#Nie bałam się o tym rozmawiaćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

WSTĘP

JOANNA

AGNIESZKA

BEATA

ELŻ­BIETA

INNO­CENTA

IZA­BELA

KARO­LINA

KLAU­DIA

MAGDA

MAG­DA­LENA

DORBE ZAKOŃ­CZE­NIE

Przy­pisy koń­cowe

Copy­ri­ght ©2020 Rin­gier Axel Sprin­ger Pol­ska Sp. z o.o. War­szawa

Copy­ri­ght ©2020 for text Joanna Prze­ta­kie­wicz

Dyrek­tor wydaw­ni­czy: Ber­na­detta Byr­ska

Mene­dżer pro­jektu: Joanna Sko­li­mow­ska

Przy­go­to­wa­nie książki: RED PEP­PER dla RASP Sp. z o.o.

Współ­praca z autorką, opra­co­wa­nie tek­stów: Mał­go­rzata Mier­żyń­ska

Redak­cja: Iza­bella Wit–Kos­sow­ska

Kon­sul­ta­cja psy­cho­lo­giczna i komen­tarz eks­percki: Marta Niedź­wiecka

Pro­jekt gra­ficzny książki: Domi­nika Racz­kow­ska

Korekta: Anetta Czap­ska

Zdję­cia Boha­te­rek: Miko­łaj Sta­rzyń­ski

Zdję­cie Joanny Prze­ta­kie­wicz: Joanna Jaś­ko­wiak

Pro­jekt okładki: BLACK BAL­LOON

Dzię­ku­jemy Hote­lowi Traugutta3 w Bia­łym­stoku oraz Restau­ra­cji Różana w War­sza­wie za moż­li­wość zre­ali­zo­wa­nia roz­mów z naszymi boha­ter­kami



ISBN 978-83-8091-885-6

Wydawca:

Rin­gier Axel Sprin­ger Pol­ska Sp. z o.o.

ul. Doma­niew­ska 49, 02-672 War­szawa

Książkę można zamó­wić przez Inter­net www.lite­ria.pl

Wszyst­kie prawa autor­skie i wydaw­ni­cze zastrze­żone. Żadna z czę­ści, w tym tekst i foto­gra­fie, ani całość wydaw­nic­twa Znie­wo­lona. Po dru­giej stro­nie wol­no­ści nie może być repro­du­ko­wana, kopio­wana ani roz­po­wszech­niana w for­mie dru­ko­wa­nej, elek­tro­nicz­nej lub w jaki­kol­wiek inny spo­sób bez pisem­nej zgody wydawcy.

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.


Era Nowych Kobiet to naj­dy­na­micz­niej roz­wi­ja­jący się ruch spo­łeczny w Pol­sce.

Od listo­pada 2018 r. łączy Polki w silną struk­turę grupy wspar­cia i roz­woju. Ruch liczy obec­nie 500 000 człon­kiń. W ramach jego struk­tury działa w Pol­sce i na świe­cie 130 lide­rek regio­nal­nych. Strona ENK notuje 30 milio­nów wyświe­tleń on-line mie­sięcz­nie.

Misją Ery Nowych Kobiet jest edu­ka­cja i inspi­ro­wa­nie do trans­for­ma­cji oso­bi­stej i zawo­do­wej, które mają pomóc w budo­wa­niu poczu­cia wła­snej war­to­ści i akcep­ta­cji, trwa­łych rela­cji, nie­za­leż­no­ści finan­so­wej i poczu­cia szczę­ścia.

WSTĘP

Dro­gie Czy­tel­niczki!

Kobiety, z któ­rymi roz­ma­wiam, nie tylko przy­ja­ciółki czy współ­pra­cow­niczki, ale także te, które widzę po raz pierw­szy, czę­sto opo­wia­dają mi swoje histo­rie, dzielą się ze mną prze­ży­ciami i doświad­cze­niami, pro­szą o rady, pytają o opi­nie. Nie­kiedy ich opo­wie­ści są skom­pli­ko­wane i nie­jed­no­znaczne, mówią o życiu ze strasz­nymi cho­ro­bami, prze­mocą w domu, mole­sto­wa­niu, mob­bingu czy ban­kruc­twach. Cza­sami aż trudno uwie­rzyć, że w ogóle mogły się wyda­rzyć, skala bólu i cier­pie­nia, jakie spa­dły na nie­które z moich roz­mów­czyń, poraża.

Każda z takich roz­mów, każde z tych spo­tkań jest dla mnie nie tylko dowo­dem zaufa­nia, ale też sygna­łem, jak jeste­śmy nie­zwy­kłe i silne. Nawet, jeśli przez lata tkwimy w nie­sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cej rela­cji czy sytu­acji, to w końcu się odra­dzamy.

Na każdą z tych histo­rii sta­ram się spoj­rzeć w szer­szym kon­tek­ście. Jeśli udzie­lam rad, zwy­kle nama­wiam na odważne kroki i decy­zje, pró­bu­jąc uwzględ­nić cały kon­tekst. Prze­ko­nuję, że nie ma co trwać w bez­na­dziei czy smutku. Pod­kre­ślam, że ni­gdy nie jest za późno, aby o sie­bie zawal­czyć.

Ni­gdy nie kry­łam, że i mnie dotknęły nie­ła­twe przej­ścia. Roz­wód, samotne macie­rzyń­stwo, nie­po­wo­dze­nia w życiu lub biz­ne­sie. Opo­wie­dzia­łam o tym w mojej histo­rii. Zawsze wie­rzy­łam, że aby poko­nać trud­no­ści, trzeba brać sprawy w swoje ręce. To czę­sto ozna­cza doko­ny­wa­nie trud­nych wybo­rów i podej­mo­wa­nie ryzyka. Na tym według mnie polega suk­ces i szczę­ście: nie muszę robić tego, czego nie chcę.

Z oka­zji swo­ich pięć­dzie­sią­tych uro­dzin zde­cy­do­wa­łam się na udział w odważ­nej sesji do maga­zynu „Play­boy”. To był ryzy­kowny krok, wiele osób pró­bo­wało mnie od niego odwieść, ale ja chcia­łam udo­wod­nić, że jeste­śmy wie­lo­wy­mia­rowe, a świat poszedł do przodu, że kobie­cość i sek­sa­pil nie zamy­kają się w ramach okre­ślo­nego wieku i da się je pogo­dzić z roz­wo­jem zawo­do­wym i suk­ce­sem w biz­ne­sie. Udzie­li­łam wtedy waż­nego dla mnie wywiadu. Zapo­wie­dzia­łam w nim walkę o sie­bie i o kobiety, o chęć zła­ma­nia ogra­ni­cza­ją­cych nas ste­reo­ty­pów.

Kiedy na Insta­gra­mie uzy­ska­łam pierw­sze 200 tysięcy tzw. fol­lo­wer­sów, posta­no­wi­łam zor­ga­ni­zo­wać kon­kurs. Użyt­kow­niczki miały napi­sać, za co lubią mój pro­fil. Poja­wiły się setki fan­ta­stycz­nych, mądrych wpi­sów i mia­łam spory pro­blem, kogo wybrać. Wresz­cie pięt­nastkę zwy­cięż­czyń zapro­si­łam na uro­czy­stą kola­cję.

Tego wie­czoru odby­ły­śmy wiele waż­nych, wzru­sza­ją­cych i zabaw­nych roz­mów. Każda z tych kobiet była wraż­liwa i cudowna. To wtedy w mojej gło­wie zakieł­ko­wała myśl, że należy coś z tą wspa­niałą kobiecą ener­gią zro­bić, na przy­kład zjed­no­czyć się we wspól­nej spra­wie. I wła­śnie ta kola­cja była ziar­nem, z któ­rego wyro­sła Era Nowych Kobiet.

Powo­dem do stwo­rze­nia ruchu ENE-ek były także liczne głosy kobiet, które pisały do mnie na mediach spo­łecz­no­ścio­wych i pod­cho­dziły na ulicy. Sły­sza­łam, że daję im nadzieję, a moje słowa czy postę­po­wa­nie jest dla nich ważne. Oto wresz­cie ktoś sygna­li­zuje koniecz­ność zmian, gło­śno mówi o potrze­bie samo­ak­cep­ta­cji, odwa­dze i łama­niu ste­reo­ty­pów.

Od kiedy powstała Era Nowych Kobiet, jesz­cze wię­cej jeż­dżę po Pol­sce; spo­ty­kam kobiety w róż­nym wieku, z róż­nych śro­do­wisk, o róż­nych doświad­cze­niach, pry­wat­nych i zawo­do­wych. Wiele je dzieli, ale jedno łączy: wal­czą o to, na czym im zależy, afir­mują życie, aktyw­ność i kobie­cość, a przede wszyst­kim: sta­wiają czoło losowi i pomimo dra­ma­tów i trud­no­ści, jakich życie im nie skąpi, nie pod­dają się. Po każ­dym zde­rze­niu z losem pod­no­szą się i podą­żają do przodu.

Kilka spo­śród takich kobiet zawie­rzyło mi na tyle, że zde­cy­do­wały się opo­wie­dzieć o swo­ich trud­nych, intym­nych prze­ży­ciach, nie oba­wia­jąc się ujaw­nie­nia twa­rzy ani nazwi­ska. Odważ­nie, bez retu­szu, swo­imi sło­wami, języ­kiem bez upięk­szeń i ozdob­ni­ków, opi­sują walkę, jaką sto­czyły, aby wyrwać się ze spi­rali prze­mocy i bólu, bez­rad­no­ści i bez­na­dziei. Zro­biły to w prze­ko­na­niu, że w ten spo­sób pomogą tym, które nie mogą zebrać się na odwagę, aby zary­zy­ko­wać i zmie­nić swoje życie.

Bar­dzo im za to dzię­kuję. Wyka­zały się ogromną dziel­no­ścią, har­tem ducha i odpo­wie­dzial­no­ścią. Nie wiem, czy sama zdo­by­ła­bym się aż na taki hero­izm w ich sytu­acji. Podzi­wiam je i nie­zmien­nie kibi­cuję. Wie­rzę, że histo­rie, które mi opo­wie­działy, staną się dla wielu kobiet źró­dłem inspi­ra­cji, a towa­rzy­szące im komen­ta­rze psy­cho­te­ra­peutki pomogą zro­zu­mieć mecha­ni­zmy kie­ru­jące naszymi zacho­wa­niami. Każda z tych opo­wie­ści jest inna, bo każdy mie­rzy się w życiu z innymi pro­ble­mami. Nie powinny więc być ze sobą porów­ny­wane. Chcę to wyraź­nie pod­kre­ślić.

Moja histo­ria, która tę książkę roz­po­czyna, też jest inna. Opo­wie­dze­nie jej nie wyma­gało ode mnie aż takiej odwagi, jak od innych boha­te­rek, bo i pro­blemy, z jakimi się zma­ga­łam były odmienne. Dzielę się nią jed­nak, ponie­waż kobiety cią­gle mnie o nią pytają, są cie­kawe, czy ja w ogóle mam jakieś pro­blemy, a jeśli tak, to jak sobie z nimi radzę. Jeśli kogoś zain­spi­ruję, będzie mi miło.

 

Wszyst­kim czy­tel­nicz­kom pra­gnę dać wiarę i nadzieję na to, że nawet naj­trud­niej­sze wyda­rze­nia mogą stać się przy­czyn­kiem do zmiany, do walki o sie­bie, o szczę­ście wła­sne i bli­skich.

* * *

Mam marze­nie, żeby ta książka stała się dla kobiet kołem ratun­ko­wym i nie pozwo­liła uto­nąć nawet, gdy wydaje się, że już nie ma ratunku.

Prze­ko­naj­cie się, że naprawdę nie ma sytu­acji bez wyj­ścia i bądź­cie szczę­śliwe,


JOANNA

Żyłam tak, jak chcia­łam, na swo­ich warun­kach. Nie bałam się ani zaczy­nać od nowa, ani kochać, ani odcho­dzić. Każdą z tych rze­czy robi­łam wiele razy. I wie­cie co? Nie żałuję.


Żeby było jasne: nie uznaję teo­rii, że „Wszystko jest po coś” i „Co nas nie zabije, to nas wzmocni”. Nie wszystko musi się nam przy­tra­fić. Wiele tra­ge­dii w ogóle nie powinno mieć miej­sca, jak np. gwałty, prze­moc domowa; zresztą, długo by wymie­niać. Ale życie ide­alne nie jest. Są w nim suk­cesy i porażki, zwy­cię­stwa i prze­grane. Każdy ma na kon­cie zyski i straty.

Ja też. Los oszczę­dził mi co prawda wiel­kich dra­ma­tów i tra­ge­dii życio­wych, jakim musiały sta­wić czoło boha­terki tej książki, ale wbrew temu, co nie­któ­rzy sądzą, nie stą­pa­łam wyłącz­nie po różach. Nie­raz musia­łam zaci­snąć zęby i zmie­rzyć się z pro­ble­mami oso­bi­stymi, z zawi­ścią, a także udo­wod­nić, że sama jestem sobie ste­rem i będę żyć, jak chcę, bez względu na cenę, jaką przyj­dzie mi zapła­cić. Wie­dzia­łam, że uda mi się to tylko wtedy, gdy będę nie­za­leżna finan­sowo, więc do tego dąży­łam. Mia­łam wewnętrzne prze­ko­na­nie, że brak takiego balansu pro­wa­dzi do kata­strofy.

Kobiety mojego życia

Dzie­ciń­stwo wspo­mi­nam z dużym sen­ty­men­tem. Mia­łam przy sobie oboje rodzi­ców. Bar­dzo mnie kochali, każde na swój spo­sób. Mama była wspie­ra­jąca i czuła, tata surowy i poważny, ale razem dbali o to, aby niczego mi nie bra­ko­wało. Mia­łam też cudowną bab­cię i fan­ta­styczną ciotkę Elę, młod­szą sio­strę mamy. Z per­spek­tywy czasu dostrze­gam, że kobiety ze strony mamy miały zna­czący udział w kształ­to­wa­niu mojej oso­bo­wo­ści.

Naj­więk­szą traumą z okresu dzie­ciń­stwa był dla mnie brak rodzeń­stwa. Już wtedy mia­łam silny gen przy­na­leż­no­ści do grupy, chcia­łam się przy­jaź­nić z całym świa­tem. Każ­dego dnia zapra­sza­łam przy­ja­ciółki. Jadły u nas obiad, odra­biały lek­cje i czę­sto noco­wały.

W cza­sach, kiedy w Pol­sce półki skle­powe świe­ciły pust­kami, moją idolką była ciotka Ela. Nie­za­leżna, zadbana, pewna sie­bie. Pro­wa­dziła wła­sną firmę, co w tam­tych cza­sach było rzad­ko­ścią. Jej ni­gdy nie było wszystko jedno. Zawsze zwra­cała uwagę, aby dobrze wyglą­dać, wykwint­nie jadać, bywać w ele­ganc­kich miej­scach. W jej życiu wszystko musiało być zawsze naj­lep­szej jako­ści. Zale­żało jej i na miło­ści, i na pięk­nych przed­mio­tach wokół, i na nie­za­leż­no­ści, i na drob­nost­kach. Bar­dzo ją kocha­łam, ale dopiero nie­dawno zda­łam sobie sprawę, w jak dużym stop­niu jej histo­ria wpły­nęła na moje życie. Jak waż­nym była dla mnie wzo­rem.

W moim domu ton narzu­cał ojciec. Zawsze poważny, sku­piony. Wszystko zmie­niało się w pią­tek, kiedy rusza­łam z mamą z domu w cen­trum War­szawy, za mia­sto do cioci Eli. Miesz­kała z dru­gim mężem, leka­rzem, a także z moją bab­cią i jej bra­tem. U cioci cze­kał na mnie cza­ro­dziej­ski ogród, a z kuchni roz­no­siły się obłędne zapa­chy. A to świe­żych roga­li­ków ze sma­żo­nymi wiśniami, a to pysz­nych domo­wych fry­tek, robio­nych spe­cjal­nie dla mnie, nie­jadka. Cio­cia marzyła o wła­snym dziecku, więc mnie uwiel­biała. Razem z bab­cią witały mnie zawsze z otwar­tymi ramio­nami. Bab­cia zasłu­guje na osobną opo­wieść. Kie­dyś nauczy­cielka, była na wskroś nowo­cze­sna, pełna ener­gii i wigoru, silna i wład­cza. Paliła papie­rosy i potra­fiła zakląć jak szewc.

W ich domu zawsze kró­lo­wała wielka dba­łość o każdy szcze­gół. Gdy dosta­wa­łam kanapkę z jaj­kiem, była ona sta­ran­nie obsy­pana świe­żym szczy­pior­kiem z ogródka. Cięty nożycz­kami, jak w restau­ra­cjach, zdo­bił także brzeg tale­rza z tą kanapką. Takie pano­wały tam zwy­czaje.

Mama i cio­cia uwiel­biały mnie stroić, kupo­wały mi zagra­niczne ubra­nia w komi­sach. Pamię­tam, jak zosta­łam szczę­śliwą posia­daczką lakie­ro­wa­nych kozacz­ków. Tak się cie­szy­łam, że spa­łam w nich w bia­łej pościeli.

Mama zabie­rała mnie do kraw­co­wej, która pra­co­wała w Paryżu, w domu mody Chri­stiana Diora. Potra­fiła wycza­ro­wać na swo­jej maszy­nie do szy­cia nie­zwy­kle udane i szy­kowne kre­acje. Nasią­ka­łam tymi inspi­ra­cjami.

Kiedy mia­łam dzie­więć lat, cio­cia zaszła w ciążę, ale na­dal nosiła się ele­gancko: aż do porodu widy­wa­łam ją w szpil­kach. Gdy uro­dziła córeczkę, dosta­łam na jej punk­cie bzika. Mojej nowej sio­strzyczki nie pozwa­la­łam nikomu doty­kać, sama ją prze­wi­ja­łam, kąpa­łam, uczy­łam cho­dzić i godzi­nami się z nią bawi­łam.

Wkrótce ciotka zamknęła firmę i poświę­ciła się wycho­wa­niu córki. Tym samym stała się finan­sowo zależna od męża. Wujek jed­nak nie był w sta­nie utrzy­mać domu na dotych­cza­so­wym pozio­mie. Jak wielu pol­skich leka­rzy w tam­tych cza­sach, zaczął wyjeż­dżać na tzw. saksy do Szwe­cji. Na mie­siąc, dwa, trzy, potem na pół roku. W końcu oznaj­mił przez tele­fon, że zako­chał się i zostaje tam na stałe. Ciotka z dnia na dzień stała się naj­bar­dziej nie­szczę­śliwą kobietą, jaką kie­dy­kol­wiek widzia­łam. W ogóle prze­stała się uśmie­chać. W jej oczach widzia­łam już tylko nie­do­wie­rza­nie, roz­pacz i strach: „Co my teraz zro­bimy? Co będzie, jak on o nas zapo­mni na zawsze?”. Jej pyta­nia wryły mi się w pamięć. Myślę, że już wtedy zako­do­wa­łam w sobie potrzebę nie­za­leż­no­ści. Posta­no­wi­łam, że w moim doro­słym życiu ni­gdy do takiej sytu­acji nie dopusz­czę.

Po kilku latach wujek wró­cił do domu. W Szwe­cji się roz­wiódł, a w Pol­sce ponow­nie oże­nił z moją cio­cią. Ale ona tak zain­fe­ko­wała się smut­kiem i stra­chem, że do dzi­siaj nie odzy­skała rado­ści życia. Mimo że potem całą trójką prze­pro­wa­dzili się do Szwe­cji, gdzie wciąż miesz­kają, cio­cia ni­gdy nie wyba­czyła mężowi, że porzu­cił rodzinę. Nie odna­la­zła się też za gra­nicą i nie poczuła znowu szczę­śliwa. Ich zwią­zek się nie odbu­do­wał. Stąd wzięło się moje prze­ko­na­nie, że powie­dze­nie „Co nas nie zabije, to nas wzmocni” to mit.

Pierw­sza miłość

Już w pierw­szy w życiu zwią­zek weszłam z silną potrzebą nie­za­leż­no­ści. Mia­łam czter­na­ście lat, skoń­czy­łam wła­śnie szkołę pod­sta­wową. Chło­pak był o cztery lata star­szy i szy­ko­wał się do matury. Ten zwią­zek mnie ukształ­to­wał na całe życie, nauczył wal­czyć o sie­bie. Każ­dej dziew­czy­nie życzę takiego na start.

Wpa­dli­śmy na sie­bie na ulicy i nie mogli­śmy ode­rwać wzroku. Oka­zało się, że jeste­śmy sąsia­dami. Mój wybra­nek był szkol­nym ido­lem, miał swój zespół roc­kowy i jeź­dził na moto­rze. Nie­za­leżny, przy­stojny, męski i bar­dzo wysoki. Na pierw­szej randce, w co pew­nie trudno uwie­rzyć, wypo­wie­dzia­łam tylko kilka słów. Byłam nie­śmiała i zawsty­dzona. I tak bar­dzo zako­chana, że… nie zda­łam z pierw­szej do dru­giej klasy liceum. Przez cały rok byłam zajęta tylko moim chło­pa­kiem. Na lek­cjach mate­ma­tyki zamel­do­wa­łam się trzy razy, a na geo­gra­fii – dwa. Albo waga­ro­wa­łam, albo sia­da­łam na prze­rwie z papie­ro­sem i cze­ka­łam, aż on pod­je­dzie moto­rem pod szkołę.

O ile jako dziecko pre­zen­to­wa­łam styl księż­niczki: suk­nie z komisu i od kraw­co­wej, kokardy i lakierki, o tyle w liceum prze­szłam modową prze­mianę na rock­mankę z pazu­rem: podarte obci­słe dżinsy poba­zgrane napi­sami, kuse koszulki, skó­rzane kurtki, buty na obca­sach. Jeśli zakła­da­łam szpilki, to do spodni dre­so­wych. Dzi­siaj tak się nosi, ale wtedy to była modowa rewo­lu­cja. Mimo że nie nale­ża­łam do grzecz­nych uczen­nic, mia­łam szczę­ście, bo wszy­scy w szkole mnie lubili: i ucznio­wie, i nauczy­ciele. Sta­ra­łam się być miła dla każ­dego. Poma­gało mi rów­nież to, że byłam bar­dzo dobra z języka pol­skiego. Z innych przed­mio­tów nie mia­łam szans zyskać porząd­nych ocen, ponie­waż zbyt rzadko bywa­łam w szkole, a żeby dostać dobre stop­nie w kla­sie bio­lo­giczno-che­micz­nej, do któ­rej cho­dzi­łam, nale­żało posie­dzieć nad książ­kami.

Już w pierw­szej kla­sie dyrek­torka szkoły, która zresztą też mnie lubiła, musiała wezwać moich rodzi­ców. Oznaj­miła im, że pierw­szy raz w histo­rii szkoły zda­rza się, aby pierw­szo­kla­sistka była pro­wo­dyrką w łobu­zo­wa­niu. Ubie­ra­łam się ina­czej niż kole­żanki, mia­łam star­szego roc­ko­wego chło­paka, opusz­cza­łam lek­cje, pali­łam papie­rosy. Na szczę­ście nad­ra­bia­łam na innych polach: pro­wa­dzi­łam szkolne apele i gale, śpie­wa­łam w chó­rze, recy­to­wa­łam. Wycho­waw­czyni, polo­nistka, uwa­żała, że powin­nam zostać aktorką. Co jakiś czas wysy­łała mnie na castingi.

Raz tra­fi­łam na zdję­cia próbne do filmu pt. „Kro­nika wypad­ków miło­snych” w reży­se­rii Andrzeja Wajdy. Mia­łam do ode­gra­nia dwie sceny z mło­dziut­kim Ola­fem Luba­szenko. Kan­dy­da­tek były setki, ale nie przej­mo­wa­łam się tym. Jedna scena, na pero­nie, miała wydźwięk kome­diowy, a druga, w któ­rej boha­terka roz­waża samo­bój­stwo, nale­żała do dra­ma­tycz­nych. Musia­łam zagrać skrajne emo­cje. Po zdję­ciach pod­szedł do mnie Andrzej Wajda i powie­dział: „Na popeł­nia­nie samo­bój­stwa z miło­ści, to ty się nie nada­jesz, ale świet­nie zagra­łaś część kome­diową. Masz talent. Powiem ci też, że masz wzrok czter­dzie­sto­let­niej kobiety”. Mia­łam wtedy sie­dem­na­ście lat.

Andrzej Wajda zapro­po­no­wał mi, żebym dołą­czyła do grupy, którą wraz z zespo­łem przy­go­to­wy­wał do egza­mi­nów w Pań­stwo­wej Wyż­szej Szkole Teatral­nej. Powie­dzia­łam mu szcze­rze: Mistrzu, szkoda miej­sca. Wiem, że wiele dziew­cząt o tym marzy, ale ja nie mam aktor­skiej pasji. Ni­gdy tych słów nie żało­wa­łam. Kocham kino, ale jako widz. Już wtedy mia­łam poczu­cie, że wiem, czego chcę, a czego nie.

Cza­sami dla zabawy bra­łam udział w poka­zach Mody Pol­skiej. Raz defi­lo­wa­łam u boku słyn­nej modelki, Mał­gosi Nie­men. Kilka razy wystą­pi­łam w sesjach foto­gra­ficz­nych, zna­la­złam się nawet na okładce maga­zynu „ITD”. Ale o takim życiu też nie marzy­łam. Bar­dziej cią­gnęło mnie w rejony, które dawały mi poczu­cie spraw­czo­ści. Cza­sami żar­tuję, że jako nasto­latka nie mia­łam żad­nych war­to­ścio­wych zain­te­re­so­wań. Mia­łam za to sporo wol­nego czasu i wiele pomy­słów, które wyko­rzy­sta­łam dopiero po latach, gdy z cza­sem bywało kru­cho.

To nie mój świat

Po kilku mie­sią­cach romansu z moim rock­ma­nem doszło do nie­przy­jem­nego spo­tka­nia. Kiedy wró­ci­łam po szkole do domu, przy stole, naprze­ciwko rodzi­ców sie­działa nie­znana mi kobieta. Oka­zało się, że to matka mojego wybranka. Nie zna­łam jej wcze­śniej, bo mój chło­pak miesz­kał z bab­cią i to ona go wycho­wy­wała. Wtedy odbyła się jedna z naj­waż­niej­szych roz­mów w moim życiu. Po raz pierw­szy świa­do­mie odwa­ży­łam się zawal­czyć o moje szczę­ście, mimo że mia­łam nie­spełna pięt­na­ście lat.

„Mój syn nie jest dla cie­bie. Wasze światy są dia­me­tral­nie inne. Poza tym, w oto­cze­niu mojego syna kró­luje alko­hol i nar­ko­tyki” – krzy­czała matka mojego rock­mana. Moja na to wtrą­ciła przy­tom­nie: „O, jeśli cho­dzi o używki, to aku­rat nie boję się o Asię, bo ona za bar­dzo lubi kom­fort”.

W trak­cie dal­szych słow­nych prze­py­cha­nek kobieta pró­bo­wała odcią­gnąć mnie od swo­jego syna. W końcu ziry­to­wa­łam się: Jak pani śmie wtrą­cać się w nasze sprawy? Nawet nie wycho­wuje pani swo­jego syna. Co pani w ogóle o nim wie? Jak lwica wal­czy­łam o niego, o sie­bie, o naszą nie­za­leż­ność. Wyszła, obu­rzona, lecz wyraź­nie zdu­miona moją odwagą i siłą argu­men­tów.

Nie­długo po tym wyda­rze­niu, wraz z naszym roc­ko­wym towa­rzy­stwem, zaczę­li­śmy pla­no­wać waka­cje. To były moje pierw­sze waka­cje bez rodzi­ców i pierw­sze pod namio­tem. Ani mama, ani tata nie pro­te­sto­wali; dobrze wie­dzieli, że i tak posta­wię na swoim. Mieli rację.

 

Kilka tygo­dni przed wyjaz­dem jak zawsze sie­dzia­łam na pró­bie zespołu mojego chło­paka. Gło­śna muzyka, wrza­ski. Tak się tym wszyst­kim zmę­czy­łam, że zasnę­łam. Prze­bu­dzi­łam się i nagle prze­mknęła mi przez głowę myśl: co ja tu robię? Ani to mój świat, ani to moja muzyka! Wtedy odgo­ni­łam to wra­że­nie, ale o nim nie zapo­mnia­łam.

Nade­szły waka­cje. Kiedy tylko dotar­li­śmy na pole namio­towe, wszy­scy poza mną od razu się­gnęli po alko­hol. Wie­czo­rem było to samo. Gło­śna muzyka, wrza­ski, a na doda­tek warunki polowe i sier­miężna oko­lica. Kiedy pijani impre­zo­wi­cze zasnęli, nie byłam w sta­nie prze­go­nić myśli, że to na pewno nie jest mój świat.

O dru­giej w nocy zabra­łam swoje rze­czy i po cichutku opu­ści­łam pole namio­towe. Wsia­dłam w pierw­szy auto­bus do War­szawy i rano dotar­łam do domu. Nie bałam się. Byłam prze­ko­nana, że dłu­żej już takiego związku nie chcę. Tym samym kolejny raz zawal­czy­łam o sie­bie.

Mia­łam powo­dze­nie u chło­pa­ków, lubi­łam szcze­gól­nie tych o kilka lat star­szych. Chęt­nie cho­dzi­łam na imprezy, randki, różne spo­tka­nia. Rodzice wie­dzieli, że nie ma szans, by mnie utem­pe­ro­wać czy zatrzy­mać, bo to tak, jakby pró­bo­wali wal­czyć z żywio­łem. Nie­moż­liwe. Zako­chi­wa­łam się i dość szybko odko­chi­wa­łam. Byłam i na­dal jestem kochliwa. Uwa­żam, że to świad­czy o emo­cjo­nal­nym roz­bu­dze­niu i wraż­li­wo­ści.

Mia­łam osiem­na­ście lat, kiedy zadu­rzy­łam się w part­ne­rze bar­dzo pięk­nej, zna­nej aktorki. Był przy­stojny, inte­li­gentny, szar­mancki, a jed­no­cze­śnie miał w sobie sporą dawkę bez­czel­no­ści i zbyt dużej pew­no­ści sie­bie. Typ nie­grzecz­nego chło­paka, któ­rego więk­szość kobiet uwiel­bia. Gdy powie­dział mi, że wła­śnie zerwał z part­nerką, od razu zosta­li­śmy parą. Byłam zako­chana do sza­leń­stwa, pijana z miło­ści.

Raz wybra­li­śmy się na imprezę do popu­lar­nego wtedy klubu „Park”. Szłam z tyłu i nagle usły­sza­łam, jak selek­cjo­ner mówi do mojego part­nera: „Wchodź śmiało, dziś nie ma ani Asi, ani K”. Tu padło imię aktorki, z którą rze­komo się roz­stał. W ten spo­sób dotarło do mnie, że spo­tyka się rów­no­le­gle z nami obiema, tylko zapo­mniał mi o tym powie­dzieć. Zabo­lało, ale byłam tak zako­chana, że nie mia­łam siły odejść. Jesz­cze przez kilka mie­sięcy pró­bo­wa­łam wytrwać. On się tłu­ma­czył, a ja nie­na­wi­dzę zrzę­dzić. Łudzi­łam się, że w końcu wszystko się wypro­stuje. Teraz wiem, że popeł­ni­łam błąd.

Każ­dego dnia prze­ko­ny­wa­łam się, że mój part­ner jest ego­istą, oszu­kuje nas obie i nie ma sensu trwać w takiej rela­cji. Coraz bar­dziej nie paso­wało mi jego zacho­wa­nie, krę­tac­twa. W końcu sama sobie przy­rze­kłam, że ni­gdy wię­cej nie dam się wyko­rzy­stać. Ni­gdy wię­cej nie zako­cham się w męż­czyź­nie bar­dziej niż on we mnie. Tak posta­no­wi­łam i tego się trzy­mam.

Kiedy udało mi się wyzwo­lić z tego związku, choć mia­łam zale­d­wie osiem­na­ście lat, czu­łam, że doświad­cze­niami mogę obdzie­lić nie­jedną trzy­dziestkę. Dzięki temu na pewno doj­rza­łam prę­dzej niż moje rówie­śniczki.