Łowcy główTekst

Autor:Jo Nesbø
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Łowcy głów
Łowcy głów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50,92  40,74 
Łowcy głów
Audio
Łowcy głów
Audiobook
Czyta Krzysztof Gosztyła
27  19,71 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



SPIS TREŚCI

PROLOG

Część I. PIERWSZE INTERVIEW

1. KANDYDAT

2. TRZECI SEKTOR GOSPODARKI

3. WERNISAŻ

4. ANEKSJA

5. PRZYZNANIE SIĘ DO WINY

Część II. OKRĄŻANIE

6. RUBENS

7. CIĄŻA

8. G11SUS4

Część III. DRUGIE INTERVIEW

9. DRUGIE INTERVIEW

10. WADA SERCA

11. KURARA

12. NATASZA

13. METAN

14. MASSEY FERGUSON

15. GODZINY ODWIEDZIN

16. RADIOWÓZ ZERO JEDEN

17. KUCHNIE SIGDAL

Część IV. WYBÓR

18. BIAŁA KRÓLOWA

19. ZABÓJSTWO Z PREMEDYTACJĄ

20. ZMARTWYCHWSTANIE

21. ZAPROSZENIE

22. NIEMY FILM

Część V. MIESIĄC PÓŹNIEJ, OSTATNIE INTERVIEW

23. REDAKCJA WIECZORNA

EPILOG

Przypisy

Metryczka książki

PROLOG

Kolizja dwóch pojazdów to prosta fizyka. Wszystko jest pozostawione przypadkom, ale przypadki dają się sprowadzić do równania siła razy czas równa się masa razy zmiana prędkości. Po wstawieniu przypadków w miejsce zmiennych otrzymujesz opowieść, która jest prosta, prawdziwa i bezlitosna. Na przykład o tym, co się dzieje, kiedy wyładowany tir o wadze dwudziestu pięciu ton, jadący z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę, zderzy się z samochodem osobowym o wadze tysiąca ośmiuset kilogramów, jadącym z taką samą prędkością. W zależności od przypadków, takich jak punkt zderzenia, rodzaj karoserii i położenie ciał w stosunku do siebie, istnieje nieskończenie wiele wariantów tej opowieści. Mają one jednak dwie wyraźne cechy wspólne: wszystkie kończą się tragicznie. I samochód osobowy zawsze przegrywa.

Jest dziwnie cicho, słyszę szum wiatru w drzewach i toczącą wody rzekę. Rękę mam zdrętwiałą, wiszę głową w dół, wciśnięty między ciało i metal. Nade mną jest podłoga, z której kapie krew i benzyna. Pode mną, na podsufitce z wzorem szachownicy, leżą nożyczki do paznokci, urwana ręka, dwaj martwi ludzie i otwarta beauty bag. Na świecie brak piękna, jest jedynie beauty. Biała królowa ma skazę, ja jestem zabójcą, a tutaj nikt nie oddycha. Ja też. Dlatego wkrótce umrę. Zamknę oczy i się poddam. Cudownie jest się poddać. Nie chcę już dłużej czekać. Dlatego tak mi się spieszy z tą historią, z tym wariantem, z tą opowieścią o kącie położenia ciał w stosunku do siebie.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Część I

PIERWSZE INTERVIEW

1. KANDYDAT

Kandydat był śmiertelnie przerażony.

Ubrał się w zbroję z markowego sklepu Gunnara Øye: szary garnitur Ermenegilda Zegny, ręcznie szytą koszulę od Borellego i bordowy krawat z wzorkiem w plemniki – obstawiałem, że to Cerruti 1881. Co do butów miałem pewność: ręcznie szyte Ferragamo. Sam takie nosiłem.

Według leżących przede mną papierów kandydat uzbroił się też w dyplom Norweskiej Wyższej Szkoły Handlowej w Bergen z wysoką średnią, staż w parlamencie w partii Prawicy i czteroletnią, stanowiącą pasmo sukcesów karierę na stanowisku szefa norweskiej firmy przemysłowej w kategorii przedsiębiorstw średniej wielkości.

A mimo to Jeremias Lander był śmiertelnie przerażony. Górną wargę miał mokrą od potu.

Sięgnął po szklankę z wodą, którą moja sekretarka postawiła na rozdzielającym nas niskim stoliku.

– Chciałbym... – zacząłem i uśmiechnąłem się. Ale nie otwartym, bezwarunkowym uśmiechem, który zaprasza zupełnie obcą osobę do kręgu ciepła, nie tym niepoważnym uśmiechem, a uśmiechem uprzejmym, letnim, który według literatury fachowej sygnalizuje profesjonalizm osoby przeprowadzającej interview, jej obiektywizm i analityczny sposób podchodzenia do problemu. To właśnie ten brak zaangażowania emocjonalnego wzbudza u kandydata wiarę w niezależność rozmówcy. Dzięki temu – również według literatury fachowej – kiedy kandydat poczuje, że wszelka gra zostanie przejrzana, przesada ujawniona, a wymyślona taktyka ukarana, przekaże mi podobną trzeźwą, obiektywną informację. Ale ja nie uśmiecham się w ten sposób ze względu na literaturę fachową. Gwiżdżę na nią, bo to stek bzdur różnego stopnia, a mnie potrzeba jedynie dziewięciostopniowego modelu przesłuchania, opracowanego przez Inbaua, Reida i Buckleya. Uśmiecham się tak, ponieważ taki j e s t e m: profesjonalny, analityczny i nieangażujący się emocjonalnie. Jestem łowcą głów. To niezbyt trudne. Ale to ja jestem królem.

– Chciałbym – powtórzyłem – aby opowiedział mi pan też trochę o swoim życiu poza pracą.

– A czy ono w ogóle istnieje? – zaśmiał się o półtora tonu wyżej, niż powinien. Poza tym po wygłoszeniu podczas rozmowy kwalifikacyjnej tak zwanego cierpkiego dowcipu nie należy samemu się z niego zaśmiewać ani spoglądać na rozmówcę, sprawdzając, czy go zrozumiał.

– Mam taką nadzieję – zauważyłem, a wtedy jego śmiech przeszedł w chrząknięcie. – Wydaje mi się, że zarząd tego przedsiębiorstwa kładzie duży nacisk na to, by ich nowy dyrektor zachowywał w życiu równowagę. Chodzi im o kogoś, kto mógłby pozostać w firmie przez kilka lat, o typ długodystansowca umiejącego rozłożyć siły podczas biegu. Nie o kogoś, kto wypali się po czterech latach.

Jeremias Lander kiwnął głową, przełykając jeszcze jeden haust wody.

Był mniej więcej o czternaście centymetrów ode mnie wyższy i o trzy lata starszy. Miał więc trzydzieści osiem lat. Trochę za młody na to stanowisko. Wiedział o tym, dlatego prawie niezauważalnie ufarbował na siwo włosy przy skroniach. Widziałem już wcześniej takie rzeczy. Wszystko już wcześniej widziałem. Widziałem, jak kandydat, któremu pociły się ręce, wsuwał prawą do wypełnionej talkiem kieszeni marynarki, zapewniając sobie suchutki bielutki uścisk dłoni. Z gardła Landera wydobyło się mimowolne cmoknięcie. Na formularzu interview zanotowałem: ZMOTYWOWANY. POSZUKUJĄCY ROZWIĄZAŃ.

– A więc mieszka pan w Oslo? – spytałem.

Kiwnął głową.

– Tak, na Skøyen.

– I pańską żoną jest...

Przerzuciłem jego dokumenty i lekko zirytowaną miną dałem mu do zrozumienia, że inicjatywy spodziewam się po kandydatach.

– Camilla. Jesteśmy małżeństwem od dziesięciu lat. Mamy dwoje dzieci. Chodzą do szkoły.

– A jak pan scharakteryzuje swój związek? – spytałem, nie podnosząc głowy. Dałem mu dwie długie sekundy, a ponieważ nie zebrał się w sobie na tyle, by odpowiedzieć, ciągnąłem: – Sądzi pan, że wciąż jesteście małżeństwem, skoro nie licząc snu, od sześciu lat spędza pan dwie trzecie życia w pracy?

Podniosłem wzrok. W oczach Landera zobaczyłem zdezorientowanie – takie, jakiego się spodziewałem. Wiedziałem, że jestem niekonsekwentny. Równowaga w życiu. Wymóg, by dużo z siebie dawać. Jedno nie łączyło się z drugim. Upłynęły cztery sekundy, zanim odpowiedział, czyli co najmniej o jedna za dużo.

– Mam taką nadzieję.

Spokojny, wyćwiczony uśmiech. Ale nie dość wyćwiczony. Nie dla mnie. Obrócił przeciwko mnie moje własne słowa. Zanotowałbym to jako plus, gdyby to była zamierzona ironia. Wiedziałem jednak, że w tym wypadku to tylko podświadome papugowanie słów człowieka, którego uważa się za posiadającego wyższy status. Zapisałem: NISKIE POCZUCIE WŁASNEJ WARTOŚCI. W dodatku on „miał nadzieję”. Nie wiedział, nie dawał wyrazu swoim wizjom, nie czytał z kryształowej kuli, nie pokazał, że ma świadomość, iż od każdego szefa bezwzględnie wymaga się umiejętności sprawiania wrażenia, że jest jasnowidzem.

 

NIE JEST IMPROWIZATOREM. ANI PILOTEM PANUJĄCYM NAD CHAOSEM.

– Żona pracuje?

– Tak. W kancelarii adwokackiej w centrum.

– Codziennie od dziewiątej do czwartej?

– Tak.

– A kto zostanie w domu, jeśli któreś z dzieci się rozchoruje?

– Żona. Ale Niclas i Anders na szczęście bardzo rzadko...

– Nie macie żadnej pomocy domowej, kogoś, kto w ciągu dnia jest w domu?

Zawahał się, tak jak zwykle wahają się kandydaci, kiedy nie mają pewności, jaka odpowiedź będzie korzystniejsza. Mimo to kłamią rozczarowująco rzadko. Jeremias Lander pokręcił głową.

– Wygląda na to, że utrzymuje pan formę, Lander.

– Owszem. Regularnie ćwiczę.

Tym razem nawet cienia wahania. Wszyscy wiedzą, że przedsiębiorstwom zależy na dyrektorach, którzy nie padną na zawał serca za pierwszym razem, gdy będą mieli pod górkę.

– Zapewne jogging i bieganie na nartach?

– Oczywiście. Cała rodzina lubi biegać po lesie. Mamy domek w Norefjell.

– No właśnie. I pewnie psa?

Pokręcił głową.

– Nie? Alergia?

Energiczne kręcenie głową. Zanotowałem: MOŻLIWE, ŻE NIE MA POCZUCIA HUMORU.

Odchyliłem się, oparłem na krześle i złączyłem dłonie koniuszkami palców. To oczywiście przesadnie arogancki gest, ale taki już jestem i tyle.

– Jak pan myśli, ile jest warta pana renoma, Lander? I jak ją pan ubezpieczył?

Zmarszczył spocone już czoło, wysilając się, by zrozumieć pytanie. Po dwóch sekundach odparł z rezygnacją:

– Co pan ma na myśli?

Westchnąłem, dając do zrozumienia, że to powinno być oczywiste. Rozejrzałem się, jakby w poszukiwaniu pedagogicznej alegorii, której nie wykorzystałem wcześniej. I jak zawsze znalazłem ją na ścianie.

– Interesuje się pan sztuką, Lander?

– Trochę. W każdym razie interesuje się nią moja żona.

– Moja również. Widzi pan ten obraz? – Wskazałem na Sara gets undressed, ponaddwumetrowej wysokości dzieło na lateksie, przedstawiające kobietę w zielonej spódnicy, która skrzyżowanymi rękami ściąga przez głowę czerwoną bluzkę. – To prezent od mojej żony. Artysta nazywa się Julian Opie, a obraz jest wart ćwierć miliona koron. Posiada pan jakieś dzieło sztuki w tym przedziale cenowym?

– Owszem. Rzeczywiście posiadam.

– Gratuluję. Widać po nim, ile jest warte?

– No...

– No właśnie. Ten obraz składa się z kilku kresek, głowa kobiety to kółko, zero bez twarzy, a kolor jest jednostajny i nie ma faktury. Dzieło powstało na komputerze i przyciśnięciem jednego klawisza można wydrukować miliony kopii.

– Ojej.

– Jedyna – naprawdę jedyna – rzecz, która sprawia, że ten obraz jest wart ćwierć miliona, to renoma artysty. Plotka mówiąca, że Opie ma talent. Zaufanie rynku do jego geniuszu. Bo geniuszu trudno dotknąć palcem. Nie można mieć żadnej pewności. Podobnie jest z dyrektorami, Lander.

– Rozumiem. Renoma. Chodzi o zaufanie, jakie wzbudza szef.

Zanotowałem: NIE JEST IDIOTĄ.

– Otóż to – potwierdziłem. – Wszystko wiąże się z renomą. Nie tylko pensja szefa, lecz również wartość spółki na giełdzie. Jakiego dzieła sztuki jest pan właścicielem? I na ile je wyceniono?

– To litografia Edvarda Muncha. Broszka. Dokładnej ceny nie znam, ale...

Pogoniłem go zniecierpliwionym machnięciem ręki.

– Kiedy ostatnio była wystawiana na aukcji, cena wyniosła około trzystu pięćdziesięciu tysięcy – dokończył.

– A jak zabezpieczyliście tak wartościową rzecz przed kradzieżą?

– W domu jest niezły system alarmowy – odparł. – Tripolis. Wszyscy w sąsiedztwie korzystają z ich usług.

– Tripolis to dobra firma, ale droga. Sam z niej korzystam. Mniej więcej za osiem tysięcy rocznie. A ile zainwestował pan w zabezpieczenie swojej osobistej renomy?

– O co panu chodzi?

– Dwadzieścia tysięcy? Dziesięć? Mniej?

Wzruszył ramionami.

– Ani jednego øre – powiedziałem. – Ma pan CV i doświadczenie warte dziesięć razy tyle co obraz, o którym pan mówił. Rocznie. A mimo to nikt tego nie pilnuje, nie ma pan żadnego ochroniarza. Dlatego że nie uważa pan tego za konieczne. Wydaje się panu, że wyniki spółki, którą będzie pan kierował, mają mówić same za siebie, prawda?

Lander się nie odezwał.

– No cóż. – Nachyliłem się i zniżyłem głos, jakbym zamierzał zdradzić mu tajemnicę. – Tak nie jest. Wyniki to takie obrazy Opiego. Kilka prostych kresek plus kilka zer bez twarzy. Obraz jest niczym, renoma – wszystkim. I właśnie to możemy panu zaproponować.

– Renomę?

– Siedzi pan przede mną jako jeden z sześciu dobrych kandydatów na kierownicze stanowisko. Sądzę, że go pan nie obejmie. Ponieważ do takiej pracy brakuje panu renomy.

Lander otworzył usta jakby do protestu, który jednak nie nastąpił. Cofnąłem się tak gwałtownie na krześle z wysokim oparciem, że aż jęknęło.

– Boże, człowieku, przecież starasz się o tę pracę! Powinien pan nakłonić jakiegoś figuranta, żeby podrzucił nam cynk o panu, i udawać, że nic pan o tym nie wie, kiedy kontaktowalibyśmy się z panem. Na głowę dyrektora należy polować. Złowić ją. Nie może sam się pojawiać, ustrzelony i rozczłonkowany.

Widziałem, że moja przemowa odniosła zamierzony skutek. Lander był głęboko wstrząśnięty. Nie stosowałem żadnego zwykłego narzędzia badania profilu osobowości, żadnego Cuté, Disc czy któregoś z innych idiotycznych i do niczego się nienadających testów, które wykluły się w głowach mniej lub bardziej pozbawionych słuchu psychologów i specjalistów od human resources. Znów zniżyłem głos.

– Mam nadzieję, że pańska żona nie będzie zbyt rozczarowana, kiedy po południu powie jej pan, że wymarzone stanowisko przeszło panu koło nosa. Że jeśli chodzi o karierę, to czeka pana stand by również w tym roku. Tak jak i w zeszłym...

Drgnął gwałtownie. Trafiony, zatopiony. Oczywiście. Bo przecież to mówił Roger Brown w akcji, aktualnie największa gwiazda na nieboskłonie headhunterów.

– W... zeszłym roku?

– A co, coś się nie zgadza? Ubiegał się pan o stanowisko dyrektora w Denja. Majonezy i pasztety. To nie pan?

– Sądziłem, że tego rodzaju informacje są poufne – zauważył Jeremias Lander słabym głosem.

– Owszem, są. Ale moja praca polega na ich pozyskiwaniu. Więc je pozyskuję. Dostępnymi mi metodami. Głupio ubiegać się o stanowiska, których się nie dostaje, zwłaszcza z pańską pozycją, Lander.

– Z moją pozycją?

– Pańskie papiery, wyniki w pracy, testy i wrażenie osobiste mówią mi, że ma pan to, czego potrzeba. Brakuje panu jedynie renomy. A głównym filarem przy jej budowaniu jest ekskluzywność. Szukanie pracy na chybił trafił tę ekskluzywność podkopuje. Pan jest menedżerem, który nie szuka wyzwań, tylko wyzwania. Tego jednego jedynego stanowiska. I musi ono zostać panu zaoferowane. Na srebrnej tacy.

– Doprawdy? – bąknął, znów wypróbowując swój śmiały, nieco krzywy uśmiech. Ale to już nie działało.

– Chcę pana mieć w naszej stajni. Nie wolno panu szukać innych stanowisk. Nie może pan przyjmować z pocałowaniem ręki propozycji, kiedy będą do pana dzwonić inne firmy rekrutacyjne z pozornie ciekawymi ofertami. Musi pan trzymać się nas. Musi pan być ekskluzywny. Umożliwić nam zbudowanie panu renomy. I pilnować jej. Pozwolić, abyśmy stali się dla pańskiej renomy tym, czym Tripolis jest dla pańskiego domu. W ciągu dwóch lat wróci pan do domu, do żony, z o wiele lepszą posadą niż ta, o której teraz mówimy. To obietnica.

Jeremias Lander pogładził dwoma palcami swoje świeżo ogolone szczęki.

– Hm. Ta rozmowa przybrała zupełnie inny obrót, niż się spodziewałem.

Przegrana go uspokoiła. Nachyliłem się do niego. Otworzyłem ramiona. Dłonie obróciłem wnętrzem do góry. Poszukałem jego spojrzenia. Badania naukowe wykazują, że podczas interview na pierwsze wrażenie w siedemdziesięciu ośmiu procentach składa się mowa ciała, a w zaledwie ośmiu – to, co się faktycznie mówi. Reszta wynika z ubrania, zapachu spod pach i z ust, z tego, co wisi na ścianach. Ja fantastycznie opanowałem mowę ciała. Akurat teraz moja pozycja świadczyła o otwartości i zaufaniu. Nareszcie zaprosiłem go do kręgu ciepła.

– Niech pan posłucha, Lander. Prezes zarządu i dyrektor finansowy klienta przyjdą tu jutro, żeby spotkać się z jednym z kandydatów. Chciałbym, żeby spotkali się również z panem. Czy godzina dwunasta panu odpowiada?

– Oczywiście.

Nawet nie udawał, że musi się naradzić z kalendarzem. Od razu bardziej go polubiłem.

– Chciałbym, żeby pan posłuchał, co mają do powiedzenia, a następnie uprzejmie wypunktował, dlaczego nie jest pan już zainteresowany propozycją. Proszę wyjaśnić, że to nie jest wyzwanie, o jakie panu chodzi, i życzyć im powodzenia.

Jeremias Lander przekrzywił głowę.

– A czy taka rezygnacja nie będzie uznana za niepoważną?

– Raczej za ambitną – stwierdziłem. – Będą pana postrzegać jako osobę, która zna swoją wartość. Taką, której usługi są ekskluzywne. To będzie początek historii nazywanej przez nas... – Pokręciłem ręką jak korbką.

Uśmiechnął się.

– Renomą?

– Renomą. A więc umowa stoi?

– W ciągu dwóch lat?

– Gwarantuję.

– Jak pan może to zagwarantować?

Zanotowałem: SZYBKO WRACA DO OFENSYWY.

– Ponieważ zamierzam pana polecić na jedno z tych stanowisk, o których mówię.

– I co z tego? To nie pan podejmuje decyzję.

Przymknąłem oczy. Taki wyraz twarzy przywodził na myśl mojej żonie, Dianie, rozleniwionego lwa, nasyconego władcę. Lubiłem to.

– Moja rekomendacja jest decyzją klienta, Lander.

– Co pan przez to rozumie?

– Tak jak pan nie powinien nigdy więcej ubiegać się o pracę, nie mając pewności, czy ją dostanie, tak ja nigdy nie napisałem rekomendacji, której klient by nie zaakceptował.

– Naprawdę? Nigdy?

– W każdym razie nikt takiej sytuacji nie pamięta. Jeśli nie mam stuprocentowego przekonania, że klient zatrudni polecaną przeze mnie osobę, to nie rekomenduję nikogo, a zlecenie wolę przekazać konkurencji. Nawet wtedy, gdy mam trzech świetnych kandydatów i dziewięćdziesiąt procent pewności.

– Dlaczego?

– Odpowiedź zaczyna się na literę „r”. – Uśmiechnąłem się. – Opiera się na tym cała moja kariera.

Lander ze śmiechem pokręcił głową.

– Mówią, że jest pan ostry, Brown. Już rozumiem, o co chodzi.

Uśmiechnąłem się ponownie i wstałem.

– Proponuję, żeby poszedł pan teraz do domu i powiedział swojej pięknej żonie, że nie zamierza przyjmować tego stanowiska, ponieważ zdecydował się pan mierzyć wyżej. Założę się, że czeka pana miły wieczór.

– Dlaczego pan to dla mnie robi, Brown?

– Ponieważ prowizja, jaką zapłaci nam pański pracodawca, wyniesie jedną trzecią pańskiej rocznej pensji brutto. Słyszał pan, że Rembrandt chodził na aukcje, żeby podbijać cenę własnych obrazów? Dlaczego miałbym sprzedawać pana za dwa miliony rocznie, skoro po zbudowaniu pewnej renomy możemy pana sprzedać za pięć? Żądamy jedynie, żeby trzymał się pan nas. Więc jak, umowa stoi? – Wyciągnąłem rękę.

Złapał ją pożądliwie.

– Mam wrażenie, że to była opłacalna rozmowa, Brown.

– Zgadzam się – odparłem, jednocześnie notując w pamięci, że przed jutrzejszym spotkaniem z klientem muszę udzielić Landerowi kilku rad na temat właściwego uścisku dłoni.

Ferdinand wsunął się do mojego gabinetu zaraz po wyjściu Jeremiasa Landera.

– Fu! – skrzywił się, machając ręką. – Eau de camouflage!

Pokiwałem głową i otworzyłem okno, żeby wywietrzyć. Ferdinand od razu wyczuł, że kandydat uperfumował się zbyt mocno, by zakamuflować zapach nerwowego potu, który wypełnia pokoje przesłuchań w tej branży.

– Ale to był przynajmniej Clive Christian – zauważyłem. – Kupiony przez żonę. Tak samo jak garnitur, buty, koszula i krawat. I to ona wpadła na pomysł ufarbowania mu skroni na siwo.

– Skąd wiesz? – Ferdinand usiadł na krześle, na którym przed chwilą siedział Lander, ale poderwał się jak oparzony, z miną pełną obrzydzenia, kiedy poczuł lepkie ciepło ciała wciąż tkwiące w obiciu.

 

– Zbladł jak prześcieradło, kiedy wcisnąłem guzik „żona” – odparłem. – Powiedziałem mu, jaka będzie rozczarowana, kiedy jej przekaże, że nie dostanie tej pracy.

– Guzik „żona”! Skąd ty to bierzesz, Roger? – Ferdinand przysunął sobie inne krzesło. Położył nogi na stole – całkiem niedrogiej kopii stolika kawowego projektu Noguchiego – sięgnął po pomarańczę i zaczął ją obierać. Prawie niewidzialny prysznic soku pokrył jego świeżo wyprasowaną koszulę. Ferdinand był niewiarygodnie flejtuchowaty jak na homoseksualistę. I niewiarygodnie homoseksualny jak na łowcę głów.

– Inbau, Reid i Buckley – stwierdziłem.

– Już to mówiłeś. Ale co to dokładnie jest? Coś lepszego niż Cuté?

Roześmiałem się.

– To dziewięciostopniowy model przesłuchania stosowany przez FBI. Karabin maszynowy w świecie proc. Narzędzie, które toruje drogę, nie bierze jeńców, a przynosi szybkie, konkretne rezultaty.

– A jakie to rezultaty, Roger?

Wiedziałem, o co Ferdinandowi chodzi, i nie miałem nic przeciwko temu. Chciał wiedzieć, na czym polega moja przewaga, dlaczego jestem najlepszy, a on – na razie – nie. I dawałem mu to, czego potrzebował, żeby stać się najlepszym. Takie bowiem są zasady. Umiejętnościami trzeba się dzielić. A on i tak nigdy nie będzie lepszy ode mnie, bo zawsze i wszędzie będzie się pojawiał w koszulach śmierdzących cytrusami i dociekał, czy ktoś ma jakiś lepszy schemat, metodę, tajemnicę.

– Poddanie się – powiedziałem. – Przyznanie się do winy. Prawda. Schemat opiera się na bardzo prostych zasadach.

– Czyli?

– Czyli zaczynasz wypytywać podejrzanego o rodzinę.

– Phi! – skrzywił się Ferdinand. – Ja też tak robię. Dzięki temu czują się bezpieczni, bo mogą mówić o czymś, co znają, o czymś bliskim. No i to ich otwiera.

– Właśnie. Ale dzięki temu możesz również ustalić ich słabe punkty. Pięty achillesowe, które przydadzą ci się później podczas przesłuchania.

– Fuj! Co to za terminologia?

– Później podczas przesłuchania – kiedy będziecie mówić o tym, co bolesne, co się naprawdę wydarzyło, o zabójstwie, o które jest podejrzewany, o tym, dlaczego czuje się samotny i opuszczony przez wszystkich i dlaczego pragnie się ukryć – musisz zadbać o papierowy ręcznik na biurku, znajdujący się akurat w takiej odległości, żeby podejrzany nie mógł do niego dosięgnąć.

– Dlaczego?

– Ponieważ przesłuchanie osiągnęło swoje naturalne crescendo i nadszedł czas na wciśnięcie guzika „uczucia”. Musisz zadać pytanie o to, co sobie pomyślą jego dzieci, dowiadując się, że ojciec jest zabójcą. A kiedy jemu do oczu napłyną łzy, podasz mu ręcznik. Powinieneś być tym, który rozumie, który chce pomóc, osobą, której on może się zwierzyć ze wszystkich swoich krzywd. I z tego idiotycznego zabójstwa, które po prostu się wydarzyło. Właściwie samo z siebie.

– Zabójstwo? Do licha, nie rozumiem, o czym ty mówisz. Przecież my rekrutujemy ludzi do pracy, prawda? Nie chodzi nam o to, żeby zostali skazani za zabójstwo.

– Owszem, mnie chodzi o to. – Sięgnąłem po wiszącą na oparciu krzesła marynarkę. – Właśnie dlatego jestem najlepszym łowcą głów w mieście. A tak w ogóle chcę, żebyś poprowadził spotkanie Landera z klientem. Jutro o dwunastej.

– Ja?

Wyszedłem na korytarz z Ferdinandem depczącym mi po piętach. Mijaliśmy dwadzieścia pięć innych pokoi tworzących w sumie Alfę, średniej wielkości firmę rekrutacyjną. Zdołała ona przetrwać już piętnaście lat i osiągała roczny wynik wahający się od piętnastu do dwudziestu milionów, które po wypłaceniu najlepszym z nas nader skromnych bonusów wędrowały do kieszeni właściciela firmy w Sztokholmie.

– Piece of cake. Informacje są w komputerze. Okej?

– Okej – powiedział Ferdinand. – Pod jednym warunkiem.

– Pod warunkiem? To przecież ja robię ci przysługę.

– Ten wernisaż, który twoja żona urządza dziś wieczorem w galerii...

– O co chodzi?

– Mogę przyjść?

– A jesteś zaproszony?

– Właśnie w tym rzecz. Jestem?

– Raczej nie.

Ferdinand zatrzymał się gwałtownie i zniknął mi z pola widzenia. Szedłem dalej ze świadomością, że on tam stoi ze zwieszonymi rękami, patrzy na mnie i myśli, że również tym razem nie wzniesie szampanem toastu ze śmietanką towarzyską Oslo, z królowymi nocy, gwiazdami i bogaczami. Nie będzie mu dane uczestniczyć w tej odrobinie glamour otaczającego wernisaże Diany. Nie nawiąże stosunków z potencjalnymi kandydatami na stanowisko, do łóżka czy do innych grzesznych kontaktów. Biedaczysko.

– Roger? – To odezwała się dziewczynka za kontuarem recepcji. – Dwa telefony. Jeden...

– Nie teraz, Oda – rzuciłem, nie zatrzymując się. – Nie będzie mnie trzy kwadranse. Nie przyjmuj żadnych wiadomości.

– Ale...

– Jeśli to coś ważnego, zadzwonią jeszcze raz.

Ładna dziewczyna, ale nie zaszkodziłoby jej jeszcze trochę przeszkolenia. Oda. A może Ida?

2. TRZECI SEKTOR GOSPODARKI

Świeży, słony smak spalin w jesiennym powietrzu skojarzył mi się z morzem, wydobyciem ropy naftowej i PKB. Ukośne promienie słońca błyszczały odbite w szybach biurowców, rzucających ostre prostokątne cienie na to, co dawniej stanowiło obszar przemysłowy, a teraz stało się czymś w rodzaju dzielnicy ze zbyt drogimi sklepami, zbyt drogimi mieszkaniami i zbyt drogimi biurami zbyt drogich konsultantów. Z miejsca, w którym stałem, widziałem trzy siłownie, wszystkie zapełnione od rana do wieczora. Jakiś młody facet w garniturze Corneliani i okularach nerdach pozdrowił mnie z szacunkiem, kiedy się mijaliśmy, a ja łaskawie skinąłem mu głową. Nie miałem pojęcia, kto to był. Wiedziałem jedynie, że musi być z innej firmy rekrutacyjnej, może z Edwarda W. Kelleya? Nikt oprócz łowców głów nie pozdrawia z szacunkiem innego łowcy głów. A raczej, mówiąc krótko, nikt inny nie pozdrawia mnie, bo nikt nie wie, kim jestem. Po pierwsze, nie licząc mojej żony Diany, utrzymuję ograniczone kontakty towarzyskie. Po drugie, pracuję w firmie, która – tak samo jak Kelley – zalicza się do ekskluzywnych, takich, które unikają błysku fleszy, a w związku z tym wydaje ci się, że nigdy o nich nie słyszałeś, dopóki nie uzyskasz kwalifikacji umożliwiających zajęcie najwyższych stanowisk w kraju. Pewnego dnia telefonujemy do ciebie, a tobie w głowie coś dzwoni: Alfa, gdzie ja już słyszałem tę nazwę? Czy to było na zebraniu dyrekcji koncernu w związku z mianowaniem nowego szefa oddziału? A więc jednak o nas słyszałeś. Ale nic nie wiesz. Dyskrecja to nasza najważniejsza cnota. I jedyna. Reszta bowiem to oczywiście kłamstwo z dolnej półki, na przykład to, które słyszysz, kiedy kończę drugie interview swoją stałą mantrą: „Jest pan człowiekiem, którego poszukiwałem do tej pracy. Nie tylko wierzę, ale wiem, że nadaje się pan idealnie. A to oznacza, że ta praca jest idealna dla pana. Proszę mi wierzyć”.

No cóż. Proszę mi nie wierzyć.

Tak, tak, obstawiałem Kelleya. Albo Amrop. W takim garniturze z całą pewnością nie mógł pracować w jednej z tych wielkich niefajnych i nieekskluzywnych firm typu Manpower albo Adecco. Ale też nie w żadnej z mikroskopijnych i fajnych, takich jak Hopeland, bo wtedy wiedziałbym, kto to jest. Oczywiście mógł być z którejś z wielkich, średnio fajnych – Mercuri Urval czy Delphi – albo z małych, niefajnych, bezimiennych, które rekrutują średnią kadrę kierowniczą i tylko od czasu do czasu mają okazję konkurować z nami, wielkimi chłopakami. Przegrywają i wracają do szukania swoich kierowników sklepów i księgowych, ale z szacunkiem witają takich jak ja, bo mają nadzieję, że pewnego dnia przypomnimy sobie o nich i zaproponujemy im pracę.

Nie istnieją żadne oficjalne rankingi łowców głów. Na ma badań czy ocen jak u maklerów ani imprez z nagrodami dla guru roku jak w branży telewizyjno-reklamowej. Ale my wiemy. Wiemy, kto jest królem, kto lubi wyzwania, a kto szykuje się do upadku. Wielkich czynów dokonuje się w ciszy, pogrzeby odbywają się w ciszy grobowej. Ale facet, który właśnie mnie pozdrowił, wiedział, że jestem Rogerem Brownem, łowcą głów, któremu klient nigdy nie odrzucił zarekomendowanego kandydata, który, jeśli to konieczne, manipuluje, zmusza, łamie i wciska na siłę, którego klienci ślepo wierzą w jego zdolności dokonywania oceny i bez wahania składają los firmy w jego – i tylko jego – ręce. Mówiąc wprost: to nie zarząd Portu Oslo zatrudnił w zeszłym roku dyrektora do spraw ruchu drogowego, to nie Avis zatrudnił dyrektora na Skandynawię i zdecydowanie nie urząd gminy zatrudnił dyrektorów elektrowni w Sirdal. Zrobiłem to ja.

Postanowiłem, że zanotuję sobie tego faceta. NIEZŁY GARNITUR. WIE, KOMU OKAZAĆ SZACUNEK.

Zadzwoniłem do Ovego z budki telefonicznej przy kiosku sieci Narvesen, jednocześnie sprawdzając komórkę. Osiem wiadomości. Wykasowałem wszystkie.

– Jest kandydat – powiedziałem, kiedy Ove wreszcie odebrał. – Jeremias Lander, Monolitveien.

– Sprawdzić, czy go mamy?

– Nie musisz. Wiem, że tak. Jest zaproszony na drugie interview, jutro. Od dwunastej do drugiej. Dwunasta zero zero. Daj mi godzinę. Zapamiętałeś?

– Jasne. Coś jeszcze?

– Klucze. Sushi & Coffee za dwadzieścia minut?

– Za pół godziny.

Poszedłem wybrukowaną ulicą w stronę Sushi & Coffee. Powodem, dla którego wybrano tę nawierzchnię – bardziej hałaśliwą, trudniejszą do utrzymania w czystości, a w dodatku droższą niż zwykły asfalt – jest prawdopodobnie potrzeba idylli, tęsknota za czymś pierwotnym, czymś, co istniało od zawsze. Za czymś prawdziwym. A w każdym razie prawdziwszym niż te kulisy tworzące dzielnicę, gdzie kiedyś w pocie czoła wytwarzano przedmioty, gdzie rzeczy rodziły się z syczącego ognia pod ciężkimi uderzeniami młotem. Echem tamtych dni był szum maszyn do espresso i podzwanianie żelaza w siłowniach. To był bowiem triumf trzeciego sektora gospodarki nad robotnikiem przemysłowym, triumf designu nad brakiem mieszkań, triumf fikcji nad rzeczywistością. A mnie się to podobało.

Zerknąłem na brylantowe kolczyki, które wcześniej widziałem na wystawie jubilera vis-à-vis Sushi & Coffee. Pasowałyby idealnie do uszu Diany. I byłyby katastrofą dla moich finansów. Odrzuciłem ten pomysł, przeciąłem ulicę i wszedłem do knajpy, w której w teorii przyrządza się sushi, a w praktyce serwuje zdechłą rybę. Za to kawie nie dało się nic zarzucić. W środku było sporo ludzi. Szczupłe platynowe blondynki tuż po zajęciach fitness, wciąż w strojach treningowych, bo przecież nie przyszłoby im do głowy brać prysznic w siłowni na oczach innych. W zasadzie to dziwne, skoro wydały fortunę na ciała, również świętujące triumf fikcji. Te kobiety także należały do trzeciego sektora gospodarki, a dokładnie do sztabu służby obsługującej bogatych mężów. Gdyby jeszcze były nieinteligentne. Ale one w ramach pielęgnacji urody studiowały prawo, informatykę i historię sztuki, pozwalały na finansowanie im przez społeczeństwo kilku lat na uniwersytecie jedynie po to, by po obronie dyplomu jako zbyt wysoko wykwalifikowane niepracujące zabawki siedzieć tutaj, wymieniając się zwierzeniami na temat sposobu utrzymania swoich sugar daddies na odpowiednim poziomie zadowolenia, zazdrości i napalenia. Dopóki nie przykują ich do siebie na stałe dzieckiem. Dziecko oczywiście wszystko zmienia. Szala władzy przechyla się na drugą stronę, mąż zostaje wykastrowany, dostaje mata. Dziecko...