Pamiętnik grzecznego psaTekst

Z serii: To lubię
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kąpiel

Nie wiem, czy wam wspominałem, ale podobno jestem bardzo rasowy. Mam nawet rodowód. To jest taka specjalna kartka papieru, na której jest coś napisane… dokładnie nie wiem co – ale to coś ważnego.

Wieczorem Henryk stwierdził, że trzeba mnie wykąpać, bo jutro jest wystawa psów rasowych i muszę się dobrze prezentować. Nie wiedziałem, co to znaczy kąpiel i zwabiony szynką, pognałem ochoczo do łazienki, gdzie czekał na mnie Alek z Henrykiem.

– Chodź się popluskać, Winter – powiedział Alek zachęcająco.

Pluskać to ja się lubię w kałuży, a nie w wannie, która na dodatek podśmiarduje mydłem. Zjadłem szynkę i kombinowałem, jak by się tu wycofać, ale Julia przyniosła więcej szynki, a Alek z Henrykiem złapali mnie za łapy i wsadzili do wanny. Alek wskoczył za mną, lekko ścisnął mnie kolanami i uspokajająco drapał za uchem. Julia dała mi szynkę.

– Bądź dzielny – powiedziała.

Potem Henryk chwycił prysznic i zaczął polewać mnie wodą, a Alek z Julią energicznie nacierali mnie szamponem, który ohydnie śmierdział. Myślałem, że się uduszę, na dodatek szampon gryzł mnie w oczy. Z każdą sekundą było gorzej, więc zacząłem się wiercić.

– Nie chcesz być piękny, Winterku? – zapytała Julia.


Właśnie że nie chcę! Gdy wylali na mnie kolejną porcję tego paskudztwa i znów zaczęli polewać wodą, straciłem cierpliwość. Zebrałem wszystkie siły, sprężyłem się… i wyskoczyłem z wanny, z Alkiem na grzbiecie. Przewróciła się jakaś półka, Henryk wrzeszczał, Julia piszczała, a Alek wycierał się z piany. Żeby odreagować stres, który przeżyłem, przeleciałem kilka razy całe mieszkanie, tam i z powrotem. A potem zatrzymałem się w salonie i porządnie otrzepałem.

Jak Henryk wypadł z łazienki i zobaczył salon pokryty pianą, dostał ataku szału i zaczął mnie gonić ze szczotką w ręku, krzycząc, że nie będzie co chwila remontował mieszkania. Alek gonił Henryka, prosząc, żeby się uspokoił. Julia goniła Alka, głośno piszcząc. Gdy zabawa zaczęła się rozkręcać i przegalopowałem po kanapie, Henryk wpadł na stolik, na którym stało akwarium…

Alek z Julią zbierali właśnie rybki z dywanu, kiedy wróciła do domu Hanka. Teraz to ona dostała ataku histerii. Nie rozumiem, dlaczego ci ludzie są tacy nerwowi? Hanka przytargała odkurzacz, a Henryk powiedział, że zostanę ukarany, i zamknął mnie na balkonie. Nie wiem, o co mu chodziło, bo bardzo lubię leżeć na balkonie i obserwować, co się dzieje na podwórzu. Potem Alek wystosował do mnie długą przemowę, strasznie nudną… takie tam o wychowaniu, posłuszeństwie i jakimś „grzecznym psie” (to chyba o mnie?).


Kiedy wszedłem do pokoju, Henryk popatrzył na mnie ponuro.

– Zejdź mi z oczu, Winter – powiedział cicho.

Dziwny ten Henryk, czy ja mu włażę na oczy? Nawet bym nie miał ochoty.

Wystawa psów

Rano do pokoju weszła Julia i na mój widok wrzasnęła:

– O, nie!!! Ratunku!!!

Wszyscy się zbiegli i zaczęli nade mną biadolić. Hanka zawodziła, że wyglądam jak potwór. Moim zdaniem – gruba przesada. Po prostu szampon na moim futrze zasechł, upodabniając mnie… sam nie wiem, może trochę do jeża? Julia z Alkiem próbowali rozczesać moje futro, a Hanka gorączkowo szczotkowała mnie na mokro. Rezultaty były opłakane.

Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy na wystawę psów rasowych. Bardzo fajne miejsce! Pełno psów i ludzi. Wszyscy podekscytowani. Najbardziej rozśmieszył mnie biały pudel z taką puchatą kulką na końcu ogona – jego pani skakała wokół niego, spryskiwała lakierem, tapirowała grzywkę, a na końcu okryła różową pelerynką. Na jego miejscu zapadłbym się pod ziemię ze wstydu, ale on wyglądał na zadowolonego. Nie lubię takich lalusiów.

Poszliśmy do sektora malamutów. O kurczę, ale świetnie! Chciałem się bawić, ale Henryk zaciągnął mnie do kąta, gdzie znów próbowali mnie rozczesać. Nie szło im to za dobrze, bo cały czas się kręciłem i rozglądałem na wszystkie strony. W sektorze malamutów panowała ożywiona atmosfera, do momentu, gdy pojawił się, razem ze swoją panią, gigantyczny osobnik, który wyglądał jak lew i ważył… chyba tonę. Zapanowała cisza i każdy zezował trwożliwie na potwora. Znany superczempion – Biały Kieł Koykook Manitoba – usiadł spokojnie i rozglądał się wokół z miną gwiazdora, a tymczasem jego właścicielka masowała mu kark. Łał! Nie wiem dlaczego, ale wszystkie psy zaczęły nagle patrzeć pod swoje łapy i udawać, że go nie widzą. Ludzie też omijali go szerokim łukiem. Nie należę do lękliwych, ale poczułem lekki niepokój (no dobrze, lekki strach). I wiecie co? Dowiedziałem się później, że to mój tata. Fajnie mieć takiego tatę, tylko… lepiej trzymać się od niego z daleka.

Siedziałem markotny, a Alek usiłował doprowadzić moje futro do porządku. Cały czas miałem na grzbiecie irokeza, ale było mi wszystko jedno, ponieważ w sąsiednim sektorze około stu dobermanów panoszyło się i robiło okropny hałas. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale przestało mi się to podobać i chciałem porozmawiać z tym towarzystwem na temat dobrego wychowania. Próbowałem do nich przeskoczyć. Już byłem blisko, tylko coś mnie nagle przyhamowało (chyba Alek się przewrócił).

– Pomocy!!! – wrzasnął Alek.

Wszyscy rzucili się Alkowi na pomoc. Rwałem się jeszcze do dobermanów, ale nie miałem szans, bo linkę, do której byłem przypięty, trzymali Henryk, Alek i jeszcze jakichś dwóch panów. W końcu udało im się gdzieś tę linę przywiązać. Słyszałem, jak jeden z sędziów krzyczał do Henryka, że wykluczy mnie z konkursu, ale Henryk głośno się z nim wykłócał, że to nie ja zacząłem i żeby wykluczyć te sto dobermanów.

– To skandal, żeby wykluczać pewnego zwycięzcę! – wrzeszczał Henryk.

Przyleciał do nas wzburzony właściciel jednego z dobermanów.

– Tego psa należałoby zamknąć w klatce! – krzyknął do Henryka, pokazując na mnie.

– Wydaje mi się, że to nie on zaczął – odpowiedział z godnością Henryk.

– Chyba pan żartuje? Mój pies jest szkolony. A pana pies… – właściciel dobermana spojrzał na mnie pogardliwie – …jest psychopatą.


– Co pan powiedział? – wysapał Henryk.

– To, że pana pies jest niezrównoważony psychicznie – odparł facet dobitnie.

– Bzdury! To pana pies sprowokował mojego, a Winter… to najspokojniejszy pies w okolicy. Sam pan jest niezrównoważony.

Słyszeliście? Też tak uważam. Ale właściciel dobermana najwyraźniej nie, bo prychnął tylko pogardliwie i sobie poszedł. Byłem lekko oszołomiony tymi awanturami wywołanymi przez ludzi, gdy wezwali mnie na ring. Były tam dwa psy, o wiele mniejsze ode mnie (startowałem w klasie młodzieżowej). Podszedł do nas sędzia i zajrzał w zęby najpierw pierwszemu, potem drugiemu, a potem chciał obejrzeć moje zęby, ale ja wcale nie miałem ochoty ich pokazywać.

– Niech pan otworzy psu pysk – powiedział sędzia do Henryka.

Henryk strasznie się zmęczył, walcząc z moją mocno zaciśniętą szczęką. Nie mam ochoty, żeby jakiś obcy facet zaglądał mi do pyska!

– No i co będzie? – spytał sędzia niecierpliwie. – Chyba będę musiał go zdyskwalifikować – dodał.

Henryk zgarbił się, zrobił strasznie smutną minę i wtedy na ring weszła właścicielka mojego taty i tak mocno, nieprzyjemnie mnie ścisnęła, że natychmiast otworzyłem szeroko pysk, a sędzia szybko policzył mi zęby. Potem pani wzięła mnie na linkę i musiałem robić to, co inne psy, to znaczy biegać po ringu, prezentować sylwetkę i takie tam. Nie miałem wyjścia, bo z tą kobietą lepiej nie zaczynać. Henryk był bardzo podekscytowany.

– Czuję, że będzie złoto! – powiedział radośnie do Alka.

Tylko że później przechodził obok ten paskudny doberman… no i sędzia stwierdził, że jestem agresywny.

Na końcu dostałem dyplom i medal – był brązowy i wyglądał jak z czekolady. Tylko Henrykowi chyba nie za bardzo się podobał. Ach, ci ludzie… sami nie wiedzą, czego chcą.

Mam kumpla

Któregoś dnia poszliśmy całym stadem na niedzielny spacer nad kanałek. Henryk był zatopiony w rozmowie z Hanką (opowiadał o tym, że wreszcie ma dostać awans – nie wiem, co to jest, i nie jestem całkiem pewien, czy to jest jadalne), Alek pisał esemesy, a Julia spuściła mnie ze smyczy. Ruszyłem galopem w kierunku psa, którego wypatrzyłem w oddali. Wyglądał jak malamut, był mojej wielkości i miał kremowobiałą sierść. Henryk błyskawicznie ocenił sytuację jako beznadziejną i ryknął do Julii:

– No i co najlepszego zrobiłaś?!!

– Nie krzycz na dziecko, tylko zrób coś – syknęła Hanka.

Henryk z Alkiem pogalopowali za mną. Jednocześnie w kierunku białego psa ruszyła jego pani, wrzeszcząc na cały park:

– Tazo, wróć!!! Tazo, do mnie!!! Tazo, nie ruszaj!!!

– To na pewno pies zabójca – szepnęła z przerażeniem Julia.

Tazo miał chyba taki sam problem z komendą „wróć” jak ja, bo zamiast pobiec do swojej pani, podbiegł do mnie, a potem się zjeżył. Stał tak na sztywnych łapach, gapił się na mnie i nerwowo oblizywał. Dałem mu delikatnie do zrozumienia, że jestem niejadalny. Staliśmy bardzo blisko siebie bez ruchu. Henryk, Alek, Hanka i właścicielka białego psa też stali bez ruchu, bojąc się nawet odetchnąć. Sytuacja była napięta. Po pięciu minutach wzajemnego obserwowania się – lekko machnąłem ogonem. Tazo też machnął ogonem. Trąciłem go nosem. On mnie też trącił nosem. Walnąłem go na żarty łapą, on mnie też. Potem przewróciłem go na trawę i zaczęliśmy się siłować. Wszyscy odetchnęli głęboko i zaczęli się nerwowo śmiać.

 

Potem jeszcze ganialiśmy się z Tazem wokół drzewa, ścigaliśmy wiewiórkę i kąpaliśmy się w kanałku. Mój kumpel okazał się naprawdę fajny. Po kąpieli znów tarzaliśmy się w trawie, gryźliśmy na żarty i robiliśmy fikołki. Nad nami stali Henryk z Hanką i pani Agata, właścicielka Tazo, i przyglądali się naszym zabawom.

– Winter chyba za mocno ugryzł mojego – zauważyła pani Agata.

– To raczej Tazo jest dość brutalny – odparła Hanka.

– Chyba pani żartuje, nie znam łagodniejszego psa… – zaoponowała pani Agata.

– Jakoś trudno mi w to uwierzyć… – włączył się Henryk.

– Więc uważa pan, że kłamię? – uniosła się pani Agata.

– Ależ nie, tylko wydaje mi się, że… Tazo zdominował naszego Winterka – łagodził Henryk.

Pani Agata prychnęła i podniosła z trawy biały kłak sierści Tazo, który wyrwałem mu w trakcie zabawy.

– A to co?! – spytała oskarżycielsko, podsuwając biały puch pod nos Henrykowi.

– Nie jestem pewny, czy to przypadkiem nie Wintera. – Henryk na wszelki wypadek nie spojrzał na sierść.

– Chyba wiem, jakiej maści jest mój pies?! – podniesionym głosem zauważyła właścicielka Tazo.

Teraz to Hanka dojrzała w trawie kępę mojej sierści. Szybko ją podniosła i pokazała pani Agacie.

– Tazo też nie jest święty – stwierdziła Hanka z satysfakcją.

– To wasz pies ma na mojego toksyczny wpływ. Z innymi psami Tazo nie bawi się tak brutalnie – odparła pani Agata.

– Taaa… a wieczorami chodzi na kółko różańcowe – kąśliwie rzucił Henryk.

– Niech pan spojrzy prawdzie w oczy. Uważam, że Winter ma poważne problemy emocjonalne – zaczęła pani Agata.

Ożywioną dyskusję przerwała im Julia, która przybiegła z pobliskiego placu zabaw.

– Winter z Tazem uciekli!!! – wrzasnęła.

Hanka, Henryk i pani Agata przestali się kłócić i dopiero teraz zobaczyli, że dotarliśmy z Tazem na drugą stronę kanałku, żeby przywitać się z pewną sympatyczną bokserką.


– Nasz Winter nigdy, ale to przenigdy, by nie uciekł… – zaczęła Hanka, ale urwała, widząc minę pani Agaty.

A potem długo nas gonili…

Podczas ucieczki stratowaliśmy dwa jamniki, wyżła i jakiegoś pana, który wpadł nam pod łapy. Było super, wybawiłem się za wszystkie czasy. Nie wiem dlaczego, jak już mnie złapali (byli strasznie zziajani) – to nie pozwolili dalej bawić się z Tazem i zaciągnęli do domu.

Nie mogę się doczekać, kiedy znów się spotkam ze swoim najlepszym kumplem.

Bezczelny kot

Któregoś dnia do Julii przyszły koleżanki. Jak tylko weszły do domu, to już w korytarzu zaczęły chichotać i szeptać między sobą. Przybiegłem się przywitać, bo bardzo lubię gości. Od razu rzuciły się na mnie z piskiem.

– Jejku, jaki śliczny!!!

– A jaką ma kitkę na ogonie!!!

– A jaki śmieszny mokry nos!!!

Jedna szarpała mnie za ogon, a druga tarmosiła za uszy, całując przy tym w nos. Cały się spociłem. Na szczęście uratował mnie Alek, który powiedział, że jest pora spaceru. Odetchnąłem z ulgą i zacząłem radośnie machać ogonem.

– Ojejku, zobaczcie!!! – pisnęła jedna z koleżanek Julii i próbowała capnąć mnie za ogon.

– Winter, idziemy – zarządził Alek.

Od czasu fajnej przygody nad kanałkiem, kiedy goniłem kaczkę i wpadłem pod rower – Alek zawiązywał sobie linkę w pasie, a drugi jej koniec przypinał mi do obroży. Nie mam pojęcia, dlaczego. Była piękna, słoneczna pogoda, wymarzony dzień na spacer.

Jak tylko wyszliśmy z domu – natychmiast go zobaczyłem. Był rudy i ogromny. Leżał na środku podwórka i bezczelnie grzał się w słońcu. Od pierwszej chwili działał mi na nerwy. Problem w tym, że na spacerze ludzie zawsze chcą iść nie w tym kierunku, co trzeba. Czy możecie mi na przykład powiedzieć, dlaczego – jak zobaczą kota – to szybko ciągną mnie w przeciwną stronę, zamiast gnać razem ze mną na przełaj przez trawnik, ulicę, dwa płoty i rów z błotem? Czy to normalne udawać, że nie widzi się kota? My i koty od dawna uprawiamy zabawę w ganianego. Poza tym mama mnie uczyła, że żaden szanujący się pies nie powinien pozwalać kotu na swobodne spacery po jego terenie. Chyba, że to znajomy kot.

Ten na podwórku był nieznajomy, więc miałem ochotę popędzić mu kota. Bezczelny typ miauknął i przeciągnął się leniwie. Jak mnie zauważył, to wlepił we mnie zielone oczyska i wyprężył grzbiet. Ogon sterczał mu do góry. Powąchałem tu i ówdzie, ale nie mogłem się skupić i cały czas na niego zerkałem. Alek pociągnął mnie w drugą stronę.

– Nie wolno, Winter – powiedział.


Taaaa… to już słyszałem. Gdybym jeszcze tylko wiedział, dlaczego? Tymczasem kot spojrzał na mnie pogardliwie i zaczął głośno syczeć. Syczeć – na mnie! Rozumiecie? Na moim podwórku! Naprawdę mnie irytował. Udawałem, że mnie to nie rusza. Jednak, gdy zaczął wojowniczo machać łapą – nie wytrzymałem i skoczyłem w jego kierunku. Kot rzucił się do ucieczki. Poczułem przyjemny dreszczyk, bo bardzo lubię gonitwy. Ruszyłem za nim, szybko wpadając w galop. Biegłbym szybciej, tylko… coś mnie hamowało. Dziwna sprawa. Przez moment miałem uczucie, jakby to coś frunęło za mną, przyczepione do linki. Szkoda tylko, że zabawa trwała krótko, bo kot okazał się tchórzem i wskoczył na najbliższy płot, z którego stroił do mnie miny. I jak w takich warunkach utrzymać porządek na podwórku?

Później w domu Alek wyglądał dziwnie z plastrami przylepionymi na czole i bandażem wokół ręki. Był trochę przygnębiony i długo coś do mnie mówił… o wychowaniu i takie tam. Nie lubię, jak Alek jest smutny, i polizałem go parę razy po twarzy. Trochę się rozchmurzył, jednak atmosfera kompletnie siadła, gdy Hanka i Henryk wrócili z pracy i zobaczyli Alka całego w plastrach. Hanka krzyczała, że jestem szalony i nieodpowiedzialny. Henryk krzyczał, że nie będzie co kilka dni kupował Alkowi nowych spodni.

A potem usiedli w kuchni i długo o mnie rozmawiali. Tego wieczoru po raz pierwszy usłyszałem paskudne słowo – treser.

Wizyta tresera

Rano obudził mnie dzwonek do drzwi, więc popędziłem do przedpokoju i przyjacielsko przywitałem gościa, usiłując na niego skoczyć (zwykle tak robię). Jednak gość nie miał chyba poczucia humoru, bo przydusił mnie za kark do ziemi, mówiąc do Henryka i Hanki:

– Widzą państwo? Tak to się robi!

Mówcie, co chcecie, ale trochę bezczelny ten facet. Przychodzi do mojego domu i od razu się szarogęsi. Henryk zaśmiał się nerwowo i powiedział do mnie, że mam być grzeczny, bo to mój treser. Nie spodobało mi się to słowo i przeszedł mnie taki nieprzyjemny dreszcz. Treser chyba to wyczuł, bo szybko mnie puścił, a potem podrapał za uchem i dał smakołyk.

– Damy radę, Winston – powiedział poufale (nie wiem, dlaczego, ale zawsze przekręcał moje imię).

Potem spojrzał badawczo na całą rodzinę i spytał:

– Kto ma z nim największe problemy?

Zapanowała cisza. Patrzyli po sobie niepewnie. Chyba nikt nie chciał się przyznać.

– Wydaje mi się, że… żona – wybąkał wreszcie Henryk.

– No to podszkolimy panią – dziarsko oświadczył treser do lekko zmieszanej Hanki. – Idziemy na spacerek, Winston.

Treser założył mi zamiast obroży łańcuszek. Nie cierpię łańcuszka, bo można go mocno zacisnąć i uwierzcie mi – jest to bardzo nieprzyjemne. Jak tylko wyszliśmy na dwór (zaznaczam, że nie dostałem śniadania), treser natychmiast zacisnął mi na szyi łańcuszek. Żadnego wąchania. Żadnych przygód. I to ma być przyjemność? Przy drzewku pozwolił mi się wysikać, a potem znów mnie ścisnął.

– Winston, noga! – wydał krótką komendę.

Chcąc nie chcąc – dreptałem posłusznie obok niego, niemal ocierając się o jego nogę. Słowo daję, wolałbym już zostać w domu (przynajmniej dostałbym śniadanie).

– Widzi pani? – zwrócił się triumfalnie do Hanki.

Ruszyliśmy przez podwórko i nagle tuż przed moim nosem pojawił się rudy kot. Spojrzał na mnie zmrużonymi oczami i przeciągnął się, a potem wyprostował ogon i wypiął się na mnie. Skoczyłem w jego kierunku, ale natychmiast poczułem szarpnięcie i przeszywający ból. To treser zacisnął łańcuszek na mojej szyi.

– Nie wolno, Winston! – zakomunikował.

Taaa… wiem, że nie wolno, chociaż nadal nie rozumiem, dlaczego. Kot przecież też potrzebuje trochę ruchu.

– Teraz niech pani spróbuje – powiedział treser, podając Hance smycz.

Hanka jest fajna. Lubię z nią chodzić na spacer. Ma poczucie humoru i w ogóle. Hanka wzięła smycz.

– No chodź, Winterku – poprosiła.

Nie ruszyłem się z miejsca. Właśnie wywąchałem jakiś ciekawy zapach i chciałem go porządnie zbadać. Hanka delikatnie szarpnęła smyczą, ale poczułem tylko takie śmieszne łaskotanie. Zapach prowadził w drugą stronę, więc pociągnąłem Hankę w tym kierunku.

– Proszę pani – powiedział treser, patrząc Hance głęboko w oczy – czy pani nie widzi, że on traktuje panią… żartobliwie?

Hanka zaczerwieniła się i mocniej szarpnęła smyczą, ale nadal posuwaliśmy się w przeciwną stronę.

– Winter, idziemy… proszę – powiedziała nieśmiało.

Treser pokiwał głową z dezaprobatą.

– I kto tu rządzi? – spytał. – Niech pani wyda rozkaz, ale… tak krótko, po wojskowemu.

– Winterku, noga – krzyknęła Hanka słabym głosem.

Zaprzestałem wąchania, bo na horyzoncie pojawił się rudy kot. Był naprawdę blisko, więc postanowiłem znów spróbować i znienacka szarpnąłem Hanką w jego kierunku. Byłaby fajna zabawa, gdyby nie treser, który wyrwał Hance smycz i tak zacisnął łańcuszek, że prawie mnie udusił. Zakrztusiłem się, a oczy wyszły mi z orbit. Hanka popatrzyła na mnie z niepokojem.

– Czy jego to nie boli? – spytała. – Wydaje mi się, że pan go… męczy.

Treser aż przysiadł z wrażenia.

– Pracuję z psami już piętnaście lat – powiedział dobitnie. – Znam się na psiej psychice i proszę mi wierzyć – psy lubią być traktowane w sposób zdecydowany.

Wydaje mi się, że wiem trochę więcej o psach i że facet plecie bzdury. Potem treser powiedział Hance, że sam nade mną popracuje. Hanka poszła do domu, a my ruszyliśmy do parku. Tam treser długo coś mi tłumaczył, a potem odpiął smycz, dał ciasteczko (nawet niezłe) i powiedział:

– Winston, noga!


Nic ciekawego się nie działo, poza tym byłem głodny, więc wlokłem się u boku tresera. Zrobiliśmy kółko wokół placu zabaw dla dzieci, a potem treser mnie pochwalił i dał ciasteczko. Zrobiliśmy drugie kółko i znowu dostałem ciasteczko. Po tych ciasteczkach odzyskałem trochę energii i jak zobaczyłem znajomą wilczycę, natychmiast pobiegłem się z nią przywitać. Niestety treser przygalopował za mną – zapiął mi smycz, zacisnął łańcuszek na szyi i odciągnął od koleżanki. Co za wstyd!

Później treser znów mi coś zawile tłumaczył, ale nie mogłem się skupić, bo zezowałem w kierunku wilczycy, myśląc, jak by tu zatrzeć niemiłe wrażenie. Ruszyliśmy dalej, ja oczywiście na smyczy. Łaziliśmy i łaziliśmy w kółko – musiałem iść przy nodze i nie wolno mi było wąchać. Beznadzieja. Wtedy treser powiedział coś o zaufaniu i odpiął smycz. Rozejrzałem się po parku, ale wilczycy już nie było.

– Siad! – powiedział.

Usiadłem, a on dał mi ciasteczko. Potem wytłumaczył, że mam tu siedzieć, a on pójdzie kawałek dalej. Jak podniesie rękę i powie: „Do mnie!”– mam natychmiast do niego przylecieć, a wtedy znów dostanę smakołyk. Muszę się wam przyznać, że byłem trochę zniechęcony – dawno minęła pora śniadania, a on mi wydzielał miniaturowe ciasteczka. Odszedł parę metrów, a potem stanął naprzeciwko mnie, podniósł rękę i powiedział:

– Winston, do mnie!

Wstałem i ruszyłem po nagrodę (lubię ciasteczka, nawet jeśli są bardzo malutkie). I wtedy… zobaczyłem pewnego paskudnego pitbulla, z którym miałem lekko niewyjaśnione nieporozumienie. Postanowiłem natychmiast to zmienić i pogalopowałem w jego kierunku. Trochę sobie porozmawialiśmy, ale nie za długo, bo do rozmowy wtrącił się treser. Pitbullowi chyba to się nie spodobało – skoczył na tresera i przewrócił go, potem ja się włączyłem do zabawy i wszyscy tarzaliśmy się w trawie.

 

Jak już udało mu się jakoś wygramolić i nas rozdzielić, treser długo kłócił się z takim łysym panem – właścicielem pitbulla. Treser był brudny, podrapany, miał podarte ubranie i krzyczał, że to skandal, że taki agresywny pies chodzi bez kagańca, i że zadzwoni po policję, ale wtedy łysy pan szybko się oddalił ze swoim pitbullem.

Czekałem na ciasteczko, ale się nie doczekałem. I wierz tu ludziom.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?