Upiorny legatTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Upiorny legat

Joanna

Chmielewska

Upiorny legat





© Copyright by Wydawnictwo Klin, Warszawa 2011

ISBN 978-83-62136-24-7

Wydawnictwo Klin

Warszawa, ul. Bruzdowa 117H

tel. +48 501 686 786

fax 22 885 19 53

e-mail: m.g.klin@op.pl

www.wydawnictwoklin.pl

konwersja do formatu epub:

pan@drewnianyrower.com

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Telefon zadzwonił późnym wieczorem.

Zapewne w ogóle nie podniosłabym słuchawki, tak jak nie podnosiłam jej od wielu miesięcy, gdyby nie to, że w moich planach życiowych nastąpiła właśnie zasadnicza zmiana. Tegoż popołudnia przestawiłam się duchowo i zaniechałam walki o święty spokój.

Zależało mi zaś dotychczas na świętym spokoju, ponieważ postanowiłam wreszcie napisać tę powieść science-fiction, przez którą doprowadziłam do obłędu połowę fizyków jądrowych Warszawy. Rozmyślałam nad nią bardzo długo, niezbędne mi były pewne szczegóły techniczne, obce mojej duszy, musiałam zatem uzyskiwać informacje od fachowców. Nie wiem dlaczego, nie wydawali się rozentuzjazmowani. Uporczywie zadawałam wszystkim to samo pytanie:

– Proszę pana, potrzebne mi takie małe, które by łapało promienie kosmiczne. Ja wiem, że to są cząsteczki, ono musi łapać te cząsteczki. Co to takiego może być?

Pytanie z reguły wywoływało u nich jakiś dziwny wyraz twarzy i łagodną odpowiedź:

– Kiedy one wszystko przenikają, te cząsteczki. Wie pani, one lecą na durch.

Na to mówiłam:

– Toteż właśnie, chodzi mi o to, żeby to małe miało dno...

Na dnie małego rzecz się kończyła. Nagabywani faceci dostawali obłędu w oczach i czym prędzej przekazywali mnie koledze. Żaden nie okazał się oryginalny i nie zareagował inaczej. Możliwe, iż owo dno stanowi jakąś straszliwą tajemnicę służbową, którą panicznie bali się zdradzić, nie wątpię bowiem, że musi istnieć.

Nic więc dziwnego, że powieść szła mi jak z kamienia.

Niemniej jednak zaparłam się przy swoim i trwałam w twórczych zamiarach, twardo usiłując nie zwracać uwagi na mnożące się wokół bardzo dziwne wydarzenia. Wydarzeń było dużo i rozpraszały mnie coraz porządniej, aż wreszcie przyszła chwila, kiedy udało im się rozproszyć ostatecznie. Batalię uznałam za przegraną i postanowiłam się poddać, przy czym, dziwna rzecz, ostatnim gwoździem do trumny okazała się drobnostka, mianowicie tak zwany śmierdziel. Nie znani mi ludzie przyprowadzili mojego młodszego syna, zgłaszając pretensje za produkowanie przez niego owego śmierdziela na ich podwórzu. Jako dowód rzeczowy służyła dziura, wypalona w spodniach sprawcy. Podwórze pochodziło z zamierzchłych epok, tworzyło sześciopiętrową studnię, śmierdziel zatem dokładnie spełnił swoje zadanie. Niezadowolenie owych ludzi wydawało mi się dość uzasadnione, byłam zmuszona nieco je ułagodzić, po czym wyraźnie poczułam, że walka o święty spokój przekracza moje siły. W ten sposób promienie kosmiczne przegrały ze śmierdzielem.

No i tegoż właśnie wieczoru zadzwonił telefon.

Godzina, jak dla mnie, była zupełnie wczesna, dwudziesta trzecia zero osiem. Zapamiętałam to dokładnie, bo przed nosem miałam budzik, który śpieszył się równo piętnaście minut, a wskazywał dwudziestą trzecią dwadzieścia trzy. W telefonie jakiś głos powiedział zdyszanym, dramatycznym szeptem:

– Ratunku, zabiją mnie! Niech tu ktoś przyjdzie, prędzej! Piaseczyńska osiemnaście, mieszkania dwadzieścia jeden, to ci dwaj, zawiadomić mili...

– ...cję – dokończyłam odruchowo, również szeptem, tyle że na pewno mniej dramatycznym.

Głos nagle urwał. Rozległy się jakieś charkoty, coś jakby jęk, brzmiało to nader złowieszczo, coś stuknęło i na chwilę w słuchawce zapanowała cisza. Trzymałam ją ciągle przy uchu. Znów usłyszałam lekkie stuknięcie, potem głośniejsze, potem zaś szmery i odgłos niewyraźnej rozmowy. Nie udało mi się z niej zrozumieć ani słowa. Szmery jakby oddaliły się i zamieniły w nierównomierny szum przerywany stuknięciami.

Odłożyłam słuchawkę, średnio zaskoczona, do dziwnych wydarzeń zdążyłam bowiem przywyknąć. Ucieszyło mnie, że ze świętego spokoju zrezygnowałam już wcześniej, bo przejście do porządku nad takim telefonem nie leży w mojej naturze. Zaczęłam się zastanawiać.

Możliwe, oczywiście, że był to głupi dowcip. Ten ktoś, kto dzwonił, nie rozłączył się ze mną...

Podniosłam słuchawkę ponownie i stwierdziłam, że połączenie trwa nadal. Byłam zablokowana. Jeżeli nawet był to dowcip, muszę się z jego autorem jakoś rozłączyć, bo dowcip może być długofalowy. Figlarz nie odłoży słuchawki, rano pójdzie do pracy i aż do późnego popołudnia będę pozbawiona telefonu. Na następny dzień miałam w planie różne ważne rozmowy, między innymi z jednym fizykiem jądrowym, jeszcze sprawnym umysłowo. Rozłączyć mnie mogło biuro napraw, ale do biura napraw musiałam się jakoś dodzwonić. Błędne koło.

Jeżeli zaś nie był to dowcip, należy czym prędzej zawiadomić milicję. Milicja niech sobie robi, co chce i podejmuje stosowne decyzje.

Moje kontakty z milicją ostatnimi czasy były niezwykle ożywione. Wzdrygnęłam się lekko na myśl, jak władza przyjmie komunikat o zbrodni na Piaseczyńskiej, zeszłam do sąsiadów piętro niżej, spojrzałam na zegarek i z determinacją przycisnęłam dzwonek. Przyciskałam go właśnie trzeci raz, kiedy przypomniałam sobie, że dwa dni temu widziałam ich przed domem z walizkami. Za drzwiami panowała głucha cisza, co wskazywało, że chyba rzeczywiście wyjechali na urlop.

Wróciłam na górę, stwierdziłam, że telefon jest nadal zablokowany i nic w nim nie słychać, zabrałam torebkę i zeszłam na dół, do automatu. Automat był nieczynny. Zaczęło mnie to nieco denerwować. Nie miałam pojęcia, gdzie może się znajdować jakiś inny automat w tej okolicy, nie miałam pojęcia, kto jeszcze z sąsiadów ma telefon, a dobijanie się do nich kolejno wydało mi się nietaktem. Wróciłam przed dom, wsiadłam do samochodu i uprzytomniłam sobie, że podana przez dowcipnego ulica Piaseczyńska znajduje się o sto metrów ode mnie. Zawahałam się.

Sprawdzanie, co się dzieje pod tym adresem, potrwa trzy minuty. Mogłabym, oczywiście, pojechać kawałek dalej, byle gdzie, znaleźć inny automat, znaleźć ewentualnie jakiś radiowóz, w ostateczności pojechać do komisariatu albo na Pocztę Główną...

Siedziałam przy kierownicy, kluczyk tkwił w stacyjce i przekręciłam go właściwie odruchowo. Skoro go przekręciłam, to już i ruszyłam. A skoro ruszyłam w kierunku Piaseczyńskiej...

Przyhamowałam, bo z Piaseczyńskiej, środkiem, wyjeżdżała właśnie stara warszawa. Poza tym było pusto. Podjechałam pod numer osiemnasty i wysiadłam.

Drzwi na klatkę schodową były otwarte, a winda nieczynna. Weszłam na czwarte piętro. Wpatrzona w numer 21 snułam sobie różne przypuszczenia. Pomyślałam, że może miał to być dowcip nie dla mnie, tylko dla mieszkających tu osób, którym miała się zwalić na kark milicja, wyrywając ich o północy z pierwszego snu. Dzwoniono z innego miejsca, blokujący mnie telefon znajduje się zupełnie gdzie indziej i zamiast się czepiać niewinnych ludzi, powinnam już dawno rozmawiać z biurem napraw z byle której knajpy. Tu mnie obtańcują jak święty Michał diabła, tamten się przez ten czas rozłączy i w rezultacie nawet nie dowiem się, kto był autorem całej rozrywki. Bez sensu. Ciągle postępuję jakoś bez sensu i wcale mi to z wiekiem nie mija...

Tak myśląc, przycisnęłam dzwonek, nastawiona na najgorsze. Cisza. Zrobiłam przyjemny wyraz twarzy i przycisnęłam drugi raz. Bez rezultatu. Przycisnęłam trzeci. Pomyślałam dalej, że może to był ktoś, kto nie lubi milicji i zajęcia chciał dostarczyć im, a nie mnie. Następnie ostrożnie i delikatnie nacisnęłam klamkę, pamiętałam bowiem, że w podejrzanych okolicznościach zawsze należy to uczynić.

Drzwi okazały się otwarte, a za nimi panowała ciemność.

Stałam w progu, trochę spłoszona, ciągle snując niewinne przypuszczenia. Ciekawe, jak się będę czuła w areszcie, zatrzymana w charakterze włamywaczki. Możliwe, że ci ludzie spokojnie śpią, a drzwi zapomnieli zamknąć przez zwyczajne roztargnienie...

Pomacałam ścianę obok futryny i zapaliłam światło, które dodało mi nieco otuchy. Cisza panowała nadal. Ujrzałam miniaturę przedpokoju z wnęką kuchenną i otwarte drzwi do pokoju. Na palcach przeszłam dalej i z determinacją, ryzyk-fizyk, zapaliłam następne światło. Po czym zdrętwiałam radykalnie, rażona widokiem.

Zwłoki były w całości dostrzegalne i od razu przemknęło mi przez myśl, że mam wyjątkowe szczęście. Gdyby skądś wystawała samotna ręka albo noga, niewątpliwie przeżyłabym znacznie większy szok. W pomieszczeniu panował średni bałagan, meble były zwyczajne, środek pusty, a w rogu, pod niskim regałem z książkami, leżał człowiek, z całą pewnością nieżywy. W gardle urósł mi globus, w plecach dokładnie poczułam ostrze noża, którym godzi we mnie bandyta pozbywający się niewygodnego świadka, nogi mi zmiękły i ogólnie biorąc poczułam się bardzo niewyraźnie. Stałam w tym cholernym progu i wszelkimi siłami starałam się oderwać wzrok od nieboszczyka.

 

Po bardzo długiej chwili błysnęła mi myśl, że przecież mogę stąd zwyczajnie uciec, nie wdając się w żadne zbrodnicze komplikacje. Odrobinę jakby ochłonęłam. Jasne, oczywiście że mogę uciec, ale przedtem bezwzględnie muszę sprawdzić przeklęty telefon...

Telefon stał na regale, nad głową zwłok. Należało tam podejść. Najchętniej zamknęłabym oczy, ale bałam się potknąć o którykolwiek z porozrzucanych przedmiotów. Przemogłam się, zebrawszy całą siłę ducha, przelazłam przez bałagan, zbliżyłam do regału i od razu ujrzałam, że tak. To był ten telefon. Słuchawka leżała nad nim, oparta jednym końcem o wystający bok półeczki, nie przyciskając widełek. Ujęłam ją delikatnie dwoma palcami, położyłam na aparacie, a potem podniosłam. Odezwał się normalny sygnał.

Jak było do przewidzenia, złe we mnie wstąpiło. Poniechałam zamiaru ucieczki i wykręciłam numer pogotowia milicji.

I w ten prosty sposób ostatecznie wkopałam się w sam środek afery, w której, nic o tym nie wiedząc, od dawna już grałam rolę pierwszej podejrzanej...

* * *

Major Fertner był średniego wzrostu, szczupły, miał żywe, bystre, inteligentne spojrzenie i odstające uszy. Patrzył na mnie ze średnim obrzydzeniem i dość podejrzliwie.

– Niech pani od razu powie, czego pani dotykała – poradził mi takim tonem, jakby z góry wątpił w moją prawdomówność.

– Klamki – odparłam z namysłem. – Kontaktu w ścianie. Drugiego kontaktu w ścianie. Chodzi panu o to, czego dotykałam ręką czy w ogóle? Bo o futrynę oparłam się plecami.

– Ręką, ręką.

– Słuchawki. Niczego więcej. Specjalnie uważałam, a na panów czekałam na schodach.

– A drugiej klamki?

– Drugiej nie. Drzwi były otwarte. Na oścież.

– I twierdzi pani, że go pani nie zna, tego denata? Jest pani pewna?

Rozmawialiśmy, siedząc na wannie w łazience nieboszczyka. W pokoju pracowała tak zwana ekipa śledcza. Łazienkę, z nie znanych mi przyczyn, zbadano w pierwszym rzucie i teraz obydwoje z majorem mogliśmy się w niej nawet tarzać.

– Szczerze mówiąc, nie – wyznałam ze skruchą. – To znaczy, nie jestem pewna. Nazwisko nic mi nie mówi, a co do twarzy, to te fragmenty, które widziałam, wydały mi się obce. Ale mogę po prostu nie pamiętać.

– No dobrze, ale dzwonił przecież do pani, prawda? Musiał mieć pani numer telefonu!

No rzeczywiście, chyba musiał... Ciekawe, skąd. Swoją drogą, sytuacja wytworzyła się idiotyczna, obcy człowiek ostatnim tchem dzwoni akurat do mnie i zaraz potem korkuje. Kretyństwo. Nie ma siły, nikt nie uwierzy, że go w ogóle nie znam, sama bym nie uwierzyła...

Major przyglądał mi się bardziej podejrzliwie.

– Ciekawe dlaczego zadzwonił do pani, a nie na przykład do pogotowia albo od razu na milicję – zauważył. – Nie dziwi to pani?

– Bo ja już mam takie szczęście – odparłam ponuro. – Nic mnie nie zdziwi. Chciałam mieć spokój, więc jasne jest, że muszą mi się przytrafiać właśnie takie rzeczy. Z serca panu radzę, niech pan na wszelki wypadek sprawdzi, do kogo należą numery, różniące się od mojego jedną cyfrą. Niedużo tego będzie, wszystkiego raptem dwanaście.

– A przyjechała pani tutaj dlatego, że zadzwonił, tak?

– No pewnie, że dlatego. Pan by nie przyjechał?

– Na pani miejscu z pewnością nie. Trzeba było nie dotykać tej słuchawki, zostawić, jak leżała. Właściwie nie ma żadnego dowodu, że on faktycznie do pani dzwonił.

– A z milicją porozumieć się telepatycznie?

– Nie, z innego telefonu.

– No przecież cały dowcip na tym polegał, że nie miałam pod ręką innego telefonu!

– Wszystko jedno, należało nie ruszać.

Rozzłościłam się.

– Bo co, bo uważa pan, że ktokolwiek uwierzy, że sobie to wymyśliłam? Przyjechałam tak ni przypiął, ni wypiął, bez żadnego powodu? I może nawet sama go zamordowałam? Nie mam nic lepszego do roboty, tylko nagle w nocy zrywam się z miejsca i lecę mordować jakiegoś... Jak mu tam? Dutkiewicza...

– Waldemara Dutkiewicza.

– Którego w ogóle nie znam! Gdybym to sobie wymyśliła, powiedziałabym właśnie, że go znam! Manii takiej dostałam, zabijam obcych ludzi, nowe hobby...!

– Ja o pani już słyszałem – przerwał mi major znienacka.

Zreflektowałam się dość gwałtownie. Istotnie, zważywszy liczne, niedawne wydarzenia, miał prawo dużo słyszeć. Miał prawo nawet podejrzewać mnie o bardzo dziwne rzeczy.

– Pewnie od kapitana Różewicza, co? – mruknęłam z rezygnacją.

Major pominął moje pytanie.

– To szczególne, że pani ciągle ma do czynienia z jakimiś wykroczeniami – stwierdził z lekkim naciskiem. – Między nami mówiąc, ja osobiście wierzę, że on do pani dzwonił. Pewno nie bez powodu. Nie odnosi pani wrażenia, że panią ktoś w coś wrabia?

Myśl była nowa i zaskoczyła mnie nieco. Musiałam się nad nią zastanowić. Ponieważ jednak mam zwyczaj odpowiadać na wszelkie pytania bez żadnego zastanowienia, spróbowałam zareagować od razu. Wykonałam kilka gestów, przeczących sobie wzajemnie.

– Wie pan, że nie... To znaczy, do tej pory nie przyszło mi to do głowy. Ale kto wie, czy pan nie ma racji...

– Ja tego wcale nie twierdzę – powiedział szybko major. – Mnie tylko interesują pani wrażenia.

– Co do wrażeń, to jeszcze nie jestem pewna...

Do łazienki zajrzał młody człowiek i bez słowa podał majorowi mały, zniszczony notesik. Zapaliłam papierosa, usiłując zebrać myśli, wciąż zaskoczona podsuniętym przypuszczeniem. Ze zbierania myśli nic mi nie wychodziło. Zastanowiłam się, czy nie warto by ich namówić na przyrządzenie herbaty, nieboszczyk prawdopodobnie miał w kuchni wszystko co trzeba. Zajrzałam majorowi przez ramię i herbata wyleciała mi z głowy, bo w notesiku dostrzegłam jeden numer telefonu. Coś mi piknęło w środku.

Major podniósł głowę i spojrzał na mnie z błyskiem żywego zainteresowania.

– No? – powiedział zachęcająco i podsunął mi notes. – Kogo pani tu zna?

Zawahałam się.

– Mam mówić od razu prawdę czy na razie mogę coś zełgać? – spytałam ostrożnie. – Żeby potem nie było, że składałam fałszywe zeznania.

– Każdy zawsze coś kręci – odparł major beznadziejnie. – Lepiej niech pani od razu mówi prawdę. Moim zdaniem, to nawet wygodniej dla pani. W tej fazie śledztwa jeszcze w ogóle nic nie wiadomo i nawet jeśli pani komuś zaszkodzi, to nieświadomie. Później może być gorzej, więc niech się pani sama zastanowi.

Pomyślałam, że ten major to jakiś przytomny facet i ogólnie biorąc ma rację. Taki rodzaj strusiej polityki ma swoje dobre strony. Równocześnie zaświtało mi w głowie, że w tym jest coś podejrzanego, podetknął mi cały notes, władze śledcze nie szastają tak rozrzutnie, bez opamiętania, dowodami z miejsca zbrodni. On w tym coś ma. Ktoś mnie w coś wrabia. Obcy nieboszczyk do mnie dzwonił. Chyba w ogóle coś się dzieje...

Notes nie miał porządku alfabetycznego i wszystko w nim było zapisane jednym ciągiem, jak leci.

– Baśka – powiedziałam z rezygnacją. – Poznaję po numerze telefonu, od razu mi wpadł w oko. To jest Barbara Makowiecka, mieszka na Polnej. Tych innych nie znam. Zaraz, to R., niech pan zaczeka...

Zajrzałam do własnego kalendarzyka.

– Rakiewicz! Dobrze mi się wydawało. To jest jeden taki. Na Zachodzie to się nazywa człowiek interesu. Mieszka na górnym Mokotowie, adresu nie pamiętam, ale mogę panu palcem pokazać. Od razu niech go pan wykluczy jako mordercę, on ma za dużo pieniędzy, żeby się zajmować głupstwami. Więcej nikogo znajomego nie widzę.

Przejrzałam notes do końca i na przedostatniej stronie znalazłam siebie. Pani Joanna 41-26-33. Bardzo wytwornie i z szacunkiem...

– No to jak w końcu? – zainteresował się major. – On panią znał?

– A diabli go wiedzą. Może mnie czytywał i uwielbiał? Wolno panu dziwić się do upojenia, niemniej są tacy.

– Wcale się nie dziwię, cóż znowu – zaprzeczył major grzecznie, chociaż z dość wyraźnym roztargnieniem. – Cholernie niewygodna wanna. Ta pani Makowiecka to właściwie kto?

– Jedna moja przyjaciółka.

– Pani przyjaciółka, rozumiem. Ale oprócz tego zapewne jest czymś jeszcze?

– Owszem, zawodowym kierowcą. Ma prawo jazdy kategorii D. Może prowadzić autobusy.

– I gdzie pracuje?

– Nigdzie. Pracowała jakiś czas w transporcie, ale przestała. Jakoś nabrała niechęci do tej pracy, kiedy w swojej ciężarówce musiała zmieniać trzecie kolejne koło. Nocą, w czasie deszczu, i nie miała do pomocy żywego ducha. Zdegustowało ją to i zaniechała wszelkiej pracy.

– To z czego żyje?

– Z tego, co wygra na wyścigach, i z tego, co zarobi jej mąż.

– A...! – powiedział major żywo i jakby się zawahał. – A... co robi jej mąż?

Miałam okropną ochotę poinformować go, że Paweł też grywa na wyścigach, zlitowałam się jednak.

– Jest tłumaczem z niemieckiego i zarabia całkiem nieźle.

– Nie wie pani, co ich łączyło z tym Dutkiewiczem?

– Z jakim Dut...? A! Z tym tutaj? Nie mam zielonego pojęcia. W ogóle żeby nie było nieporozumień, niech się pan postara pogodzić z faktem, że ja tego Dutkiewicza naprawdę nie znam i nie wiem o nim nic kompletnie. I niech mnie pan nie pyta dziesiąty raz, dlaczego on do mnie dzwonił, bo tego też nie wiem. Sama jestem ciekawa i będę próbowała się dowiedzieć.

– W porządku, niech się pani dowiaduje – zgodził się major, wprawiając mnie tą zgodą w śmiertelne zdumienie. – W razie gdyby się pani czegoś dowiedziała, niech mnie pani poinformuje. Będzie pani mogła złożyć jutro oficjalne zeznania?

– Ma pan na myśli jutro czy dzisiaj? Jest piętnaście po trzeciej.

– A, to dzisiaj.

– Jeżeli po dwunastej, proszę bardzo. Wcześniej wolałabym nie.

– Zadzwonię do pani koło południa. Podpisze pani protokół i może pani iść do domu.

Okazało się, że przy okazji jestem świadkiem rewizji w mieszkaniu denata. Byłam zdania, że niczego tam nie podrzucono ani nic nie ukryto, podpisałam więc z czystym sumieniem. Zaintrygowała mnie informacja, że ów notes z telefonami znaleziono zaciśnięty w lewej ręce nieboszczyka, otwarty na stronie, gdzie zapisany był właśnie mój numer. Zaczynało mnie to niepokoić coraz bardziej.

W całej sytuacji coś mi nie grało. Sam telefon od nieboszczyka to jeszcze była drobnostka, głupawe przypadki mogą się przytrafić każdemu. Mnie jednakże przytrafiało się ich chyba zbyt dużo. Major zachowywał się niezwykle, sam wetknął mi w ręce notes i kazał go oglądać. Wyraził zgodę na moje dowiadywanie się czegoś. Informacja, że będę się czegoś dowiadywać, traktowana była zazwyczaj jak groźba karalna i budziła gwałtowne protesty, skąd mu się zatem wzięła ta zgoda? Podsunął dziwaczną myśl o wrabianiu... Musiało się dziać wokół mnie coś, na co nie zwróciłam uwagi, zajęta wykańczaniem fizyków jądrowych. Coś potężnego, skoro do programu weszła zbrodnia. Nadszedł chyba czas, żeby się tym wreszcie zainteresować...

Była godzina wpół do czwartej nad ranem, kiedy zadzwoniłam do Baśki, bez miłosierdzia wyrywając ją ze snu.

– Napij się wody – poradziłam na wstępie. – Wplątałam cię w morderstwo.

– Nareszcie coś wesołego! – ucieszyła się Baśka, głosem dosyć zaspanym, jakoś mało zaskoczona. – Można wiedzieć, kogo zabiłam?

– Niejakiego Waldemara Dutkiewicza. Kto to jest?

– Nie wiem. Nie, no, co ja mówię, wiem, oczywiście! Dlaczego zabiłam Waldemara?

– To nie ty go zabiłaś, tylko nieznani sprawcy. Kto to jest?

– Kto? Waldemar?

– Właśnie. Waldemar Dutkiewicz. Kto to jest, do diabła?!

– Jak by ci tu powiedzieć... No, jeden taki.

– Rzeczywiście, określiłaś go wyczerpująco, już wszystko o nim wiem. Czy on mnie zna?

– Nie mam pojęcia. A ty go znasz?

– W pewnym stopniu. Dość nietypowo i chyba jednostronnie, nie orientuję się, jaki był za życia. Oprzytomniej! Zwracam ci uwagę, że ja tego nie piszę, to jest rzeczywistość!

Baśka przez chwilę milczała.

– Czekaj – powiedziała trochę niepewnie. – Chyba masz rację, napiję się wody...

Czekając, aż wróci do telefonu, zapaliłam papierosa i przyniosłam sobie popielniczkę. Istniała szansa, że lada chwila zacznę się czegoś dowiadywać. Baśka, po wyrwaniu ze snu, przytomniała bardzo szybko, nawet w okolicznościach znacznie mniej sensacyjnych.

– Powiedz to wszystko jeszcze raz od początku – zażądała stanowczo i całkiem trzeźwo, wróciwszy do słuchawki. – Coś mi się tu wydaje skomplikowane i prawdę mówiąc, nic nie rozumiem.

 

Opowiedziałam jej wydarzenia po kolei, nie wdając się w drobne szczegóły i na razie jeszcze niczego nie komentując.

– I to wszystko to prawda? – upewniła się Baśka z wyraźnym zdenerwowaniem. – Jesteś pewna, że on nie żyje?

– Na mur. Nosorożec na jego miejscu też by nie żył. Powiedz mi wreszcie, kto to jest i dlaczego zadzwonił do mnie.

– Czy ja wiem, kto to jest... Zwyczajny człowiek. Pracuje w spółdzielni ogrodniczej i hoduje pieczarki. Znam go dwadzieścia pięć lat. Trochę tępy na umyśle, a poza tym taka poczciwa dusza. Taki porządny, uczciwy i praworządny i w ogóle gdyby ci był potrzebny ktoś do pomiatania, to on się akurat nadaje.

– Nadawał – poprawiłam ponuro. – Teraz się nie nadaje do niczego. Skąd, u diabła, miał mój telefon?

– Możliwe, że ode mnie – przyznała Baśka po namyśle. – Maglował mnie całe miesiące, że cię uwielbia i że chce ci złożyć te tam takie. Różne wyrazy. Chyba mu w końcu dałam.

– No i złożył mi wyrazy, wysoce oryginalne. Myślisz, że ostatnim tchem chciał zamienić ze mną kilka słów?

– Bardzo możliwe. Już wiadomo kto go zabił?

– Nic nie wiadomo. Przede wszystkim ja bym chciała wiedzieć, dlaczego zadzwonił do mnie, bo takie pytanie zadaje mi milicja i muszę im coś odpowiedzieć. Słuchaj, czy jest możliwe, że on chciał zadzwonić do ciebie i coś mu się pomyliło? Może na bazie jakichś skojarzeń? W stanie paniki różnie bywa.

– Ja ci powiem, że jest możliwe, że on nawet dzwonił do mnie. Owszem, w takiej chwili mogłam mu przyjść do głowy. Ale mnie w ogóle nie było cały dzień, wróciliśmy z Pawłem dopiero po północy. A jeżeli mnie nie było, to on mógł mnie szukać u ciebie.

– To brzmi nawet dość logicznie – przyznałam. – On wiedział, że bywacie u mnie?

– Wiedział, że przeważnie bywamy albo w kinie, albo w Wilanowie, albo u ciebie. Albo jeszcze gdzie indziej, ale z tego wszystkiego telefon masz tylko ty. Mogę sobie wyobrazić, jak się ucieszyłaś.

– Zgoła szaleńczo, ale jestem przyzwyczajona. A czy ty potrafisz odpowiedzieć na pytanie, dlaczego chciał zadzwonić do ciebie?

– Bo od dwudziestu pięciu lat, ile razy mu się coś przytrafiło, zawsze dzwonił do mnie. Też jestem przyzwyczajona. Uhonorowałaś tak tylko mnie czy jeszcze kogoś?

– Jeszcze Gawła. Jesteś w miłym towarzystwie.

– Bardzo mi przyjemnie. Kto to jest Gaweł?

– Nasz rodzimy hochsztapler najwyższej klasy. Opowiadałam ci o nim. No, znasz go przecież, widziałaś go na ulicy. Z wielkim, łysym łbem i gębą wesołego amorka.

– A, wiem. A ten co tu robi?

– Nie mam pojęcia. Nieboszczyk miał jego numer telefonu.

Po stronie Baśki zabrzmiał dźwięk, jakby się zakrztusiła tą wodą, której radziłam jej się napić. Zdziwiło mnie to i zaniepokoiło.

– Nie pij w trakcie rozmowy, bo się możesz udusić. Nie co dnia nam mordują znajomych...

– Czekaj – przerwała Baśka, nagle bardziej zdenerwowana. – Waldemar miał jego numer telefonu? Jesteś pewna? Gdzie go miał?

– W notesie. Niedaleko twojego. Zdaje się, że na następnej stronie. Bo co? Oni się znali?

Dźwięki pozwalały mniemać, że Baśka gwałtownie pije wodę.

– Nie wiem – odparła wreszcie. – Dotychczas myślałam, że nie. To znaczy, nic o tym nie wiedziałam. To znaczy, nie mam pojęcia, kogo ten Waldemar mógł znać. Co to był za kretyński pomysł, dzwonić do ciebie!

Zgodziłam się z nią bardzo chętnie.

– Znaczy, o tych dwóch też nic nie wiesz? – upewniłam się.

– O jakich dwóch?

– Powiedział przez telefon: „To ci dwaj”. Rozumiem z tego, że wykończyły go jakieś dwie znajome osoby. Ty ich nie znasz?

– Nie wiem. Nikt ze znajomych nie zawiadamiał mnie, że zamierza utłuc Waldemara. Możliwe, że on się obracał w jakimś niestosownym towarzystwie, pojęcia nie mam, ja się obracam w stosownym.

– Dawno go widziałaś?

– Nie, skąd, parę dni temu.

– I jaki był?

– Całkiem zwyczajny. Nie wyglądał na ofiarę zbrodni. Nogi mi zmarzły i zaczyna mi się wydawać, że chyba nie lubię śledztwa o tej porze.

Pocieszyłam ją, że milicja przystąpi do działania zapewne o siódmej rano, przy czym ona sama będzie pierwszym świadkiem. Baśka prychnęła gniewnie i zaklęła pod nosem. Zaniechałam dalszych pytań, dałam jej spokój i rozłączyłam się. Uczyniłam to nie z przyzwoitości i miłosierdzia, a wyłącznie dlatego, że musiałam wreszcie trochę pomyśleć.

Baśka rozmawiała ze mną dziwnie, jakoś inaczej niż zwykle. Można było, oczywiście, złożyć to na karb zaskoczenia i zdenerwowania, na nikogo wiadomość o zbrodni o wpół do czwartej nad ranem nie wpływa uspokajająco, ale tu istniało coś innego. Ona rozmawiała ze mną nieszczerze. Tak, to było właściwe słowo, nieszczerze. Fałszywy ton zadźwięczał już w połowie rozmowy i brzmiał do końca. O co jej mogło chodzić? Chciała coś ukryć? Właściwie prawie nie zadawała pytań, nie ciekawiły jej szczegóły zabójstwa, nie interesował sam nieboszczyk, jedyne, co ją ostro poruszyło, to ten telefon Gawła. Co w tym mogło tkwić?

Mało brakowało, a zadzwoniłabym do Gawła z zapytaniem, czy zna Dutkiewicza. Opanowałam się. Przypomniałam sobie, że już od długiego czasu kotłują się wokół mnie dziwaczne wydarzenia i miałam się nad nimi zastanowić. Zapewne będzie to lepsza droga do wykrywania tajemnic niż bezpośrednie rozmowy, które, po pierwsze, niewątpliwie zdenerwują majora, a po drugie, nic mi nie dadzą, bo rozmówcy mogą zełgać. Należy zatem rozważyć kolejno owe dziwaczne wydarzenia.

Mimo najszczerszych chęci, nie udało mi się opanować umysłu. Pamięć bez żadnego sensu i wyboru podsuwała wszystko, jak leciało, niezależnie od tego, czy mogło mieć jakikolwiek związek z nieboszczykiem Dutkiewiczem, Baśką i Gawłem, czy też nie. Chronologię zdołałam ustalić, ale, niestety, tylko chronologię...

* * *

W charakterze pierwszego dziwowiska wystąpił sztandar.

Moja rodzina w Kanadzie ni z tego, ni z owego zażądała nagle, żebym im namalowała sztandar. Przesłali szczegółowe instrukcje na piśmie, jak też ten sztandar ma wyglądać i co zawierać, kilku emblematów dostarczyli w liście, o pozostałe zaś miałam się postarać samodzielnie na miejscu. Arcydzieło, po skończeniu, należało im odesłać, po czym sztandar miał zostać wyhaftowany.

Dzikiego chaosu, który stał się wynikiem zamówienia, ludzkie słowo nie opisze. Usiłując zdobyć narzędzia pracy, to znaczy brystol, pędzle oraz farby, w tym srebrną i złotą, natrafiłam na cudownej piękności papier toaletowy, który, rzecz jasna, nabyłam i którym wzbudziłam szaleńczą zawiść wszystkich znajomych i przyjaciół. Stada z rozwianym włosem i roziskrzonym wzrokiem zaczęły latać po mieście w poszukiwaniu takiego samego. Następnie zdezorganizowałam życie prywatne kilkunastu osób i pracę w kilku zaprzyjaźnionych instytucjach, domagając się od wszystkich wizerunku świętego Jerzego, walczącego ze smokiem, na sztandarze bowiem między innymi miały być uwidocznione postacie świętych pańskich. Życzliwi ludzie zaczęli robić generalne porządki w mieszkaniach, poszukując dla mnie stosownego obrazka, przewracali do góry nogami rozmaite archiwa, a jedni znajomi z rozpędu przeprowadzili w domu nawet całkowity remont. Kiedy wreszcie ktoś wydębił świętego Jerzego na białym koniu od powinowatych z prowincji, przynosząc go z wielkim triumfem, okazało się, że popełniłam pomyłkę i pomieszałam świętych. Według opisu technicznego na sztandarze miał figurować nie święty Jerzy, a święty Michał Archanioł walczący ze smokiem.

O świętego Michała było łatwiej, dostałam go w kościele Świętego Michała, niedaleko własnego domu. Wdarłam się do Muzeum Wojska Polskiego w poniedziałek, kiedy było nieczynne, i uzyskałam wzory militarne. Plakatówkę, pędzle i przedwojenne 10 złotych pożyczyłam od przyjaciółki. Po kilku tygodniach zamieszania i wytężonej pracy sztandar był gotowy.

Gaweł miał z tym tyle wspólnego, że od niego również domagałam się świętego Jerzego. Wiedziałam, że ma brata imieniem Jerzy i upierałam się, iż brat powinien posiadać wizerunek patrona. Na jakiś czas Gaweł zaniechał jakichkolwiek rozmów ze mną. Od Baśki zaś pożyczyłam owe 10 złotych, przebierałam w kilku egzemplarzach i jej był najporządniejszy, to znaczy najlepiej był na nim widoczny zamówiony przez Kanadę orzeł. Baśka rozmawiać ze mną jakoś nie przestała.

Wszyscy, poruszeni uprzednio świętym Jerzym, świętym Michałem, złotą farbą, papierem toaletowym i przedwojennym bilonem, żywo interesowali się rezultatami moich poczynań i koniecznie chcieli oglądać arcydzieło. Pokazywałam je niechętnie, bo gęsta plakatówka rozmazywała się z byle powodu, wykorzystałam zatem pierwsze od długiego czasu zebranie towarzyskie, żeby dokonać prezentacji hurtem. Z satysfakcją rozwinęłam na tapczanie dwa wielkie, kolorowo pomalowane arkusze brystolu i pozwoliłam im podziwiać.