WybawicielTekst

Autor:Jo Nesbø
Z serii: Seria Harry Hole #6
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wybawiciel
Wybawiciel
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,92  47,94 
Wybawiciel
Tekst
Wybawiciel
E-book
27,92  20,10 
Szczegóły
Wybawiciel
Audio
Wybawiciel
Audiobook
Czyta Mariusz Bonaszewski
32  23,36 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5 PONIEDZIAŁEK, 14 GRUDNIA. LATARNIA MORSKA

Jon znalazł Roberta na zapleczu Freteksu na Kirkeveien.

Brat stał oparty o framugę z założonymi rękami i patrzył na mężczyzn przenoszących czarne worki na śmieci z ciężarówki do sklepowego magazynu. Tragarze wypuszczali z ust białe chmurki jak w komiksach, wypełnione przekleństwami w rozmaitych dialektach i językach.

– Dobry połów? – spytał Jon.

Robert wzruszył ramionami.

– Ludzie z radością oddają całą letnią garderobę, żeby w przyszłym roku kupić sobie nową. Ale nam potrzebna jest teraz zimowa odzież.

– Twoi chłopcy mają świeże podejście do języka. To typy z paragrafu dwanaście?

– Wczoraj liczyłem. Tych, którzy dobrowolnie odbywają karę, jest tu teraz dwa razy więcej od tych, którzy przyjęli Jezusa.

– Niezaorane pole misyjne – uśmiechnął się Jon. – Wystarczy zacząć.

Robert krzyknął do jednego z chłopaków, który w odpowiedzi rzucił mu paczkę papierosów. Robert wsunął do ust gwóźdź do trumny bez filtra.

– Wyjmij to! – upomniał go Jon. – Przysięga wojskowa. Możesz wylecieć.

– Nie mam zamiaru go zapalać, braciszku. Czego chcesz?

Jon wzruszył ramionami.

– Tylko chwilę porozmawiać.

– O czym?

Jon zaśmiał się krótko.

– To chyba normalne, że bracia od czasu do czasu ze sobą rozmawiają.

Robert kiwnął głową i zdjął z języka odrobinę tytoniu.

– Kiedy mówisz, że chcesz ze mną porozmawiać, to z reguły chcesz mi powiedzieć, jak mam żyć.

– Przestań!

– No to o co chodzi?

– O nic! Po prostu zastanawiam się, jak się miewasz.

Robert wyjął papierosa i splunął w śnieg. Zmrużył oczy, patrząc na białą wysoką pokrywę chmur.

– Mam po dziurki w nosie tej roboty. Mam po dziurki w nosie mieszkania. I tej cholernej zasuszonej hipokrytki, sierżant major, która prowadzi to zasrane przedstawienie. Gdyby nie była taka paskudna, to chętnie bym... – Robert się uśmiechnął – ...za karę zerżnął tę pomarszczoną skórę.

– Zimno mi – powiedział Jon. – Możemy wejść do środka?

Robert ruszył przodem do maleńkiego biura i usiadł na obrotowym krześle, które ledwie się mieściło między załadowanym papierzyskami biurkiem, wąskim oknem z widokiem na tylne podwórze i czerwono-złotym sztandarem z symbolem Armii Zbawienia i hasłem „Krew i ogień”. Jon zdjął plik papierów, część pożółkłych ze starości, z drewnianego krzesła, które, jak wiedział, Robert przywłaszczył sobie z pomieszczeń Korpusu dzielnicy Majorstua, z którym sąsiadowali przez ścianę.

– Ona mówi, że się nie stawiasz do pracy – powiedział Jon.

– Kto?

– Sierżant major Rue. – Jon uśmiechnął się kwaśno. – Pomarszczona skóra.

– Ho, ho! To ona do ciebie zadzwoniła? Do tego już doszło? – Robert dziobał biurko składanym nożem. W końcu zawołał: – Aha, zapomniałem! Jesteś nowym szefem administracji! Bossem całej tej cholernej fabryki.

– Na razie jeszcze nikt nie został wybrany. Równie dobrze może nim zostać Rikard.

– Wszystko jedno. – Robert narysował na blacie dwa półkola, tak aby tworzyły serce. – Powiedziałeś już to, co przyszedłeś powiedzieć, ale zanim sobie pójdziesz, to może dasz mi te pięć stów za dyżur pojutrze?

Jon wyjął pieniądze z portfela i położył je na biurku przed bratem. Robert ostrzem noża pogładził się po brodzie. Zaszeleścił krótki czarny zarost.

– No i przypomnę ci o jeszcze jednej rzeczy.

Jon przełknął ślinę; wiedział, co zaraz usłyszy.

– A mianowicie?

Ponad ramieniem Roberta zobaczył, że zaczął padać śnieg, ale wznoszące się w górę ciepło bijące z domów wokół podwórza sprawiało, że lekkie białe płatki nieruchomiały w powietrzu za oknem, jakby podsłuchiwały.

Robert wbił czubek noża w sam środek serca.

– Jeśli odkryję, że jeszcze raz bodaj zbliżysz się do tej dziewczyny... – Położył dłoń na czubku rękojeści i pochylił się do przodu. Pod naciskiem jego ciała ostrze z trzaskiem wbiło się w suche drewno. – Zniszczę cię, Jon. Przysięgam.

– Przeszkadzam? – rozległ się głos od drzwi.

– Ależ nie, pani Rue – odparł Robert głosem słodkim jak cukier. – Mój brat właśnie wychodzi.

Naczelnik Biura Kryminalnego i nowo mianowany szef wydziału, Gunnar Hagen, przerwali rozmowę, gdy Bjarne Møller wszedł do swojego gabinetu. A raczej do gabinetu, który właśnie przestał należeć do niego.

– I jak, podoba ci się widok? – spytał Møller tonem, który, miał nadzieję, zabrzmiał wesoło, i zaraz dodał: – ...Gunnar.

Imię miało dziwny smak.

– Hm. W grudniu Oslo zawsze wygląda smutno – odparł Gunnar Hagen. – Ale zobaczymy, czy i tego nie uda nam się naprawić.

Bjarne Møller miał ochotę spytać, co rozumie przez „i tego”, ale się wstrzymał, widząc, że naczelnik z aprobatą kiwa głową.

– Właśnie wprowadzałem Gunnara w kilka szczegółów dotyczących naszych ludzi. W pełnym zaufaniu.

– No tak. Wy dwaj się przecież znacie.

– Owszem – odparł naczelnik. – Znamy się, odkąd obaj byliśmy kadetami w tym, co wtedy nazywano Szkołą Policyjną.

– W okólniku było napisane, że co roku bierzesz udział w biegu narciarskim Birkebeinerów. – Møller zwrócił się do Hagena. – Wiedziałeś, że naczelnik też?

– Oczywiście. – Hagen z uśmiechem popatrzył na szefa Biura Kryminalnego. – Zdarza się, że Torleif i ja biegniemy razem.

– No proszę – uśmiechnął się wesoło Møller. – Czyli że gdyby naczelnik Biura Kryminalnego siedział w Radzie do spraw Zatrudnienia, można by go było podejrzewać o zatrudnienie kumpla.

Naczelnik zaśmiał się cierpko i rzucił Møllerowi ostrzegawcze spojrzenie.

– Akurat opowiadałem Gunnarowi o człowieku, którego tak hojnie obdarowałeś.

– O Holem?

– Tak – odparł Hagen. – Rozumiem, że on uśmiercił komisarza policji w związku z tą nieprzyjemną sprawą przemytu. Słyszałem, że urwał mu rękę w windzie. I że również jego podejrzewa się o to, że był źródłem przecieku całej tej sprawy do prasy. Niedobrze.

– Po pierwsze, ta nieprzyjemna sprawa przemytu dotyczyła profesjonalnego gangu z powiązaniami w policji, który przez ładnych kilka lat zalewał Oslo tanią bronią. – Bjarne Møller na próżno starał się zapanować nad irytacją w głosie. – Hole zajmował się tą sprawą, pomimo oporów ze strony firmy. I rozwiązał ją całkowicie sam. Dzięki kilkuletniej starannej pracy policyjnej. Po drugie, zabił Waalera w samoobronie. To zresztą winda urwała rękę Waalerowi. A po trzecie, nie mamy absolutnie żadnych punktów zaczepienia, jeśli chodzi o tę sprawę przecieku.

Gunnar Hagen i naczelnik wymienili spojrzenia.

– Tak czy owak – powiedział szef Biura Kryminalnego – powinieneś na niego uważać, Gunnar. O ile wiem, niedawno rzuciła go kobieta, a przecież wiemy, że w takich sytuacjach ludzie obarczeni tak złymi nałogami jak Harry stają się wyjątkowo podatni na nawrót. A tego oczywiście nie możemy zaakceptować, bez względu na to, ile spraw zdołał rozwiązać.

– Będę go trzymać na smyczy – oświadczył Hagen.

– On jest komisarzem – zauważył Møller i zamknął oczy. – Nie szeregowym. I nie bardzo lubi chodzić na smyczy.

Gunnar Hagen wolno kiwnął głową, przegarnął palcami gęsty wianuszek włosów.

– Kiedy zaczynasz w Bergen... – Hagen zniżył głos – ...Bjarne?

Møller domyślał się, że jego imię w ustach tamtego ma równie dziwny smak.

Harry maszerował w dół Urtegata i po butach nadchodzących z przeciwka ludzi mógł stwierdzić, że zbliża się do Latarni Morskiej. Chłopcy z Wydziału Narkotykowego mawiali zwykle, że nic nie przyczynia się do zidentyfikowania narkomanów bardziej niż magazyny z nadwyżkami dla wojska. Prędzej czy później bowiem buty wojskowe za pośrednictwem Armii Zbawienia trafiały na stopy narkomana. Latem było to niebieskie obuwie sportowe, teraz, zimą, czarne buty do marszu, które wraz z zieloną plastikową torebką z prowiantem przydzielanym przez Armię Zbawienia stanowiło umundurowanie wałęsających się po ulicach ćpunów.

Harry otworzył drzwi i skinął głową dyżurnemu, ubranemu w bluzę Armii Zbawienia z kapturem.

– Nic? – spytał dyżurny.

Harry uderzył się po kieszeniach.

– Nic.

Tablica na ścianie informowała, że alkohol należy zdeponować zaraz po wejściu, a odebrać go można, wychodząc. Harry wiedział, że z odbierania narkotyków i sprzętu zrezygnowano, bo żaden narkoman nie ma odwagi tego oddać.

Wszedł do środka, nalał sobie filiżankę kawy i usiadł na ławce pod ścianą. Latarnia Morska była kawiarnią prowadzoną przez Armię Zbawienia, charakterystycznym dla nowego tysiąclecia wariantem punktu wydawania zupy, w którym potrzebujący mogli dostać darmowe kanapki i kawę. Sympatyczny, jasny lokal od zwykłego barku serwującego cappuccino różniła jedynie klientela. Dziewięćdziesiąt procent stanowili narkomani, resztę – narkomanki. Jedzono tu kanapki z brunatnym albo żółtym serem, czytano gazety i prowadzono spokojne rozmowy przy stolikach. To był wolny obszar. Możliwość odtajania i złapania oddechu w pościgu za dzienną działką. Chociaż policyjni wywiadowcy zaglądali tu od czasu do czasu, obowiązywała niepisana umowa i nigdy nie dokonywano tu zatrzymań.

Mężczyzna przy stoliku obok Harry’ego skamieniał w połowie głębokiego ukłonu. Głowę opuścił na blat, a przed sobą w czarnych palcach trzymał bibułkę na tytoń. Na stoliku leżały dwa puste pety.

Harry spojrzał na obciągnięte mundurem plecy miniaturowej kobietki, która zmieniała wypalone świece na małym stoliku z czterema ramkami na fotografie. W trzech ramkach były zdjęcia, w czwartym tylko krzyż i nazwisko na białym tle.

Harry podszedł do stolika.

 

– Co to jest? – spytał.

Może to szczupły kark i miękkość ruchów albo gładkie, kruczoczarne i wręcz nienaturalnie błyszczące włosy sprawiły, że Harry zaczął myśleć o kocie, jeszcze zanim kobieta się odwróciła. Wrażenie to się wzmogło, kiedy się okazało, że w drobnej twarzy tkwią nieproporcjonalnie szerokie usta i nos widoczny jedynie jako niezbędna wypukłość, taki jak u postaci z japońskich komiksów. Ale przede wszystkim oczy. Harry nie potrafił stwierdzić, w czym rzecz, ale coś w nich było nie tak.

– Listopad – odpowiedziała dziewczyna spokojnym, głębokim i miękkim altem, a Harry zadał sobie pytanie, czy to naturalny, czy też wyćwiczony sposób mówienia. Znał kobiety, które to potrafiły. Umiały zmienić głos, tak jak inne zmieniały ubranie. Jeden głos na użytek domowy, inny na wywieranie pierwszego wrażenia w sytuacjach towarzyskich, trzeci zarezerwowany na noc i bliskość.

– O czym ty mówisz?

– O naszych zgonach w listopadzie.

Harry spojrzał na zdjęcia i pojął.

– Cztery? – spytał. Przy jednym ze zdjęć leżał list, napisany ołówkiem drżącymi literami.

– Przeciętnie umiera jeden gość tygodniowo. Cztery zgony to całkiem normalne. Nabożeństwa żałobne są w pierwszą środę każdego miesiąca. Czy kogoś...

Harry pokręcił głową.

„Mój najdroższy Oddzie” – zaczynał się list. Kwiatów nie było.

– Mogę ci w czymś pomóc?

Harry pomyślał, że może jednak ta dziewczyna nie ma więcej głosów w repertuarze, jedynie ten głęboki, przyjemny ton.

– Per Holmen... – zaczął Harry, ale nie bardzo wiedział, jak ma kontynuować.

– Tak, biedny Per. Nabożeństwo w jego intencji zorganizujemy w styczniu.

Harry pokiwał głową.

– W pierwszą środę.

– No właśnie. Serdecznie cię zapraszamy, bracie.

„Bracie” zostało wypowiedziane z tak naturalną lekkością, jak domyślny i dlatego niewymagający specjalnego akcentowania dodatek do zdania. Przez moment Harry nawet zaczął jej wierzyć.

– Jestem z policji – powiedział.

Różnica wzrostu między nimi była tak duża, że dziewczyna musiała zadzierać głowę, by móc na niego spojrzeć.

– Gdzieś już cię może widziałam, ale chyba dawno temu.

Harry kiwnął głową.

– Możliwe. Zaglądałem tutaj, ale ciebie nie zauważyłem.

– Pracuję tu tylko na pół etatu. Resztę czasu spędzam w Kwaterze Głównej Armii. A ty się zajmujesz narkotykami?

Harry pokręcił głową.

– Zabójstwami.

– Zabójstwami? Ale Per przecież nie został...

– Możemy gdzieś na chwilę usiąść?

Rozejrzała się z wahaniem.

– Dużo pracy? – spytał Harry.

– Przeciwnie, jest wyjątkowo spokojnie. W normalny dzień wydajemy tysiąc osiemset kanapek. Ale dzisiaj wypłacają zasiłek.

Krzyknęła do jednego z chłopców za ladą, który potwierdził, że przejmie jej obowiązki. Harry w przelocie uchwycił jej imię. Martine. Głowa mężczyzny z pustą bibułką papierosową obsunęła się jeszcze o kilka ząbków.

– Parę rzeczy mi się nie zgadza – zaczął Harry, kiedy usiedli. – Jaką on był osobą?

– Trudno powiedzieć – westchnęła na widok pytającej miny Harry’ego. – Kiedy jest się narkomanem przez tyle lat co Per, mózg ulega takim zniszczeniom, że trudno dopatrzyć się jakiejś osobowości. Do tego stopnia dominuje pragnienie zdobycia narkotyku.

– Rozumiem, ale chodzi mi... Jaki był dla ludzi, którzy go dobrze znali?

– Niestety. Możesz spytać ojca Pera, co zostało z jego osobowości. Nie raz przychodził go tu szukać. W końcu zrezygnował. Powiedział, że Per zaczął im grozić, kiedy wracał do domu, ponieważ zamykali na klucz wszystkie wartościowe przedmioty. Prosił mnie, żebym go pilnowała. Mówiłam, że będziemy się starali, w miarę możliwości, ale nie możemy obiecać żadnego cudu. No i się nie ziścił...

Harry spojrzał na nią. Jej twarz nie zdradzała nic oprócz znajomej rezygnacji pracownika socjalnego.

– To musi być piekło. – Harry podrapał się w łydkę.

– Tak, trzeba chyba samemu być narkomanem, żeby w pełni to zrozumieć.

– Miałem na myśli rodziców.

Martine nie odpowiedziała. Do sąsiedniego stolika podszedł chłopak w porwanej puchówce. Otworzył przezroczystą plastikową torebkę i wysypał na blat suchy tytoń pochodzący z kilkuset petów. Zasypał nim i bibułkę, i czarne palce człowieka, który już tam siedział.

– Wesołych świąt – mruknął i odszedł, charakterystycznym dla ćpunów krokiem starego człowieka.

– Co ci się nie zgadza?

– Badanie krwi wykazało, że był prawie zupełnie czysty – powiedział Harry.

– I co z tego?

Harry spojrzał na mężczyznę przy sąsiednim stoliku, który rozpaczliwie starał się zwinąć bibułkę, ale palce nie chciały go słuchać. Po ciemnym policzku ściekła łza.

– Trochę się znam na odurzaniu – powiedział Harry. – Nie wiesz, czy on był komuś winien pieniądze?

– Nie – odparła krótko. Tak krótko, że Harry już się domyślał odpowiedzi na swoje następne pytanie.

– Ale może mogłabyś...

– Nie mogłabym – przerwała mu. – Nie mogę się rozpytać. Posłuchaj, to są ludzie, którymi nikt inny się nie przejmuje. A ja jestem tu po to, żeby im pomagać, a nie ich prześladować.

Harry długo na nią patrzył.

– Masz rację. Przepraszam, że w ogóle spytałem. To się już nie powtórzy.

– Dziękuję.

– Jeszcze tylko ostatnie pytanie, dobrze?

– No to pytaj.

– Czy ty... – Harry zawahał się, pomyślał, że chyba popełnia błąd. – Czy uwierzyłabyś mi, gdybym powiedział, że ja się przejmuję?

Przekrzywiła głowę, uważnie mu się przyglądając.

– A powinnam?

– No cóż. Badam sprawę uważaną przez wszystkich za oczywiste samobójstwo osoby, którą nikt się nie przejmuje.

Nie odpowiedziała.

– Dobra kawa – Harry wstał.

– Na zdrowie. Niech cię Bóg błogosławi.

– Dziękuję. – Harry ku swemu zdumieniu poczuł, że palą go uszy.

Wychodząc, zatrzymał się przy dyżurnym i odwrócił, ale dziewczyna już zniknęła. Chłopak w bluzie z kapturem zaproponował Harry’emu zieloną torbę z prowiantem, ale on odmówił. Mocniej owinął się płaszczem i wyszedł na ulicę, gdzie zobaczył czerwone ze wstydu słońce chowające się do fiordu. Ruszył w stronę rzeki Aker. Koło Eika w środku zaspy stał chłopak z rękawem podartej puchówki podwiniętym do góry i ze strzykawką zwisającą z przedramienia. Z uśmiechem patrzył przez Harry’ego i lodowatą mgłę nad Grønland.

6 PONIEDZIAŁEK, 14 GRUDNIA. HALVORSEN

Pernille Holmen wyglądała na jeszcze drobniejszą, kiedy siedziała w fotelu na Fredensborgveien, wpatrując się w Harry’ego wielkimi zapłakanymi oczyma. Na kolanach trzymała przeszkloną ramkę ze zdjęciem syna, Pera.

– Tutaj miał dziewięć lat – powiedziała.

Harry musiał przełknąć ślinę. Częściowo dlatego, że żaden roześmiany dziewięciolatek w kapoku nie wygląda na takiego, który skończy w kontenerze z kulą w głowie. A częściowo dlatego, że Oleg potrafił się zapomnieć i nazwać Harry’ego tatą. Harry zastanawiał się, ile czasu upłynie, zanim zacznie tak mówić do Mathiasa Lund-Helgesena.

– Kiedy Per znikał na kilka dni, Birger, mój mąż, chodził go szukać. Chociaż prosiłam, żeby z tym skończył, bo już nie wytrzymywałam, kiedy Per tu był.

Harry odsunął od siebie inne myśli.

– Dlaczego?

Birger Holmen był w zakładzie pogrzebowym. Tak mu powiedziała, kiedy Harry niezapowiedziany zadzwonił do drzwi.

Pociągnęła nosem.

– Czy pan mieszkał kiedykolwiek z narkomanem?

Harry nie odpowiedział.

– Kradł wszystko, co tylko wpadło mu w ręce. Akceptowaliśmy to. To znaczy Birger akceptował. To on z nas dwojga ma więcej serca. – Skrzywiła się, a Harry zrozumiał, że to miał być uśmiech. – Bronił Pera we wszystkim. Aż do pewnego dnia jesienią. Per wtedy mi groził.

– Groził?

– Tak. Groził, że mnie zabije. – Zapatrzyła się w zdjęcie, pocierając szkło, jak gdyby nagle zmatowiało. – Któregoś dnia przed południem Per zadzwonił do drzwi, a ja nie chciałam go wpuścić, bo byłam sama. Płakał i błagał, ale już znałam tę zabawę, więc starałam się być twarda. Poszłam do kuchni i usiadłam. Nie wiem, w jaki sposób dostał się do mieszkania, ale nagle stanął przede mną z pistoletem.

– Tym samym pistoletem, którym...

– Tak. Tak sądzę.

– Proszę mówić dalej.

– Zmusił mnie do otwarcia szafki, w której przechowywałam biżuterię. To znaczy resztki, bo większość już wcześniej zabrał. Potem zniknął.

– A pani?

– Ja? Ja się załamałam. Kiedy Birger wrócił, zawiózł mnie do szpitala. – Zaszlochała. – A tam nie chcieli mi nawet dać więcej tabletek. Powiedzieli, że wzięłam już dość.

– Jakie to tabletki?

– A jak pan myśli? Na uspokojenie. Dość! Kiedy ma się syna, przez którego człowiek co noc nie może zasnąć ze strachu, że wróci... – urwała, przyciskając do ust zaciśniętą pięść. W oczach wezbrały łzy. Potem szepnęła tak cicho, że do Harry’ego ledwie dotarły słowa: – Czasami zdarza się, że człowiek nie chce dłużej żyć...

Harry spojrzał na swój notatnik. Kartka była czysta.

– Dziękuję – powiedział.

– One night, is that correct, Sir?

Recepcjonistka w hotelu Scandia przy Dworcu Centralnym w Oslo zadała pytanie, nie odrywając oczu od rezerwacji na ekranie komputera.

– Yes – odparł stojący przed nią mężczyzna.

Zakonotowała, że jest ubrany w jasny brązowy płaszcz. Wielbłądzia wełna. Albo imitacja.

Jej długie, pomalowane na czerwono paznokcie biegały po klawiaturze jak wystraszone karaluchy. Sztuczne wielbłądy w zimowej Norwegii. Czemu nie? Widziała zdjęcia wielbłądów w Afganistanie, a narzeczony pisał, że tam potrafi być równie zimno jak tutaj.

– Will you pay by VISA or cash, Sir?

– Cash.

Podsunęła mu formularz rejestracyjny wraz z długopisem i poprosiła o paszport.

– No need. I will pay now.

Mówił po angielsku prawie jak Brytyjczyk, ale coś w sposobie wymawiania spółgłosek skojarzyło jej się z Europą Wschodnią.

– I tak muszę zobaczyć pana paszport, Sir. Zasady międzynarodowe.

Ze zrozumieniem kiwnął głową, podał jej gładki banknot tysiąckoronowy i paszport. Republika Hrvatska? Pewnie jeden z tych nowych krajów na wschodzie. Wydała mu resztę, banknot schowała do kasy, upominając się w duchu, że musi pamiętać o sprawdzeniu go pod światło zaraz po odejściu gościa. Starała się utrzymać pewien styl, chociaż trzeba było przyznać, że na razie pracowała w jednym ze skromniejszych hoteli w mieście. A ten gość nie wyglądał wcale na oszusta hotelowego, tylko już raczej na... Jak on właściwie wyglądał? Wręczyła mu plastikową kartę, wygłosiła lekcję o piętrze, windzie, śniadaniu i dobie hotelowej.

– Will there be anything else, Sir? – zaćwierkała ze świadomością, że jej angielski i zaangażowanie w profesjonalną obsługę są za dobre dla tego hotelu. Wkrótce przeniesie się do jakiegoś lepszego. Albo, jeśli to okaże się niemożliwe, przestanie się tak angażować.

Gość chrząknął i spytał, gdzie znajdzie najbliższą phone booth.

Wyjaśniła, że może zadzwonić ze swojego pokoju, ale pokręcił głową.

Musiała się zastanowić. Telefony komórkowe skutecznie usunęły większość budek telefonicznych z Oslo, ale była pewna, że jedna została całkiem niedaleko, na Jernbanetorget, placu Dworcowym. Chociaż do tego miejsca było zaledwie sto metrów, wyjęła niewielką mapę, zaznaczyła i wyjaśniła. Tak jak robili w Radissonie i w hotelach Choice. Kiedy podniosła głowę, żeby sprawdzić, czy wszystko zrozumiał, przez moment poczuła się zdezorientowana, chociaż sama nie wiedziała, dlaczego.

– My dwaj przeciwko całej bandzie, Halvorsen! – Harry, wpadając do wspólnego pokoju, wygłosił swoje stałe powitanie.

– Dwie wiadomości – oznajmił Halvorsen. – Masz się zgłosić do gabinetu nowego NK. No i dzwoniła jakaś babka, pytała o ciebie. Bardzo przyjemny głos.

– Tak? – Harry cisnął płaszczem w kierunku wieszaka. Płaszcz zwalił się na ziemię.

– O rany! – wyrwało się Halvorsenowi. – Wreszcie ci przeszło?

– Słucham?

– Znów rzucasz łachy na wieszak. I mówisz, że jest nas dwóch przeciwko całej bandzie. Nie robiłeś tego od czasu, kiedy cię Rakel rzu...

Halvorsen zamknął się, widząc ostrzegawczą minę kolegi.

– Czego chciała ta babka?

– Przekazać ci wiadomość. Nazywa się... – Halvorsen przeszukał żółte samoprzylepne karteczki. – ...Martine Eckhoff.

– Nie znam.

– Korpus Latarnia Morska.

 

– Aha!

– Powiedziała, że trochę rozpytała. I że nikt nie słyszał, żeby Per Holmen komukolwiek był winien pieniądze.

– Naprawdę? Mmm. Może powinienem do niej zadzwonić, upewnić się, czy nie chodziło o coś jeszcze.

– Pomyślałem o tym, ale kiedy spytałem o jej numer, powiedziała, że nic więcej nie ma do powiedzenia.

– Tak? Okej. No to dobrze.

– Dobrze? To dlaczego wyglądasz, jakby cię ktoś oszukał?

Harry pochylił się po płaszcz, ale zamiast powiesić go na wieszaku, włożył go na siebie.

– Wiesz co, junior? Muszę już iść.

– Ale nadkomisarz...

– ...zaczeka.

Brama do portu kontenerowego była otwarta, ale na ogrodzeniu wisiała tabliczka jasno informująca, że wjazd tu jest wzbroniony, i kierowała na parking na zewnątrz. Harry podrapał się w bolącą łydkę, rzucił okiem na długi otwarty odcinek między kontenerami i wjechał. Biuro kierownika mieściło się w niskim budynku, wyglądającym jak barak z fabryki systemów modułowych w Moelven, do którego dobudowywano coś regularnie przez ostatnich trzydzieści lat. Nie było to dalekie od prawdy. Harry zaparkował przed wejściem, a pozostałe metry dzielące go od budynku pokonał szybkim krokiem.

Kierownik siedział w milczeniu, odchylony na krześle, z rękami założonymi za głowę i żuł zapałkę, gdy Harry wyjaśniał mu, po co przyszedł. I co się wydarzyło poprzedniego wieczoru.

W twarzy kierownika poruszyła się jedynie zapałka, ale Harry’emu wydało się, że dostrzega cień uśmiechu, gdy opowiadał o siłowaniu się z psem.

– Czarny metzner – powiedział kierownik. – Kuzyn rhodesian ridgebacka. Ledwie udało mi się go sprowadzić. Cholernie dobry pies do stróżowania. No i taki cichy.

– Zauważyłem.

Zapałka podskoczyła wesoło.

– Metzner to myśliwy, więc się podkrada. Nie chce wystraszyć zwierzyny.

– Chce pan powiedzieć, że to zwierzę planowało mnie... hm... zjeść?

– No, nie tak od razu zjeść.

Kierownik nie zagłębiał się w wyjaśnienia, patrzył tylko na Harry’ego obojętnie. Splecione dłonie obejmowały całą głowę, a Harry pomyślał, że ten człowiek musi mieć albo niezwykle duże ręce, albo niezwykle małą głowę.

– Więc ani nie widzieliście, ani nie słyszeliście nic w tym okresie, w którym, jak przypuszczamy, zastrzelono Pera Holmena?

– Zastrzelono?

– Sam się zastrzelił. Nic?

– Strażnicy zimą siedzą w środku, a metzner jest, jak już mówiłem, cichy.

– To chyba niepraktyczne? Mam na myśli to, że nie podnosi alarmu.

Kierownik wzruszył ramionami.

– Robi swoją robotę, a my nie musimy wychodzić.

– Nie zauważył Pera Holmena, jak się tu dostawał.

– To duży obszar.

– Ale później.

– Ma pan na myśli zwłoki? No cóż. Były głęboko zamrożone. A metznera nie interesuje padlina. On łapie żywą zwierzynę.

Harry’ego przeszedł dreszcz.

– W protokole policyjnym napisano, że pan nigdy wcześniej nie widział tu Pera Holmena.

– Zgadza się.

– Właśnie byłem u jego matki, pożyczyłem rodzinną fotografię. – Harry położył zdjęcie na biurku. – Może się pan jej przyjrzeć i z całą pewnością stwierdzić, że nigdy wcześniej nie widział pan tej osoby?

Kierownik spuścił wzrok. Przesunął zapałkę w kącik ust, żeby odpowiedzieć, ale się powstrzymał. Ręce zniknęły zza głowy, podniósł zdjęcie. Długo się mu przyglądał.

– Najwyraźniej się pomyliłem. Widziałem go. Był tu latem. Niełatwo było rozpoznać... to, co leżało w kontenerze.

– Rozumiem.

Kiedy Harry parę minut później stanął w drzwiach, żeby wyjść, uchylił je najpierw lekko i wyjrzał na zewnątrz. Kierownik się roześmiał.

– W ciągu dnia jest zamknięty. A poza tym zęby metznera są cienkie. Rana szybko się goi. Zastanawiałem się, czy nie kupić kentucky terriera. On ma haczykowate zęby. Wyrywa kawałki ciała. Miał pan szczęście, komisarzu.

– No dobrze – odparł Harry. – Niech pan uprzedzi tego cerbera, że wkrótce odwiedzi go pewna dama i da mu do zgryzienia coś innego.

– A co? – spytał Halvorsen, ostrożnie wymijając samochodem pług śnieżny.

– Coś miękkiego – wyjaśnił Harry. – Coś w rodzaju gliny. Później Beate i jej ludzie obłożą tę glinę gipsem, a jak stwardnieje, to pstryk i masz model psiej szczęki.

– Aha. I to ma być wystarczający dowód na to, że Per Holmen został zabity przez kogoś innego?

– Nie.

– Wydawało mi się, że powiedziałeś...

– Powiedziałem, że tego mi potrzeba, żeby udowodnić, że to było jednak zabójstwo. The missing link w łańcuchu dowodów.

– Aha. A jakie są te inne ogniwa?

– Zwyczajne. Motyw, narzędzie zbrodni i sposobność. To tu, na prawo.

– Nie rozumiem. Mówiłeś, że podejrzenie opierasz na sposobie, w jaki Per Holmen przedostał się na teren portu kontenerowego, przy użyciu obcęgów.

– Powiedziałem, że to mnie zdumiało, a mówiąc konkretniej, że heroinista, z którym jest aż tak źle, że musi szukać schronienia w kontenerze, okazuje się jednocześnie na tyle przytomny, że załatwia sobie narzędzie, by przedostać się przez bramę. Dlatego przyjrzałem się tej sprawie bliżej. Zaparkuj tutaj.

– Nie rozumiem, jak możesz twierdzić, że wiesz, kto jest sprawcą.

– Zastanów się, Halvorsen. To nie jest takie trudne. Znasz wszystkie fakty.

– Nie cierpię, kiedy tak robisz.

– Po prostu chcę, żebyś był dobry.

Halvorsen zerknął na starszego kolegę, sprawdzając, czy ten żartuje. Wysiedli z samochodu.

– Nie zamykasz? – spytał Harry.

– Zamek w nocy zamarzł. Rano złamałem kluczyk. Od jak dawna wiesz, kto jest sprawcą?

– Od jakiegoś czasu.

Przeszli przez ulicę.

– Dowiedzieć się kto, to z reguły najłatwiejszy etap. Zazwyczaj oczywisty kandydat. Mąż. Najlepszy przyjaciel. Facet z zafajdaną kartoteką. I nigdy lokaj. Nie to jest problemem. Problemem jest udowodnienie tego, co od dawna mówią ci i brzuch, i głowa. – Harry wcisnął guzik przy nazwisku Holmen. – I to właśnie teraz zrobimy. Zdobędziemy ten maleńki kawałeczek, który zmieni pozornie oderwane informacje w idealny łańcuch dowodów.

W głośniku rozległo się trzeszczące „Słucham”.

– Harry Hole z policji. Czy możemy...

Rozległ się brzęczyk.

– I ważne jest, żeby działać szybko – ciągnął Harry. – Większość spraw związanych z zabójstwem rozwiązuje się albo w ciągu dwudziestu czterech godzin, albo nigdy.

– Dziękuję, to już słyszałem – westchnął Halvorsen.

Birger Holmen czekał na nich na szczycie schodów.

– Proszę – powiedział, idąc przodem do salonu.

Przy portfenetrze stała naga choinka czekająca na ubranie.

– Żona odpoczywa – oznajmił, zanim zdążyli o nią spytać.

– Będziemy mówić cicho – powiedział Harry.

Birger Holmen uśmiechnął się ze smutkiem.

– Ona się raczej nie obudzi.

Halvorsen od razu zerknął na Harry’ego.

– Mhm – mruknął komisarz. – Pewnie wzięła coś na uspokojenie.

Birger Holmen kiwnął głową.

– Jutro pogrzeb.

– Tak, to oczywiście wielkie przeżycie. No cóż, dziękuję, że państwo mi to pożyczyli. – Harry położył na stole zdjęcie. Był na nim Per Holmen. Siedział, rodzice stali po jego bokach. Chronili go. Albo, w zależności od tego, jak się na to spojrzy, okrążali. Zapadła cisza, bo nikt się nie odzywał. Birger Holmen przez koszulę drapał się w przedramię. Halvorsen przesunął się bardziej w przód na krześle, potem w tył.

– Czy pan dużo wie o uzależnieniu od narkotyków, panie Holmen? – spytał Harry, nie podnosząc oczu.

Birger Holmen zmarszczył czoło.

– Moja żona wzięła tylko proszek na sen, to nie oznacza...

– Ja nie mówię o pańskiej żonie. Ją być może zdoła pan uratować. Mówię o pańskim synu.

– No cóż, czy coś wiem? Był uzależniony od heroiny, a przez to nieszczęśliwy. – Wyraźnie chciał powiedzieć coś więcej, ale zrezygnował. Zapatrzył się w zdjęcie na stole. – Wszyscy byliśmy przez to nieszczęśliwi.

– W to nie wątpię. Ale gdyby pan wiedział coś o nałogu, to miałby pan świadomość, że narkotyk jest najważniejszy.

W głosie Birgera Holmena dała się słyszeć uraza:

– Twierdzi pan, że o tym nie wiem, komisarzu? Twierdzi pan... Moja żona została... on... – Do głosu zakradły się łzy. – ...rodzona matka...

– Wiem – powiedział Harry cicho. – Ale nałóg jest ważniejszy od matek. Od ojców. Od życia. – Harry nabrał powietrza. – I od śmierci.

– Jestem zmęczony, komisarzu. Do czego pan zmierza?

– Badanie krwi wykazało, że pański syn w chwili śmierci był czysty. A to znaczy, że źle się czuł. Kiedy heroinista źle się czuje, to potrzeba wybawienia jest tak silna, że stać go na to, by grozić rodzonej matce pistoletem, byle tylko osiągnąć wybawienie. A wybawieniem nie jest strzał w głowę, tylko w rękę, w szyję, w pachwinę czy w jakiekolwiek inne miejsce, gdzie się ma zdrową żyłę. Pańskiego syna znaleziono ze sprzętem i z torebką heroiny w kieszeni, panie Holmen. On nie mógł się zastrzelić. Narkotyk, jak już mówiłem, jest ważniejszy od wszystkiego, również...