Choinka cała w śniegu

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zuzanna

Zuza wspięła się na palce i sięgnęła do pawlacza. Jej dłonie przez chwilę błądziły po pudełkach, kartonach i puzderkach wypełniających schowek, aż w końcu natrafiły na to, czego szukała. W mieszkaniach innych ludzi pawlacze służyły do upychania nikomu niepotrzebnych przedmiotów, ale nie u Fijusów. Zuzanna dbała, by wszystko leżało na swoim miejscu: walizka z przyciasnymi ubraniami, skrzyneczka z narzędziami, którą kilka lat temu kupiła Kajetanowi na Gwiazdkę, a której on prawie nigdy nie używał, pudełka po butach wypełnione zdjęciami nigdy niepoznanych ciotek i prababek. Nawet stosik listów miłosnych przewiązanych wyblakłą wstążką miał swoje miejsce na półce.

Zuza złapała niewielkie kartonowe pudełko i ruszyła z nim do kuchni, gdzie troskliwie ułożyła je na kuchennym stole. Potem jedną ręką przysunęła sobie taboret, a drugą kubek z gorącą herbatą. W kubku pływał dorodny plaster pomarańczy i kilka goździków. Zuza potrzebowała świątecznej atmosfery i zamierzała zrobić wszystko, by ją poczuć.

Stąd też kartonowe pudełko znalazło się na stole.

Ostrożnie zdjęła z niego wieczko i zajrzała do środka. Jej policzki zabarwił delikatny rumieniec, na wargach wykwitł uśmiech. Skinęła głową zadowolona, siorbnęła herbatę, łowiąc nosem aromatyczne zapachy, po czym zanurkowała w pudełku.

Dziurkacze wycinające śnieżynki, główki aniołków i bombki.

Rolki złotych, srebrnych, szafirowych, błękitnych i czerwonych wstążek.

Aerozole ze sztucznym śniegiem i czymś, co producent nazywał „Złocistą mgiełką wróżek”, a co według Zuzy wyglądało jak kocie rzygi rozsmarowane po linoleum.

Świeczki w najwymyślniejszych kolorach i kształtach.

Figurki mikołaja i elfa. Renifer, którego nos tak bił po oczach czerwienią, jakby przez ostatnie jedenaście miesięcy zalegał w słoiku z winem domowej produkcji, a nie w pudełku wyściełanym strzępkami waty.

Zuza zaczęła wyjmować swoje skarby. Każdy przedmiot obracała w dłoniach i troskliwie układała przed sobą. Po chwili stół w kuchni Fijusów przypominał stoisko ze starociami na Placu Żydowskim.

Popołudniowe spotkanie w Pysi wytrąciło ją z równowagi. Cóż, wiedziała, że koleżanki nie są tak entuzjastycznie nastawione do świątecznych przygotowań jak ona, ale miała nadzieję, że ponownie zaangażują się w organizację sąsiedzkiej wigilii.

Zwyczaj wspólnego celebrowania Gwiazdki zapoczątkowała przed dwoma laty pani Michalska. Co prawda strojąc rosnącą przed blokiem jodełkę, spadła z drabiny („Tak grzmotnęłam, że aż ziemia się rozstąpiła i zobaczyłam podeszwy stóp świętego Piotra”) i w efekcie Boże Narodzenie musiała spędzić w szpitalu, nie przeszkodziło to jednak mieszkańcom piątki spotkać się przy drzewku i spontanicznie odśpiewać kilka kolęd. Gdy rok później planowano kolejne spotkanie, doszło do nieprawdopodobnej zbrodni: ścięto i uprowadzono nieszczęsne drzewko. Mieszkańcy Weissa 5 nigdy nie dowiedzieli się, kto dopuścił się tego haniebnego czynu, choć Zuzanna miała swoją teorię i ilekroć mijała na schodach Waldemara Jurczyka, patrzyła mu na ręce, jakby spodziewała się dostrzec na nich lepkie ślady żywicy.

Wypadek, szpital, kradzież jodełki – według Zuzanny pula świątecznych nieszczęść przysługująca mieszkańcom bloku przy ulicy Weissa 5 została już wyczerpana i teraz pozostało cieszyć się niepowtarzalną atmosferą Gwiazdki. A temu z pewnością sprzyjałoby wspólne kolędowanie na podwórku. Niestety, wszystko wskazywało na to, że ani Anna, ani Monika, ani tym bardziej pochłonięta opieką nad dzieckiem Marzena nie zechcą wygospodarować czasu, aby je zorganizować. Zuzanna popadła w przygnębienie.

Aby poprawić sobie humor, postanowiła zadbać o klimat w mieszkaniu i przygotować świąteczne dekoracje. Włączyła składankę przebojów z nieśmiertelnym Last Christmas na czele i przysunęła sobie wiklinowy koszyk z igliwiem, jemiołą oraz posrebrzonymi witkami wierzby mandżurskiej. Wprawnymi ruchami łączyła gałązki z dodatkami z pudełka, wiązała wymyślne kokardki, mocowała świeczki i słodkie figurki, hojnie sypała srebrnym oraz złotym brokatem, aż drzemiąca w koszyku Nuda parsknęła gniewnie i ostentacyjnie opuściła kuchnię, by poszukać spokojniejszego miejsca do odpoczynku.

Zuza popatrzyła w ślad za suczką, a potem opuściła wzrok na kompozycję, którą zdobiła właśnie plastrami suszonej pomarańczy, i jęknęła. Nie, to nie to! Rozbebeszyła stroik na czynniki pierwsze i ponownie zaczęła je łączyć. Poddała się za czwartym razem, odepchnęła od siebie gałązki i ozdóbki, a następnie oparła brodę o zaciśniętą pięść i żałośnie pociągnęła nosem.

Nie była sobą.

Nie potrafiła sklecić najprostszej dekoracji. Cokolwiek zrobiła, wydawało jej się sztuczne, bezbarwne i nijakie. Krótko mówiąc: ble, ohyda!

I jak ma poczuć klimat nadchodzących świąt? Nawet herbata była lodowata i paskudna, a goździki zgrzytały między zębami jak ziarenka piasku na źle wypłukanej marchewce!

Zuzanna Fijus nie należała jednak do kobiet, które łatwo się poddają. Gdy jej pralka nie radziła sobie z plamą po czerwonym winie, Zuza z błyskiem w oku nacierała na nią ze szczoteczką i tajemną miksturą. Na plamę, oczywiście, nie na Bogu ducha winną pralkę. Jeśli sałatka według nowego przepisu okazywała się mdła, Zuzanna doskonaliła recepturę do skutku, zmuszając członków rodziny do ciągłego próbowania i notowania wrażeń smakowych.

Skoro przygotowane dekoracje nie spełniały pokładanych w nich oczekiwań, należało poszukać ciekawych inspiracji i skomponować inne. Wyjątkowe. Cudowne. Nastrojowe. Takie, żeby na ich widok serce mocniej zabiło, nos wyczuł zapach lukrowanego makowca, a usta same ułożyły się do słów piosenki Pada śnieg.

Zuzanna znała narzędzie, które pomoże jej stworzyć dekoracje idealne.

Wyciągnęła rękę i przysunęła sobie smartfona. Dostała go od Kajetana na ostatnie urodziny. Aparat był błyszczący i wielki, Zuza – przyzwyczajona do zgrabnej, ale dość przestarzałej nokii – długo nie mogła do niego przywyknąć i szczerze mówiąc, nadal zdarzało jej się mylić go z pilotem do telewizora.

Miał jednak jedną niekwestionowaną zaletę: dostęp do internetu, a co za tym szło, również do wielu ciekawych aplikacji. Dotychczas Zuzie brakowało czasu, by z nich regularnie korzystać, teraz jednak bez wahania zarejestrowała się na Instagramie i zaczęła przeglądać barwne fotografie.

Pochłonięta zdjęciami wspaniale przystrojonych choinek, misternie zdobionych pierniczków, kubeczków z bałwankami eksplodujących gejzerami słodkich pianek i przytulnie udrapowanych szaliczków, w które wbrew przepisom przeciwpożarowym powtykano ozdobne słoje ze świecami, cukrowe laski i gałązki świerka, straciła poczucie czasu i oderwała się od szarej rzeczywistości. Nie zauważyła nawet, że do kuchni przyszedł dziwnie zmięty Kajetan.

– Co robisz? – stęknął jej nad uchem.

– A takie tam… – wymamrotała, notując w pamięci, by przy okazji najbliższej wizyty w supermarkecie zaopatrzyć się w nową filiżankę, koniecznie ze złotym brzegiem. – A ty jak się masz?

– Niespecjalnie – przyznał, krzywiąc się boleśnie i łapiąc za okolice lędźwi. A ponieważ żona nie zareagowała tak, jak powinna, dorzucił tonem skargi: – Korzonki.

– To świetnie – mruknęła Zuzanna, nie zaszczycając oburzonego Kajetana ani jednym spojrzeniem. – Jesteś głodny?

– Nie – odparł urażony Fijus, rzucając okiem na pustą płytę kuchenną.

– I dobrze. – Zuza kiwnęła głową. Nagle zreflektowała się, że mąż wgapia się w nią z dość głupawym wyrazem twarzy. Oderwała wzrok od poręczy schodów udekorowanych jedliną z dodatkiem złotych i szkarłatnych kokardek i spojrzała na niego spod zmarszczonych brwi. – Chciałeś czegoś?

– Nie – powtórzył Fijus i wyczłapał z kuchni, dla efektu kładąc lewą rękę nad pośladkami. Zuza odprowadziła męża wzrokiem, wzruszyła ramionami, po czym podniosła się z taboretu i wstawiła wodę na świeżą herbatę. Potem wróciła na miejsce za stołem i zatonęła w instagramowym świecie.

Kajetan

Rozdrażniony Fijus doczłapał do dużego pokoju i z jękiem opadł na nakrytą pasiastą narzutą wersalkę. Wysłużony mebel również jęknął, ale pogrążony w niewesołych myślach mężczyzna nie poświęcił mu najmniejszej uwagi. Ostrożnie uniósł stopy i ułożył się w pozycji leżącej, składając dłonie na brzuchu i ponuro wpatrując się w sufit.

Nuda, która parę chwil wcześniej zdezerterowała przed brokatowym obłokiem Zuzanny i zaszyła się w przytulnym rogu wersalki, warknęła ostrzegawczo. Była właściwie pieskiem łagodnym i bezproblemowym, ale wyrwana z drzemki ociekała serdecznością jak Sahara wodą. Fijus uświadomił sobie, że tym zachowaniem suczka przypomina Zuzannę. Słyszał przecież, jak to psy upodobniają się do swoich właścicieli, i pomyślał, że coś w tym jest.

Na szczęście po kilku ponaglających syknięciach (Kajtek), ponurych warknięciach (Nuda) oraz niemrawych wierzgnięciach nogami i łapami (Kajtek i Nuda) udało się wypracować kompromis. Fijus ułożył się wygodnie i przygryzł dolną wargę. Przez chwilę rozważał, czy nie zawołać do żony, by zaparzyła mu herbaty, ale ostatecznie zrezygnował. Zuzanna była jakaś nieswoja: nieprzytomna, zamyślona, siedziała zgarbiona nad smartfonem. Kajetan nie miał pojęcia, co Zuza w nim znalazła, ale wyglądała na tak zaangażowaną, że było wysoce wątpliwe, by porzuciła to na rzecz męża. Nawet umierającego.

Kajtek prowadził typowo siedzący tryb życia (Zuzanna czasem zarzucała mu zgryźliwie, że siedząco-leżący). Przez osiem godzin garbił się za biurkiem, by po powrocie do domu zapaść się w oparcie wersalki lub ulubionego fotela i oddawać swojej ulubionej aktywności – stukaniu palcem w przyciski na pilocie do telewizora, ewentualnie przewracaniu stron gazety lub książki. Brakowało mu ruchu i organizm coraz częściej o tym przypominał. Kręgosłup celował w tym najbardziej.

 

Jednak ból pleców to była pestka.

Kajtek znacznie bardziej cierpiał z powodu innej dolegliwości.

Bolało go serce.

Wszystko zaczęło się jakieś dwa tygodnie wcześniej. Listopadowe popołudnie było wyjątkowo paskudne, a do Kajetana jak rzep do psiego ogona przyczepił się katar. Walczył z nim mężnie długie godziny, aż w końcu zdecydował się zrobić to, co każdy szanujący się mężczyzna robi w takim przypadku: zadzwonił do żony i poskarżył się na przykrą dolegliwość. Jak na troskliwą żonę przystało, Zuzanna poradziła, by Kajtek urwał się z pracy nieco wcześniej, po drodze kupił coś do psikania, płukania, ewentualnie wąchania i szybko wracał do domu. Na koniec dodała, że ma coś, co rozgrzeje Kajetana w trzy sekundy, zachichotała jak pensjonarka i zakończyła połączenie.

Oczyma wyobraźni mężczyzna ujrzał Zuzannę witającą go w drzwiach w zwiewnej, delikatnej jak mgiełka i baaardzo prześwitującej koszulce i prowadzącą go do ciepłego łóżka. Nic więc dziwnego, że natychmiast rzucił się do pokoju szefa, poprosił o możliwość wcześniejszego wyjścia z pracy, po czym pognał na Weissa, zupełnie zapominając o sprejach, olejkach i innych ustrojstwach mających wyzwolić go z okowów kataru. Kiedy dotarł pod drzwi oznaczone numerem piątym, drżącą ręką nacisnął przycisk dzwonka i oblizując się nerwowo, nasłuchiwał kroków żony.

Na widok Zuzy mina Kajetana zrzedła. Żona miała na sobie domową sukienkę i kapcie, do tego marszczyła gniewnie brwi.

– Myślałam, że to znowu ci akwizytorzy sprzedający bombki. Byli tu już trzy razy i naprawdę mogliby trzymać się jednej wersji. Za pierwszym razem zbierali pieniądze dla potrzebujących dzieci i kupiłam trzy pudełka, ale potem pojawili się po raz kolejny i tym razem… – urwała i spojrzała na Kajetana podejrzliwie. – Zapomniałeś kluczy?

Rozczarowany Kajtek tylko potrząsnął głową i bez słowa przecisnął się obok niej do przedpokoju. Nie zamierzał się przyznać, że w jego wizji dzwonił do drzwi, a ona w tej prześwitującej koszulce… Ech, nieważne. Przełknął ślinę, zdjął płaszcz i już chciał go odwiesić, gdy poczuł na ramieniu uścisk żony. Zuza przycisnęła się do niego i szepnęła do ucha:

– Mam dla ciebie niespodziankę. Przyjdź do kuchni. Będziesz zachwycony!

Kajtek skinął głową. Nie łudził się już, że zastanie żonę seksownie opartą o kuchenny stół, w fikuśnym fartuszku (posiadała taki i kiedy miała dobry humor, wkładała go czasami do łóżka). Może więc chociaż powita go rozgrzewającym rosołem? Albo drobiową galantyną? Kajtek uwielbiał galantynę, Zuzanna jednak czuła do niej wybitne obrzydzenie i przyrządzała jedynie przy wyjątkowych okazjach. Jak wtedy, gdy otwierała szufladę komody i przydzwoniła mu gałką w klejnoty, barwiąc je na wyjątkowo intensywny odcień fioletu.

Tak, przy galantynie Kajtek mógłby zapomnieć o zapchanym nosie i rozczarowaniu wynikającym z faktu, że Zuzanna ma na sobie zwyczajną sukienkę i najwyraźniej wcale nie myślała o położeniu go do łóżka.

Wstąpił do łazienki, by opłukać ręce, i uśmiechając się pod nosem, ruszył do kuchni. Po drodze starał się łowić kuchenne zapachy, co ze względu na kondycję narządu węchu nie było takie łatwe. Mimo wszystko udało mu się wywęszyć kilka apetycznych woni, więc do kuchni wkroczył, zacierając ręce z zadowolenia.

W progu stanął jak wryty. Wytrzeszczonymi oczyma wpatrywał się w stół, przy którym na co dzień spożywali posiłki, i czuł, jak jego twarz ogarnia jakaś płonąca chmura. Po kilku sekundach wyrwał się z letargu na tyle, by oderwać stopy od podłogi i zbliżyć się do krzesła, na którym zawsze siadał.

Tego dnia zajmował je pryszczaty młodzian z grzywą zafarbowanych na bordowo włosów opadających na oczy. Kajetan uczepił się tej grzywy jak rozbitek tratwy ratunkowej.

– Widzę, że do Agatki przyszła koleżanka… – zaćwierkał pozornie beztroskim tonem.

Pod wpływem gwałtownego rumieńca twarz właściciela grzywki upodobniła się kolorystycznie do włosów. Agata zaczęła unosić się zza stołu z wściekłą miną, ale siedząca obok Zuzanna w porę złapała ją za rękę i usadziła na miejscu.

– To Alan – dokonała prezentacji, a pryszczaty nastolatek błyskawicznie zerwał się na równe nogi, niemal zasalutował, po czym równie szybko opadł na siedzisko i złapał łyżkę. Stropiony Kajetan zarejestrował wymiętoloną bluzę z kapturem i wyjątkowo obcisłe jeansy opinające szczupłe biodra. – Chodzą z Agatką do jednej klasy.

Kajtek obrzucił ponurym spojrzeniem najpierw Alana, a potem talerz rosołu, który ten właśnie pochłaniał z wielkim apetytem, i to siedząc na miejscu Kajetana. Fijus zgrzytnął zębami i uśmiechnął się do młodziana nieszczerze. Zza zasłony bordowych kosmyków błysnęło jedno oko. Nad górną wargą przykleił się strzępek natki.

– No kto by się spodziewał gości tak w środku tygodnia…

– Przecież ci powiedziałam, że mam niespodziankę! – Zuza zachichotała.

– Tak, ale sądziłem, że to będzie coś przyjemnego – mruknął Kajtek tak cicho, że nikt go nie usłyszał.

Zuza zmarszczyła brwi.

– Dlaczego stoisz jak słup soli? – zapytała rozdrażniona, unosząc się zza stołu. – Siadaj, zaraz naleję ci rosołu!

Kajetan po raz ostatni obrzucił spojrzeniem swoje ulubione miejsce i bez dalszych protestów opadł na niewygodny taboret. Oparł łokcie o stół i bez słowa przyglądał się, jak córka i ten cały Alan pałaszują żółciutki rosół. On jakoś stracił apetyt. Czuł, jak dopada go podły nastrój i nie miał on nic wspólnego z zapchanym nosem czy brakiem zwiewnej koszulki u żony…

Dlaczego za stołem w ich kuchni siedział ten patykowaty nastolatek z włosami wytarzanymi w tartych buraczkach? Po co Agata go przyprowadziła? Jego mała córeczka powinna się bawić z koleżankami, przebierać lalki, pleść warkoczyki albo robić inne bzdury, które lubią dziewczęta w tym wieku! Na pewno nie powinna się zadawać z takim, takim…

Zgnębiony Kajetan westchnął głęboko. Nagle poczuł, jak kręci go w nosie. W ostatniej chwili dobył z kieszeni chusteczkę, ale córka i tak obrzuciła go oburzonym spojrzeniem. Kichający ojciec to obciach, wtopa, siara… Dziewczyna ostentacyjnie odsunęła talerz z resztką zupy, a młodzian z bordową grzywą podążył jej śladem. Kajtek uśmiechnął się z ulgą. Skoro już podkarmili tego bordo chudzielca, może pójdzie sobie w chol… to znaczy do domu? Zniknie, a on, Kajetan, na powrót będzie mógł się cieszyć smakiem rosołu i podjąć walkę z przeziębieniem. Ale Zuzanna rozwiała jego nadzieje.

– Zjedzone? – Uśmiechnęła się do córki. – W takim razie idźcie do ciebie.

– Do ciebie? – Pospiesznie przełknięty rosół sparzył Kajtkowi gardło. Oczy zaszły mu łzami. Młodzi nawet nie zwracali na niego uwagi. Agata cmoknęła matkę w policzek, ten z bordowymi kłakami kłaniał się w pas. Zbulwersowany Kajetan prawie poderwał się z taboretu.

Zuza położyła dłoń na jego ramieniu w uspokajającym geście.

– Przygotowują się do jasełek – szepnęła. – Agata ma być Maryją, a Alan…

– Pewnie Józefem. – Fijus zgrzytnął zębami. – Nawet pasuje. Jak zetnie grzywkę i przyklei ją do gumki, będzie miał brodę jak marzenie.

Słowa Zuzanny poprawiły mu jednak humor. A więc spotykali się po to, by przygotować przedstawienie jasełkowe. Świetnie! Przynajmniej nie będą mieć czasu na głupoty, myślał, chlipiąc rosół z makaronem.

Zuza przysiadła obok, podparła brodę ręką i pokręciła głową.

– Ech, ta pierwsza miłość… – Wzdychała rozbawiona.

Wstrząśnięty Kajetan podniósł wzrok znad talerza i utkwił oczy w podśmiechującej się żonie. Usiłował zaprotestować, powiedzieć, że wcale mu się to nie podoba, ale ona tylko poklepała go uspokajająco po ręce i powiedziała:

– Musisz się pogodzić, że nasza córka dorasta. To już nastolatka! Ja w jej wieku… – paplała dalej Zuza, a Kajetan czuł, jak jego serce przygniata jakiś wielki głaz. Od tamtej pory często towarzyszyło mu wrażenie, że coś go dusi, ściska albo piecze. Objawy te nasilały się najczęściej, gdy w mieszkaniu pod numerem piątym zjawiał się chuderlawy Alan (a zjawiał się dość często) albo gdy Agata wychodziła z domu, by spotkać się z przyjaciółmi.

Tak jak tego sobotniego popołudnia.

Kajetan Fijus nerwowo poruszył się na wersalce, narażając się na powarkiwanie przebudzonej Nudy. W dole jego pleców zapulsowało boleśnie. Kajtek pomyślał, że czuje się staro. Tak, to było najlepsze określenie. Ponownie rozważył możliwość poproszenia o herbatę. Tym razem stwierdził, że to dobry pomysł.

– Kochanie… – zawołał słabym głosem.

Odpowiedziało mu milczenie. Krzyknął więc głośniej, potem jeszcze głośniej. W końcu spuścił stopy na dywan, wzuł kapcie i poczłapał do kuchni. W drzwiach zatrzymał się i obrzucił zirytowanym spojrzeniem siedzącą za stołem żonę. Zuzanna pochylała się nad smartfonem, przygryzając końcówkę długopisu. Przy jej prawym łokciu spoczywały rozbebeszony piórnik i notatnik z zabazgraną stroną. Po podłodze walały się gałązki igliwia, rozdeptana szyszka i szpulka srebrnego druciku.

Kajtek na wszelki wypadek złapał się nad lewym półdupkiem i przyoblekł proszący uśmiech.

– Napiłbym się herbatki… – zaskamlał.

Zuza spojrzała na męża nieprzytomnie, ale zaraz ożywiła się i wyciągnęła w jego stronę pusty kubek.

– O, ja też! Tylko nie parz tej w torebkach, dobrze? Weź dzbanek z zaparzaczem…

– Ale jak to? – Wybałuszył oczy.

Zuzanna wzruszyła ramionami.

– Normalnie. Grudzień się zaczął. Przecież w grudniu specjalnie kupuję tę mieszankę z pomarańczą, kardamonem i suszonym jabłkiem! Nic mnie tak nie wprawia w świąteczny nastrój jak dobra herbata – powiedziała, po czym zachichotała i dodała: – No, może poza zapachem piernika. I pakowaniem prezentów. I przygotowywaniem stroików, i tymi cudownymi piosenkami…

Kajtek westchnął i obrzuciwszy Zuzę ponurym spojrzeniem, sięgnął po czajnik i nalał do niego wody. Przetrząsając kuchenną szafkę w poszukiwaniu dzbanka, usłyszał jeszcze:

– Trzeba zaparzyć cały dzbanek, bo dzieci zaraz wrócą ze spaceru. Muszą się rozgrzać. Ten Alan nigdy nie nosi czapki. Ech, ta młodość! Na siłę musi zaimponować, a uszy fioletowe!

Kajtek dostrzegł dzbanek na wyższej półce i wspiął się na palce, by po niego sięgnąć. W tej samej chwili poczuł przeszywający ból w dole pleców.

Młodość musi zaimponować, niech to szlag, a starość? Starość musi przypomnieć, gdzie miejsce człowieka, zapłakał w myśli. Kajtek nasypał do dzbanka porcję herbaty, zalał wrzątkiem i nie czekając na porcję smacznego naparu, pokuśtykał w kierunku wersalki. Odechciało mu się herbaty.