Choinka cała w śniegu

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kalina

Po moim trupie.

Kalina Radecka-Piórecka miała wrażenie, że to jakże urocze i wymowne zdanie pojawia się w jej ustach zdecydowanie zbyt często. Najczęściej towarzyszyło ono, a jakże, wizytom Lucyny Radeckiej.

Sezon na „po moim trupie” zaczął się jakieś trzy miesiące wcześniej, gdy do mieszkania Pióreckich zadzwonił poruszony Jan Radecki i podzielił się z córką interesującą informacją: sąsiedzi z parteru szukają mniejszego mieszkania i są skłonni dokonać zamiany. To wymarzona okazja dla młodych. Przecież napomykali, że wraz z powiększeniem rodziny ich przestrzeń mieszkalna zaczęła się proporcjonalnie kurczyć. Mogliby zająć większe lokum i cieszyć się komfortem życiowym. I rodziców mieliby pod bokiem. Czy może raczej należałoby powiedzieć: nad głową.

Po moim trupie, odparła Kalina, nie podejrzewając nawet, jak często w ciągu nadchodzących miesięcy przyjdzie jej zasłaniać się tymi trzema krótkimi słowami. Mieszkanie z rodzicami w obrębie jednej klatki, jednego budynku, ba, jednej dzielnicy nie mieściło jej się w głowie! Pod naporem racjonalnych argumentów Marka musiała jednak w końcu skapitulować i przyznać, że oferta zamiany mieszkania w odrapanej kamienicy na trzypokojowe lokum w niedawno odnowionym bloku jest więcej niż opłacalna. Równocześnie wymusiła na mężu zakup najsolidniejszych drzwi antywłamaniowych, na jakie tylko natrafią.

– Przecież u twoich rodziców są normalne drzwi – dziwił się Marek Piórecki. – Wydaje mi się, że to dość bezpieczna okolica…

– Dobrze mówisz: wydaje ci się! – prychała. – Czasem największe zagrożenie czai się pod bokiem. Czy, jak w naszym wypadku, wisi nad głową…

Dość powiedzieć, że Kalina, Marek, Basia i Młynek przeprowadzili się na Ruczaj i zamieszkali w przestronnym lokalu na parterze. Mieszkanie jednak wymagało niewielkiego remontu i szybko okazało się, że nawet przeciwpancerne drzwi nie są w stanie zapobiec nieszczęściu. Lucyna, która przejęła tymczasową opiekę nad wnuczką, poczuwała się do obowiązków bynajmniej nie tylko babcinych. Uważała, że jak nikt inny pomoże dzieciom wyszykować nowe gniazdko.

Ten remont taki uciążliwy i brudny, a panieński pokój Kaliny stoi pusty. Może by tak…

Po moim trupie.

No to może chociaż Basia zamieszka z dziadkami? Młynkowi ten kożuch pyłu chyba nie zaszkodzi. Ale Basieńka…

Po moim trupie.

Może zburzycie tę ścianę i powiększycie kuchnię? Twoja koordynacja ruchowa nie jest najlepsza, po co masz sobie łokcie obijać?

Po moim trupie.

Och, posłuchajcie! Wpadłam na genialny pomysł, tylko nie wiem, czy to się uda zorganizować. Trzeba by napisać do spółdzielni, ale gdyby wybić dziurę w suficie, zainstalować schody i połączyć nasze mieszkania w jedno, dwupoziomowe?

Po. Moim. Trupie!

Słowne trupy krążyły po mieszkaniu na Ruczaju jak muszki owocówki nad kiścią przejrzałych bananów i cud nad cudy, że nie przybierały materialnej postaci. Kalina starała się panować nad irytacją, Marek i Jan niczym sektory buforowe na stadionie Wisły Kraków chronili przed awanturą, a Młynek nigdy nie był tak szczęśliwy. Gdy tylko Kalina czuła, że dłużej nie zdzierży ciągłego wtrącania rodzicielki, łapała za smycz i ciągnęła czworonożnego ulubieńca na długie spacery, nic więc dziwnego, że psisko witało Lucynę radosnym merdaniem ogona.

I w takiej atmosferze nadszedł grudzień, trawniki na krakowskim blokowisku pokrył srebrzystobury szron, a remont w mieszkaniu Pióreckich zbliżył się do etapu finałowego. Właśnie dostarczono doń zestaw meblowy znanej szwedzkiej marki, co to według krążących po internecie anegdot choinki oferuje w postaci kupki igieł, długiego badyla i tubki kleju. Jan i Marek, uzbrojeni w młotki, dłuta, śrubokręty i podprowadzone Lucynie szydełko, ochoczo przystąpili do skręcania.

Kalina stwierdziła, że nie chce na to patrzeć. Opatuliła Basieńkę w ciepły kombinezon, ściągnęła z wieszaka smycz i kluczyki do samochodu, a następnie z całą menażerią usiłowała cichaczem wymknąć się na klatkę schodową. Za progiem napotkała jednak przeszkodę w postaci zdumionej matki.

– Wychodzisz? – Brwi Lucyny uniosły się wysoko i zniknęły pod barankowatymi loczkami w kolorze modnego bordo.

– Owszem.

– A meble? Przecież Marek i ojciec skręcają meble?

– Mam podawać im śrubki?

– Nie kpij! – fuknęła gniewnie Lucyna. – Przecież nie będą skręcać bez końca! Kiedyś skręcą, a wtedy musisz podjąć decyzję, jak je ustawić! Taka komoda na przykład! Za kilka dni stanie na niej choinka, powinnaś więc ją ustawić tak, żeby światełka migotały w oknach.

Kalina, która przez jakiś czas obserwowała zmagania dwóch monterów amatorów, była zdania, że komoda przybierze ostateczną postać w okolicach Wielkanocy. Zachowała jednak swoje przemyślenia dla siebie i uśmiechnęła się do matki chytrze.

– Nie mogę narażać Basieńki na kontakt z tymi wszystkimi inwektywami.

– Jakimi inwektywami? – Lucyna zbaraniała.

W tym momencie, jak na zawołanie, z głębi mieszkania dobiegł donośny łomot, potem brzdęk tłuczonego szkła, a na koniec słowo, które nie nadaje się do przytoczenia w obecności dam. Przynajmniej tych niespełna dwuletnich. Lucyna poczerwieniała, Kalina znacząco pokiwała głową, po czym odsunęła się, robiąc matce przejście do przedpokoju. Starsza kobieta zawahała się.

– No nie wiem. A wy gdzie idziecie?

– Przeczekamy ten horror w biurze – stwierdziła Radecka-Piórecka.

Lucyna znacząco wskazała palcem w górę.

– To może…

– Po moim… to znaczy nie, nie, dziękuję. Mam robotę.

– W sobotę?

– A tak! Muszę… – Kalina przygryzła wargę, szukając wiarygodnej wymówki. – Muszę udekorować biuro na Gwiazdkę. Klimat dla klientów, te rzeczy, rozumiesz…

– Dobry pomysł – zagruchała Radecka. – Może ci pomogę?

Kalina szybko pokręciła głową.

– Nie trzeba. Lepiej pomóż naszym panom. Podawaj śrubki. Tylko najpierw stopery sobie przynieś.

W drodze do siedziby biura detektywistycznego Kalina na tropie Radecka-Piórecka uświadomiła sobie, że przystrojenie lokalu na święta wcale nie jest takim głupim pomysłem. Odwiedzali ich różni klienci. Zdradzane żony, wymachujące od progu uświnionymi szminką koszulami, upokorzeni mężowie, odgrażający się, co upitolą, gdy tylko dostaną w swoje ręce tego i tamtego, zdeterminowani przedsiębiorcy, którym za sprawą nieuczciwych wspólników zajrzało w oczy widmo bankructwa. Ci wszyscy ludzie oczekiwali wyników na wczoraj i nierzadko wyładowywali na Bogu ducha winnych detektywach swoje frustracje i niepokoje. Kalina pomyślała, że odrobina świątecznego klimatu wpłynie na klientów łagodząco. Naturalnie nie zamierzała popadać w przesadę. Odrobina to odrobina. Jakaś girlanda świetlna, po eleganckim stroiku na biurko…

Godzinę później na wpół żywa pani detektyw taszczyła do samochodu drugie pudło. Zamiast w biurze wylądowała na Kleparzu, gdzie oszołomiona rozglądała się po straganach z niezliczonymi świątecznymi cudeńkami. Gęste choinki, choinki na pniu, które wyglądały, jakby przejechała obok nich wyjątkowo żarłoczna kosiarka, stroiki, światełka, bombki i łańcuchy – wszystko to dosłownie pchało jej się w ręce. I choć początkowo miała kupić tylko stroiki i światełka, ostatecznie w bagażniku wylądowało prawie dwumetrowe drzewko, oświetlenie, kilka kartonów bombek oraz imponujący szpic.

Po dotarciu do biura i wyładowaniu zakupów Kalina złapała się za głowę. Oddelegowała Basię do kącika z zabawkami, Młynka ustawiła na straży, po czym zrobiła sobie mocną kawę i usiadła po turecku pomiędzy rozłożonymi na posadzce skarbami. Lustrowała wzrokiem wszystkie kąty, by wybrać najodpowiedniejszy dla drzewka, aż w końcu podniosła się z westchnieniem, odstawiła filiżankę i sięgnęła po stojak.

Pora działać.

Strojenie choinki tak ją pochłonęło, że nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła podśpiewywać pod nosem świąteczne przeboje. Nienawykła do podobnego zachowania matki Basia natychmiast przytuptała i zainteresowała się szklanymi ozdobami. Kalina pozwoliła jej turlać po płytkach bombki, a potem wspólnie znalazły im miejsce na drzewku.

– Bombka – tłumaczyła Kalina.

– Bomka – powtarzała dziewczynka.

– Szpic.

– Pic.

– Lampki. Kurde, gdzie są lampki?!

Były, naturalnie, w bagażniku samochodu. Kalina westchnęła, spoglądając na symetrycznie rozwieszone bombki, z których była tak dumna! Jak mogła zapomnieć o światełkach? I jak je teraz rozwiesi, bez zniszczenia swojej dotychczasowej pracy? Trudno, jakoś musi. Choinka bez lampek byłaby smutna i z pewnością nie wzbudziłaby w klientach pozytywnych skojarzeń. Już prędzej przypomniałaby o nietrafionych prezentach, przypalonych karpiach i innych świątecznych katastrofach!

– Poczekajcie tu na mnie. – Kalina spojrzała surowo na Basię i Młynka. Dziewczynka weszła do kartonu po bombkach i radośnie w nim dreptała, wyrzucając z siebie piskliwe chichoty. Radecka-Piórecka upewniła się, że córka jest pochłonięta zabawą, i ruszyła do drzwi. Samochód był zaparkowany tuż przed nimi. Wystarczy, że szybko wyszarpnie lampki z bagażnika, wróci na jednej nodze i…

Nagle kobieta stanęła jak wryta. Po drugiej stronie drzwi tkwiły dwie niskie postacie i uważnie śledziły ją wzrokiem. Bystre oko Kaliny zarejestrowało dziewczynkę z miedzianymi lokami sterczącymi na wszystkie strony spod pasiastej czapki. Nieco wyższy chłopak obejmował troskliwie jej ramiona. Na widok zmierzającej w ich kierunku Kaliny dzieci otworzyły szeroko oczy, jakby zobaczyły przerażającego potwora, i jak na komendę czmychnęły. Kalina uchyliła drzwi i rozejrzała się po chodniku, ale nie było już po nich śladu. Potrząsnęła więc tylko głową rozbawiona, szybko zgarnęła lampki i wróciła z nimi do biura. Przez moment dumała, gdzie je umieścić.

 

Chwilę później światełka rozjarzyły się złocistym blaskiem. Zachwycona Basia porzuciła kartonowe pudełko i z głośnym „ooo” rzuciła się do drzewka. Kalina przytuliła ją do siebie.

– Pora wracać do domu – szepnęła w mięciutkie włosy córeczki. – Tatuś na pewno już złożył dla nas mebelki.

Jak się okazało, mebelki musiały poczekać na bardziej sprzyjające okoliczności, ponieważ w amoku prac monterskich Marek Piórecki przetrącił sobie młotkiem serdeczny palec. Poruszona Lucyna musiała przyznać, że Kalina dobrze zrobiła, zabierając Basię do biura. Nie podejrzewała zięcia o tak bogaty zasób słownictwa, a o istnieniu niektórych przekleństw nawet nie miała pojęcia.

Stella

Wypijemy coś gorącego, a potem upieczemy makowiec. Chcę wypróbować nowy przepis, który znalazłam w internecie. A wieczorem obejrzymy jakiś film. Może Krainę lodu? Krzysiek, widziałeś już Krainę lodu? – paplała wesoło Wiola.

Stella przewróciła oczami i zachichotała. Ta mama jest naprawdę niemożliwa. Cały świat widział już Krainę lodu. Do tego to dziewczyńska bajka, ostatnia, na jaką miałby ochotę trzynastoletni chłopak. Dziewczynka otworzyła usta, by uświadomić matkę, że dość nietrafnie próbowała wybrać repertuar filmowy na wieczór, ale napotkała roześmiane spojrzenie rodzicielki i ugryzła się w język.

– A tobie co tak wesoło? – Matka żartobliwie szturchnęła ją w bok. – Pewnie już myślisz o tych wszystkich miskach do wylizania?

– A pozwolisz? – Stella aż podskoczyła z wrażenia.

– Może pozwolę, ale coś z tego muszę mieć. Zawrzemy umowę?

– Jaką? – Dziewczynka zerknęła na nią z ukosa.

– Lizanie misek w zamian za wypisanie kartek świątecznych.

– Nie! – jęknęła Stella.

– Tak! – potwierdziła z uśmiechem matka.

– Miska jest jedna, a kartek pół miliona!

– Dorzucę mieszadła od miksera! Po jednym na łebka! – kusiła Wiola. A widząc, że Stella nie jest przekonana do opłacalności zawieranej umowy, dorzuciła proszącym tonem: – No weź, Gwiazdko… Ktoś musi je ładnie wypisać. Inaczej ciocia Wanda gotowa pomyśleć, że jest ostatnim żyjącym członkiem rodziny…

Dziewczynka zmarszczyła nos.

– To ona żyje?

– Stella! – Wiola wzniosła oczy do nieba.

– Dobra, dobra. Zauważam tu jednak pewne nieścisłości. Powiedziałaś: ktoś musi je ładnie wypisać. Przecież zawsze powtarzasz, że bazgrzę jak kura pazurem!

– Zawsze powtarzam, że obie bazgrzemy jak kura pazurem – uściśliła Wiola – i że jedna z nas wciąż ma w perspektywie karierę medyczną. I o ile ty możesz zrzucić bazgroły na karb niewyrobionego charakteru pisma, mnie takiej możliwości brakuje. Wypiszesz?

– A mam inne wyjście? – Stella westchnęła głęboko i wycelowała czubkiem buta w zmrożoną bryłkę śniegu zalegającą na chodniku.

Przekomarzając się wesoło, dotarli do bramy posesji. Krzysiek przystanął na chodniku. Nerwowo przestępował z nogi na nogę.

– Może sprawdzę skrzynkę pocztową? – zaproponował.

– Czemu nie? – Wiola sięgnęła do bocznej przegródki torebki, by wydobyć maleńki kluczyk do skrzynki. Kieszonka była nieduża, a kluczyk wisiał na długim łańcuszku z czerwonym pomponem, lecz mimo to ciągle gdzieś się zawieruszał. Teraz również wtulił się w podszewkę i nie pozwolił wyłuskać z przegródki, dopóki zirytowana kobieta nie zerwała zębami grubej rękawiczki i ponownie nie zanurkowała do środka.

Otrzymawszy kluczyk, chłopiec pognał do skrzynki zawieszonej po zewnętrznej stronie ogrodzenia. Stella weszła za matką do domu, ale zamiast ściągać ciepłe okrycie i zaśnieżone botki, przystanęła przy wykuszowym oknie w salonie i obserwowała kuzyna. Z miejsca, w którym stała, widziała co prawda tylko jego głowę, ale to wystarczyło. Spostrzegła, jak ramiona chłopca opadają, jak noga za nogą wlecze się do domu ze zwieszoną głową, a potem umyka wzrokiem w bok, zwracając Wioli kluczyk do skrzynki.

– Dlaczego nie zdejmujesz kurtki? – wykrzyknęła matka. Z kuchni, w której zniknęła, dobiegał brzdęk wyjmowanych z szafek naczyń. – Zrobię kakao z piankami. Co wy na to? Potem zajmę się ciastem, Stella wypisze życzenia i możemy obejrzeć film. Pasuje wam?

Stella zerwała z głowy czapkę z pomponem i cisnęła nią na stolik pod ścianą. Potem schyliła się i odpięła zamki przy czerwonych kozakach. Z westchnieniem zdjęła je z nóg i ustawiła pod kaloryferem. Nie odrywała wzroku od Krzyśka, który przysiadł w rogu kanapy, podciągając nogi i obejmując ramionami kolana.

– Nadal nic? – szepnęła.

Chłopak wzruszył ramionami i odwrócił się do niej plecami. Gapił się w ciemniejące okno. Kubek z kakao, który postawiła przed nim Wiola, pozostał nietknięty.

Monika

Odkąd nad głową Moniki Kwiatek zawisło widmo organizowania akcji charytatywnej do spółki z teściową, młodą kobietę dopadła bezsenność.

Nie żeby miała coś przeciwko tak chlubnym inicjatywom! Wprost przeciwnie, uważała je za bardzo potrzebne i chętnie angażowała siły i środki, by pomagać. Rok w rok na ściennym kalendarzu naklejała charakterystyczne czerwone serduszko, regularnie wspierała też zbiórki na rzecz chorych dzieci i włączała się w poszukiwanie nowych domów dla porzuconych psów i kotów. Sama idea parafialnej akcji niesienia pomocy potrzebującym wzbudziła w niej gorący entuzjazm. Osoba teściowej już mniejszy.

Wspomnienia przejść z mamą Kwiatek wciąż były żywe. Ciągłe najścia i pouczenia, trzy grosze wciskane przy każdej nadarzającej się okazji i w każdy kąt. Drobne uszczypliwości, większe i mniejsze grzeszki – od porządków w szufladzie z bielizną po akcję sabotażową mającą na celu zdyskredytowanie pani Michalskiej. Na myśl, do jakich zachowań może być zdolna teściowa, Monikę oblewały zimne poty! Budziła się w środku nocy i wpatrzona w mrok pokoju rozmyślała nad nadchodzącymi wydarzeniami. Jeszcze tydzień do spotkania na plebanii, jeszcze cztery dni, jeden dzień…

W nocy z soboty na niedzielę kobietę wyrwał ze snu przerażający koszmar. Mama Kwiatek goniła w nim Monikę z habitem w ręku i usiłowała naciągnąć go synowej przez głowę, zapewniając przy tym, że tylko w ten sposób będą w stanie zebrać satysfakcjonującą liczbę darów. Przerażona Monika miotała się jak oszalała, próbując umknąć drapieżnym dłoniom starszej pani. W efekcie najpierw rąbnęła pięścią w klejnoty śpiącego obok męża, a gdy ten zgiął się w pół, gruchnęła o podłogę, desperacko odpychając od siebie kołdrę, w którą się zaplątała.

Kiedy sytuacja w sypialni została już jako tako opanowana, pojękujący Jakub zwinął się w kłębek na swojej połówce posłania, a zdezorientowana Monika wygrzebała się z pościeli i poczłapała do kuchni. Wiedziała, że już nie zaśnie, postanowiła więc zaparzyć filiżankę kawy i poczytać. A może lepiej odpuścić lekturę i przygotować na śniadanie coś pysznego? Upiec muffiny z kawałkami czekolady albo przyrządzić te puszyste naleśniki z malinowym syropem, które tak uwielbia Piotruś?

Wizja synka pomrukującego z zadowolenia nad złocistymi placuszkami dała Monice większego kopa niż porcja kofeiny. Raz-dwa zakrzątnęła się przy kuchennym blacie, gromadząc na nim niezbędne składniki, po czym schyliła się do szafki, w której przechowywała miski. Na widok pustej półki zmarszczyła brwi. Gdzie podziały się wszystkie naczynia?

Monika zgrzytnęła zębami. Podejrzewała, kto odpowiada za kuchenne rewolucje w mieszkaniu Kwiatków. Bynajmniej nie zamierzała obarczyć za nie odpowiedzialnością słynnej celebrytki z burzą jasnych loków!

Gdy Monika oddawała się przyjemności obcowania z herbatą firmową i puszystym sernikiem, Piotrusiem opiekowała się babcia. I jak widać, nie wystarczyło jej budowanie wież z klocków i rysowanie zezowatych kotków z jednym uchem!

Zirytowana Monika przetrząsała kuchenne szafki w poszukiwaniu zaginionych misek, walcząc z pokusą natychmiastowego wykonania telefonu z żądaniem wyjawienia miejsca ukrycia kuchennego wyposażenia. W akcie desperacji uchyliła drzwiczki zmywarki, lodówki oraz piekarnika, zajrzała na kuchenny parapet oraz do szafki pod zlewem. Wszystko na nic. W końcu zniechęcona i zmęczona opadła na taboret. Podparła głowę dłonią i wodziła obojętnym spojrzeniem po meblach.

Nagle drgnęła.

Tuż pod sufitem trzymała stary prodiż. Ten relikt przeszłości pochodził z jej rodzinnego domu, działał średnio co piąty raz, na dodatek według własnego widzimisię, i idealnie nadawał się do pieczenia ciast z zakalcem, ale Monika nie potrafiła się z nim rozstać. Regularnie ścierała z urządzenia kurz, obiecując sobie, że następnym razem na pewno wyniesie go do kontenera, po czym zapominała o nim na długie tygodnie.

Teraz prodiż zniknął, a na jego miejscu dostrzegła słupek kolorowych misek.

Monika zerwała się z siedziska z głuchym okrzykiem.

Radość z odnalezienia misek i możliwości przygotowania pysznego śniadania dla synka i męża wyparł nagły niepokój. Skoro miski umieszczono w miejscu prodiża, a prodiża nie umieszczono w miejscu misek, to… gdzie on się podział?

Zdenerwowana Monika miotała się po kuchni, po raz kolejny przetrząsając szafki, szuflady, schowki i zakamarki. Nie miała ich znowu tak wiele, kuchnia w mieszkaniu Kwiatków była przecież niewielka. Tym razem młoda kobieta nie tylko zajrzała do szafki pod zlewem, ale gwałtownie wyszarpnęła stamtąd kosz i prawie zanurkowała w odpadkach. Wszystko na nic. Prodiż zniknął!

Teściowa musiała go wyrzucić, myślała rozżalona, wciskając kosz pod zlew. To jedyne wyjaśnienie! Wystarczy tylko spuścić ją z oka i znów zaczyna się szarogęsić. Prodiż mi wyrzuciła, niech to szlag! I co to za miejsce dla misek! – żachnęła się. – Ani to wygodnie, ani ładnie trzymać miski na meblach!

Monika trzasnęła drzwiczkami z taką mocą, że aż jajko na blacie podskoczyło i zaczęło się toczyć w stronę krawędzi. Wzburzona kobieta nawet nie zauważyła, że spadło na płytki i roztrzaskało się z cichym pyknięciem. Myślała tylko o miskach, które koniecznie należało odłożyć na ich stałe miejsce. Przysunęła więc sobie taboret, wdrapała się na siedzisko i wyciągnęła ręce po pokaźny słupek z naczyń. Kiedy trzymała je już oburącz, zadowolona zeskoczyła na podłogę. Z wylanego białka naturalnie nie zdawała sobie sprawy, toteż gdy jej stopa wykonała gwałtowny ślizg, a plecy, pośladki i tył głowy spotkały się z twardą powierzchnią, była tak zszokowana, że w pierwszej chwili nawet nie poczuła bólu.

Ale on czaił się tuż obok i gdy tylko uświadomiła sobie, do czego właśnie doszło, zaatakował gwałtownie, kąsając różne części jej ciała. Monika leżała na posadzce, przywalona stertą kolorowych misek, i czuła, że niektóre z nich zwiększają objętość. Części ciała, nie miski. Strąciła z siebie naczynia i próbowała usiąść, ale z przerażeniem odkryła, że ciało jej nie słucha. Powoli, minuta po minucie, wydawała mu rozkazy i czekała, aż je wypełni. Ręka, druga ręka, teraz podnieść się do siadu, delikatnie, cztery litery palą żywym ogniem, lewa noga puchnie. Monika z przerażeniem odkryła, że nie jest w stanie nią poruszyć. Dopiero teraz poczuła, jak wszystko ją boli. Krzyknęła na męża, a potem położyła się na podłodze i patrząc w sufit, rozmyślała nad utraconym prodiżem.