Wielkie zasługi

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Wielkie zasługi

Joanna

Chmielewska

Wielkie zasługi





© Copyright by Wydawnictwo Klin

ISBN 978-83-62136-40-7

Wydawnictwo Klin

Warszawa, ul. Bruzdowa 117H

tel. +48 501 686 786

fax 22 885 19 53

e-mail: kontakt@wydawnictwoklin.pl

www.wydawnictwoklin.pl

konwersja do formatu epub:

pan@drewnianyrower.com

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Mechanicznie opędzając się od komarów, Janeczka i Pawełek siedzieli na schodkach kempingowego domku. Taktownie symulowali całkowitą głuchotę, we wnętrzu domku bowiem ich rodzice toczyli rozmowę stanowczo nieodpowiednią dla uszu dzieci.

– Półgłów jeden! – wykrzykiwała z irytacją pani Krystyna do swego męża. – Półgłów! Bo półgłówek to jest zbyt pieszczotliwe. Ja tu nie przyjechałam taplać się w bagnie! Przyjechałam nad morze! Nie zostanę ani chwili!!!

– No owszem, przyznaję, miałem pewne obawy – usprawiedliwiał się pan Roman Chabrowicz. – Dyrektor...

– Dyrektor! Debil, maniak, a nie dyrektor! Idiota!

– Dobrze, idiota. To co, mam go zabić?

– Przydałoby się! Byłoby to z pożytkiem dla instytucji! Dla społeczeństwa! Dla całego kraju!

– Może nawet dla całej Europy... Przyznaję, że ośrodek położony jest dość idiotycznie, ale nic na to nie poradzę.

– Idiotycznie to za łagodne słowo! Jestem pewna, że znajduje się w najszerszym miejscu tej całej mierzei, a to za nami, to jest jej najwyższy punkt!

– Od początku było wiadomo, że jest coś niedobrze – mruknęła Janeczka na schodkach. – Domyśliłam się, jak zaczął zadawać głupie pytania w samochodzie.

– Pewnie – przyświadczył Pawełek. – Zaraz było widać, że coś nie gra. Bał się powiedzieć wcześniej.

Janeczka pokiwała głową, z politowaniem wspominając nieudolne podstępy własnego ojca. Już od Elbląga pan Chabrowicz wydawał się jakiś nieswój. Z wyraźnym niepokojem dopytywał się o szerokość mierzei i jej najwyższe wzniesienie nad poziom morza, interesował się także strukturą gleby. Na pytania grzecznie i bez trudu odpowiedziała mu córka, dla której geografia stanowiła ulubione hobby.

– Piaski! – kontynuowała urągliwie pani Krystyna w domku. – Wydmy! Cha, cha! Gdzie te piaski i wydmy?! Ja tu widzę bagna i moczary.

– No właśnie, dziwię się, skąd takie bagno na piaszczystym terenie... – martwił się ugodowo pan Chabrowicz.

Pani Krystyna nie pozwalała się ułagodzić.

– Co za pomysł, żeby budować ośrodek kempingowy w takim miejscu! Debil to mało, trzeba być zwyrodnialcem!

– Ponadto egoistą, samolubem i krętaczem – uzupełnił pan Roman gorliwie. – O przystań też się postarał...

– Mają rację, to kretyn – zgodził się półgłosem Pawełek na schodkach. – Ma fioła na punkcie żaglówek, niech mu będzie, niech sobie ma. Ale po co było robić ten ośrodek za górką?

Janeczka obejrzała się i oceniła porośnięte lasem strome zbocze.

– Okropnie daleko stąd na plażę – stwierdziła. – W dodatku jego tu wcale nie ma.

– Kogo?

– Tego dyrektora. Przyjeżdża na dwa tygodnie i tyle. I na te dwa tygodnie zrobił cały ośrodek. Nic go nie obchodzi, że normalni ludzie muszą latać nad morze tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt metrów.

– Rzeczywiście tyle akurat tutaj jest?

– Co? No nie, może ostatecznie trochę mniej. Ale trzeba latać, bo on chce mieć blisko te żaglówki przez dwa tygodnie. Obrzydliwiec.

Pawełek pokiwał głową.

– Ich tam podobno jest trzech, tych dyrektorów zwyrodnialców. Wszyscy z fiołem. I z żaglówkami. Przekupili tych różnych od kontroli, żeby zaświadczyli, że tu jest doskonałe miejsce na ośrodek, i wmówili ludziom, że inaczej nie można. Jeszcze nie wiem, czy mi się tu podoba.

– Ja też nie wiem. Trzeba będzie obejrzeć okolicę...

Wszystkie te protesty i niepewności budził Ośrodek Kempingowy Przemysłu Włókienniczego, dokąd pan Chabrowicz przypadkowo dostał skierowanie. Z przemysłem włókienniczym nie miał wprawdzie nic wspólnego, ale, sam wodniak, znał wszystkich innych wodniaków, w tym także owych dyrektorów zwyrodnialców. O ośrodku słyszał, wiedział, że można tu żeglować po Zalewie. Żeglować nie miał zamiaru, ale po drugiej stronie mierzei znajdowało się morze, wybrał się zatem z rodziną nad morze.

Morze okazało się trudno dostępne. Ośrodek ulokowano rzeczywiście dość dziwnie, tuż nad samym Zalewem, w miejscu wyjątkowo źle wybranym dla wszystkich, z wyjątkiem żeglarzy. Trzeba było doprawdy wielu starań, żeby na piaszczystej mierzei znaleźć tak wspaniałe bagno, będące zarazem istnym rajem dla komarów. Domki campingowe stały tuż obok bagna, w maleńkiej dolince osłoniętej z trzech stron lasem. Morską plażę można było osiągnąć dopiero po sforsowaniu dwóch wysokich gór i całej szerokości półwyspu, kąpiel w Zatoce zaś wykluczał grząski brzeg i równie grząskie dno. Na domiar złego deszczowe lato nadzwyczajnie sprzyjało komarom, których nieprzeliczone roje miały tu znakomite warunki egzystencji.

– Przejeżdżaliśmy przez wieś – mówiła z furią pani Krystyna. – Jeżeli oczywiście te wytworne wille można nazwać wsią. Jestem pewna, że tam wynajmują jakieś pokoje, prawdopodobnie z łazienkami i ciepłą wodą. Rób sobie, co chcesz, zamorduj kogoś, wystrasz, przekup, ale tutaj nie zostanę nawet przez jedną dobę!

Janeczka i Pawełek zamienili spojrzenia, pełne nagłego zainteresowania. Zanosiło się na rozrywkę.

– Wątpię, czy mają coś wolnego – rzekł smętnie zgnębiony pan Roman. – Przecież właśnie dlatego wziąłem te wczasy, że wszystko było zajęte. Cała Polska pcha się nad morze.

– Od maja do tej pory bez przerwy padał deszcz! Może ktoś zrezygnował...

Janeczka i Pawełek na chwilę stracili wątek scysji w domku, bo pojawił się ostatni członek rodziny, ich pies imieniem Chaber. Był to pies tak mądry i tak doskonale wychowany, że nigdy nie zaistniała potrzeba prowadzania go na smyczy. Zawsze biegał wolno i zawsze wiedział, co robić i jak postępować, znacznie przewyższając w tej mierze wiedzę swoich państwa. Teraz, od razu po wyskoczeniu z samochodu, udał się na rekonesans i właśnie zakończył zwiedzanie terenu.

– No i co? – spytała z ożywieniem Janeczka. – Jak tu jest?

Chaber wydawał się pełen mieszanych uczuć. Był rozradowany, a równocześnie niespokojny. Szczeknął krótko, odbiegł kawałek w kierunku wschodnim, w stronę granicy, obejrzał się, podbiegł jeszcze kilka metrów i zastygł w pięknej, klasycznej pozie psa myśliwskiego, wyciągnięty jak struna, znieruchomiały, z uniesioną przednią łapą. Potem znów się obejrzał, nagle zawrócił i z podkulonym ogonem podbiegł do swych państwa. Cicho skomlał i popiskiwał.

Rodzeństwo oderwało wzrok od psa i popatrzyło na siebie. Nie zdążyli się odezwać, bo Chaber zerwał się, pobiegł w drugą stronę i zachował się podobnie. Znów wystawił zwierzynę, teraz jednak nie wracał z podkulonym ogonem, tylko oglądał się niecierpliwie, podbiegając dalej, zawracając i wyraźnie zachęcając do pójścia w jego ślady. Wreszcie wrócił i usiadł obok Janeczki, szczeknąwszy jeszcze dwa razy.

– Rozumiem – powiedział Pawełek z wielkim przejęciem. – Z tam tej strony jest nosorożec i on się nie podejmuje go upolować. A z tej jakaś łagodniejsza zwierzyna.

– Nie wiem, czy zwierzyna – zaprotestowała trochę niespokojnie Janeczka. – To znaczy, chciałam powiedzieć, nie wiem, czy łagodniejsza. On chyba nie wie, co to jest, musi to być coś skomplikowanego.

– Możliwe. Chce, żebyśmy z nim poszli i sami sprawdzili. Ja bym poszedł.

– Ja też, ale na razie nie możemy. Nie wiem, na czym oni stanęli.

W tym momencie z domku wyszli rodzice.

– Dzieci, poczekajcie tu – powiedziała zdenerwowana pani Krystyna. – Pojedziemy z ojcem poszukać jakiegoś ludzkiego mieszkania. Bagaże zostają, nie wypakowujcie niczego.

– Tatusiu, jakie tu są niebezpieczne zwierzęta? – przerwał pośpiesznie Pawełek.

– Na litość boską, nie boicie się chyba niebezpiecznych zwierząt – odparł zirytowany pan Chabrowicz. – To nie jest dżungla nad Amazonką. Tu nie ma żadnych niebezpiecznych zwierząt!

– Ale jakieś tu są! Jakie?

– Lisy, sarny i zające. Nie zawracaj głowy, zaraz wracamy.

– Znaczy, nie wiem, co zwęszył – stwierdził Pawełek, przyglądając się, jak matka z ojcem wsiadają do samochodu.

– Zanim wrócą...

– Powiedzieli, że zaraz!

– Coś ty?! Jak jadą oboje, zanim wrócą, zdążymy obejrzeć pół tej całej mierzei. Już sobie nie pożałują, żeby nie przegrymasić wszystkich domów, jakie tylko znajdą!

Pawełek natychmiast zgodził się z siostrą, przekręcił klucz w drzwiach domku, wyjął go i schował do kieszeni. Chaber już biegł na zachód, wcześniej od nich wiedząc, że wyprawa ruszy. Pośpieszyli za nim i zagłębili się w las.

 

Ludzi nie było widać wcale. Pierwsze od tygodni słoneczne popołudnie wywabiło wszystkich na plażę . W okolicy ośrodka nie mieszkał nikt, zabudowania osady zaczynały się dopiero o dobre kilkaset metrów dalej. Nikt też nie przechadzał się po stromych zboczach pozbawionych dróg i gęsto zalesionych. Pojedyncze sylwetki migały tylko gdzieś wyżej, na drodze, ale i te po chwili zniknęły z horyzontu, zasłonięte drzewami.

Chaber prowadził na przełaj, nie przejmując się nierównościami terenu. Janeczka i Pawełek, sapiąc i dysząc, przedzierali się przez zarośla i krzewy, wpadali w jakieś dziury i wdrapywali się na górki. Po ścieżkach nie było najmniejszego śladu.

– Czy tu specjalnie kopali te doły i góry? – wydyszała gniewnie zziajana Janeczka. – Co chwila w coś wpadam! Przecież idziemy wzdłuż, a to jest pofałdowane też wzdłuż! Nierówno powinno być w poprzek!

Pawełek potknął się na pniaku, podparł rękami i obejrzał na siostrę.

– Jak to, nie wiesz? – zdziwił się. – To są okopy. Tu siedzieli Niemcy. Pod sam koniec wojny podobno siedziały ich tu miliony i wszyscy kopali sobie okopy. I stanowiska dla czołgów. Ja się o tym uczyłem.

– Okropność! Nie wiem, kiedy mogli zajmować się wojną, chyba bez przerwy kopali. Nie wiem, jak znaleźli czas, żeby raz wystrzelić!

– Toteż właśnie przegrali tę wojnę...

– A swoją drogą, Chaber mógłby wybrać coś równiejszego!

– On chyba wie, że mamy bardzo mało czasu...

Chaber szedł jak po sznurku, przeskakując doły i oglądając się niecierpliwie za siebie. Kiedy wreszcie zatrzymał się, obejrzał ostatni raz i wystawił zwierzynę, jego państwo byli gruntownie wykończeni. Zatrzymali się również, milcząc i ciężko dysząc. Chaber po krótkiej chwili poruszył się, przemknął kilka kroków dalej i usiadł. Wyraźnie było widoczne, że doprowadził na miejsce.

Wokół panowała cisza i absolutny spokój. Zniżające się ku zachodowi słońce przesiewało się przez gałęzie drzew, wiatr ucichł. Janeczka i Pawełek czekali w bezruchu co najmniej minutę, nie widząc nic poza masą różnorodnej zieleni.

– No? – szepnął pytająco Pawełek. – I co tu ma być?

– Coś za tymi krzakami – odszepnęła Janeczka. – Nic niebezpiecznego, bo on siedzi spokojnie. Trzeba zobaczyć.

Pawełek podejrzliwie spojrzał na psa. Siedział niezupełnie spokojnie, wydawał się jakby pełen napięcia. Chwilami podnosił się i zniżał łeb ku ziemi, węsząc nerwowo. Coś tu musiało być dziwnego i rzeczywiście należało to zobaczyć.

Ostrożnie ruszył ku przodowi, rozchylając giętkie gałązki. Janeczka ruszyła za bratem. Chaber kręcił się obok nich, całym zachowaniem okazując, że nie wyrobił sobie jeszcze jednoznacznej opinii o tym czymś, co mu się wydaje nie w porządku.

Pawełek uczynił zaledwie kilka kroków, wydobył głowę z liści, spojrzał i zatrzymał się jak wryty. Serce zabiło mu gwałtownie, dla dodania sobie animuszu chciał gwizdnąć, ale gwizdnięcie mu jakoś nie wyszło.

– Fiuuuut... – zaszeptał słabo i zamilkł.

Janeczka wyplątała się z krzewów i stanęła obok brata. Na moment i jej zabrakło tchu.

Z całą pewnością obydwoje rzuciliby się do natychmiastowej ucieczki, gdyby nie to, że ich nogi odmówiły udziału w przedsięwzięciu. Przyrosły do leśnego runa i zamieniły się w kamienie. Przez długą chwilę rodzeństwo trwało w bezruchu, wpatrzone hipnotycznie w widniejący przed nimi rozkopany grób, z wydobytą z ziemi, rozwaloną trumną, i bielejące wokół rozsypane kości. Niewątpliwie ludzkie. Na samym froncie szczerzyła zęby czaszka...

– To o to mu chodziło... – szepnął wreszcie Pawełek głosem dziwnie ochrypłym, próbując jeśli już nie poruszyć się, to przynajmniej mrugnąć oczami.

– To z tych... z tych Niemców? – szepnęła Janeczka z wyraźnym trudem.

Pawełek jeszcze przez chwilę patrzył w milczeniu. Przełknął ślinę, złapał oddech i jakoś przemógł najgorsze.

– Coś ty! – odszepnął niecierpliwie. – Taki porządny grób z trumną? Gdzie oni mieli wtedy głowę do grobów. To coś innego.

Z wysiłkiem oderwał wzrok od czaszki i spojrzał dalej.

– Patrz! – krzyknął zduszonym głosem, trącając gwałtownie siostrę.

Janeczka drgnęła, zaszczękała zębami i spojrzała we wskazanym kierunku. Opodal widać było drugi grób, tak samo rozkopany. Kawałki szkieletu i pojedyncze kości poniewierały się dookoła. Po niezmiernie długiej chwili udało im się popatrzeć gdzie indziej i wówczas dostrzegli większą ilość grobów, nieco mniej przerażających. Niektóre wyglądały nawet zupełnie normalnie, miały płytę nagrobną i niski kamienny krzyż, większość jednakże musiała być rozkopywana, bo porozbijane płyty leżały obok zarośniętych trawą i przysypanych ziemią dołów, a krzyże były poprzewracane. Krzewy i bujne zielska zasłaniały nieco widok.

– To jest cmentarz – szepnęła Janeczka, na razie niezdolna jeszcze do bardziej odkrywczych spostrzeżeń.

– Trochę dziwny cmentarz – skrytykował niepewnie Pawełek. – Bardzo stary, ale nie słyszałem, żeby na starych cmentarzach rozwłóczali nieboszczyków po całej okolicy. I ja nie wiem...

– No?

– No nie wiem... On to wywęszył? Takie stare? Skąd wiedział, że to coś nie tak?

Janeczka spojrzała na psa. Zaczynała już odzyskiwać zimną krew i trzeźwość umysłu. Poczuła także, że znów swobodnie włada nogami.

– Musi tu być coś więcej – orzekła. – Nie widać tego, ale on wie, że jest. Trzeba będzie sprawdzić...

Kręcący się przy nich Chaber zawęszył nie przy samej ziemi, ale nieco wyżej, po czym szurnął nagle w krzaki i znikł z oczu. Czekali w napięciu. Po krótkiej chwili pies wrócił z podkulonym ogonem i wydał z siebie nerwowe, przepraszające piśniecie.

– Rany, znów ten nosorożec! – jęknął Pawełek.

– O Boże drogi – wyszeptała Janeczka rozpaczliwie. – Jeżeli Chaber się boi, to już nie wiem, co to jest! Tych grobów się nie boi!

Chaber, jakby dla potwierdzenia, obiegł dookoła rozkopany grób, obojętnie obwąchał kości, po czym, ciągle z nosem przy ziemi, ruszył w dół, ku drodze idącej wzdłuż zalewu. Obejrzał się na nich, wrócił i znów ruszył w tę samą stronę, okazując zniecierpliwienie. Janeczka obserwowała go czujnie.

– Już wiem – oznajmiła. – Tu są trzy rzeczy. Te groby. To coś, czego się boi. I jeszcze coś, czego się nie boi, chce nam pokazać i mówi, żebyśmy z nim poszli. Nie możemy teraz.

– Ludzie – rzekł stanowczo Pawełek.

– Co ludzie?

– Chyba mu chodzi o ludzi. Te groby same się nie rozkopały, nie? Ludzie musieli rozkopać!

– A nie mogło rozkopać coś innego?

– Co innego?

– Nie wiem. Jakieś zwierzę.

– No coś ty, kota masz? Zwierzę by odwaliło takie ciężkie płyty? Czekaj...

Postąpił kilka kroków do przodu, pochylił się i spróbował poruszyć odwaloną płytę. Po krótkim wahaniu Janeczka mu pomogła. Bez skutku, płyta nawet nie drgnęła.

– No proszę! – sapnął Pawełek i wyprostował się. – Chyba słoń dałby radę. Słoni tu nie ma, więc tylko ludzie.

– Możliwe, że masz rację – zgodziła się Janeczka. – Trzeba się nad tym zastanowić. Musimy tu przyjść jeszcze raz, jak będzie więcej czasu. Teraz trzeba wracać, bo zobaczą, że nas nie ma. Chaber, prowadź! Wracamy!

Chaber niecierpliwie przeczekiwał machinacje z płytą. Wydawał się zdziwiony tak szybkim zakończeniem polowania, spróbował znów pójść po owych tajemniczych, prawdopodobnie ludzkich śladach, ale stanowczy rozkaz zawrócił go z tropu. Posłusznie ruszył w drogę do ośrodka kempingowego, znów na przełaj, po linii prostej, przez wądoły i góry.

Wracający państwo Chabrowiczowie zastali swoje dzieci grzecznie siedzące na schodkach domku kempingowego i opędzające się od komarów. Nie zwrócili uwagi, że dzieci są ciężko zgrzane i dziwnie jakoś zadyszane.

– Przenosimy się – powiedział raźno pan Roman. – Znaleźliśmy dwa pokoje, tu blisko, w jednym z pierwszych domów, bardzo porządne, z łazienką. Okazuje się, że przez te deszcze mnóstwo ludzi nie przyjechało. A właśnie teraz zanosi się na ładną pogodę, księżyc rośnie ku pełni. Pawełek, bierz torbę!

– A co, jak księżyc rośnie, to jest ładna pogoda? – zainteresował się Pawełek.

– Na ogół tak. Poza tym okazuje się, że tu pada bardzo mało. Mikroklimat. W Krynicy Morskiej pada, a tu nie.

– Jeżeli pogoda, to może nie warto się przenosić? – powiedziała z wahaniem Janeczka, spoglądając mimo woli w stronę rozkopanego cmentarza.

– Coś ty, to w tamtej stronie, będzie bliżej... – syknął jej do ucha Pawełek.

– No wiesz! – oburzyła się jednocześnie pani Krystyna. – Tak ci się podobają te komary?! I to cuchnące bagno?! Stamtąd jest lepsza droga na plażę, podobno przez jedną górkę, a tu co?!

– Ale! – przypomniał sobie nagle pan Roman. – Zapomniałem wam powiedzieć, że musicie pilnować psa. Tu jest dużo dzików...

– Ach! – wykrzyknął Pawełek i obydwoje z Janeczką wymienili spojrzenia. W mgnieniu oka pojęli, czego Chaber się bał. Jedna zagadka wyjaśniona!

– ... a Chaber to myśliwski pies – kontynuował pan Chabrowicz. – Nie wolno dopuścić, żeby się spotkał z dzikami, zrobią mu krzywdę.

– Wiemy – przerwała z wyższością Janeczka. – On też wie, wcale go nie trzeba pilnować. Sam nam o tym powiedział.

Państwo Chabrowiczowie nie zdziwili się słowami Janeczki. Byli już przyzwyczajeni do niezwykłej mądrości psa, który udzielał licznych informacji nie tylko ich dzieciom, ale całej rodzinie. Pan Roman kiwnął głową.

– Możliwe, że wie. Ma instynkt. Wytropić je może, ale wie, że atakować mu nie wolno. Na dziki są specjalne psy, odpowiednio tresowane. Normalny pies, taki jak Chaber, nie dałby im rady, zagryzłyby go.

– A dziki psa nie atakują? – zaniepokoił się Pawełek.

– Nie, jeżeli on ich nie atakuje, traktują go obojętnie. Chyba, że są akurat w stanie wyjątkowej agresywności.

– A kiedy są w stanie wyjątkowej agresywności?

W panu Romanie odezwało się nagle jego własne dzieciństwo, spędzone częściowo w towarzystwie wuja leśniczego. Przerwał upychanie byle jak bagaży w samochodzie i odwrócił się, spoglądając na las.

– Jak są bardzo głodne – rzekł z ożywieniem. – Głodne mogą atakować nawet człowieka. Poza tym agresywna jest zawsze locha, która ma małe. Lochę z małymi należy obchodzić z daleka, bo na wszelki wypadek rzuca się na każdego. Ale o tej porze roku małe już podrosły i w ogóle dziki mają co jeść. Pokażę wam ich ślady, bo na pewno je spotkamy.

– Gdzie spotkamy? Gdzie one siedzą?

– W dzień zazwyczaj siedzą w chaszczach. Albo taplają się w bajorach...

– Na litość boską, oddalmy się wreszcie od tego bajora! – przerwała z irytacją pani Krystyna. – Cała jestem pogryziona, jedźmy stąd! Wsiadajcie!

– ... a wieczorem wychodzą na żer – dokończył pan Roman. – Siedzą także w trzcinach i tu żerują...

Zatrzasnął bagażnik i usiadł za kierownicą. Dzieci upchnęły się z tyłu razem z Chabrem, w okropnej ciasnocie. Pani Krystyna ciągle nie mogła się uspokoić.

– Mokra dziura, śmierdzące bagno pod nosem, wylęgarnia komarów – wyliczała mściwie. – Widok na Zalew zasłonięty zgniłymi trzcinami, od morza przegradza istny Giewont! Cudowne miejsce na ośrodek wypoczynkowy, nie wiem, czy przy największych staraniach dałoby się znaleźć tu coś gorszego! I wszystko po to, żeby jakiś kretyn przez dwa tygodnie w roku miał blisko do swojej żaglówki! Żeby nie musiał zrobić paru kroków więcej! Tak ceni swoje sadło!

– Trzech kretynów – sprostował pan Roman. – Sadło mają, to fakt.

– Popatrz, jaki ten Chaber mądry – szeptał z tyłu ściśnięty wśród bagaży Pawełek. – Pierwsza rzecz, jaką powiedział, to wszystko o tych dzikach...

* * *

– Na obiady, ostatecznie, mogę tam chodzić – zgodziła się łaskawie pani Krystyna. – Ale śniadania i kolacje będziesz przywoził tutaj. Nie zamierzam oglądać tej ohydy trzy razy dziennie!

Pan Chabrowicz godził się na wszystko, zadowolony, że sprawa mieszkania skończyła się pomyślnie. Dwa pokoje na piętrze willi nie budziły żadnych zastrzeżeń jego żony. Wypakował bagaże i od razu pojechał zorientować się w kwestii posiłków na wynos.

– Jeżeli dodamy trochę gazu, zdążymy jeszcze przed wieczorem lecieć nad morze – zauważył Pawełek, upychając byle jak odzież w szafie. – Kolację przywiozą do domu, więc możemy się spóźnić.

Janeczka układała rzeczy w szafie odrobinę porządniej.

– Jeszcze musimy obejrzeć dom i okolicę – przypomniała. – To znaczy, Chaber musi obwąchać, bo inaczej będzie się denerwował.

– Dobra, poczekamy na niego. On szybko wącha.

Chaber już zdążył obejrzeć cały dom. Najbardziej spodobało mu się pomieszczenie na dole, będące zarazem garażem, sieciarnią i miejscem do czyszczenia ryb. Obwąchał je starannie, wręcz z lubością, zatrzymał się tam nieco dłużej, po czym wybiegł i czym prędzej spenetrował podwórze. Od dalszych wycieczek został na razie powstrzymany.

 

– Grzeczny pies – pochwalił z uznaniem stary rybak, naprawiający sieci przed domem. – Posłuszny jak rzadko. I kotków nie gania, dziwna rzecz.

Janeczka wychyliła się z okna na piętrze i spojrzała na Chabra, posłusznie, chociaż z wyraźnym zniecierpliwieniem, czekającego przy schodkach.

– On jest przyzwyczajony do kotów – wyjaśniła. – Mieszka razem z kotką naszej babci i wie, że koty ma zostawić w spokoju. On jest bardzo mądry.

– Mądry? Jak mądry, to czego mu każecie tu siedzieć? Polatałby sobie. Przecie nie zabłądzi.

Janeczka znikła z okna na piętrze i po chwili pojawiła się na podwórzu.

– Przez dziki – oznajmiła. – Wolimy, żeby był z nami, na wszelki wypadek.

– A co to, dzików się boicie? – zdziwił się rybak.

– My nie. Ale boimy się o niego. To jest pies myśliwski i wszystko tropi, a dziki mogą mu zrobić krzywdę. Z dzikami do tej pory nie miał do czynienia.

– Całkiem słusznie. Dziki tu są, są, jeszcze ile! Ale oswojone.

Na podwórzu pojawił się Pawełek, który załatwiał z matką sprawę spaceru przed kolacją.

– Możemy iść – zawiadomił siostrę.

– Zaraz – powiedziała Janeczka. – Jak to, oswojone?

– Co oswojone?

– Ten pan mówi, że dziki tu są oswojone. Wszystkie?

– Ja się nazywam Łubiański – rzekł rybak. – Nie wszystkie, ale dużo. Sam oswoiłem.

Dzieci zrezygnowały z natychmiastowej wyprawy nad morze. Temat był bardzo interesujący. Zażądały wyjaśnień.

– Jeść im dawałem. Już drugą zimę je karmię, zeszła zima ciężka była i tak się przyzwyczaiły przychodzić, że wieczór w wieczór były. Młode przychodziły z początku, a potem i stara. To tak się nauczyła, że z rąk mi jadła. Wiadro wynosiłem, nie zdążyłem postawić, już ryja wsadzała. Tam, w ostatnim domu, też je karmili, całe stado bywało i druga maciora.

– I co? – zaciekawił się Pawełek. – Teraz też pan je karmi?

– Teraz nie potrzeba, mają co jeść. I przestały przychodzić, bo ludzi za dużo. Ludzie płoszą. Teraz to w lesie siedzą.

– A co trzeba zrobić, żeby je zobaczyć?

Ręce rybaka szybko i sprawnie przewlekały czółenko z linką przez oczka sieci.

– Zaczaić się trza, jak się ściemnia. Albo i w nocy, bo w nocy na żer wychodzą. Teraz księżyc świeci, to wszystko widać. Do trzcin chodzą i tam żrą, i po lesie ryją. W tamtej stronie.

Machnął czółenkiem gdzieś w kierunku porzuconego kempingu. Janeczka i Pawełek wymienili spojrzenia. Już wiedzieli, jakie zajęcia czekają ich w najbliższym czasie.

– A co one żrą? – spytał Pawełek. – Czym pan je karmił?

– Wszystko żrą. Kukurydzą karmiłem, ale chleb też żrą i kartofle, i rybę lubią. Na chleb to bardzo łakome.

– A co żrą w lesie? W lesie nie ma chleba ani kartofli!

– W lesie to co popadnie. Pędraki wygrzebują z ziemi, myszy żrą, żaby, korzonki różne i te pędy od trzcin. Najwięcej lubią w trzcinach żerować.

Pawełek przyglądał się sieci, bardzo zainteresowany jej kształtem i sposobami łowienia ryb. Już nawet otworzył usta, żeby zadać kilka pytań na ten temat, ale przypomniał sobie nagle, że okolicę należy oglądać póki widno. Z sieciami zdążą, rybak im nie ucieknie. Janeczka była tego samego zdania. Podziękowali grzecznie i zwolnili Chabra z posterunku.

– Będziemy do wszystkiego jeść chleb – wysapała Janeczka, wdzierając się na stromą piaszczystą górę. – Do każdej zupy i do każdego drugiego dania. Uzbieramy dla nich.

– Będą się dziwić – mruknął Pawełek.

– No to co? Niech się dziwią. Najwyżej wymyślą, że mamy dobry apetyt. Do dzików nie możemy się przyznać, bo zaraz będą krzyki, że niebezpiecznie. A jeżeli one są oswojone, to nie wiem, co tu może być niebezpieczne. Ja je chcę zobaczyć.

– Ja też. Trzeba znaleźć jakieś wyjście z tego domu, bo możliwe, że drzwi na noc zamykają.

– Jest weranda. I ten śmierdzący pokój na dole.

– I dużo okien nisko. Coś z tego wszystkiego się nada.

Sforsowali piaszczystą górę i znaleźli się na drodze, idącej wzdłuż mierzei. Uznali ją za nieodpowiednią, bo nie prowadziła ku morzu. Ruszyli dalej na przełaj, przez las, wąską, słabo widoczną ścieżką, i już po kilku krokach Janeczka wydała okrzyk zachwytu.

– Ach! Popatrz! Jakie piękne!

– Co... – zaczął Pawełek i urwał, dogoniwszy siostrę. – Rany...! Galaktyka...!

Przed nimi, tuż obok wąskiej ścieżki, wznosiło się imponujące mrowisko. Było ogromne. Padała na nie ostatnia plama zniżającego się słońca i w tej świetlistej plamie mrówki roiły się jak oszalałe. Janeczka wpadła w istną euforię. Lubiła mrówki, lubiła obserwować ich pośpieszną krzątaninę, fascynowały ją możliwości transportowe maleńkich stworzonek, usiłowała odgadywać ich cele i zamiary. W dodatku te tutaj to były wielkie, czarne mrówki, które z łatwością udawało się śledzić wzrokiem. Przykucnęła przy mrowisku, wpatrzona w nie urzeczonym spojrzeniem.

– Latają jak dzikie – stwierdził Pawełek, pochylony obok niej. – Patrz, ta coś niesie. Zapomniałem, co one jedzą.

– Jak to co, cukier. Ciągle jest jakieś gadanie, że mrówki wlazły do cukru. W zeszłym roku na Mazurach wszyscy mieli mrówki w cukrze, pamiętasz?

– A, rzeczywiście! To przy kempingu miałyby nieźle, ale tu? Skąd tu biorą cukier?

– Przyniesiemy im – zadecydowała bez namysłu Janeczka, podniosła się i pochyliła o krok dalej. – Zaraz jutro im przyniesiemy. Chaber zapamięta drogę. Codziennie trzeba tędy chodzić nad morze i codziennie przynosić im trochę. Dużo na raz nie zjedzą.

– Znajdźmy wreszcie to morze, bo ciągle jesteśmy w lesie...

Kilkanaście metrów za mrowiskiem las zaczął schodzić w dół, a nędzna imitacja ścieżki rozwidliła się. Jedna odnoga prowadziła ostro w dół i nieco w prawo, druga, po łagodnym szczycie wzgórza, nieco w lewo. Byliby poszli prosto w dół, w słusznym przekonaniu, że im niżej, tym bliżej morza, gdyby nie to, że drogę przegradzał zbity gąszcz straszliwie kłujących jeżyn. Skierowali się zatem w lewo przez kępy jarzębin i zupełnie niespodziewanie trafili na prostą, wygodną aleję, łagodnie schodzącą ku morzu. Szli nią ludzie.

Do domu wrócili identycznie, przez jarzębiny, obok mrowiska i stromym piaszczystym stokiem w dół. Nie sprawiło im to żadnego trudu, ponieważ prowadził Chaber, z nosem przy ziemi idący tropem swych państwa.

– Od dawna mówię, że bez tego psa w ogóle byśmy zginęli – orzekł Pawełek, wychodząc z lasu prosto na furtkę właściwego domu. – To jest na pewno najprostsza i najkrótsza droga nad morze.

Nazajutrz trafność tej oceny potwierdziła się w całej pełni. Mimo iż stracili nieco czasu na posypywanie mrowiska dwiema łyżeczkami cukru, znaleźli się przy wydmach wcześniej niż rodzice, którzy poszli trasą okrężną, użytkowaną przez wszystkich turystów. Pani Krystyna stanowczo odmówiła włażenia na piaszczyste zbocze i przedzierania się przez gęste jarzębiny. Bardzo zadowolona ze swej decyzji, schodziła spokojnie wygodną aleją, na końcu której za wydmami połyskiwało w słońcu morze. Pan Roman szedł za żoną skrajem alei, gapiąc się pod nogi i pozostając nieco w tyle. Nagle zatrzymał się, odszukał wzrokiem swoje dzieci i zaczął je przyzywać gwałtownymi gestami.

– Patrzcie – rzekł tajemniczo. – Tu przeszły dwa wielkie dziki. Widzicie ślady? Musiały być ogromne, przeszły przez tę alejkę, w poprzek, w tamtą stronę.

– Skąd wiesz, że w tamtą stronę? – zainteresował się Pawełek.

– Widać racice. Przyjrzyj się, zwrócone są w tamtym kierunku. O, tu jeszcze jeden ślad!

Pełna emocji Janeczka przyglądała się śladom, trochę niewyraźnie odciśniętym na piaszczystym gruncie. Koniecznie chciała zobaczyć te dziki. Mimo spędzania wakacji nad jeziorami i w lasach przez całe jedenaście lat swego życia nigdy nie miała okazji obejrzeć z bliska prawdziwego dzika. Widywała sarny, zające, raz nawet widziała jelenia, ale dzika nigdy. W ZOO jakoś nie zwróciła na nie uwagi, poza tym dzik w ogrodzie zoologicznym to zupełnie coś innego niż dzik w lesie, na swobodzie...

Pawełek żywił podobne uczucia. Wszystkie wakacje spędzali razem i widział to samo, co jego siostra. Miał nawet o to jakąś niejasną pretensję, nie wiadomo do kogo, bo, ostatecznie, był o rok starszy i powinien był widzieć więcej. Postanowił sobie niezłomnie, że nie wyjedzie stąd, dopóki nie zobaczy dzika na własne oczy.

– Ty, wiesz co? – rzekł do siostry, z zapałem kopiąc wielki grajdół. – One były na cmentarzu... Znaczy, obok cmentarza.

– Dziki? – upewniła się Janeczka.

– No! Chaber poznał. Ojciec mówi, że w dzień siedzą w chaszczach, takie chaszcze tam były, że hej! Trzeba było od razu zobaczyć.

– Nie mieliśmy czasu – przypomniała z niechęcią Janeczka, która na myśl o straconej okazji natychmiast poczuła niezadowolenie. – I jeszcze ten cmentarz... Umrę, jeśli się nie dowiem, o co tam chodzi! W ogóle nie wiem, kiedy nadążymy z robotą!