Kossakowie. TangoTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Joanna Jurgała-Jureczka

Kossakowie. Tango


ISBN 978-83-8202-108-0


Copyright © Joanna Jurgała-Jureczka, 2020

All rights reserved Redaktor prowadzący Jan Grzegorczyk Redaktor językowy Paulina Jeske-Choińska Projekt okładki i stron tytułowych Agnieszka Herman Skład komputerowy Teodor Jeske-Choiński Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Seans

Kraków, 1908

Wojciech Kossak, słysząc pukanie, gestem zatrzymał służącego i sam otworzył drzwi.

— Oto moje królestwo! — Ukłonił się z przesadną atencją. Teatralnie.

— Kazałem napalić, żeby nóżki kochanej pani Zofii nie marzły, wszak to początek grudnia. Choć my tutaj — szerokim gestem wskazał wnętrze i pochylonych nad sztalugami uczniów — przyzwyczajeni jesteśmy do wszelakich niewygód. To pracownia, nie salon. Z chęcią oprowadzę i objaśnię, co w tej rupieciarni nagromadziły już dwa pokolenia Kossaków. Oto namiot…

— Ten, który szyła matka? — przerwała mu Zofia, przyglądająca się wszystkiemu z ciekawością. Wojciech przytaknął i już tylko na niej skupił uwagę. Poruszała się z wdziękiem, ale nie była zwiewna i szczupła, ani, broń Boże, koścista. Była taka, jak lubił.

Robiła wrażenie zaciekawionej wszystkim małej dziewczynki. Bo i była młoda. Skończyła dopiero dwadzieścia sześć lat. Mężowi, Ferdynandowi Hoesickowi, starszemu od siebie o lat piętnaście, zdążyła już urodzić córkę i stworzyć domowe ognisko, jakiego pragnął. Najpierw w Warszawie, a potem w Krakowie.

Tego dnia, w którym miała po raz pierwszy pozować do portretu Wojciechowi Kossakowi, ubierała się szczególnie długo. Sukienka od Hersego, oczywiście, nie inaczej. Czerwona z białą bluzką, zakończoną stójką z koronką. I taka sama, prześliczna koronka przy wąskich, ciasno opinających ręce mankietach. Do tego starannie ułożona fryzura — włosy upięte w wysoki kok. I rodzinna biżuteria Lewentalów — perłowe kolczyki.

Miało być szykownie, gustownie i olśniewająco. I było. Modny gorset, wyginający sylwetkę w kształt litery „S”, uwierał i przeszkadzał swobodnie oddychać, czarny szeroki pas ściskał nieco powyżej talii, ale i Ferdynandowi, i jej zależało na tym, żeby portret był zachwycający. Trzeba było wytrzymać — i wielogodzinne pozowanie, i niewygodny strój.

Zofia wciąż nie zdjęła jeszcze zimowego okrycia i dłonią przytrzymywała otulający szyję kołnierz z lisa. Już chciała go zsunąć, ale Wojciech, spojrzawszy na nią uważnie, zaprotestował:

— Ależ nie! Z takim wdziękiem go pani podtrzymuje. I ten mały paluszek tak cudownie skierowany ku górze! Proszę spojrzeć w lustro. O, najpierw może futro zdejmiemy…

Podał je stojącemu za nim Ferdynandowi. I w tym momencie jakby dopiero zrozumiał, że nie jest z Zofią sam na sam.

— Drogi panie, jak zapowiedziałem, jest wszystko, co pozwoli małżonkowi przeżyć te nudne chwile, podczas których my będziemy pracowali. Są papierosy i gazetki. Dzisiejsze świeże numery. Poranne wydania… I kawa. Bo, moi państwo, pierwszy seans jest zwykle po to, żeby modelka mogła przybrać jak najlepszą pozę i żeby malarz…

— Ależ wiemy, wiemy — przerwał mu Ferdynand. — Axentowicz nie tak dawno portretował Zofię, a i ja, jako liczący się literat, mam już i swoje portrety, i popiersia…

— Oczywiście, oczywiście — przytakiwał Wojciech z roztargnieniem, odwracając twarz Zofii w stronę okna i patrząc w jej oczy tak intensywnie, że aż spuściła wzrok.

— To urocze nakrycie głowy zostawimy… Tak… Stercząca, biała ozdoba dodaje nadzwyczajnej kokieterii. Wprost nadzwyczajnej!

Delikatnie chwycił Zofię za ramiona, odwrócił w stronę lustra. I stanął za nią. Bardzo blisko. Przyjrzał się. Jeszcze bardziej zsunął z ramion futrzany kołnierz z lisa, dotknął delikatnie jej dłoni.

— Gdyby pani zachciała łaskawie ten mały paluszek… W górę… O, tak. Znakomicie. I niechże się pani uśmiechnie. Nie? A do mnie, swojego malarza? Bardzo proszę. Tak filuternie, jak tylko pani potrafi.

Z zadowoleniem patrzył, jak rozjaśnia się jej twarz, wziął się pod bok, jak zawsze wówczas, kiedy pozował do fotografii, i tak został uwieczniony przez Ferdynanda, który zaopatrzony w swój ulubiony aparat, zrobił zdjęcie właśnie wtedy, kiedy jego żona i malarz — Wojciech Kossak, patrzyli w tym samym kierunku. Przyglądali się swojemu odbiciu w lustrze.

***

— A mówiłeś, panie Wojciechu, że będzie nudno. Ależ skąd! Dawno się tak dobrze nie bawiłem!

Ferdynand siedział w głębokim fotelu, pił kawę przyniesioną przez Ignacego i opowiadał o swoich literackich sukcesach, o przedmałżeńskich podbojach miłosnych. O tym i o tamtym.

— Albo Micia, kobieta jak grzech wcielony. Co za oko! Co za łydka! Majętna i namiętna wdówka. Zjawiskowa! Przeżyłem z nią upojne chwile. Wprost nie do uwierzenia! Wszystko to kiedyś opiszę.

Upił łyk kawy, odstawił filiżankę na spodeczek. Wojciech oderwał wzrok od stojącej nieruchomo modelki. Roześmiał się:

— Ależ kobieciarz z pana! No, no! Nieomal taki, jak ja! Choć z tego, co słyszę, to ja powinienem się u pana zaciągnąć jako czeladnik. Prawdziwy mistrz flirtu! I czytałem, czytałem. Książki i smakowite artykuły, i nowelki miłosne. Winszuję. Lubi pan zaglądać do alkowy, nawet wielkim i uznanym. Ot, choćby Słowackiemu, Szopenowi…

— I Krasińskiemu — podpowiedział Hoesick. — I jeszcze…

— I jeszcze Kossakowi. Co? Chciałbyś pan podejrzeć przez dziurkę od klucza? Choć może nie mam aż takiej sławy, ale słabość do niewiast i owszem. Tąż samą!

Zbliżył się do Zofii, poprawił fałdy sukni i spojrzał w oczy. Wrócił do sztalugi.

— Cudowna płeć piękna. Jakże ja za nią przepadam! Wszystko zło, jakie mnie spotkało, pochodziło z rąk tej brzydszej części ludzkości, tych egoistów włosiastych tam, gdzie nie trzeba, a łysych także nie na swoim miejscu… O, pardon…

Przerwał, udając zmieszanie. Ferdynand uśmiechnął się krzywo i przygładził sterczące dookoła łysiny włosy, a Wojciech kontynuował:

— Nie, doprawdy, gdybym był kobietą, wyjechałbym na Lesbos i pieścił bez opamiętania…

Zofia poruszyła się, westchnęła. Spojrzała w lustro, dotknęła dłonią policzka i spróbowała na powrót przyjąć niewygodną pozę.

— Podaj mi łyk wody, Duniu — poprosiła.

Ferdynand wstał.

— Musimy mówić ciszej. — Wojciech Kossak zniżył nieco głos, kiedy Ferdynand wrócił do stolika. — To są nasze męskie sprawy. Niestosowne dla uszka tak delikatnego…

— A wracając do Mici… — Mąż Zofii rozsiadł się wygodnie. — Właśnie tego lata, kiedyś pan przyjeżdżał z Berlina nad morze, mieliśmy swój mały romansik. Cudowne tête-à-tête. Zależało nam na dyskrecji. Bo po co mają w Warszawie wiedzieć, że gruchamy jak dwa gołąbki.

— Rozumiem!

— Chyba nie! Bo siedzieliśmy właśnie w koszu na plaży, całowali się namiętnie, a pan i, zdaje się, kuzyn…

— Ach, tak, Kazio Puławski.

— Tak, on! Zamiast nas dyplomatycznie nie zauważyć, zawróciliście, żeby zajrzeć do kosza i ukłonić się grzecznie.

— Jak to? — Wojciech udawał święte oburzenie, a oczy mu się iskrzyły rozbawieniem. — Jakże się nie przywitać? Przecież już wtenczas znaliśmy się doskonale. Zdaje się, jeszcze z Zakopanego. I jakże się ucieszyłem, kiedy po Krakowie rozeszła się wieść, że Ferdynand Hoesick, uznany i niezwykle wprost utalentowany literat, i jego śliczna żona na stałe zamierzają u nas osiąść. Nudny Krakówek ogromnie na tym zyskał. A panią Zofię od razu okrzyknięto gwiazdą…

— Ależ tak! Pamięta pan? — ucieszył się Ferdynand. — Na wieczorku u Janków Waligórskich była szopka noworoczna. Zanotowałem nawet obie zwrotki w moim pamiętniku…

— Pani Zofio, dość na dzisiaj, prosimy do nas! — zawołał Kossak i podszedł, żeby podać jej ramię. A kiedy ją prowadził do stolika, zaśpiewał na cały głos: „Kiedy tu z Warszawy spadła gwiazda nowa, zaraz obudziła z drzemki pół Krakowa…”.

— Niechże pan już przestanie — śmiała się Zofia, ale nie protestowała, kiedy objął ją i, wciąż śpiewając, tańczył w rytm piosenki:

Mnóstwo satelitów rozpoczęło krążyć,

Lecz gwiazda ku żadnym zbyt nie chciała ciążyć

Satelici się zmachali, z konstelacji wypadali…

— I teraz obrót! I ukłon! O, tak! Znakomicie!

— Dosyć. Siadaj. — Ferdynand wstał, podsunął żonie krzesło. Usiadła — A pan także niedawno powrócił z Berlina. Jak mi się zdaje, na stałe — zwrócił się do Wojciecha.

— A tak, tak! Choć cesarz mnie kochał nadzwyczajnie! I nie chciał wypuścić. Cóż, gdyby nie ta jego nieszczęsna przemowa antypolska w Malborku, pewnie do dziś bym tam siedział.

— I malował cesarza, i konie, i bitwy…

— I piękne kobiety, kochany panie. I piękne kobiety! Bo kobiety i konie wprost pasjami lubię…

 

— A ja nie umiem konno… — zmartwiła się Zofia kokieteryjnie. — A pan zawsze tak doskonale…

— Kiedy dosiadam mojej kochanej Sweetheart, którą nazywam aniołem w końskiej skórze, to przyjemność galopowania jest wprost nie do opisania. I stanowimy jedność z moją klaczą, jak z najukochańszą kobietą. Ale kiedyś cesarz…

Wojciech Kossak polecił przynieść świeżej kawy. Reszta pierwszego seansu należała już tylko do niego. Opowiadał, Ferdynand milczał, a Zofia śmiała się i domagała więcej i więcej…

— Proszę bardzo. Oto zawołano mnie kiedyś przed oblicze najjaśniejszego cesarza. A ja konia, którego mi dano, nie znałem jeszcze, więc ruszam. I co się okazuje? Że to zwierzę młode i pełne temperamentu ognistego. Więc gna wprost na świtę cesarską. Próbuję zatrzymać, ale gdzie tam! Pędzi jak oszalałe. Jak burza przelecieliśmy przed obliczem rozbawionego cesarza, który znał mnie doskonale jako wybornego jeźdźca. Zdążyłem jedynie zasalutować i bezradnym gestem wskazałam konia. I wstrzymałem w końcu największym wysiłkiem to nieobliczalne bydlę. Wracamy. Jadę tym razem ostrożnie. I co? Znowu to samo! Przed samym łbem cesarskiego konia przegalopowaliśmy! Tyle że w odwrotną stronę. Byłem wściekły, a cesarz wprost pokładał się ze śmiechu. A potem mi rzekł: „Cóż to za szalonego konia ujeżdżał pan dzisiaj, panie Kossak?”.

Nie przestając opowiadać, Wojciech wziął za rękę modelkę, upozował na nowo i znowu stanął za sztalugą.

— A za to, żem zawsze mówił, co miałem na myśli, bo bywało, że skrytykowałam cesarza za to lub owo — lubił się też i moim kosztem zabawić. Razu pewnego znów jestem blisko. Parada, konie i jeźdźcy w rynsztunku wojskowym. Wielki koniuszy wskazuje mi kasztana, którego dla mnie wybrał. Mój Boże! Nie jechałam nigdy dotąd na cielęciu ani na krowie, ale wyobrażam sobie, że to musi być podobne wrażenie. Senne to zwierzę szło drobnymi, niepewnymi krokami i, jak mniemam, osioł byłby szybszy. Dopadam więc po tej okropnej kompromitacji koniuszego, a on bez słowa wskazuje mi karteczkę, na której cesarz pan napisał… Wiecie, co napisał?

— Oczywiście, że nie wiemy, bo niby skąd — odpowiedział Ferdynand nieco zniecierpliwiony.

— Cesarz napisał: „Proszę dać Kossakowi najspokojniejszego konia z całej stajni, bo inaczej go znowu poniesie”!

Rozbawiona do łez, zarumieniona Zofia zaprotestowała, kiedy mąż powiedział, że na pewno jest już zmęczona. Nic nie pomogło. Ferdynand zaczął się żegnać.

— To wszystko, co pan tak barwnie opowiada, należy spisać i wydać.

Skierował się do wyjścia.

— Jeszcze tylko pomogę się ubrać mojej zachwycającej modelce…

— Ja to zrobię.

— Ależ nie! Nalegam! To moja słodka powinność — przerwał stanowczo i otulił jej szyję kołnierzem. Pomógł włożyć futro i dużo dłużej, niż było to konieczne, trzymał jej małą dłoń w swojej.

— Delikatna skórka… wprost cudowna. Łapka biała, kształtna… Jaką rozkoszą dla artysty jest podjęcie próby oddania i uwiecznienia tak doskonałego piękna — przemawiał szarmancko i znów teatralnie.

A kiedy Ferdynand opuścił ich na chwilę, wróciwszy do pracowni po zostawiony przez nieuwagę szalik, dodał już zupełnie innym tonem, ściskając aż do bólu dłoń Zofii i przyciszając drgający uczuciem głos:

— Bo malarz i modelka są, dzięki portretowi, związani na zawsze. Więzami nierozerwalnymi. I jak kochankowie, należą do siebie… Są sobie poślubieni. Jak od tego dnia ty i ja…

Wyrwała mu się, oswobodziła. Zmieszana skupiła wzrok na mufce, w którą pośpiesznie schowała głęboko obie dłonie.

Chwilę później Hoesick wziął opiekuńczym i władczym gestem żonę za ramię i wyprowadził w grudniowy, chłodny zmierzch, rozświetlony padającym od rana śniegiem.

Kotka

— Ach, Maniu, zaraz jak skończyłem w pracowni, poszedłem do klubu, więc ci nie zdążyłem powiedzieć, że dzień miałem nadzwyczajny! Wprost nadzwyczajny! Obraz mi się dzisiaj pięknie skomponował! Bajecznie! Taki jestem szczęśliwy!

Żona Wojciecha Kossaka, ubrana w szarą, domową suknię, uśmiechnęła się, a potem znów pochyliła się nad grubym zeszytem i sumowała rzędy cyfr.

— A nad czym ty tutaj, Mańciu najsłodsza, ślęczysz po nocy?

— Jeszcze nie zaczęłam nawet wieczornych pacierzy. Muszę zapisać nasze wydatki. Dużo tego…

Spojrzał jej przez ramię. Pensja kucharki, pensja Mikołaja, Julki, Marysi… mleko w listopadzie, fiakry… dobroczynność… pranie…

Szare życie…

Prawda, w tej sukni i ona jest szara, a on tak kochał kolory. Na szczęście wciąż jeszcze jego żona nosi ślady dawnej urody — jasnowłosa, drobna, niewysoka. Tak ufnie i chętnie tonęła kiedyś w jego ramionach, zachwycona nim i jego siłą. Teraz była nade wszystko wierną i zapobiegliwą strażniczką Kossakówki, wciąż zatroskaną o dzieci, o pieniądze, o wszystko…

— Co malowałeś? — zapytała, nie przerywając pracy.

— Portret. Wiesz, jak się cieszę, że portrety mają takie wzięcie. Drzwiami i oknami walą do mnie. Arystokraci, parweniusze. Wszyscy. Każdy chce mieć Kossaka. No i te babiszony, co tak na mnie lecą. Och, Maniu, pasjami to lubię! Nie patrz tak! — Roześmiał się. — Przy tylu tentacjach i tak rzadko przeciwko tobie zgrzeszę…

— Ale grzech nawet tak mówić…

— Porzuć, moja najdroższa, ten biblijny ton. Jestem taki kontent dzisiaj, że wina bym jeszcze albo koniaczku się napił. Co prawda w klubie… Ale… co tam! Świętuję dzisiaj nowe obstalunki. Sypią się jak z rękawa. Będziemy bogaci, moja Miziu. I kupię ci wieś! Tak, jak obiecałem!

Wojciech energicznie podszedł do drzwi, otworzył je i huknął na cały głos:

— Ignacy! Wina!

— Ciszej, ciszej. Cały dom zabiera się do spania. Sama pójdę. — Już była przy drzwiach, zaaferowana, niespokojna…

— Poczekaj, Mario… — usłyszała.

— Pan życzył wino. Koniak też przyniosłem, bo wiem, że pan lubi kieliszeczek.

— Dajże i idź spać. — Maria odebrała tacę, czym prędzej zamknęła drzwi, choć Ignacy już wsadzał głowę, żeby ciekawie się rozejrzeć po sypialni pani, a potem opowiedzieć reszcie służby, co tam się w nocy wyrabiało.

— Niedobrze tak przed nocą pić, a jutro musisz pracować od rana.

— Naleję ci.

— Nie! No może… troszeczkę.

Postawiła kieliszek na biurko.

— Co malowałeś? Kto dzisiaj pozował?

— Czekaj, po kolei. No więc, jak wiesz, powodzenie moje bierze się stąd, że studia robię z natury i są takie, że babom pochlebię. Jednej ujmę wdzięków pośladkowych, drugiej dodam. A one i mężowie się zapalą i kupią. I zapłacą, choćbym zażądał niemało.

Chodził po pokoju z kieliszkiem wina w dłoni. I mówił, a ona słuchała ucieszona, że jest taki młodzieńczy, zapalony do pracy, wciąż pełen planów. I taki sławny. Artysta. Jej mąż. Była z niego dumna.

— Opowiadaj… ja słucham, słucham. Tylko jeszcze tu skończę to, co miałam w planach… — Wzięła pióro, pochyliła się nad księgą wydatków, zaczęła wpisywać kolejne cyfry.

— Więc kto dzisiaj? — zapytała.

— A dzisiaj? Wyobraź sobie, Hoesickowa.

Pióro w jej dłoni znieruchomiało. Odłożyła je powoli.

— Zofia? — Poczuła, że zaschło jej w gardle, upiła łyk wina. — Czy to ta sama, o której opowiadano, że na balu w marcu, choć już od dawna zamężna, ubrała się wyzywająco, w czerwoną suknię… Nie wypada…

— A tak, tak. Byłem tam, bo mnie usilnie proszono, żebym zaszczycił… Suknię miała pąsową. I maskę. Twarzy nie było widać, dopiero potem, kiedy zdjęła, zorientowaliśmy się, że to Hoesickowa.

— Twarz ma podobno pospolitą. Nieherbowa jest. Mówią, że to Żydówka. — Spojrzała badawczo w stronę męża. — Taka młoda… Mogłaby być twoją córką.

— Co też ci przychodzi do głowy — oburzył się. — Jaką córką? I co to wszystko ma za znaczenie? Bogaci są oboje. Zapłacą dobrze. No i, wyobraź sobie, Maniu, dopiero co poczciwy Axent ją portretował! Po pierwsze — mój portret musi być o niebo lepszy. A po drugie — wiesz, jak figlarz wyłudził od tego naiwnego Hoesicka więcej, niż było umówione? Sprytnie. Więc było tak. Obraz gotowy, mąż przychodzi do pracowni, ogląda, cmoka z zachwytu. Na obrazie Zofia w balowej sukni, piękna, ponętna. Widziałem, niczego sobie… Ale, jak to u Axentowicza, wszystko zmanierowane — dodał z pewnym odcieniem lekceważenia. — A wracając do Zofii: figura wcale, wcale. Więc ten jej mąż się zachwyca. I co? I dowcipniś Axentowicz bierze do ręki nożyce i zabiera się, że niby chce pół portretu odciąć. Zdziwionemu i przerażonemu Hoesickowi mówi, że zamówienie brzmiało: do pasa, za tyle mu zapłacą, a on zrobił więcej…

— I co?

— I Hoesick dopłacił! I wszystkim o tym opowiada. Mnie także. A ja ją zrobię nie do pasa, tylko znacznie niżej. Już szkic gotowy. Dawno mi się tak nie udał za pierwszym razem!

Wojciech był rozpromieniony, podekscytowany. I choć nie miał w żonie wdzięcznej słuchaczki, bo wciąż pisała, od czasu do czasu potakując, to jednak opowiadał z przejęciem:

— Namaluję ją tak, żeby wyglądała zachwycająco! Już widzę, że to będzie mój najlepszy portret…

— Była z mężem? — przerwała mu niespodziewanie.

— Tak, tak. Wiesz, Mario, jak można pozwolić tak się tytułować? Dunio!

— Jaki Dunio? O czym ty mówisz?

— Nie wiesz? Ferdynanda Hoesicka tak nazywają. Z dzieciństwa mu chyba zostało. A inna rzecz, że to całkiem do niego pasuje. Dworują sobie z niego wszyscy, aż miło. Razu jednego opowiadał mi pewien zacny profesor, że pisze do niego: „Kochany panie Duniu”, ale atrament tak mu się rozmazał, że słowo „Duniu” wypisz wymaluj wyglądało jak „durniu”. Tylko jedna literka, a byłby człowieka na śmierć obraził. Tak się jakoś niefortunnie mu napisało…

— Poczciwy i dobry, tak o nim mówią. — Maria wzięła w obronę męża Zofii. — I znany pisarz. Artysta. Jak ty.

— No wiesz — zaprotestował gwałtownie — mnie do niego nie przyrównuj. Może i poczciwy, ale nie artysta, tylko grafoman okrutny! I do tego chwalipięta. Ale mniejsza z tym.

Uspokoił się. Pochodził jeszcze chwilę po pokoju. A potem usiadł na kanapie, zamyślony. Pił wino, a Maria znów powróciła do swoich obliczeń. Obserwował ją.

— Zachodzę do twojej sypialni stęskniony, spragniony… — powiedział nagle. — A ty nawet na mnie nie patrzysz.

— Bój się Boga, Woniu. Co też mówisz… Ciszej… — Spłoszona wstała od biurka i sprawdziła, czy drzwi są dobrze zamknięte. — Nie jesteśmy już młodzi. Jeszcze kto usłyszy. Zawsze, jak tak żartujesz…

— Nie żartuję! — oburzył się, znów za głośno.

Zaśmiał się, widząc jej zmieszanie.

— Daruj — jęknęła. — Ty sobie dworujesz, a ja się boję, że Lilka albo Madzia, a nie daj Bóg nasz Juruchna będzie tędy przechodził… Co by o nas pomyśleli? Mamy obowiązki rodzicielskie. Powagę trzeba zachować, nie o takich rzeczach nam już teraz myśleć. To prawie starość…

— Zlituj się, Maniusiu. Jaka starość? Sił mam tyle, ile dwudziestolatek. Błagam cię! Nie mów tak!

Był wyraźnie poirytowany. Już nie liczyła, odłożyła pióro, zamyśliła się.

Mój Boże… Miała już prawie pięćdziesiąt lat. Od jakiegoś czasu starała się nie patrzeć w lustro. Więdła. Nic na to nie można było poradzić. Zresztą, troje dzieci i wieczny strach… Bo noce z nim kiedyś były takie odurzające i piękne, ale potem… Potem bywał coraz bardziej natarczywy, do bólu… A ona musiała w niepokoju czekać, czy czerwona armia — taki wymyślił dla nich szyfr określający menstruację — nadejdzie o zwykłej porze, jak co miesiąc nadejść powinna… Prosiła więc o wstrzemięźliwość, bo ksiądz na spowiedzi tak radził, ale Woniu, jej kochany Woniu…

Wiedziała już, że kiedy nadejdzie ten dzień i córki będą szły za mąż, powie każdej z nich:

— Moje dziecko, to są bardzo przykre i bolesne sprawy, ale widzisz, Pan Bóg już tak to urządził, że mężczyzna musi…

Spojrzała na niego. Milczał.

Nie mogła wiedzieć, że wciąż widział dłonie portretowanej dzisiaj Zofii, jej figurę, że wyobrażał sobie, co kryje się pod suknią, jakie wdzięki młodej kobiety, która, choć chyba nie wiedziała, jak uwodzić, to jednak miała w sobie coś… Axentowicz to wydobył, szelma. Ten jej wdzięk, jej nagie ramiona, pochylenie głowy, wysmukłą szyję. Wzrok zza półprzymkniętych powiek, kiedy jest jakby nieobecna, trochę senna…

Widzieli takie kobiety. Kotki, przeciągające się leniwie, z rozkoszą…

Do żony wtenczas pisał:

Już widzę, jak w Krakowie będą mnie klepać po ramieniu i ze znaczącym uśmiechem powiedzą: — Cóż tam, panie Kossak, nie traciłeś pan czasu… Gdyby prawdę wiedzieli, pomyśleliby, żem impotens…

 

Niezupełnie tak było. On i Axentowicz mieli wspólną tajemnicę. Maria się nigdy nie dowie. Poszli kiedyś z paniami, aktorką i jej przyjaciółką, do domu rozkoszy. Gdzie to było? W Paryżu? Tak… Paryż nocą. Kusił, roznamiętniał, obiecywał… Co to był za widok… Co za przeżycie… Jeszcze dziś, kiedy do tej nocy powraca myślami…

Wojciech wstał, odłożył pusty kieliszek i położył się na łóżku Marii.

Przed oczami miał tamte dziewczęta, młode, jędrne, które miały na sobie tylko pantofelki i jedwabne pończoszki. Przechadzały się po miękkich dywanach, wśród wyściełanych mebli, w czerwonym, dyskretnym świetle. Same. Bez mężczyzn. Uprawiały miłość lesbijską. Wiedziały, że przez specjalne wizjery są obserwowane, że w sąsiednim pokoju ktoś jest i patrzy. Że ich pieszczoty są na pokaz. A jednak w ciszy tłumionych oddechów i leniwych ruchów były jak przeciągające się w słońcu kotki, skupione tylko na sobie, na swoich kobiecych ciałach, dotykające delikatnie, powoli, zmysłowo…

Gdyby Maria tak umiała… tak dotknąć… Tak pieścić…

Zofia Hoesickowa umiałaby. Kiedy pozowała, przeciągała się jak kotka, jak tamte kobiety…

Wojciech oddychał głęboko, miał zamknięte oczy.

Maria sądziła, że zasnął. Cicho, na palcach, starała się wymknąć, żeby chociaż pacierz zmówić przed nocą.

— Zaczekaj — powiedział — chodź do mnie.

Miał na sobie szlafrok, dla wygody rozwiązał pasek, rozsunął jego poły, a ona spojrzała na niego — wciąż zgrabnego, męskiego, oczekującego… I zmieszana odwróciła wzrok.

Powiedział cicho:

— Spójrz, jak ciebie pragnę…

Nie skomentowała.

— Dobrze, moja średniowieczna żono — powiedział sucho. — Kończ te swoje rachunki i pacierze. Idę spać!

— Zostań — szepnęła. — Proszę, zostań.

A potem, kiedy mówił, że jest jego cackiem z dziurką, że uwielbia, jak wraca do domu i otwarta jest brama, i jej nóżki rozwarte na oścież… I żeby się tak właśnie na niego otworzyła. I żeby zdjęła ten piekielny gorset — zacisnęła powieki, poddała się.

Powiedziała tylko:

— Zgaś światło.

Zgasił.