WyznanieTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

1980

Rozdział 1.

2017

Rozdział 2.

Rozdział 3.

Rozdział 4.

1982

Rozdział 5.

Rozdział 6.

2017

Rozdział 7.

Rozdział 8.

1982

Rozdział 9.

Rozdział 10.

Rozdział 11.

Rozdział 12.

2017

Rozdział 13.

Rozdział 14.

Rozdział 15.

1982

Rozdział 16.

2017

Rozdział 17.

Rozdział 18.

Rozdział 19.

1982

Rozdział 20.

Rozdział 21.

2017

Rozdział 22.

Rozdział 23.

Rozdział 24.

Rozdział 25.

Rozdział 26.

Rozdział 27.

1982

Rozdział 28.

Rozdział 29.

Rozdział 30.

2018

Rozdział 31.

Rozdział 32.

1982

Rozdział 33.

Rozdział 34.

2018

Rozdział 35.

Rozdział 36.

Rozdział 37.

1983

Rozdział 38.

Rozdział 39.

Rozdział 40.

2018

Rozdział 41.

Rozdział 42.

1983

Rozdział 43.

Rozdział 44.

Rozdział 45.

Rozdział 46.

Rozdział 47.

2018

Rozdział 48.

Rozdział 49.

Rozdział 50.

Rozdział 51.

Kiedy odeszła

Rozdział 52.

Podziękowania

Tytuł oryginału: The Confession

Opieka redakcyjna: LUCYNA KOWALIK

Redakcja: ANNA MILEWSKA

Korekta: ANNA RUDNICKA, MARIA WOLAŃCZYK

Projekt okładki i wnętrza książki: Cover Design and Illustration@ Lucy Scholes, Pan Macmillan Art Department

Opracowanie graficzne na podstawie oryginału (Picador, 2019): MAREK PAWŁOWSKI

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Copyright © 2019 by Peebo & Pilgrim Ltd.

All rights reserved

© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2020

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07191-5

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

moim przyjaciołom

„MARÍA VARGAS (Ava Gardner):

W dzisiejszych czasach to wprost nie do uwierzenia.

HARRY DAWES (Humphrey Bogart):

Tylko skąd pomysł, że żyjemy w dzisiejszych czasach?”.

Bosonoga contessa, reż. Joseph L. Mankiewicz (1954)

„Człowiek może powrócić ze świata fikcji do swojej codzienności – ale nawet gdy już to zrobi, cząstka czegoś obcego pozostanie żywa w jego umyśle”.

PAULI PYLKKÖ

1980


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1.

Tamtego wczesnozimowego popołudnia w Hampstead Heath Elise czekała tak naprawdę na kogoś innego. Spotkanie zaaranżował John, jej współlokator i zarazem gospodarz domu, w którym mieszkała. Sama nie była pewna, dlaczego zgodziła się pójść na randkę z mężczyzną, którego nigdy nie widziała, trzeba jednak przyznać, że często ulegała namowom znajomych. Koniec końców facet się nie zjawił, a gdy już miała ruszyć z polany prosto w snop gasnącego blasku słońca, ujrzała kobietę – stała samotnie przy skupisku drzew o cynamonowych liściach, wyróżniających się wyraźnie na tle nieba w kolorze tureckiego błękitu. Drzewa górowały nad jej sylwetką, przytłaczające, choć przecież nie mniejsze ani nie większe niż zwykle. Zdawały się tworzyć coś w rodzaju wspaniałego nakrycia głowy, jakby kobieta była boginią czy królową natury. Spojrzała w stronę Elise i posłała jej z oddali uśmiech – jak paziowi ze swojego dworu, którego nieoczekiwanie postanowiła obdarzyć uwagą.

Kto wie, może spóźniony amant przybiegł w końcu do parku, może gnał zdyszany w szaliku i watowanej kurtce, brodząc w powodzi zwiędłych liści. Elise nigdy się o tym nie przekonała, bo odwzajemniła uśmiech nieznajomej, która ruszyła w jej stronę – i plan został zakłócony. Elise obróciła się na pięcie i zaczęła iść, gdy jednak obejrzała się przez ramię, dostrzegła, że nieznajoma podąża za nią. Właściwie to nic nowego; Elise była przyzwyczajona do tego, że ludzie za nią chodzą. Jako dziesięciolatka podsłuchała w kuchni rozmowę – jej mama powiedziała wówczas znajomemu, że Elise będzie w przyszłości łamać chłopcom serca, a ona nigdy tego nie zapomniała. Dorośli lubią mówić dzieciom, co w nich widzą: jakie są i kim będą w przyszłości, a dzieci przeważnie to zapamiętują. Wszyscy jej powtarzali, że los obdarzył ją urodą, ale ona nie rozmawiała o tym ani nie próbowała tego wykorzystać, chociaż niejednokrotnie, gdy miała trzynaście, czternaście lat, zaczepiano ją na ulicy, by zaoferować jej pracę w modelingu. Nigdy nie przyjęła żadnej z tych propozycji, nigdy nie oddzwaniała na podawane numery telefonów. Ba, pomimo zainteresowania jej osobą czuła się niewidzialna – do chwili, gdy spod cynamonowych drzew w parku Hampstead Heath spojrzała na nią Constance Holden.

*

Po wyjściu z parku szły wzdłuż długiego ogrodzenia okalającego cmentarz, a Elise rozmyślała nad tym, co się zaraz stanie. Nigdy wcześniej nie była z kobietą. Przystanęła, lecz nie spojrzała za siebie – czekała jak wiedźma w zabawie w raz, dwa, trzy, Baba-Jaga patrzy. Wyobraziła sobie, że rzuca prętem ogrodzenia niczym oszczepem, daleko jak olimpijka, a ten trafia w przypadkowy grób i roztrzaskuje zakopane kości. Pokazałaby tej nieznajomej, jaka jest silna.

 

W końcu postanowiła się odwrócić. Kobieta stała nieopodal z rękami założonymi na piersi i lekkim zmieszaniem malującym się na twarzy. Z całą pewnością była od Elise starsza, ale to samo można by powiedzieć o większości dorosłych osób, jakie Elise napotykała w swoim życiu, sama miała bowiem dopiero dwadzieścia lat. Tamta była prawdopodobnie po trzydziestce. Elise przyjrzała się z zaciekawieniem jej strojowi: męskiej koszuli, długiemu, rozpiętemu płaszczowi, który odsłaniał obcisłe, proste dżinsy, oraz parze brogsów. Żadnego ostentacyjnego makijażu, dwie srebrne kuleczki w uszach i delikatny zegarek na pięknym nadgarstku. Elise zacisnęła dłoń na ogrodzeniu cmentarza i postanowiła się odezwać, przekonana, że w miejscu publicznym nic jej nie grozi. Kimkolwiek była ta osoba, nie będzie jej molestować ani nie przebije prętem. Zresztą odwołano zajęcia z malarstwa, na których pozowała, więc i tak nie miała dziś nic lepszego do roboty.

– Któregoś dnia umrę i tyle po mnie zostanie. – Wskazała palcem za ogrodzenie, w żaden sposób nie komentując tego, że nieznajoma zdawała się ją śledzić.

Kobieta mocniej objęła się ramionami i zaśmiała w sposób, który w oczach Elise dodał jej pewności siebie. Lisica stojąca na zadnich łapach. Elise spojrzała ponad jej ramieniem na nagrobki, sterczące z ziemi jak krzywe zęby. Stały po biednej stronie cmentarza, z dala od marmurowych grobowców pionierów przemysłu i towarzyszących im żon, skulonych w czarnej ziemi. Za nimi zaś znajdowało się krematorium z wysokim ceglanym kominem, który na szczęście dziś nie dymił.

– Kiedyś z pewnością umrzesz, ale to się nie stanie prędko – odparła nieznajoma, a jej głos przeszył Elise jak stal.

Wpatrywały się w siebie przez chwilę.

– Czy mogę pani w czymś pomóc? – zapytała w końcu Elise.

*

Szybko znalazły jakiś tani bar, otwarty do późna, ale nie zamówiły nic do jedzenia. „Connie”, przedstawiła się nieznajoma; „Elise Morceau”, odpowiedziała Elise. Siedziały po przeciwnych stronach stołu z kubkami parującej herbaty, rozgrzewając skostniałe palce na taniej porcelanie. Kobieta przyglądała się Elise, jakby ta była istotą ze snu.

– Zwykle tego nie robię – oznajmiła szczerze. – A ty?

– Nic się nie stało – zapewniła ją Elise, a następnie dla pewności spytała: – To znaczy, czego nie robisz?

Connie uniosła wzrok znad herbaty.

– No wiesz… Tego. Nie zaczepiam ludzi na ulicy. I nie wałęsam się z nimi po mieście.

– Ja chyba też nie. – Elise zauważyła, że Connie bardzo stara się ukryć palącą ciekawość. – Raczej mi się to nie zdarza – dodała, a Connie wyraźnie się rozluźniła.

Rozmawiały przez chwilę o tym, gdzie mieszkają – Connie nieopodal, Elise w Brixton.

– Zawsze tam żyłaś? Po południowej stronie rzeki? – dociekała Connie.

– Tak.

– Urodziłaś się tam?

Elise przyglądała się jej zaintrygowana.

– Aha.

– Ile masz lat?

– Dwadzieścia osiem.

Connie zmarszczyła brwi.

– Nie wierzę ci. Ile masz tak naprawdę?

– A ty?

– Trzydzieści sześć. To mój prawdziwy wiek, a Connie to prawdziwe imię.

– Ja mam dwadzieścia lat. I jestem Elise.

– Pracujesz w Londynie?

Elise pokiwała głową.

– W Sadzonce, kawiarni w Pimlico. Dorabiam też jako bileterka w National Theatre i pozuję do aktów w Royal College of Arts.

– Zróżnicowane portfolio – skomentowała Connie.

– A ty? Robisz w centrum? – zapytała Elise, a kobieta wyprostowała się, jakby uznała ten osobliwy dobór słów za drwinę.

– Pracuję w domu. Jestem pisarką.

– Co piszesz?

– Opowieści.

– W porządku, ale jakie?

– Cholernie dobre! – Connie parsknęła głośnym śmiechem.

– Jesteś tego pewna? – zapytała Elise.

– Czasami.

– To znaczy, że znajdę cię w bibliotece?

– W bibliotece, w księgarniach…

– Fajnie – stwierdziła Elise.

Connie wbiła wzrok w kubek z herbatą.

– No. Chyba całkiem fajnie. – Uniosła głowę. – Słuchaj, dasz się zaprosić na kolację?

*

W następny piątek, dzień przed sobotnią kolacją, Elise wstąpiła do biblioteki w Brixton i odnalazła regał z literą „H” w dziale literatury pięknej. Szybko natrafiła na właściwą pozycję: Woskowe serce, powieść wydaną w poprzednim roku. Tak jak wiele osób przed nią, Elise ściągnęła ją z półki. „Książka, o której wszyscy mówią”, głosił slogan reklamowy na tylnej stronie okładki.

Kiedy John wrócił tego wieczoru z pracy, Elise opowiedziała mu o spotkaniu z Constance Holden, autorką Woskowego serca. Pominęła jedynie tę część o Hampstead Heath, nie chciała bowiem wyjść na dziewczynę, która daje się poderwać w parku. O nie, ona poznaje ludzi na wytwornych wieczorkach towarzyskich, na których bywają sławni pisarze. John wysłuchał jej opowieści z umiarkowanym entuzjazmem – Constance Holden nie pisała książek sensacyjnych, takich z tłoczonymi literami na okładce i obowiązkową ilustracją przedstawiającą człowieka uciekającego z płonącego budynku. Nie uczył się też o niej w szkole, co oznaczało, że w gruncie rzeczy nigdy o niej nie słyszał.

Elise przeczytała całą powieść w ciągu jednej nocy. Była emocjonująca i okrutna, pełna pasji i zdań, które aż prosiły się o to, żeby je podkreślać. Początkowo Elise sympatyzowała z główną bohaterką, ale w trakcie lektury stopniowo przechodziła na stronę bohatera. Biedna Beatrice – myślała – zdruzgotana dziwaczka, żyjąca z mężem, który wodził ją za nos. Frederick potrafił być jednak taki uwodzicielski i rozsądny. Beatrice kochała się w mężczyźnie, który ściągał na nią zagrożenie, ale przynajmniej się kochała, przynajmniej miała miłość. Czy zdoła uciec? I co się stanie z jej córką, Gaby? Jak to na nią wpłynie? Elise musiała przyznać, że była to naprawdę frapująca, brutalna i odkrywcza lektura, rodzaj antyromansu ociekającego uczuciowością.

Później, leżąc w łóżku i opierając na piersi książkę Connie, o grzbiecie lekko już popękanym pod biblioteczną plastikową obwolutą, rozmyślała o miłości. Miłość… Właściwie jakie to uczucie? Elise uważała, że przez całe życie stąpa ostrożnie po krawędzi wulkanicznego krateru, którego głębi nie jest w stanie zmierzyć, a jednak przeczuwała, że drzemie w nim coś potężnego, coś, czego nigdy wcześniej nie widziała. Tam w dole, w nieprzeniknionych ciemnościach, kryło się wiele szczęśliwych dusz – ale także mnóstwo martwych ciał.

*

Na kolację – a w zasadzie pierwszą randkę – poszły do Mariposy, restauracji na Dean Street w Soho. Lokal wybrała Connie: zacienione loże, mosiężne lampy i kanapy z wytartego aksamitu o trudnym do określenia odcieniu czerwieni. Kiedy Elise zeszła po schodach, otworzyło się przed nią przestronne piwniczne pomieszczenie, zadymione i wypełnione szmerem rozmów. Kobiety o mocno umalowanych oczach, ubrane w aksamitne suknie z poduszkami na ramionach, ocierały się o zmęczonych chłopców i mężczyzn z City w modnych kapeluszach, spod których wylewały się długie włosy. Dżins, skóra, nikotyna i pieniądze – Elise czuła je na języku jak posmak żywiołów.

Connie już na nią czekała, zdążyła zamówić butelkę czerwonego wina. Wyszła z cienia, żeby się przywitać, a Elise zaskoczył jej wytworny strój. Connie wyglądała zniewalająco w prostej czarnej sukience koktajlowej, ze złotym łańcuszkiem i rudymi włosami zmierzwionymi z perfekcyjną dozą nonszalancji. Elise poczuła przypływ zazdrości – ona też chciałaby mieć trzydzieści sześć lat, własny dom i kilka bestsellerów na koncie. Znać miejsca w Soho, w których jadali eleganccy ludzie.

– Cześć – powiedziała Connie.

– Cześć. – Elise spojrzała w dół na swoje ubranie: czarne dżinsy i biały podkoszulek. – Gdybym wiedziała, ubrałabym się inaczej…

– Wyglądasz cudownie. – Connie dotknęła jej ramienia i obie się uśmiechnęły.

– Przyszłam tutaj prosto z kawiarni – wyjaśniła Elise, wsuwając się na kanapę w loży.

– Z Sadzonki?

– Zgadza się – odparła, zauroczona, że Connie zadała sobie trud, by zapamiętać nazwę.

Nie pytając, czy Elise ma ochotę, Connie nalała jej wina.

– Gdy pracujesz w teatrze, masz czasem okazję obejrzeć sztukę? – zagaiła.

– Za każdym razem.

– I nigdy ci się nie nudzi?

– Za każdym razem.

Connie się zaśmiała. Do stolika podszedł kelner, chłopak z talią osy i oczami pomalowanymi proszkiem antymonowym. Elise starała się nie gapić. Connie zamówiła pot-au-feu, a na przystawkę sałatkę; Elise omiotła wzrokiem menu i wybrała stek.

– Na zdrowie. – Connie uniosła kieliszek. – Za wszystkie kelnerki, bileterki i modelki świata. – Upiła spory łyk. – Są jakieś inne rzeczy, których chciałabyś spróbować?

– Inne rzeczy?

– Nowa praca, obce kraje…

– Sama nie wiem.

– A twoi rodzice? Jakie mają zdanie na ten temat?

– Nie mam pojęcia. – Elise spojrzała na Connie wyzywająco, jakby chciała ją sprowokować do dalszych pytań, ale Connie nic już nie powiedziała. – Mam za to pomysły na kilka sztuk.

– To znaczy?

– Chciałabym je napisać.

– W takim razie powinnaś.

Elise wcale nie była pewna, czy rzeczywiście chce to robić, ale uznała, że tym wyznaniem zaimponuje Connie. Było jednak prawdą, że często siadała w ciemnościach jednej z trzech sal teatralnych, ze wzrokiem wzniesionym wysoko, kiedy na scenę opuszczano dekoracje, które wypełniały pustkę przepychem wiktoriańskiego salonu albo sprawiały, że grecka tragedia zamieniała się w zrujnowany świat po apokalipsie, sielankową wieś, Japonię, Manhattan, Indie… Czasami próbowała coś napisać, lecz sens ją zwodził i w końcu umykał, a ona kapitulowała i zadowalała się swoimi niesprecyzowanymi planami. Nie potrafiła przelewać świata na papier. Tocząca się w duszy Elise kotłowanina, jej żywiołowość i abstrakcyjny charakter były dla niej samej doskonale zrozumiałe i wierzyła, że któregoś dnia znajdzie swoją drogę. Ale jeszcze nie dziś.

– Uwielbiam za to pozować artystom – powiedziała.

– Dlaczego? – zaciekawiła się Connie.

Kiedy Elise rozbierała się do naga i wychodziła na salę pełną studentów, jej ciało – usta, ręce, piersi, gardło, uda – jakby stawiało się na wezwanie, skore do współpracy. Spędzała godziny w jednej pozycji i wsłuchana w skrzypienie ołówków na papierze, wędrowała komnatami własnego umysłu. Trwanie w bezruchu wychodziło jej tak dobrze, że szkoła chętnie zapraszała ją drugi, trzeci raz… A gdy studenci kończyli zajęcia, czasem chowała się w toalecie, żeby później zakraść się do sali pełnej sztalug z niedokończonymi pracami. Przechadzała się między nimi, jakby tropiła samą siebie, mimo że to ona dostarczała mapę. Kluczyła w papierowym lesie swoich kończyn, swojej twarzy i seksualności, wyczekując momentu, gdy odnajdzie pracę idealnie oddającą jej istotę. Nikomu się to dotąd nie udało; skarb pozostawał ukryty.

Nie powiedziała jednak o tym Connie.

– Cudownie się wtedy wyciszam.

– Musisz być kompletnie nieruchoma, prawda?

– Tak.

– Całymi godzinami? – Elise tylko wzruszyła ramionami, a Connie uśmiechnęła się promiennie. – Lubisz, jak się na ciebie patrzy.

– Czy to coś złego?

– Nie. Chociaż nie każdy by się do tego przyznał. Usiądziesz tutaj? – zaproponowała.

– Gdzie? – Elise nie zrozumiała.

– Obok mnie. – Connie poklepała siedzisko. Elise spełniła jej prośbę, a zaraz potem poczuła po obu stronach twarzy chłodny dotyk palców, jakby Connie próbowała jej nadać zupełnie nowy kształt. – Mogłabym ją oprawić w ramkę.

Elise miała wrażenie, że przez wino zaczyna tracić kontrolę.

– Sporo by cię to kosztowało – powiedziała. Zamknęła oczy, zastanawiając się, czy kobieta zrozumie żart.

Connie delikatnie ujęła jej twarz w dłonie. Nachyliła się tak blisko, że Elise poczuła jej ciepły, słodkawy oddech. Widziała krzywiznę drobnych ust i uważne oczy, w których odbijał się blask świec.

– Ile dokładnie? – zapytała.

– Pięćdziesiąt funtów za pocałunek.

Connie się zaśmiała.

– Pytałam o ramkę, nie o pocałunek.

Jej ręce opadły, a Elise się zawstydziła, jakby została przyłapana na gorącym uczynku. Uniosła dłonie Connie z powrotem do swojej twarzy, tam gdzie znajdowały się przed chwilą.

– Przeczytałam twoją książkę – powiedziała. – Woskowe serce.

– Naprawdę?

– Jesteś świetna. – Ścisnęła mocniej palce Connie, a kobieta się roześmiała.

*

Gdy Elise otworzyła oczy, zorientowała się, że spała w cudzym łóżku. Uniosła kołdrę. Wciąż miała na sobie majtki i podkoszulek, lecz spodnie zniknęły. Tylko kiedy je zdjęła? Leżały na podłodze i wyglądały niczym policyjny obrys ciała na miejscu zbrodni. Obok nich – rozrzucone w nieładzie buty, zwrócone do siebie podeszwami. Musiała je zrzucić ze stóp, choć tego też nie mogła sobie przypomnieć. A w ogóle co to za miejsce? Wytężyła w półmroku wzrok. Ściany z zieloną tapetą w prążki, mała szafa i kosz na śmieci; wszędzie wokół nienaganny porządek. Pośrodku podłogi siedział zaś wielki, puchaty, szylkretowy kot z dużym białym krawatem i białymi skarpetkami, który zerkał na nią ciekawsko.

 

– Mam nadzieję, że Ripley ci nie przeszkadza – rozległ się głos za jej plecami, od strony drzwi.

Elise się odwróciła.

– Ripley?

– Kot. Ciii, nie wstawaj. – Connie podeszła do łóżka ze szklanką wody i dwiema tabletkami aspiryny, które położyła na stoliku nocnym przy głowie Elise.

– Dzięki – wymamrotała dziewczyna.

Connie odsunęła zasłony, a Elise stęknęła, gdy pokój zalało blade listopadowe słońce.

– Przepraszam – powiedziała Connie, ale nie zasłoniła okien.

– Co się stało? – wychrypiała Elise słabym głosem. Connie nie odpowiedziała od razu. Wpatrywała się w ogród. – Connie?

– Co się stało kiedy?

– Wczoraj wieczorem.

– Chcesz powiedzieć, że nie pamiętasz?

– Tak. Nie.

Connie podeszła do łóżka i usiadła na jego skraju, zwrócona twarzą do Elise.

– Poszłyśmy razem na kolację. Za dużo wypiłyśmy, później przeniosłyśmy się tutaj, a ty odpłynęłaś na kanapie.

– Na kanapie? Straciłam przytomność?

– Tak. Więc zaniosłam cię na górę.

– Ty? Zaniosłaś mnie do sypialni na rękach?

Spojrzały na siebie, Connie się uśmiechnęła.

– Przepraszam – powiedziała Elise. – Powinnam była wrócić do domu.

Connie delikatnie położyła jej dłoń na czole.

– Za żadne skarby bym na to nie pozwoliła, nie w tym stanie. Jak ci się spało?

– Która jest godzina?

Connie spojrzała na zegarek.

– Dwadzieścia po jedenastej.

Elise zamknęła oczy. Jedenasta dwadzieścia, a ona wciąż leży w łóżku…? Coś tu się nie zgadzało.

– Szlag – olśniło ją nagle. – Cholera jasna! Przecież ja dziś pracuję.

– Na pewno? Jest niedziela, wszystko pozamykane. Zostań.

– Nie mogę. Muszę być w kawiarni.

– A jeśli zapłacę ci te pięćdziesiąt funtów?

– Jakie pięćdziesiąt funtów?

– Ach, no tak. Byłaś pijana. Nieważne.

Elise poczuła się niezręcznie.

– Zapomnij o tej kawiarni – poprosiła ją Connie.

Łatwo ci mówić, pomyślała Elise.

– Naprawdę muszę tam być. – Wyprostowanie się sprawiło jej taki problem, jakby była staruszką cierpiącą na reumatyzm.

– Elise, kochanie, połóż się.

– Connie…

– Nie widzisz, że w takim stanie na nic się tam nie przydasz? Po prostu się połóż.

Dziewczyna w końcu usłuchała. Chciało jej się płakać.

– Zahipnotyzuję cię, żebyś nie poszła dziś do pracy – powiedziała Connie.

Elise zmrużyła oczy.

– To żart, prawda?

– Owszem. Nigdy nie ukończyłam kursu z hipnozy.

Elise zakręciło się w głowie, ale i tak się roześmiała. Connie patrzyła na nią z czułością.

– Co byś powiedziała na kanapkę z bekonem?

– Byłoby cudownie – stęknęła Elise.

Patrzyła, jak kobieta wychodzi, a po chwili usłyszała jej głos, jakby Connie rozmawiała z kimś przez telefon. Niedługo potem sypialnię wypełniła upajająca woń smażonego bekonu – snuła się schodami na piętro, pokonała korytarz, przeniknęła przez szparę w drzwiach i dotarła aż do nozdrzy Elise. Dziewczyna zamknęła oczy, marząc o nowym ciele. Oddałaby wszystko za gorącą kąpiel.

*

Connie wróciła z gotową kanapką i dwoma kubkami herbaty na tacy.

– Proszę bardzo – powiedziała. – Mam wrażenie, że przeszłam dziś samą siebie.

Elise udało się usiąść.

– Dzięki – odparła. – Jak daleko jest stąd do Pimlico?

– Tym się w ogóle nie przejmuj. Już do nich zadzwoniłam.

– Co zrobiłaś? – Elise nie dowierzała.

– Zadzwoniłam do Sadzonki. Swoją drogą, co za nazwa! Wyjaśniłam, że jestem twoją współlokatorką i że chyba złapałaś jakiegoś wirusa.

– Uwierzyli ci?

– Oczywiście.

– Kto odebrał? Gabe?

– Nie przedstawił się, ale owszem, jakiś mężczyzna. Życzył ci dużo zdrowia. Powiedziałam mu, że wrócisz dopiero za kilka dni, bo lekarz zabronił ci się przemęczać.

Elise wpatrywała się w kanapkę. Dotąd raczej się nie zdarzało, by ktoś układał jej harmonogram życia, i dziwnie się z tym czuła.

– Rozumiem. Dzięki.

Connie popijała małymi łyczkami gorącą herbatę. Elise przeczytała napis na kubku: Kocham Świat Ptaków.

– Myślisz, że nie powinnam była tego robić? – zapytała Connie zatroskanym głosem. – Czasami zdarza mi się przekraczać granice…

– Nie. Nie chodzi o żadne granice. Masz rację, w tym stanie i tak nie mogłabym pracować. Tylko że… Nie spodziewałam się, że do nich zadzwonisz.

– Wydaje mi się, że wyświadczyłam ci przysługę.

Elise zaczęła się zastanawiać, czy na pewno ma jeszcze pracę – a przede wszystkim, czy ją to w ogóle martwi. Wyciągnęła rękę w stronę kubka Connie i ich palce się zetknęły.

– Naprawdę byłaś w Świecie Ptaków? – zapytała.

– Aha. Z przyjaciółką i jej synem. To dla niego zorganizowałyśmy tę wycieczkę. Choć muszę przyznać, że naprawdę dobrze się bawiłam. Podobały mi się flamingi, pingwiny, sikorki… Właściwie wszystko.

– Pytam, bo ty i Świat Ptaków zupełnie do siebie nie pasujecie.

– Żartujesz? Czułam się tam jak w domu.

– Jesteś zbyt… wytworna.

– Elise, powiedzmy sobie szczerze: nikt nie jest wytworniejszy od flaminga.

Roześmiały się. Flirtowały i Elise doskonale zdawała sobie z tego sprawę – mimo że był to flirt podszyty zmęczeniem, zdenerwowaniem i bólem głowy. Pytanie, co dalej, jaki powinien być ich następny krok? I czy wczorajszej nocy do czegokolwiek doszło? Miała wrażenie, że nie.

– Masz ochotę na kąpiel? – zapytała Connie takim tonem, jakby już znała odpowiedź.

– Ogromną – odparła Elise tak szybko, że znów się roześmiały. – Czuję się okropnie. Przepraszam.

– Za to wyglądasz wspaniale.

– Nie kłam! Spójrz tylko na moją skórę…

– Jesteś piękna. I niczym się nie przejmuj. Naleję ci wody do wanny.

Gdy tylko Connie wyszła, Elise zabrała się do kanapki z bekonem. W mieszkaniu Johna nie było wanny – a drzwi wejściowe domu Connie wydawały się niemożliwie odległe. Przesiąknięte tłuszczem pieczywo okazało się zbawieniem. Przywróciło Elise władzę nad ciałem, choć nie zdołało zatrzeć wrażenia, że ten dzień coraz bardziej wymyka jej się spod kontroli.

Aż nagle pomyślała: Connie będzie mnie tu więzić. Jej skacowany, paranoiczny umysł robił wszystko, co w jego mocy, by uwiarygodnić to quasi-życzenie i doprowadzić do jej całkowitego ubezwłasnowolnienia. Chciała się zamienić w maleńką dziewczynkę, wtuloną w pierś tej silnej i utalentowanej kobiety, która nigdy by nie dopuściła, żeby coś tak nieistotnego jak kac uniemożliwiło jej załatwienie Elise zwolnienia z pracy; chciała się jej poddać, pozwolić, żeby Connie dała jej ciepło w ten zimny, listopadowy poranek, by robiła jej kąpiele i pozwalała leżeć w świeżej, nieskazitelnej pościeli.

Prawie popłakała się ze szczęścia, gdy chwilę później weszła do wanny i pochłonęła ją czysta, gorąca woda.

– Idę do Heath, muszę w spokoju nad czymś pomyśleć! – krzyknęła Connie zza drzwi.

Elisę zdumiało, że kobieta ufa jej na tyle, by zostawić ją tu samą. A gdyby była złodziejką? Może celowo się tu zakradła, żeby zwędzić jakieś pamiątki czy torebkę? Skądinąd ledwie była w stanie sklecić dwa poprawne zdania…

Myślała o Connie jak o wiedźmie z lasu, która rusza polować na kolejne Małgosie, żeby je zwabić do swojej chaty obietnicą pierniczków i cukierków. Po godzinie wróciła jednak całkiem sama, za to z rumieńcami na twarzy i niedzielną gazetą pod pachą.

– Jeżeli istnieje na świecie jakakolwiek grupa ludzi zasługująca na eksterminację, są to właściciele psów, którzy pozwalają swoim pupilkom srać, gdzie popadnie, i nigdy po nich nie sprzątają – rzuciła.

Tego dnia była czymś wyraźnie poruszona. Wydawała się łagodniejsza, bardziej otwarta niż poprzedniego wieczoru w restauracji w Soho, i traktowała Elise z większą delikatnością. Siedziały na kanapie w pokoju dziennym i choć zapadały wczesne listopadowe ciemności, Elise nie zbierała się do wyjścia. Oglądały odcinek We, The Accused na BBC2, ponieważ Connie podobała się powieść z trzydziestego piątego roku i była ciekawa, jak wypadła jej ekranizacja. Elise błądziła gdzieś myślami. Leżała z głową na kolanach Connie, aż w końcu odpłynęła, utulona do snu pieszczotą palców, głaskających ją po skroniach z czułością, jakiej Elise nie doświadczyła w całym swoim dorosłym życiu.