z książką i kubkiem kakao. Niestety, Basia zasnęła, ledwie zapięto ją w foteliku, a to wykluczało i późniejszą drzemkę, i chwilę z lekturą. Jakby tego było mało, gdy po zaparkowaniu pod blokiem Kalina wyłuskiwała na wpół śpiącą dziewczynkę z fotelika, ta uchyliła na chwilę swoje słodkie oczęta, obdarzyła matkę pełnym miłości uśmiechem, po czym puściła na nią pawia składającego się głównie z na wpół przetrawionego piernikowego ciasta.

Wściekła Radecka-Piórecka zaklinała się, że przez najbliższe jedenaście miesięcy nie chce widzieć żadnego piernika!

Wieczorem, gdy utuliła już Basię do snu i wyskubała z jej czuprynki resztki korzennego ciasta, przytuliła się do Marka i chlipnęła:

– Nawet grzańca nie wypiłam!

– Grzańca przyrządzę ci jutro, a dziś, hrabianko, spróbuję rozgrzać cię inaczej…

I tak zrobił.

Maciej

Ten poniedziałek nie zaliczał się do szczególnie udanych. Po prawdzie to w ogóle do udanych się nie zaliczał, a nawet mógł pretendować do tytułu najgorszego poniedziałku roku. A przecież w ciągu minionych dwunastu miesięcy już ich trochę było.

Zaczęło się od tego, że Marzena poprosiła, by przez chwilę przypilnował małego. Akurat go przewijała, ale nie miała pod ręką czystego bodziaka czy kaftanika i musiała wyjść do sąsiedniego pokoju. Dzielny tatuś wziął sobie za punkt honoru rozweselić młodego i pochylił się nad nim z głupią miną. Staś najpierw trysnął mu w gębę strumieniem sików, a potem rozdarł się na całe gardło. Spanikowany Maciek usiłował ratować sytuację i zainscenizował szybki teatrzyk z grzechotki i skarpetki, ale i tak dostał burę.

A wszystko wskazywało na to, że za chwilę otrzyma kolejną. Nie bez powodu wzywają człowieka do gabinetu dyrektora!

Walczak siedział za biurkiem i wpatrywał się przed siebie z grobową miną. Maciek omiótł uważnym spojrzeniem sylwetkę starszego pana. Dyrektor dobrze się trzymał. Choć od kilku lat krążyły plotki, że odchodzi na emeryturę, wuefista wątpił, by miało to nastąpić jeszcze w tym stuleciu.

Nauczyciel starej daty. Do takich wciąż czuło się respekt. Jakby na potwierdzenie własnych myśli Maciej stanął na baczność przy drzwiach.

– Usiądź. – Dyrektor skierował na Maćka spojrzenie i ledwie dostrzegalnie wskazał stojące przed biurkiem krzesło. – Nie będziesz stał jak uczniak w progu! Choć Bóg mi świadkiem, że chyba by ci się przydało.

– Hmmm – mruknął Maciej.

– Powiedz mi – Walczak nie tracił czasu – co to za draka z lodami?

– Draka z lodami? – powtórzył nieprzytomnie wuefista. – Nie mam pojęcia – stwierdził.

Gdy pięść dyrektora z hukiem wylądowała na blacie biurka, niemal podskoczył w miejscu.

– Nie pitol mi tu. Byłeś z dziećmi na mikołajkach w Centrum Kultury?

– Byłem.

– Obiecałeś im, że jeśli wysiedzą spokojnie piętnaście minut występów durnowatego iluzjonisty, dostaną po gałce na łebka?

– Nooo… – Maciek przygryzł dolną wargę. – Tak naprawdę to było dwadzieścia minut i nie określiłem go durnowatym…

– To niesłychane!

– …tylko pajacowatym – dokończył zadowolony z siebie Maciej.

Dyrektor potrząsnął głową z rezygnacją.

– Nie możesz robić takich rzeczy! Abstrahując od tego, że to wyjątkowo kiepska metoda wychowawcza, to przecież okłamałeś uczniów! Obiecałeś im lody i nie kupiłeś ich, prawda?

Maciek wzruszył obojętnie ramionami.

– Oni obiecali być grzeczni. To była transakcja wiązana.

– Wiesz co? Teraz to ja mam ochotę związać ciebie. I wsadzić za drzwi do zerówki, gdzie od rana panuje istne apogeum. Mamy bunt sześciolatków, które żądają wydania obiecanych lodów. Jeśli spełnimy ich roszczenia, zaraz będziemy mieli bunt rodziców, którym na pewno taki poczęstunek do gustu nie przypadnie. Chciałbyś, by twoje dziecko zajadało się przy minus pięciu lodami?

Maciej, który nie dalej jak wczoraj nie tylko zabrał Stasię na lody do Pysi, ale na dodatek pozwolił jej spałaszować ogromny deser składający się z co najmniej pięciu gałek, otwierał już usta, by udzielić odpowiedzi na to pytanie. Przerwał mu jednak palec wskazujący stanowczo wycelowany w drzwi. Dyrektor Walczak stwierdził, że jak na jeden poniedziałek dość ma użerania się z niesubordynowanym nauczycielem. Gdy Maciek już wyszedł, starszy pan wytarabanił się zza biurka i zajrzał do sekretariatu.

– Pani Mariolu, pani zrobi adnotację, żeby wuefisty pod żadnym pozorem nie puszczać na wycieczki.

Przez resztę dnia nieświadom wycieczkowego wykluczenia Maciej starał się schodzić z drogi dyrektorowi oraz wychowawczyniom zerówek. Nic więc dziwnego, że gdy w końcu dowlókł się do domu, miał siłę tylko na to, by opaść na kanapę i wyciągnąć przed siebie długie nogi. Ale na widok uśmiechniętej buzi Stasia między szczebelkami łóżeczka zerwał się na równe nogi z nowym zapasem sił.

– Cześć, synku – przywitał się, wyjmując chłopca z łóżeczka i przytulając do szerokiej piersi. Maluch zabulgotał radośnie i wyrzucił z siebie kilka niezrozumiałych sylab. Maciej podszedł z nim do kanapy i usiadł, ostrożnie kładąc Stasia na brzuszku. Obserwował, jak ten dźwiga główkę i z zainteresowaniem rozgląda się naokoło. Wpatrując się w okrągłą twarzyczkę dziecka, w kogucika płowych włosów na czubku jego głowy i ślinę skapującą wprost na swoją bluzę, Maciej pomyślał, że to najpiękniejsza chwila dnia. Może ten poniedziałek nie był wcale taki zły?

W tej samej chwili w progu pokoju pojawiła się Marzena. Kobieta najpierw dostrzegła puste łóżeczko i pobladła, a dopiero potem zarejestrowała mężczyzn swojego życia dokazujących na kanapie.

Podeszła i wyciągnęła ręce.

– Daj mi go – powiedziała.

– Bawimy się.

– Niepotrzebnie go wyciągałeś. To jego pora drzemki.

– Pięć minut w tę czy w tę…

– Trzeba go położyć.

– Zrobię to. – Maciek uśmiechnął się do synka i wsunął dłonie pod jego paszki.

– Ale nie tak… – zapiszczała Marzena.

– Jak? – Maciej zdziwił się.

– Nie trzymaj go tak. To nie szmaciana lalka!

– Przecież wiem. Będę uważał.

– Nie, lepiej ja go wezmę…

Mężczyzna westchnął głęboko, ale posłusznie podał małego matce. Marzena zakołysała zachwyconym Stasiem i wprawnym ruchem umieściła go w łóżeczku. Pocałowała małe czółko i wyprostowała się. Przez chwilę stała nad posłaniem, patrząc z miłością na synka. Potem skinęła na Maćka i wskazała drzwi.

Gdy znaleźli się już w kuchni, sięgnęła po czajnik i wstawiła wodę na herbatę. Przechodząc obok Macieja, delikatnie musnęła wargami jego czoło. Zupełnie jak czoło Stasia.

– Jak było w szkole? – zapytała. I zaraz, jakby na bezdechu, dodała: – Na śmierć zapomniałam o szczepieniu Staśka i wyobraź sobie, jest w tym samym dniu co spotkanie klasowe u Stasi! Nie wiem, jak ja to wszystko obskoczę!

– Może ja z nim pójdę? – zaproponował Maciej. – Wyrwę się z pracy trochę wcześniej…

– Nie, nie. – Marzena potrząsnęła głową. – Wolę załatwić to osobiście. Szczepienie to poważna rzecz, trzeba dopytać o różne kwestie i…

Naburmuszony Maciej przyjął z rąk kobiety kubek z herbatą i bez apetytu upił niewielki łyk. Marzena oparła się plecami o kuchenne szafki i spojrzała na niego z uwagą.

 

– Więc jak było w szkole? Jak ci minął dzień?

– Fatalnie. – Wykrzywił się do kubka. – To najgorszy poniedziałek w tym roku.