Nawiedzony Dom

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Joanna

Chmielewska

Nawiedzony dom





© Copyright by Wydawnictwo Klin

ISBN 978-83-62136-37-7

Wydawnictwo Klin

Warszawa, ul. Bruzdowa 117H

tel. +48 501 686 786

fax 22 885 19 53

e-mail: kontakt@wydawnictwoklin.pl

www.wydawnictwoklin.pl

konwersja do formatu epub:

pan@drewnianyrower.com

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Wypracowanie domowe pod tytułem jak spędziłam ostatnie dni wakacji – czytała Janeczka najdoskonalej monotonnym głosem, z całkowitym pominięciem interpunkcji. – Ostatnie dni wakacji spędziłam na naradach produkcyjnych. Narady produkcyjne odbywały się w naszym domu od rana do wieczora i jeden raz odbyły się w domu mojej babci i dziadka, w którym zapanowało wielkie niezadowolenie. Ponieważ tatuś urwał dziką różę, która była przyczepiona do ściany, i wtedy babcia poddała się i złożyła broń. A dziadek i tak nie miał nic do gadania. Więc ta narada produkcyjna skończyła się w ten sposób, że większa połowa przeszła na naszą stronę...

Nauczycielka poczuła się jakby odrobinę zaskoczona. Wypracowanie Janeczki wydało jej się nieco dziwne, trochę nietypowe i zbytnio intymne. Odsłaniało jakieś nieprzyjemne tajemnice rodzinne, których z pewnością nie należało prezentować całej klasie.

– Nie mówi się większa połowa, tylko więcej niż połowa – poprawiła odruchowo. – Połowy są zawsze jednakowe. Twoje wypracowanie jest niejasne. Co to znaczy, że babcia złożyła broń? Jaką broń?

Janeczka oderwała wzrok od zeszytu i popatrzyła na nią wielkimi niebieskimi oczyma z wyrazem bezgranicznej niewinności.

– Ręczną – odparła po namyśle.

– Co takiego? Ręczną broń?

– No tak właśnie. Takie duże, żelazne pudełko, zamykane na kluczyk.

Nauczycielka poczuła wyraźny niepokój.

– Pudełko jako broń?... Chwileczkę. Co właściwie babcia zrobiła?

– Odstawiła je. Przedtem machała nim na wszystkie strony. Odstawiła je i powiedziała, że składa broń.

Grzeczna odpowiedź Janeczki nie tylko niczego nie wyjaśniła, ale wręcz zagmatwała sprawę. Klasa zaczynała słuchać z rosnącym zainteresowaniem. Nauczycielka uznała, że jakoś musi z tego wybrnąć, inaczej bowiem nastąpi wybuch niezdrowej sensacji.

– Piszesz o naradach produkcyjnych – rzekła sucho. – To nie ma nic wspólnego z żadną bronią. Co to są narady produkcyjne?

– Narady produkcyjne są to narady w zakładach produkcyjnych i one są po to, żeby się naradzić na temat produkcji w zakładzie. U nas też były narady, żeby się naradzić, i wszyscy mówili na to narady produkcyjne. Babcia była przeciw, a dziadek zawsze robi to, co babcia każe, nie ma nic do gadania, więc też był przeciw. Ale zaraz potem, jak tatuś urwał dziką różę, babcia powiedziała, że się poddaje i składa broń, i właśnie odłożyła to pudełko. Bo skoro dzika róża odpadła, to jej już wszystko jedno i może się zamieniać.

– Zamieniać...? W jakim sensie...

– W sensie mieszkania.

Nauczycielka milczała przez chwilę, czując, iż panowanie nad tematem wymyka jej się z rąk. Dyskryminacji dziadka stanowczo postanowiła nie tykać.

– Czego dotyczyły te narady produkcyjne? – spytała zimnym głosem. – Czytaj dalej.

Janeczka uniosła zeszyt.

– ...naszą stronę – zaczęła. – I już tylko jedna osoba była całkiem przeciw. Chodziło o to, że mój tatuś dostał spadek...

– Co dostał? – wyrwało się nauczycielce.

– Spadek – wyjaśniła Janeczka bardzo uprzejmie. – To jest taki majątek od kogoś, kto jest nieboszczykiem.

– A... tak. Czytaj dalej.

Janeczka znów uniosła zeszyt.

– ...dostał spadek. Nasz krewny umarł w Argentynie i napisał testament. Ten spadek to jest dom i pieniądze, ale z pieniędzy nic nam nie przyjdzie, bo wszystkie muszą iść na remont domu. I ten spadek mój tatuś dostał pod warunkiem, że do tego domu wprowadzi się cała rodzina, a lokatorzy z tego domu wyprowadzą się do naszej rodziny. I wszyscy muszą oddać swoje mieszkania. Więc babcia była przeciw, bo powiedziała, że nie odda swojego mieszkania z bluszczem na całej ścianie, który hodowała dwadzieścia lat, a ten bluszcz to była właśnie ta dzika róża, więc kiedy tatuś urwał dziką różę, babci zrobiło się wszystko jedno. Mój tatuś nie chciał tego spadku, bo mówił, że remont to jest katastrofa i on się nie czuje na siłach, ale mamusia go namówiła. Bo tam jest garaż, ale tak naprawdę, to ja wiem, że jej chodziło o taras do opalania. Mój brat i ja obejrzeliśmy prawie wszystko. Koniec.

Przez chwilę w klasie panowało milczenie.

– Prosiłam, żeby opisać ostatnie dni wakacji w sposób rzeczowy, prawdziwy i bez fantazjowania – powiedziała wreszcie nauczycielka z głębokim wyrzutem. – A ty mi tu tworzysz jakieś sensacyjne bajki.

– Nic podobnego, nic nie tworzę! – zaprotestowała Janeczka. – To jest sama święta prawda! W ogóle nic innego się nie działo, tylko te narady produkcyjne w rodzinie i w kółko o tym domu, i myśmy z moim bratem brali udział, bo tatuś się nawet zdenerwował, że nikt nic nie załatwi, tylko wszyscy na nim żerują i wszystko musi on sam, więc chcieliśmy brać udział, żeby tatuś nie czuł się jak padlina...

– Jak co?...

– Jak padlina. Tatuś powiedział, że czuje się jak padlina, a dookoła niego siedzą sępy, hieny i szakale i czyhają. Żeby go zeżreć. Babcia się wtedy obraziła. Tam jest nawet prawie basen z fontanną, w tym domu, to znaczy w ogrodzie. Trochę błotnisty. Takie jeziorko się utworzyło i woda bije, dosyć słabo, i potem gdzieś odpływa, ale my wiemy, że to pękła rura wodociągowa pod ziemią, ona jest nie nasza, ta rura, tylko od sąsiedniego budynku. Podsłuchaliśmy, jak jeden hydraulik o tym rozmawiał. I jak tamci lokatorzy biorą wodę, to u nas fontanna bije słabiej i jeziorko trochę wysycha, a jak nie biorą, to u nas się znów napełnia. Nikt tego nie chce zreperować, bo na razie nie wiadomo, do kogo ten kawałek rury należy i kto gdzie będzie mieszkał.

Nauczycielka nagle zdała sobie sprawę z tego, co słyszy, i pojęła, że w rodzinie jednej z uczennic nastąpiły wydarzenia wstrząsające. Spadek z Argentyny, dom z tarasem do opalania, basen w ogrodzie, to było coś, co mogło ogłuszyć osobę najbardziej nawet odporną. Poczuła się z lekka oszołomiona.

– Gdzie jest ten dom? – spytała słabo.

– Na ulicy Krasickiego. Na Mokotowie. A ogród ciągnie się przy dwóch ulicach, bo tam jest akurat skrzyżowanie.

Klasa trwała w milczeniu, wpatrzona w Janeczkę, która z zimną krwią relacjonowała rzeczy niewiarygodne. Snuła opowieść z jakiegoś innego świata. Po krótkich wysiłkach nauczycielka zrezygnowała z prób opanowania ciekawości.

– I co w końcu? Jaki był ostateczny rezultat tych narad produkcyjnych?

– Stanęło na tym, że tatuś zgadza się na wszystko i teraz zaczynamy się zamieniać. I od razu będzie remont. Tymczasem musimy się gnieździć po kątach, ale potem będziemy mieli mnóstwo miejsca, bo ten dom jest bardzo duży. I stary.

– Jak stary?

– Różnie. Bo on ma dwie części. Jedna ma sto lat, a może nawet sto pięćdziesiąt, a druga tylko czterdzieści osiem. Ten nieboszczyk z Argentyny własnoręcznie ją wybudował i wszystko jest w zupełnie dobrym stanie, więc remont poleci piorunem, jak się nie pożałuje pieniędzy. Tak powiedział jeden pan, który ma się tym zajmować.

 

– Ile pięter ma ten dom?

– Jedno. Ale ma strych. I ten strych jest bardzo tajemniczy, nikt nie wie, co się tam znajduje, bo w czasie działań wojennych zginął klucz od drzwi. Podobno powiesiła się tam jakaś osoba i do dziś dnia wisi, ale to nie jest pewne. Przez dziurkę od klucza nic kompletnie nie widać. A w czasie wojny mieszkał w tym domu jeden taki Niemiec, ale nie całkiem Niemiec, tylko taki fol... foks...

– Folksdojcz.

– Aha. Właśnie. Folksdojcz. I on się wcale nie fatygował, żeby porządnie sprzątać. Ja to wiem, bo babcia mojej przyjaciółki chowała u niego różne rzeczy, amunicję i karabiny, i co popadło...

– Na litość boską, co ty mówisz? – przerwała zaskoczona nauczycielka. – Babcia chowała takie przedmioty u folksdojcza?

– No właśnie. Udawała, że sprząta, a tak naprawdę to chowała i nikt nigdy nie szukał. Ja to wszystko wiem, bo ta babcia mi sama opowiadała. I na tym strychu ludzka noga nie stanęła już tysiące lat. To znaczy, prawie czterdzieści. I tam może być wszystko.

Klasa słuchała z zapartym tchem. Nauczycielka dostała wypieków. Janeczka mówiła wprawdzie z przejęciem, ale zarazem z doskonałym spokojem i tak głębokim przekonaniem, że nie można było wątpić w prawdziwość jej słów. Najwyraźniej w świecie proza codziennej egzystencji z hukiem została naruszona eksplozją niezwykłego wydarzenia.

– I to wszystko jest prawdą? – upewniła się nauczycielka, usiłując zatrzymać w sobie resztki niedowierzania. – Nie wymyśliłaś tego?

– Przecież pani sama kazała nic nie wymyślać, tylko opisać prawdziwe wydarzenia. Tatuś wcale nie chciał tego domu, ale ten nieboszczyk wyraźnie napisał, że albo biorą wszystko, albo nic, bo mu bardzo zależało na tym domu, bo on się tam urodził i jego dziadek się tam urodził, i w ogóle wszyscy się tam urodzili. I dlatego ma się wyrzucić obcych lokatorów i zostawić tylko samą rodzinę.

Niejasno czując, że zaniedbuje trochę swoje obowiązki zawodowe, nauczycielka machnęła ręką na zaplanowane zajęcia lekcyjne. Sprawa zaczęła ją wciągać. Pomyślała, że powinna przecież znać stosunki domowe ucznia, które mogłyby mu bruździć w szkolnych zajęciach, i bez reszty już, przy milczącej aprobacie klasy, oddała się wyjaśnieniom.

– Opisujesz wydarzenia nieco chaotycznie – rzekła z naganą. – Spróbuj ułożyć to jakoś po kolei, żeby było bardziej zrozumiałe. Jakim sposobem ten krewny mógł się urodzić w tym domu, który sam wybudował? Wybudował go przed urodzeniem?

– Nie, to nie tak. Urodził się w starej połowie, a wybudował tę nową. Już po urodzeniu.

– A ile jest rodzin w tym domu i ile rodzin w rodzinie... to znaczy, ile osób... to znaczy mieszkań...

– Kompletów – skorygowała Janeczka i ciężko westchnęła. – W rodzinie są tylko trzy komplety. Ale każdy żąda od razu królewskich apartamentów i każdemu brakuje. Tatuś tak powiedział i jeszcze powiedział, że nie położy się pod walec drogowy, żeby sam stworzyć większy metraż. Jeden komplet to my, to znaczy mamusia, tatuś, mój brat i ja, drugi komplet to dziadek i babcia, a trzeci komplet to ciotka Monika, to jest siostra tatusia, ze swoim synem Rafałem i z narzeczonym. I razem z narzeczonym ciotki Moniki mamy cztery mieszkania. Trzy rodziny z tego domu już zgodziły się zamienić, tylko jedna nie chce. Ona jest podejrzana, ta rodzina.

– Dlaczego podejrzana? To duża rodzina?

– Nie, tylko trzy sztuki. Taka potwornie stara wiedźma...

– Jak ty się wyrażasz o starszej osobie? – zgorszyła się nauczycielka. – To niegrzecznie tak mówić!

Janeczka milczała przez chwilę.

– Taka potwornie stara obywatelka – poprawiła z lekkim oporem – z synem i z żoną tego syna. Zajmują dwa pokoje, ale teraz chcą dostać trzy. Bardzo chciwi. I jeszcze chcą, żeby im dopłacić i w ogóle kręcą. A ja wiem, że im chodzi o ten strych. Za nic w świecie się nie wyprowadzą, dopóki się nie dowiedzą, co tam jest. Do tej pory nikt tego nie wie...

– To niemożliwe, żeby przez czterdzieści lat nikt nie wszedł na jakiś strych – zauważyła nauczycielka sceptycznie. – Gdyby chcieli tam zajrzeć, mogliby po prostu odpiłować kłódkę.

– Kłódka to nic – odparła Janeczka tajemniczo. – Ale tam są żelazne drzwi. To jest strych w tej starej części domu, te drzwi są całe z żelaza i zamknięte na różne klucze, nie tylko na kłódkę. I na takie żelazne sztaby. Nikt nie umie tego otworzyć, trzeba by zrujnować pół domu, żeby je wywalić. W ogóle nie wiadomo, jak się do tego zabrać. Poprzedni lokatorzy nie zgadzali się na żadne rujnowanie, bo ich nie obchodziło, co tam jest, tylko ta jedna rodzina się czepia. Będziemy mieli przez nich potworne kłopoty.

Nauczycielka była młoda, własne mieszkanie spółdzielcze widniało przed nią w bardzo odległej perspektywie, zatem kłopoty, których ostatecznym efektem mógłby być basen w ogrodzie, taras do opalania i piętrowy dom ze strychem, przez krótką chwilę wydawały jej się samą przyjemnością. Szybko jednak przypomniała sobie, że basen jest wynikiem pękniętej rury, a na strych nie można się dostać. Następnie oczyma duszy ujrzała zawiłą procedurę zamiany mniejszych mieszkań na większe i od razu zakwitło w jej sercu współczucie dla ojca Janeczki. Pod koniec lekcji doznała wyraźnej ulgi, że sama nie posiada żadnych krewnych w Argentynie...

2

Pies siedział na podeście drugiego piętra, kiedy państwo Chabrowiczowie razem z dziećmi, wychodzili rano z domu. Siedział grzecznie, bez ruchu, i patrzył na nich wzrokiem pełnym nadziei. Był dość duży, brązowy, podobny do wyżła, miał gładką, lśniącą sierść, uszy nieco krótsze niż wyżeł i długi ogon. Pozwolił się pogłaskać.

Późnym popołudniem siedział nadal, tyle że zmienił kondygnację. Przeniósł się na podest trzeciego piętra, w pobliże drzwi państwa Chabrowiczów. Wydawał się nieco smutniejszy niż rano i jakby trochę zniechęcony.

– Popatrz, ten pies ciągle tu siedzi – powiedziała pani Krystyna z lekkim niepokojem do męża. – Czyj on jest?

Pan Chabrowicz szukał po kieszeniach kluczy do mieszkania. Czuł się nieco zdenerwowany, bo waliły się na niego najrozmaitsze kłopoty, i nie miał teraz głowy do zwierząt.

– Nie mam pojęcia – odparł. – Ładny pies, mieszaniec chyba. Pewnie ma właściciela gdzieś w pobliżu.

Pani Krystyna pochyliła się nad psem i pogłaskała go po lśniącym grzbiecie. Przyjmował pieszczotę z wyraźną wdzięcznością.

– Dlaczego tu siedzisz, piesku? Gdzie masz pana? Zostawili cię? Jaki miły, grzeczny pies! Słuchaj, ten właściciel poszedł z wizytą do kogoś, kto nie lubi zwierząt, i zostawił psa na schodach. Barbarzyńca!

– Cicho, może być u sąsiadów i jeszcze cię usłyszy.

– Chętnie powiem mu wprost, co myślę o takim łajdaku! Znęca się nad psem!

– Wcale się nie znęca, kazał mu czekać i koniec. Zostaw go, nie przyzwyczajaj do siebie cudzego psa.

Mamrocząc pod nosem inwektywy pod adresem owego właściciela i jego hipotetycznych znajomych, pani Krystyna wkroczyła do mieszkania. Pies pozostał na schodach.

Wieczorem, już po kolacji, Pawełek dostał polecenie wyrzucenia śmieci. Posłusznie chwycił wiaderko, ale dotarł z nim tylko do przedpokoju. Otworzył drzwi, wyjrzał i natychmiast odwrócił się ku wnętrzu mieszkania.

– Hej! – zawołał z przejęciem. – Słuchajcie, on tu ciągle jest!

Pies leżał na wycieraczce pod drzwiami, zwinięty w kłębek, apatyczny i beznadziejnie smutny. Janeczka znalazła się przy nim pierwsza, przykucnęła, spojrzała w cierpiące psie oczy i coś ją szarpnęło w okolicy serca. Wyczuła nieszczęście.

– On się zgubił – oznajmiła dramatycznie. – Ta świnia wypędziła go z domu. On się boi, że już na zawsze tak zostanie, sam jeden. Zabierzmy go do siebie!

– Rany, cały dzień trzymać psa na schodach! –powiedział Pawełek z niesmakiem. – Czyj on jest?

– Nie wiem – odparła pani Krystyna, pojawiając się w drzwiach. – Sądzimy, że właściciel poszedł do kogoś z wizytą. Ten ktoś może nie lubi psów...

– Ty, jaka świnia? – zainteresował się nagle Pawełek, trącając siostrę.

Janeczka ciągle siedziała w kucki przy psie.

– Ten właściciel – odparła z zaciętą nienawiścią. – Wcale go tu nie ma. Zostawił go i poszedł. Popatrz, on się trzęsie. I jakoś dziwnie oddycha.

Pies nadal leżał spokojnie z tym samym smutnym, apatycznym spojrzeniem, chwilami drżąc lekko i oddychając nieco chrapliwie, jakby z trudem. Obojętnie pozwalał się głaskać, podsuwając łeb pod przyjazną dłoń, ale nie tracąc wyrazu beznadziejnego smutku. Państwo Chabrowiczowie również opuścili mieszkanie i znaleźli się na podeście, pani Krystyna przykucnęła po drugiej stronie psa, naprzeciwko swoich dzieci.

– O Boże – powiedziała z niepokojem. – Czy on się nie zaziębił? Oddycha, jakby miał bronchit. Gdzie ten jego właściciel?!

– Uciekł – zawyrokowała zimno Janeczka. – To zwyrodnialec. Porzucił go na pastwę losu. Weźmy go do domu!

– Nie możemy go wziąć do domu, przecież jest cudzy...

– Niczyj nie jest! On go porzucił, zostawił go jak... jak podrzutka!

Pies poddawał łeb głaskaniu, przymykając oczy, jakby był bardzo zmęczony. Oddychał ciągle z trudem.

– On ma chyba zapalenie płuc – powiedziała do męża zdenerwowana pani Krystyna. – Tadeusz mówił, że jego pies zdechł na zapalenie płuc, przypominasz sobie? Boże drogi, taki śliczny pies, trzeba coś zrobić!

Janeczka dostała wypieków i dreszczy.

– No to zróbcie coś! Nie stójcie tak! Jemu jest zimno, trzeba go przykryć!

– Do nas to zaraz wleczecie całą bandę doktorów, a do psa to nie – zauważył Pawełek zgryźliwie. – Pewnie zaraz powiecie, że trzeba za to płacić...

– Zadzwonię do pogotowia weterynaryjnego – zaproponował pan Chabrowicz, zarażony zdenerwowaniem żony i dzieci. – Rzeczywiście, to jest piękny pies, szkoda by go było. Młody, nie ma więcej niż rok.

– Jest czysty – dodała pani Krystyna. – Popatrzcie, jaki zadbany, wypielęgnowany... Musiał się zgubić bardzo niedawno.

– No właśnie, powinniśmy go zabrać od razu, bo potem będzie gadanie, że brudny i uszargany!

Pogotowie weterynaryjne poradziło panu Chabrowiczowi odwieźć psa do schroniska dla bezdomnych zwierząt, gdzie weterynarz mógłby go zbadać już o siódmej rano. Miałby tam fachową opiekę. Ewentualnie można mu od razu dać aspirynę. Samochód pogotowia jest w terenie i nie zdąży wrócić wcześniej niż nazajutrz o poranku, poza tym samochód jeździ w zasadzie tylko do nagłych wypadków. Pan Chabrowicz od razu zadzwonił do schroniska, dostał adres i dowiedział się, że dyżur trwa całą noc.

Na klatce schodowej przez ten czas odbywała się scysja między matką i dziećmi.

– Nie możemy o nim decydować, dopóki nie wiemy, czy tu gdzieś nie ma jego właściciela – perswadowała pani Krystyna. – On powinien być w pobliżu. Może się upił...

– Jeśli się upił, nie jest wart takiego psa! –zawyrokował stanowczo Pawełek.

– Możemy go poszukać, tego bandytę – rzekła Janeczka z nie słabnącą zaciętością. – Sami poszukamy, jeśli wy nie chcecie. Też nie jesteście warci tego psa!

– Powiedzieli, że można mu dać aspirynę – oznajmił pan Chabrowicz, ukazując się w progu. – Nie rozumiem, dlaczego nie ma obroży, nikt nie wypuszcza swojego psa bez obroży.

Pani Krystyna uczyniła przypuszczenie, że obrożę ktoś ukradł. Pies jest pełen zaufania do ludzi i łagodny, pozwolił ją zdjąć byle komu. Pawełek zażądał, żeby natychmiast dać psu aspirynę. Janeczka wyraźnie poczuła, że nie zniesie dłużej tych debat i tej niepewności. Zanim rodzice zdążyli ją powstrzymać, zaczęła dzwonić do sąsiadów. Pies cierpliwie czekał.

Sąsiedzi z tego piętra wyparli się znajomości z psem. U nikogo żadnych gości nie było. Idący po schodach sąsiad z innego piętra przyznał, że on też widział tu rano tego psa, ale ani o nim, ani o żadnym właścicielu nic nie wie. Nikt nic nie wie. Pies jest bezpański.

W duszy Janeczki zalęgło się nagle granitowe, niezłomne, nieopanowane pragnienie towarzyszenia psu w tej bezpańskości. Dotychczas bez oporu godziła się z myślą, że w domu nie ma warunków, żeby trzymać jakieś zwierzę, mieszkają w środku miasta, rodzice pracują, oni obydwoje z Pawełkiem chodzą do szkoły, zwierzęciu byłoby źle i smutno... Teraz poczuła nagle, że z tym łagodnym, opuszczonym, nieszczęśliwym, prawdopodobnie chorym psem wiąże ją jakaś nić, sznur, lina okrętowa i raczej sama wypędzi się na ulicę niż pozwoli wypędzić psa! On czeka. Ona widzi przecież, że on czeka, że kołaczą się w nim jakieś resztki nadziei i cierpliwie, w okropnym napięciu i zdenerwowaniu, czeka, żeby się nim wreszcie ktoś zajął.

 

– Weźmy go!!! – wyjęczała rozdzierająco. – On nie może tak zostać! Weźmy go do domu!!!

– Nie możemy – odparła przygnębiona pani Krystyna.

– W takim razie ja też się tu położę na słomiance – oświadczył Pawełek z determinacją. – I będę leżał, aż też dostanę zapalenia płuc!

– Fioła macie obydwoje! – zdenerwował się pan Chabrowicz. – Jutro zaczynamy przeprowadzkę, cały dom się likwiduje, nowy w ruinie, jeszcze nam tylko psa brakowało! Obcego psa!

Pani Krystynie, która już miękła, przejęta losem psa prawie tak samo jak jej dzieci, słowa męża przypomniały o aktualnych kłopotach. Nie, to wykluczone, w żadnym razie nie mogli sobie teraz pozwolić na obce zwierzę!

– Nie możemy go wziąć – zdecydowała. – Dzieci, na litość boską, wy sobie w ogóle nie wyobrażacie, jakie tu od jutra będzie zamieszanie. Przecież ten pies by tego nie wytrzymał!

– A leżenie na klatce schodowej to wytrzyma?! – wrzasnął buntowniczo Pawełek.

– Jeżeli go tak zostawicie, wyprę się was – zagroziła Janeczka. – Zostanę z nim tutaj. Nie pójdę do szkoły. Będę chora.

– Będę zdziwiony, jeśli z tego wszystkiego nie oszaleję – rzekł posępnie gdzieś w przestrzeń pan Chabrowicz.

– Proszę was bardzo, żebyście się zastanowili logicznie – powiedziała stanowczo pani Krystyna. – Tym psem trzeba się porządnie zaopiekować. Coś mu jest, powinien go obejrzeć weterynarz. Od jutra zaczynamy się przeprowadzać, dla zdrowego psa to jest okropna katastrofa, a co mówić dla chorego...

– No więc daj mu tę aspirynę!

– Aspiryna nie zmieni sytuacji. On jest do nas nie przyzwyczajony, nie znajdzie sobie miejsca. On potrzebuje spokoju!

– Trzeba go na razie odwieźć do schroniska – zadecydował pan Chabrowicz. – Tam się nim na pewno dobrze zaopiekują, a potem zobaczymy.

Janeczka i Pawełek w milczeniu popatrzyli na siebie. Pies czuł się chory, to było wyraźnie widoczne, należało go przede wszystkim leczyć. Jutrzejsze trzęsienie ziemi wykluczało stworzenie mu właściwych warunków. To schronisko, nie wiadomo, co to jest, ale może okazać się odpowiednie. Chwilowo muszą chyba się zgodzić, ale na dalszą metę nie popuszczą...

– Gdzie to jest? – spytała pani Krystyna. – Dali ci adres?

– Gdzieś potwornie daleko, za lotniskiem, na Okęciu. Spróbuj mu dać mleka i aspiryny.

Pawełek bez słowa porwał wiaderko ze śmieciami i popędził na dół. Wrócił po dwóch minutach. Pani Krystynie błysnęła myśl, że opróżnił je tuż za drzwiami budynku, nie docierając do śmietnika, ale wolała się o to w tej chwili nie dopytywać. Janeczka patrzyła jej na ręce takim wzrokiem, jakby podejrzewała własną matkę o trucicielskie zamysły.

Pies mleka się napił, ale aspiryny nie chciał. Z urazą odwracał głowę od świństwa na łyżce, obraził się nawet i pełen wyrzutu przeniósł się na wycieraczkę pod innymi drzwiami. Pani Krystyna zrezygnowała z terapii.

– Umiem wlać psu do pyska lekarstwo, oczywiście – tłumaczyła swoim dzieciom, pełnym milczącego potępienia – ale to jest obcy pies, on mnie nie zna, nie mogę mu siłą otwierać pyska, bo się zdenerwuje. Własny pies, przyzwyczajony do właściciela, to zupełnie co innego. Własny pies ma zaufanie.

– Dosyć tego, jedziemy – powiedział pan Chabrowicz, wychodząc z mieszkania z grubym sznurkiem w ręku.

Janeczka spojrzała na ojca nieufnie.

– Po co ci sznurek?

– A jak mam go prowadzić? Za rękę? Odwieziemy go i zaraz wracamy. Dzieci, do domu!

Żadne z dzieci nawet nie drgnęło. Stały nadal, niczym posągi, przymurowane do podestu. Pawełek patrzył spode łba. Janeczka miała wypieki. W obydwojgu narastał histeryczny opór. Pan Chabrowicz wiązał psu na szyi sznurek.

– Jeżeli obiecamy, że będziemy wszystko po sobie sprzątać i wcześnie chodzić spać... – zaczął Pawełek łamiącym się głosem.

– Udusisz go!!! – wrzasnęła Janeczka okropnie, rzucając się ku ojcu.

Pan Chabrowicz wzdrygnął się gwałtownie, pani Krystyna nagle pojęła, co się dzieje w duszach jej dzieci. Pomyślała, że kotłujących się w nich uczuć, w gruncie rzeczy szlachetnych, nie należy brutalnie przełamywać.

– W porządku – rzekła pośpiesznie. – Możecie też jechać. Przynieście jakąś starą szmatę, trzeba mu podłożyć w samochodzie.

– Co ty myślisz, że ja nie umiem zawiązać sznurka na psie? – zapytał równocześnie zirytowany pan Chabrowicz.

Pawełek w mgnieniu oka wrócił z wielkim kawałem starej poszewki od poduszki. Janeczka nie odrywała oczu od rąk ojca. Doznała odrobiny błogiej ulgi, widząc, jak zręcznie posługuje się węzłami.

Pies, poczuwszy na szyi sznurek, nagle się ożywił. Podniósł się od razu, pełen nadziei, chętny i gotów do wyjścia. Pan Chabrowicz obserwował go uważnie.

– Przyzwyczajony do obroży – stwierdził. – Dobrze wytresowany pies, inteligentny, posłuszny i grzeczny. Idziemy!

– Pies wybiegł na ulicę radośnie. Zaraz za bramą zaczął węszyć, nagle zatrzymał się, wyprężony jak struna, z wyciągniętym pyskiem i uniesioną przednią łapą. Janeczka i Pawełek wpadli na ojca, który zatrzymał się równie nagle.

– Coś podobnego, to jest myśliwski pies! – wykrzyknął, zaskoczony. – Popatrzcie, jak pięknie wystawia kuropatwę!

– Gdzie jest kuropatwa? – zainteresował się Pawełek.

– Nigdzie, ale przyjrzyj mu się. To jest charakterystyczna poza myśliwskiego psa, który daje znak, że coś zwęszył. Musiał być doskonale tresowany.

Pies ożywił się nadzwyczajnie. Nastąpiła w nim całkowita odmiana, promieniował błogim szczęściem. Najwyraźniej w świecie doznał bezgranicznej ulgi, poczuwszy wreszcie nad sobą czyjeś przewodnictwo i opiekę. Węszył chciwie dookoła, dążąc w kierunku parkingu.

– Czekajcie, może doprowadzi do domu. Może poczuje właściciela, może gdzieś tu mieszka... Potrzymaj sznurek.

Ze sznurkiem w dłoni Janeczka podążyła za psem. Przebiegł kilka metrów, powęszywszy na parkingu, pobiegł w inną stronę, po czym zatrzymał się, bezradny i zdezorientowany. Teren był mu obcy. Obejrzał się i próbował pobiec dalej.

– Nie – zaprotestowała Janeczka, pociągając lekko sznurek. – Teraz tam nie pójdziemy. Ja wiem, że się zgubiłeś, ale nie martw się, zabierzemy cię do siebie. Chodź tu. Do samochodu!

– On ma takie zapalenie płuc, jak ja jestem primadonna – mruknął pan Chabrowicz, obserwując przez szybę swoją córkę i psa. – Zmarzł na tych schodach, a teraz już się rozgrzał i proszę! Zdrów jak ryba!

– Cicho bądź, nie mów tego przy dzieciach – powiedziała szybko pani Krystyna. – Uprą się, żeby go zabrać. Będą nas uważali za bezdusznych złoczyńców. A ja wcale nie jestem pewna, czy mu nic nie jest, on tak źle oddychał.

Pies wsiadł do samochodu grzecznie i bez oporu. Siedział spokojnie na starej poszewce, wyglądając z zainteresowaniem przez okno. Warknął na jakiegoś pijaka, który zbliżał się, kiedy pan Chabrowicz pytał o drogę. Wyraźnie czuł się już zadomowiony, u siebie.

W schronisku rozegrały się sceny straszliwe.

Nie wiadomo, kto poczuł się w pierwszej chwili bardziej nieswojo: Janeczka czy pies. Odrażająca woń karbolu i innych środków dezynfekcyjnych zdenerwowała ich jednakowo. Psu nie pozwolono obwąchać wszystkiego, przywiązano go do klamki drzwi w przedsionku, chciał pobiec dalej, pociągnął te drzwi za sobą i huknął nimi jak z armaty. Przeraziło go to śmiertelnie. Janeczka czym prędzej odczepiła sznurek od klamki, została w przedsionku razem z Pawełkiem, psu do towarzystwa. W gardle dławiło ją coś nieznośnie wielkiego, czuła się tak samo bezradna jak on. Słyszała, że ojciec chwali to nowe schronisko, panującą tu czystość, dobre warunki dla zwierząt, ale nie zgadzała się z nim w najmniejszym stopniu. Nie podobało jej się tutaj, śmierdziało okropnie, było obco i zimno. Jeszcze gorzej wyglądały izolatki dla zwierząt, boksy za siatką, między nimi długi korytarz, wszystko razem jakieś ciemne i ponure, byle jak oświetlone blaskiem słabej żaróweczki. Matka podzielała chyba jej zdanie, bo szeptem sprzeczała się z ojcem, że takiemu wypielęgnowanemu psu może nie być tu dobrze. Pan Chabrowicz uspokajał ją, że to tylko do rana, zbada go weterynarz i skieruje do innych pomieszczeń. Poza tym jest tu czysto, porządnie, w każdej klatce znajduje się kojec wysłany świeżym sianem...

– Siano! – prychnęła pani Krystyna z tłumioną irytacją. – To nie jest koza, tylko pies, po co mu siano?!

Janeczka niechętnie oddała ojcu sznurek. Pies stawiał opór, został wepchnięty do boksu prawie przemocą. Pan Chabrowicz stanowczo ulokował go na sianie, każąc grzecznie leżeć. Janeczka spojrzała w przerażone, zrozpaczone psie oczy i coś w niej pękło.

– Nie chcę!!! – zawyła desperacko, głosem jak trąba jerychońska. – Nie zgadzam się!!! Ja też tu z nim zostanę!!! Zabierzmy go!!! On jest nieszczęśliwyyy...!!!

Pawełek murem stanął przy siostrze. Pani Krystynie opadły ręce, pan Chabrowicz zdenerwował się okropnie. Dyżurująca w kancelarii osoba, miła pani w średnim wieku, przyglądała się dramatycznej scenie życzliwie i ze zrozumieniem.

– No, nie – powiedziała uspokajająco – nie jest tak źle. Każdy pies w pierwszej chwili czuje się nieswojo. Po trzech dniach przywyknie, a na razie jest mu obco.

– Dajmy mu coś znajomego!!! – wyła Janeczka. – Zostawmy mu coś!!! Zostańmy z nim chociaż z godzinę!!!

– Dajmy mu ten gałgan, na którym jechał! – zaproponował błagalnie Pawełek. – Już się do niego przyzwyczaił. Po co wam ten gałgan, niech ma. No, nie żałujcie mu, ja przyniosę!

– Nie żałuję mu gałgana, ale znów ci ktoś będzie musiał otwierać furtkę...

– Przelezę przez ogrodzenie!

– Musieliśmy chyba upaść na głowę, żeby ich ze sobą zabierać! – irytował się pan Chabrowicz. – Istny obłęd z tym psem, czy ja mam za mało kłopotów?! Uspokójcie się wreszcie!