Poza horyzont

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Portret i tablica nagrobna Jaksy w Bazylice Grobu Bożego w Miechowie



Jaksa Serbii książę ukochany – posąg z klasztoru norbertanek na krakowskim Zwierzyńcu


Replika Grobu Bożego w Miechowie


Oryginał Grobu Bożego w bazylice jerozolimskiej


Oryginał Grobu Bożego w bazylice jerozolimskiej


Widoczne grafitti wyskrobane na ścianach przez krzyżowców



Dom Generała w Miechowie


Procesja bożogrobców podczas liturgii Wielkiego Piątku w Bazylice Grobu Bożego w Miechowie


Kościół ss. norbertanek


André de Longjumeau, poseł papieża Innocentego IV do Chana Güyüka, podaje relikwie korony cierniowej królowi Francji Ludwikowi IX


BENEDYKT POLAK – POZA GRANICE ŚWIATA

Sypiący gęsto śnieg nie przeszkadzał pracującemu zakonnikowi. Brat Benedykt piłował bukowe pnie, a następnie rozrąbywał toporem na mniejsze szczapy, zdatne do pieca.

Lubił pracę na świeżym powietrzu, którą uważał za święty obowiązek każdego franciszkanina.

Dźwięk dzwonu oznajmiającego Anioł Pański rozległ się w momencie, gdy po raz kolejny wznosił topór. Wbił ostrze w pień i uklęknął na ziemi, żeby odmówić modlitwę.

Na kilka dni jazdy konnej za Kijowem kończyły się granice znanego świata. Co było dalej, co krył step niezmierzony i dalsze jeszcze krainy, nikt nie wiedział. Snuto więc najbardziej fantastyczne przypuszczenia. Nieznane budziło strach. Niektórzy w tamtych właśnie rejonach świata widzieli ziemie Goga i Magoga, skąd według dawnych przepowiedni miała nadejść zagłada, kiedy zło zamknięte za żelaznymi wrotami przez Aleksandra Wielkiego uwolni się w końcu i rozleje po innych krainach.

Rozpoczynał się rok 1245. Oczy całej Europy zwracały się ku wschodnim stepom w oczekiwaniu, aż wraz z lodowatym wichrem wychyną z nich mongolscy jeźdźcy, by zakończyć historię świata. Tymczasem stepy ciche były i puste.


Franciszkanin Jan di Piano Carpini stał przy rogatkach Lyonu. Zamyślone spojrzenie kierował na wschód. Nie widział wstającego wiosennego słońca, zapowiadającego nadchodzącą Wielkanoc 1245 roku, i nie czuł, jak bose stopy marzną w rosie poranka. W dłoni ściskał pismo papieża. List Innocentego IV, który miał dostarczyć do Wielkiego Chana Mongołów.

O ile ktoś taki w ogóle istniał. Na pewno jednak istnieli Mongołowie. Jan nigdy ich nie widział, ale spotkał ludzi, którzy uciekali z Węgier. Po skośnookich bestiach przyszedł głód. Po głodzie wilki, które zawsze mnożyły się, mając pod dostatkiem niepogrzebanych zwłok. Gdy utuczyły się ludzkim mięsem, zaczęły ścigać po gościńcach i pożerać pozostałych jeszcze przy życiu ludzi. Kraje zamieniały się w pustynie.

Wydawało się, że nic już nie powstrzyma tatarskiej fali. Jak pisali kronikarze: „…strach śmiertelny opanował Europę; widziano nadchodzący koniec świata. Nakazano wszędzie posty, bito w dzwony, urządzano modły przebłagalne; dzień i noc stały dla ludu otwarte kościoły ku przygotowaniu się do śmierci”. Poginęli w walce panowie węgierscy, padł książę polski Henryk. Europa szykowała się do ostatniej bitwy bez większej nadziei na zwycięstwo. Były to jednak czasy, w których królowie byli zarazem rycerzami, a sercem i ręką ich kierowała odwaga i wiara. Jan słyszał kiedyś, jak Ludwik zwany IX podczas odwiedzin w ich klasztorze powiedział: „Albo my ich pokonamy i odeślemy, skąd przybyli, albo oni nas. Wtedy staniemy przed bramami nieba jako męczennicy”.

Kiedy już wojska Batu-chana gnały do szturmu tłumy jeńców, żeby swoimi ciałami zasypali fosy Triestu, a pod Wiedniem znaleziono strzałę tatarskiego zwiadowcy, nagle wojownicy ze wschodu zniknęli. Nie wiedziano, czy był to podstęp, czy też ręka Boża wstrzymała jeszcze apokalipsę, żeby dać ludziom czas na nawrócenie.

A teraz on, Jan Carpini, niegdysiejszy towarzysz świętego, skromnego Franciszka, miał wyruszyć w nieznane i iść przed siebie tak długo, aż dotrze do Wielkiego Chana i zaniesie mu papieski list. List, który był napomnieniem, a zarazem propozycją… sojuszu. Mongołowie potrafili walczyć i zwyciężać. Nie znali litości, a świat nie znał potężniejszej machiny wojennej niż ta uruchomiona niegdyś przez Czyngis-chana. Kto myślał inaczej, po tym i po całym jego narodzie pozostawały tylko góry usypane z czaszek, tak jak z 400-tysięcznej armii Turków chorezmijskich, rozniesionej w pył na szablach i kopytach przez stepowych jeźdźców.

Cechą ludzi wielkich jest osiąganie celów, które są do osiągnięcia niemożliwe. Innocenty IV postanowił obrócić mongolskie ostrza przeciw Saracenom. Pozostawała tylko drobnostka. Poselstwo to należało dostarczyć. Jan nie mógł zrobić tego sam. Potrzebował kogoś, kto zna języki i wie cokolwiek o Mongołach. Wiedział, dokąd ma iść szukać towarzysza. Prawdę mówiąc jednak, o polskich księstwach wiedział niewiele więcej niż o wschodnich stepach. A to, co wiedział, nie napawało go otuchą. W Lyonie była właśnie Wielkanoc i pełnia wiosny. Tymczasem tam, jak słyszał, o tej porze roku mógł leżeć śnieg. Wstydził się też zapytać opata, ale w pamięci utkwiło mu, jak brat Gotfryd powiedział kiedyś, że ludzie porośnięci są tam futrem. No bo z chodzeniem na czterech nogach to chyba nie mogła być prawda…

Westchnął ciężko. A mógł zostać w słonecznej Italii.


Jan Carpini stał przed furtą wrocławskiego klasztoru franciszkanów – po przekazaniu furtianowi listu, w którym polecał się opiece polskich zakonników, czekał aż ten powróci, by wprowadzić go do środka. W drogę wyruszył kilka miesięcy temu, lecz dotychczas posuwał się powoli.

Dziwiło go, że klasztor był duży, murowany i piękny. „Zupełnie jak u nas” – pomyślał zaskoczony. „Oczywiście u nas nikt nie budowałby już w stylu romańskim, ale te wieże i okna… całkiem udane”. Rzeczywiście w Polsce było dużo zimniej niż we Francji, ale poza tym kraj wydawał się cywilizowany.

Usłyszał kroki i zgrzyt otwieranej zasuwy.

– Opat prosi, żebyś wszedł, bracie. Nie może cię teraz przyjąć, ale będziesz pod opieką brata Benedykta. Vade me cum.

„Proszę, proszę, i łacinę tu znają” – pomyślał Jan.

Na brata Benedykta poczekać miał w krużgankach, aż wróci z ogrodu, gdzie udał się podobno, by nakopać rzepy, która została jeszcze z zeszłego roku. Siadł na wąskiej kamiennej ławce. „Po takiej drodze może być i rzepa, chociaż nigdy nie słyszałem, żeby święty Hieronim wspominał o takiej potrawie”. Podczas gdy próbował wyobrazić sobie, co kryje się pod tą nazwą, jego oczy zaczęły się zamykać, aż w końcu przysnął oparty o ścianę.


Zbudził się nagle. Przed nim stała potężna postać, zasłaniająca sobą całe światło. Odruchowo wyciągnął ręce, żeby się osłonić przed intruzem, i wtedy oblał go zimny pot. Prysnęły wszystkie racjonalne myśli. Jego dłonie natrafiły na futro! Gęste, pokręcone, prawdziwe kudły! „Na Boga! Gotfryd miał rację! Oni mają futro! To nie ludzie, to monstra!” Wydobył z siebie wysoki krzyk i poderwał się, żeby rzucić się do ucieczki.

Monstrum również krzyknęło, chociaż raczej basem. Niewątpliwie jednak ludzkim głosem.

– Słodki Jezu! Dlaczego brat tak się drze! Jestem Benedykt. Polak. Razem udamy się w dalszą drogę. Ale to dopiero za kilka dni. Chłodnawo jeszcze, więc i dla brata muszę znaleźć coś do okrycia. Na razie proszę, weź ten kożuch barani, wybornie chroni przed zimnem.

 

To mówiąc, Benedykt ściągnął z siebie kudłaty kożuch, po czym, uśmiechając się szeroko, podał go Janowi. Pod kożuchem miał zwykły brązowy habit i z pewnością był zwykłym, chociaż rosłym, człowiekiem. Włoch chrząknął zażenowany.


Bitwa pod Legnicą. Mongołowie wznoszą na włóczni głowę księcia Henryka Pobożnego

– Coś musiało mi się przyśnić. Za dużo słucham, co inni plotą. Muszę popracować nad tą przywarą…

– Sen mara, Bóg wiara – stwierdził Benedykt. – Chodźmy do refektarza, bo się nam całkiem rzepa na piecu wysuszy. A potem gotujmy się do drogi. Słyszałem, że mamy razem wyruszyć do Tartarii.

Na skromną wieczerzę składały się oprócz rzepy podpłomyki i ciemne, wodniste piwo. Benedykt siedział na ławie i opowiadał, a Jan słuchał.

– Cztery lata temu książę Henryk stawił im czoła tu niedaleko, pod Legnicą. Początkowo zwycięstwo było po jego stronie, a może chcieli, żeby tak myślał. Mieli ze sobą potworną głowę na długim drzewcu. Z gęby wydobył się dym tak cuchnący, że nasi rycerze stracili moc w członkach. Po bitwie zaprowadzili pojmanego księcia Henryka przed trupa swojego dostojnika, który zginął wcześniej, jeszcze pod Sandomierzem. Wozili go ze sobą, chociaż już zaczął się rozkładać. Tam ścięli księciu głowę.

Benedykt popatrzył na Jana.

– To ludzie jak my, tylko chcą wzbudzać strach. Słyszałem, że w Paryżu powiadają, że celem Mongołów jest pielgrzymka do świętego Jakuba w Composteli. Albo zdobycie relikwii Trzech Króli z Kolonii.

– Cóż – powiedział Jan – w każdym razie to my mamy sprawdzić te pogłoski. Musimy ich poznać i dowiedzieć się, co zamierzają.


W lutym 1246 roku dojechali do Kijowa. Droga przez Ruś była niebezpieczna ze względu na zapuszczające się w te okolice grupy pogańskich Litwinów. Tylko dzięki opiece księcia brzeskiego Wasylki, który wracał z Mazowsza do Kijowa, dotarli bez szwanku do stolicy Rusi. Wieźli ze sobą spory zapas skór bobrowych i borsuczych, darowanych im po drodze przez księcia mazowieckiego Konrada i biskupa Prandotę oraz zakupionych ze środków własnych, jako uniwersalną walutę i podarki dla Tatarów.

Miasto znajdowało się już pod mongolskim jarzmem i chociaż ich samych niewielu było w grodzie, to grozą swego imienia utrzymywali mieszkańców w nieustannym przerażeniu.

Święto Oczyszczenia Pani Naszej, które później Świętem Ofiarowania Pańskiego nazwano, franciszkanie spędzili w Kijowie. Następnego dnia jednak po święcie, zaraz z rana dnia 3 februaris A.D. 1246, udali się do tysiącznika tatarskiego stojącego w mieście, aby oznajmić mu swój zamiar ruszenia w dalszą drogę, aż do wielkiego chana i cesarza wszystkich Mogołów, z poselstwem i listem papieskim.

Wysłuchawszy braci, naczelnik polecił im zostawić konie, którymi przybyli, i wziąć małe koniki tatarskie.

– Wasze konie nie poradzą sobie na stepie. Teraz jeszcze śniegi, runi zielonej nie ma. Do chana długa droga. Zostaną tutaj – łamaną ruszczyzną oznajmił Tatar.

– Zrobimy, jak mówisz. Każ, panie, swoim ludziom dać nam konie.

Tatar spojrzał na Benedykta.

– Ty dasz mi podarunki, ja dam tobie konie. To sprawiedliwe.


– Niech tak będzie.

W parę kwadransów stos bobrowych skór i tabunek krępych koni o długich ogonach i kudłatych grzywach zmieniły właścicieli.

Posłowie kierować się mieli cały czas na wschód. Innych wskazówek nie trzeba było, dzięki podróży w tę stronę niezawodnie musieli bowiem natrafić na straże mongolskie, które przydadzą im przewodników i skierują dalej, do kolejnych posterunków. Ile drogi było przed nimi i dokąd dokładnie zmierzali, nikt z Tatarów, słuchających ich pytań z obojętną twarzą, nie umiał – a może raczej nie chciał im powiedzieć.

Pozostało jeszcze znaleźć tłumacza. Okazja do tego nadarzyła się sama. Gdy bracia posilali się w karczmie, dosiadł się do nich miejscowy Rusin.

– Słyszałem, że wybieracie się do Tatarów. Znam ich mowę wybornie, bom wiele lat u nich w niewoli spędził. Wszystkich ich wodzów znam, bo na ostatku bratem mnie swoim uczynili i wszędy wielce mnie cenią. Jeżeli chcecie, pojadę z wami. Płacić dużo nie musicie, z serca pomogę. Ten mieszek wystarczy. – Wskazał na trzosik, w którym całkiem jeszcze sporo złota zostało.

Wieczorem na kwaterze bracia omawiali wydarzenia dnia.

– Ten człek jakby z nieba nam spadł – cieszył się Jan.

– Z takim podróż łatwiejsza, czuję się, jakbym już jej koniec widział. Tylko sporo to kosztuje… – Benedykt trochę był jednak zmartwiony.

– Nie grzesz bracie, nasz cel najważniejszy. Za to na zapasach możemy zaoszczędzić, z takim przewodnikiem nie zginiemy zresztą.


Zaraz za Kijowem drzewa stały się coraz rzadsze, a otwarte, trawiaste, teraz zaśnieżone połacie coraz częstsze. Nie był to jeszcze step właściwy, ale lasostep, na którym drzewa poczynały ustępować trawom i innym roślinom zielnym. W końcu lasy ograniczyły się tylko do dolin rzecznych, wzdłuż których rosły w formie wąskich, galeriowych pasów. Podróżnikom towarzyszyło kilku ludzi przydanych im przez tysiącznika oraz zgodzony za sowitą zapłatą tłumacz Rusin.

– Zważ bracie, jakie te konie zmyślne. Sześć dni już jedziemy, a obroku żadnego nie trzeba było dawać ani poić. Sucha trawa spod śniegu i śnieg sam – to im wystarczy. Nie dziwota, że Tatarom nikt w lotności nie dorówna. A i sami Tatarowie nad podziw są wytrzymali. Raz na dzień tylko garścią prosa się pożywią, a wieczorem suszonym mięsem. Nam zaś tylko proso podają…

– Co w Wielkim Poście nader jest wskazane, żeby mięsa nie jadać. A jeżeli głodny jesteś, frater, to przystańmy na chwilę, bom właśnie coś dostrzegł – to rzekłszy, Benedykt zeskoczył z końskiego grzbietu i począł grzebać między śniegiem i zeschłymi trawami. Po dłuższej chwili podniósł się z kolan i nasypał zdumionemu Janowi dwie garście ziarna.

– Nie wiem, kto tutaj korytarze wydrążył, ale w moich stronach można znaleźć kolonie susłów i nory piesków ziemnych, które pod ziemią zapasy z ziarna czynią. Myślę, że się z nami podzielą, zresztą nie wybrałem im wszystkiego, muszą jakoś do wiosny dotrwać.

– A mnie konie dziwiły, że zmyślne. – Zaśmiał się Jan i dodał: – Muszę to jako nową franciszkańską modę opowiedzieć, jak do Francji wrócę. To znaczy, jeżeli wrócę.

Jeszcze dużo później słyszał Benedykt, jak Jan mruczał do siebie: „Nie sieją, nie orzą, a Ojciec je żywi. A więc to rzeczywiście działa – genialne…”.

Około południa wstrzymali konie. Przed nimi na niewysokim wzniesieniu, na granicy wytężonego wzroku, rysowała się postać na koniu. Po dłuższej chwili do postaci dołączyło jeszcze kilku jeźdźców i razem puścili się galopem w kierunku braci.

Jeźdźcy byli niewysocy, lecz krępi. Benedykt i Jan po raz pierwszy mieli okazję przyjrzeć się wojownikom mongolskim w pełnym rynsztunku. Ubrani byli w spiczaste hełmy lub czapki okolone futrem, futrzane baranie lub wielbłądzie kożuchy, spod których wystawały skórzane pancerze, utworzone z połączonych pasów końskiej skóry, utwardzonej przez gotowanie i zabezpieczonej przed wodą. Pasy te przy schylaniu się i innych ruchach zachodziły na siebie, dając wojownikowi swobodę i ochronę zarazem, tak mocną, że skóry tej nie była w stanie przebić strzała z łuku. Skuteczną bronią przeciw mongolskim pancerzom były natomiast kusze, których stepowi koczownicy obawiali się wielce. Pod pancerzem nosili odzież jedwabną, lecz grubo tkaną, która powstrzymywała strzały, oplątując się wokół grotów, ponadto ułatwiała ich wyciąganie z ciała.

Każdy z wojowników miał dwa lub nawet trzy łuki i kołczany zaopatrzone w sześćdziesiąt strzał o różnym zastosowaniu. Ostrza ich, hartowane w słonej wodzie, dziurawiły pancerze. Innych strzał, o szerokich, płaskich, tnących krawędziach, używano do wyrządzania ran i siania wszelkiego spustoszenia z bliższej odległości. Inne jeszcze strzały wydawały świst przeraźliwy i nadlatując chmurą, siały panikę wśród przeciwników i ich rumaków; kolejnych używano do przenoszenia jakiejś diabelskiej substancji wzniecającej pożary w obleganych miastach.

Dowódca tatarski przy pasie miał jednosieczną, zakrzywioną szablę, a jego ludzie niewielkie topory i włócznie wyposażone w haki do ściągania w walce z siodła na ziemię.

Jeźdźcy otoczyli podróżnych i stanęli z łukami gotowymi do strzału. Jeden z ludzi dodanych zakonnikom przez naczelnika z Kijowa wysunął się do przodu i zaczął wykrzykiwać w niezrozumiałym języku. Widać prezentacja wypadła pomyślnie, bo po chwili dowódca polecił Tatarom schować łuki do sajdaków, a poselstwu jechać za sobą.


Mongolscy jeźdźcy stale ćwiczyli strzelanie z ciężkich łuków w pełnym galopie

Po dłuższej jeździe Benedykt podsunął się do tłumacza.

– Co to za ludzie i dokąd nas prowadzą?

– Do ich wodza o imieniu Korenza. O ile zrozumiałem, to jeszcze szmat drogi stąd.

Ciemność tymczasem zaczęła ogarniać ziemię. Gwiazdy poczęły błyskać na bezchmurnym, czarnym niebie, lecz przy samym gruncie podniósł się tuman, czyniąc dalszą drogę niebezpieczną, a nawet niemożliwą. Widząc to, naczelnik tatarski zarządził popas. Przystąpiono do tego z właściwą dla Tatarów szybkością. Część wojowników poczęła pętać przednie nogi koniom, a pozostali kopnęli się raźno po suche perekotypole. Po chwili zapłonęło ognisko, na którym poczęto piec upolowane za dnia suhaki. Tatarzy nie czekali, aż mięso podpiecze się bardziej, lecz odrywali gorące kawały i szarpali je zębami, aż tłuszcz z krwią spływał im po brodach.

Jan spoglądał na nich z przestrachem. Benedykt pochylił się ku niemu.

– Tylko patrzeć, jak do nas się zabiorą. Różnie, bracie, o Mongołach powiadają…

– Nie wiem, czy sił mi na tę podróż starczy…

– Mi zaś starczy, tylko muszę się najpierw do pieczystego dostać, zanim go ci poganie do szczętu opędzlują. – Benedykt mrugnął wesoło do konfratra.

Przepchnął się grzecznie, lecz zdecydowanie, pomiędzy siedzącymi wokół ognia Tatarami i nożem odciął najbardziej przypieczony kawał suhaka. Drugi podał Janowi. Po chwili obaj ruszali energicznie szczękami.


Droga do obozu Korenzy zajęła niemal dwa tygodnie. Pewnego dnia poczuli dym, a Tatarzy popędzili konie.

Obozowisko składało się z wielu wojłokowych jurt, ustawionych w ordynku wokół namiotu dowódcy. Nieopodal obozowiska znajdował się rozległy plac dla dziwnego, czarnego, długowłosego bydła o rozłożystych rogach. Stada owego bydła pędzone były poza obóz, gdzie pod śniegiem szukały pożywienia. Konie wojownicy trzymali w większości przy jurtach, aby w każdej chwili być gotowym do walki lub pochodu. Kobiet i dzieci nie było wśród Mongołów, których stacjonowało tu około sześciu tysięcy.

Pobyt w obozie dostarczył podróżnikom nowych informacji, dla których zebrania, obok poselstwa, zostali posłani. Zauważyli, że Mongołowie, zwani w Europie Tatarami, mogą obejmować różne narody, zjednoczone pod jednym władztwem.

Korenza przyjął franciszkanów, jednak nie udało się z nim rozmówić.

– Co mówi wódz? – dopytywali się tłumacza bracia.

– On chciałby, to znaczy mówi, że… o ile dobrze rozumiem… w zależności… Nie powiem dokładnie…

– A teraz co powiedział?

– Batu-chan, on mówi Batu-chan!

– Tyle to sami wyrozumieliśmy i bez twojej pomocy – powiedział Benedykt i mruknął po cichu do Jana: – Kozia… trąba, a nie tłumacz.

Zrozumieli tyle, że Korenza kazał jechać dalej do Batu-chana. Był to pierwszy wódz, który tylko cesarza słucha, ten sam, który spustoszył ogniem i żelazem Węgry i niemal cały rodzaj ludzki w tym królestwie wygubił. Pojechali więc, tylko najpierw tłumacza odesłali z powrotem, zobaczyli bowiem, że pierwszy raz słysząc, sami równie dobrze chyba język Tatarów znają, co ich tłumacz.

 

Korenza również kazał zostawić sobie podarki. Bracia wybrali skóry jaźwców, których jako mniej cennych zakupili więcej jeszcze w Polsce, a które słabo znane Mongołom, budziły ich zaciekawienie. 26 lutego wędrowcy ruszyli dalej.

Kiedy jechali z obozu Korenzy, zaszli w końcu w stepy tak głuche, że wydawało im się, iż widzą kraniec świata, za którym jest już tylko owo słynne Morze Ciemności. Niezmierzona przestrzeń przed nimi pokryta była lodem, od którego dochodziły przeciągłe dźwięki, przypominające wołanie morskich lewiatanów. Za lodem, tam gdzie ledwie sięgali wzrokiem, roztaczała się wielka płaszczyzna czarnych wód.

Benedykt wraz z towarzyszem patrzyli zadziwieni. Po chwili dołączył do nich jeden z Tatarów, z których języka poznali już kilka słów.

– O ile się nie mylę, przed nami jest rzeka, a po szerokości wód można wnosić, że także coś znacznie od rzeki większego. W Kijowie jeszcze słyszałem o wielkich rzekach w tej stronie, z których pierwszą miałby być Dniepr. Nad największą stoi Batu-chan – powiedział Jan.

– Przypominam sobie teraz, że gdy studiowałem w klasztorze dzieła pogańskich mędrców, czytałem o morzu, nad którym leży Konstantynopol. My tymczasem moglibyśmy być przy jego północnych brzegach – odparł Polak.

Ryzykowna przeprawa przez spętany lodem Dniepr i zamarznięte przybrzeżne wody Morza Czarnego trwała kilka dni. Wyprawa utrzymywała kierunek wschodni, podążając w stronę niezbadanego serca największego kontynentu świata.


Chociaż rano po nocnym wypoczynku trzeba było odkopywać się nieraz spod śniegu, gdyż ani wędrowcy, ani prowadzący ich Tatarzy nie wieźli ze sobą namiotów, w powietrzu czuć było zbliżającą się powoli wiosnę. Pewnego ranka o dwa strzelania z łuku od miejsca, w którym spędzili noc, wylądowało liczące tysiące ptaków stado żurawi. Tatarzy nie zwracali na nie uwagi, wiedząc, że czujne ptaki są poza ich zasięgiem, a podejść bliżej się nie dadzą.

– Spójrz, Janie, podobne do naszych, ale to inne ptaki.

– Strabon powiada, że żurawie toczą krwawe walki z narodem Pigmejów, który na te ptaki nastaje. Mali ludkowie dosiadają kóz i owiec, najeżdżają lęgowiska i porywają jaja. Nieraz widuje się przecież wędrujące ptaki ze skrzydłem przeszytym strzałą. Żurawie napadają w zemście na wioski Pigmejów i przebijają ich dziobami jak dzirytami.

– Jeżeli to prawda, to daleko na południe od nas, wzdłuż brzegów Etiopii i Azji, jest olbrzymi ocean. Tam żurawie spędzają zimę i stamtąd właśnie wracają.


Oczekując na wybór nowego chana, Benedykt Polak mieszkał w jurcie, którą nazywał namiotem

W ogóle przyroda poczynała powoli budzić się do życia. Od lewego brzegu Dniepru step usiany był kopczykami szerokimi na dwa kroki i wysokimi na łokieć – usypały je bobaki. Na kopcach tych w pierwszej kolejności, jako wysuniętych spod śniegu i wystawionych do słońca, poczynała pojawiać się zieloność mchów, które wczesną wiosną pokryć miały całą równinę.

Na postojach Mongołowie rozkopywali kopczyki i wydobywali spod ziemi bobaki. Piekli je potem wieczorami, a po oprawieniu sporządzali worek ze skóry bobaka, w którym zaszywali mięso i żar z ogniska. Mięso tak przyrządzone było żylaste, lecz całkiem smaczne.

Orły stepowe tokowały wysoko na niebie, wypatrując miejsc na stepie dogodnych do założenia gniazda. Dzikie konie opuszczały cieplejsze nadbrzeżne tereny i przesuwały się w głąb stepów. Rozległe pławnie poczynały napełniać się wodą z topniejącego śniegu, a czarnomorskie limany zaroiły się od powracającego ptactwa. Suche, zeszłoroczne bodiaki szumiały w cieplejszym wietrze. Step w południe rozmiękał, co spowalniało jazdę.

Od opuszczenia Kijowa minęło już półtora miesiąca, a cały czas spędzili w drodze. Tatarzy pytani o wielkiego chana odpowiadali jednak, że to dopiero początek podróży i że droga potrwa jeszcze kilka miesięcy. Benedykt zrozumiał, że przyjdzie im wędrować poza granicami znanego świata, a nawet dalej niż sięgała wyobraźnia.


W XIII wieku mongolscy wojownicy wyruszyli na podbój świata

Wkrótce drogę przegrodziła im kolejna wielka rzeka. Był to Don. Zwiastował bliskość siedzib Bicza Bożego – niepokonanego Batu-chana.

Wezbrane wody Donu przedstawiały groźny i malowniczy widok. Bura, mętna woda kołowała, wybijała kipielą od dna i spływała na południe, w kierunku morza.

Tatarzy zsiedli z koni i poczęli ściągać odzież, którą chowali do skórzanych, ściąganych worków, które każdy miał przytroczone do siodła na taką właśnie okazję. Ze szczególną troską opatrzyli łuki, chroniąc ich cięciwy od zamoknięcia osłonami z kiszek zwierzęcych.

Jan i Benedykt również ściągnęli habity.

– Ostatni raz siedziałem w balii w Lyonie na Wielkanoc 1245 roku. Po impregnacji kożuchów naszych towarzyszy wnoszę, że też dawno nie zażywali kąpieli.

– Za to wprawą w przepływaniu rzek nie ustępują psom morskim – zauważył Polak.

Dwóch Mongołów płynęło już obok swoich koni, trzymając się za ich grzywy. Prąd wody znosił ich szybko w dół rzeki, lecz powoli przesuwali się ku jej środkowi. Wkrótce widać było już, że przepłyną. Pozostali zaczęli wchodzić z końmi do wody.

– W imię Boże, nasza kolej!


Do ułusu Batu-chana przybyli 4 kwietnia, w sam Wielki Czwartek, niemal rok po opuszczeniu przez Jana Lyonu. Obóz, nazywany Saraj-batu, położony był nad wielką rzeką Wołgą. Dostęp do Batu, najważniejszej po chanie osoby w państwie mongolskim, nie był łatwy. Posłowie musieli zatrzymać się o milę przed obozem, a dwaj Tatarzy pojechali przodem. Gdy wrócili, kazali franciszkanom jechać za sobą.

Niedaleko namiotów Batu, pięknych i okazałych, które zostały zdobyte na królu Węgier Beli IV, Polak i Włoch zsiedli z koni. Przed nimi płonęły dwa wielkie ognie, tworzące jakby bramę, za którą stał wóz ze złotą figurą pierwszego chana. Wygolony na szczycie głowy dostojnik mongolski wskazał na migi, że franciszkanie mają przejść pomiędzy płomieniami.

Benedykt spojrzał na Jana, a Jan na Benedykta.

– Być może właśnie zakończyliśmy naszą podróż. Jeżeli jednak mielibyśmy oddać cześć pogańskiemu ogniowi, to lepiej żebyśmy zginęli.

Spojrzeli na Mongoła.

– Nie możemy tego uczynić. Oddajemy cześć tylko Jedynemu Bogu.

Miejscowy tłumacz szepnął coś szybko Mongołowi, a ten popatrzył na zakonników.

– Nie musicie kłaniać się ogniowi. Przejdźcie tylko przez niego, żeby wypalił wszystko, co mogłoby być fałszem, zdradą albo trucizną. Tak czyni każdy, kto chce zobaczyć Batu – przekazał przez tłumacza.

Dopiero po tym tłumaczeniu zakonnicy spełnili zadość zwyczajowi i złożyli dary dla wodza: 40 skór bobrowych i 80 borsuczych.

Do Batu-chana zostali zaprowadzeni kilka dni później. Pouczono posłów, że muszą po trzykroć przyklęknąć na lewe kolano i pod żadnym pozorem nie stanąć na progu – groziła za to kara śmierci, którą wykonywano niezwłocznie i bez odwołania. Batu przyjął ich, rozsiadłszy się na podwyższeniu z jedną ze swoich żon. Poniżej znajdowali się synowie księcia tatarskiego, a wokół pozostali: mężowie po prawej, a kobiety po lewej. Nad Batu na wbitej w ziemię włóczni powiewał ozdobny daszek, który noszono nad nim, gdziekolwiek jechał.

Batu-chan przeczytał przetłumaczony list papieski i kazał posłom jechać dalej. Przydzielono im nowe konie oraz nową eskortę i pozwolono zostać jeszcze trochę w obozie, dzięki czemu bracia mogli odprawić mszę w dzień Narodzenia Pańskiego.

Mongołowie nie wzbraniali im tego, zajmując się swoimi zwyczajnymi czynnościami. Kilku z nich dołączyło się nawet i brzdąkało na cięciwach łuków w uroczystych momentach.

Nazajutrz rankiem Jan poczuł, że zalewają go zimne fale i nie może złapać oddechu. Zerwał się ze skromnego posłania w obawie, że Wołga wystąpiła z brzegów, i wzrok jego padł na Benedykta stojącego z cebrzykiem w rękach.

– Nie znasz bracie śmigusa? To stary i zacny zwyczaj… – rzekł z nieco niepewną miną, patrząc na łapiącego wciąż oddech Włocha.

– Topienie Bogu ducha winnych ludzi nazywasz zacnym zwyczajem?!

– Racja, że raczej panny się wodą w ten poniedziałek polewa, ale może i tobie przyniesie to szczęście.

– Zastanawiam się czasem, czy bliżej nam do siebie, czy tobie do Mongołów… bracie. Wiele jeszcze ćwiczeń duchowych i pracy widzę przed tobą – Jan, chociaż mokry, uśmiechnął się jednak. Po czym w zgodzie zasiedli do skromnego śniadania.

Następnego dnia, to jest we wtorek po Wielkanocy, dnia 10 kwietnia, opuścili Saraj-batu. Na drogę zostali zaopatrzeni w ryby, w które Wołga wyjątkowo obfitowała. Najbardziej osobliwe z nich były giganty na sześć i siedem kroków długie, a tak ciężkie, że złapaną na sznur z wody dwa konie wyciągać musiały. Na grzbiecie miały rząd jakby kościstych tarczek i dziwaczny, wydłużony pysk z wąsikami. Przypominały jesiotry, lecz dorastały znacznie większych od nich rozmiarów.


W czas jakiś po opuszczeniu Batu bezkresne łąki zazieleniły się całkiem, aż nagle, dziw nad dziwy, całe pokryły się jak okiem sięgnąć żółtymi i czerwonymi kwiatami o dużych, wonnych kielichach. Bracia nie mogli napatrzyć się na to zjawisko i widać było, że nawet Mongołowie, chociaż zapewne nie pierwszy raz cud taki widzieli, pozostają pod wrażeniem morza kwiatów.

Niekończąca się podróż przez stepy nie była monotonna. Jeszcze podróżni nie nasycili oczu barwą kwiecia, a już wjechali w kraj Komanów, u nas zwanych Połowcami, którzy niegdyś księstwa ruskie i Polskę najeżdżali, dziś przez Tatarów po części wygubieni byli, a po części na niewolników obróceni.

Ziemia była tam bardziej sucha, a zamiast traw i kwiatów porastał ją piołun. Konie mongolskie nie jadły go, jako trującego, lecz wybierały, inne rosnące pomiędzy nim, zioła. Od forsownej jazdy na ciałach Benedykta i Jana pojawiły się odparzenia i rany, więc za radą Tatarów owinęli członki pasami z płótna zapobiegającymi otarciom.


Mnisi na audiencji u Chana Güyüka

Następnie, aż do Wniebowstąpienia Pana Naszego, które na 17 maja przypadało, jechali przez kraj Kangitarów. Ludzi nie napotykali wcale prawie. Nieliczni mieszkańcy nie uprawiali roli i nie budowali domostw, lecz podążali za swoimi stadami, mieszkając w namiotach. W ziemi tej przyszło podróżnym przeprawiać się przez błota słone i rozległe i przez tak samo słone rzeki. Rozprawiali między sobą bracia, czy są to owe słynne Błota Meotydzkie. Nie mogąc zgodzić się co do tego, pytali swoich przewodników. Ci jednak o takich błotach nie słyszeli – wskazując na słone wody, wymieniali tylko nazwę Syr-Darii.