Piękne i niebezpieczne. Arystokratki polskiego wywiadu

Tekst
Z serii: Historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dzia­łal­ność SZP zakoń­czyła się pol­skim „jak zwy­kle”. Pra­wo­rządny gen. Toka­rzew­ski zgod­nie z obo­wiąz­kiem infor­mo­wał o wszyst­kich posu­nię­ciach wodza naczel­nego. Tu miał pecha, wysy­ła­jąc (zgod­nie z pra­wem) pierw­szy mel­du­nek do mar­szałka Rydza-Śmi­głego, inter­no­wa­nego w Rumu­nii. Zgod­nie z pra­wem, ponie­waż Śmi­gły, mimo inter­no­wa­nia, w dal­szym ciągu spra­wo­wał wów­czas funk­cję naj­wyż­szego dowódcy woj­sko­wego. Następne mel­dunki zgod­nie ze sta­nem fak­tycz­nym otrzy­my­wał Sikor­ski – nowy wódz naczelny i pre­mier rządu na emi­gra­cji. Nie­stety ten jeden, pierw­szy raz, wystar­czył, aby Sikor­ski i jego pary­skie oto­cze­nie uznali gene­rała Michała Toka­rzew­skiego-Kara­sze­wi­cza za poplecz­nika znie­na­wi­dzo­nego przez nich sana­cyj­nego rządu, a całą utwo­rzoną przez niego orga­ni­za­cję ska­zano na likwi­da­cję. Służba Zwy­cię­stwu Pol­ski została roz­wią­zana, a ist­nie­jące już struk­tury woj­skowe prze­mia­no­wano na Zwią­zek Walki Zbroj­nej (ZWZ). Kło­po­tem było pozby­cie się gene­rała Toka­rzew­skiego, a pro­blem ten nale­żało szybko roz­wią­zać, gdyż komen­dan­tem głów­nym ZWZ został prze­by­wa­jący we Fran­cji gene­rał Kazi­mierz Sosn­kow­ski. W oku­po­wa­nej Pol­sce repre­zen­to­wać go miał dotych­cza­sowy zastępca Toka­rzew­skiego, puł­kow­nik Ste­fan Rowecki. Gene­rał pod­le­gać puł­kow­nikowi nie mógł, więc nale­żało jak naj­szyb­ciej się pozbyć sta­no­wią­cego zagro­że­nie cha­ry­zma­tycz­nego gene­rała. Sikor­ski doko­nał tego w spo­sób bar­dzo pro­sty, tak pro­sty, jakby wydał na dotych­cza­so­wego dowódcę SZP wyrok śmierci. Wyzna­czył Michała Toka­rzew­skiego-Kara­sze­wi­cza komen­dan­tem Obszaru Nr 3 we Lwo­wie.

Skie­ro­wa­nie gene­rała na teren, gdzie przed wojną słu­żył w Woj­sku Pol­skim6, gdzie dosłow­nie wszy­scy go znali, było prak­tycz­nie prze­ka­za­niem gene­rała w łapy NKWD, rów­no­znacz­nym ze wspo­mnia­nym wyro­kiem śmierci. Na szczę­ście „wyrok” nie został wyko­nany, bo aresz­to­wany w marcu 1940 roku gene­rał prze­trwał w sowiec­kiej nie­woli do 1941 roku, kiedy objęła go amne­stia zwią­zana z ukła­dem Sikor­ski–Maj­ski.

Wła­dy­sława Macie­szyna zna­la­zła się w struk­tu­rach ZWZ. Nie­wąt­pli­wie z nie­chę­cią pod­cho­dziła do spo­sobu, w jaki potrak­to­wano gene­rała Toka­rzew­skiego. Znała go bar­dzo dobrze i wysoko ceniła. Wie­działa, że SZP, którą stwo­rzył od fun­da­men­tów, była jego uko­cha­nym dziec­kiem i wielką zasługą. Wie­działa rów­nież, że wszyst­kie dzia­ła­nia, jakie pod­jął w związku z two­rze­niem tej orga­ni­za­cji, były zgodne z pra­wem oraz zasa­dami dys­cy­pliny obo­wią­zu­ją­cymi każ­dego ofi­cera. Z racji bli­skich kon­tak­tów z Pił­sud­skim znała opi­nię mar­szałka o Toka­rzew­skim, który był jed­nym z jego ulu­bio­nych gene­ra­łów. Prze­cież już w 1913 roku na kur­sie ofi­cer­skim przy­znano mu spe­cjalne wyróż­nie­nie komen­danta Związku Strze­lec­kiego – Józefa Pił­sud­skiego. Był zawsze bar­dzo wysoko oce­niany przez Pił­sud­skiego, który w 1925 roku, suge­ru­jąc pre­zy­den­towi Sta­ni­sła­wowi Woj­cie­chow­skiemu obsadę teki mini­stra spraw woj­sko­wych, wymie­nił Toka­rzew­skiego-Kara­sze­wi­cza obok gene­rała Lucjana Żeli­gow­skiego, Leona Ber­bec­kiego i Leonarda Skier­skiego. Przy­pad­kiem miała też Sława moż­li­wość zapo­zna­nia się z opi­nią swego uko­cha­nego Pił­sud­skiego o Sikor­skim, a mar­sza­łek pisał o nim mię­dzy innymi tak: „łatwo oce­nia­jący zdol­no­ści ludzi, o ile nie przy­słoni mu wyroku taka czy inna pry­wata, do czego bar­dzo i bar­dzo jest skłonny. (…) W sto­sunku do pod­wład­nych w miarę roz­ka­zu­jący, miły w obej­ściu, tro­chę zanadto sma­ku­jący w popu­lar­no­ści, nie­kiedy nie­bez­pieczny dla nich, wobec tego, że jest łatwy do pry­waty i do zwa­la­nia winy i odpo­wie­dzial­no­ści z sie­bie na innych”.

Z tak jawną nie­spra­wie­dli­wo­ścią bar­dzo trudno było się Sła­wie pogo­dzić, ale były waż­niej­sze sprawy niż oso­bi­ste urazy czy nie­chęci. Trwała wojna. Macie­szyna zna­la­zła się w dość nie­ty­po­wym miej­scu w ZWZ. Dotych­czas pod­po­rząd­ko­wana Oddzia­łowi III Sztabu SZP, współ­or­ga­ni­zo­wała tam Sztab Dywer­sji. Miał się on zaj­mo­wać two­rze­niem komó­rek zaj­mu­ją­cych się akcjami sabo­ta­żowo-dywer­syj­nymi orga­ni­za­cji pod­ziem­nej. Prze­kształ­ce­nie SZP w Zwią­zek Walki Zbroj­nej przy­czy­niło się do wyod­ręb­nie­nia Sztabu Dywer­sji i prze­kształ­ce­nia go w odrębną struk­turę, samo­dzielną i bar­dzo zakon­spi­ro­waną – Zwią­zek Odwetu (ZO). Kie­ro­wał nim (podob­nie jak Szta­bem Dywer­sji SZP) doświad­czony saper major Fran­ci­szek Nie­po­kól­czycki, ps. „Fra­nek”. W 1940 roku mjr Nie­po­kól­czycki powo­łał w ramach ZO pierw­szy i, jak się póź­niej oka­zało, jedyny w ZWZ/AK kobiecy zespół miner­ski. Być może słusz­nie uwa­żano, że w warun­kach oku­pa­cyj­nych kobie­tom łatwiej będzie się prze­miesz­czać i wyko­ny­wać zada­nia dywer­syjne niż męż­czy­znom. Dla zespołu prze­pro­wa­dzono całą serię zaawan­so­wa­nych szko­leń, począt­kowo z zakresu uży­cia mate­ria­łów wybu­cho­wych i innych środ­ków sabo­tażu. Póź­niej nauka doty­czyła zasad ochrony przed kon­tro­lami nie­przy­ja­ciela w celu prze­miesz­cza­nia się po kraju, ponie­waż kobiety z zespołu miały z cza­sem pod­jąć pracę instruk­to­rów tere­no­wych. Następna reor­ga­ni­za­cja wią­zała się z prze­nie­sie­niem zespołu do okręgu war­szaw­skiego i utwo­rze­niem tam oddziału „Dysk” (Dywer­sja i Sabo­taż Kobiet) pod dowódz­twem Wandy Gertz, ps. „Lena”. To była dla Sławy dobra zmiana, ponie­waż znała ją od bar­dzo dawna, jesz­cze z cza­sów legio­no­wych. Obie panie sty­kały się póź­niej czę­sto w dzia­ła­niach spo­łecz­nych, w Bel­we­de­rze, a także pod­czas walk w obro­nie War­szawy. „Lena” ceniła wiel­kie doświad­cze­nie Sławy i uczy­niła ją swą zastęp­czy­nią.

Doświad­cze­nie wywia­dow­cze Wła­dy­sławy Macie­szyny inte­re­so­wało jed­nak nie tylko „Lenę”, lecz rów­nież Wacława Berkę, ps. „Bro­do­wicz”, wów­czas majora i szefa Oddziału II (wywiadu) ZWZ. Znał on dobrze Sławę z okresu budo­wa­nia SZP, ale co jesz­cze waż­niej­sze, wie­dział o jej doko­na­niach z cza­sów legio­no­wych, które stały się już legendą dzia­łań wywia­dow­czych. W tym cza­sie (połowa 1941 roku) cen­tralna sieć kon­spi­ra­cyj­nego, ofen­syw­nego (głę­bo­kiego) woj­sko­wego wywiadu woj­sko­wego – kryp­to­nim „Stra­gan” – zamie­rzała roz­wi­nąć swoją sieć na obszar Rze­szy. Ośrod­kami zain­te­re­so­wa­nia były Ber­lin i Wie­deń. Tu był nie­zbędny agent o ogrom­nym doświad­cze­niu wywia­dow­czym, per­fek­cyj­nie zna­jący język nie­miecki i orien­tu­jący się w tere­nie. Taki na „krót­kiej ławce” ówcze­snego wywiadu ZWZ zna­lazł się tylko jeden, kobieta o pseu­do­ni­mie „Sława”.

Macie­szyna prócz zna­nego wszyst­kim pseu­do­nimu „Sława” otrzy­mała, w zależ­no­ści od misji, dodat­kowe: „Mar­ga­ret Wagner”, i „Y-59”. Skie­ro­wano ją na trasy do Heidel­bergu, gdzie odbu­do­wy­wano przed­wo­jenną siatkę agen­tów7, a póź­niej do Wied­nia. Misje wie­deń­skie, ze względu na swą wagę dla kon­spi­ra­cyj­nego wywiadu oraz na tra­giczne ich zakoń­cze­nie zasłu­gują na szcze­gólną uwagę.

Opo­wia­da­jąc o wie­deń­skich misjach Wła­dy­sławy Macie­szyny, musimy wyja­śnić przy­czyny, dla któ­rych Wie­deń stał się taki ważny dla wywiadu ofen­syw­nego ZWZ/AK. Wyni­kają one z samej struk­tury jego sieci. Dzie­lił się on na cztery sek­cje, a następ­nie podsek­cje:

 Cen­trala (sie­dziba War­szawa) – która zaj­mo­wała się wywia­dem na tere­nie Gene­ral­nego Guber­na­tor­stwa,

 Zachód (sie­dziba War­szawa) – która pro­wa­dziła wywiad na obsza­rze Rze­szy i zachod­nich tere­nów oku­po­wa­nych,

 Wschód (sie­dziba War­szawa) – siatka agen­tu­ralna na fron­cie wschod­nim,

 lotna ekipa do zadań spe­cjal­nych8.

Inte­re­su­jąca nas sek­cja „Zachód” posia­dała pod­sek­cje – Refe­rat „Rze­sza” (sie­dziba w Kra­ko­wie) i Refe­rat „Połu­dnie”. Ten ostatni swoją sie­dzibę (odzie­dzi­czoną jesz­cze po przed­wo­jen­nej „Dwójce”, kryp­to­nim „Flo­ryda”) miał wła­śnie w Wied­niu. Zada­nie utrzy­my­wa­nia łącz­no­ści otrzy­mała „Y-59” – nasza boha­terka, Wła­dy­sława Macie­szyna. Posia­dała kon­takt w postaci kra­ko­wia­nina natu­ra­li­zo­wa­nego w Wied­niu, pro­fe­sora Karola Engli­scha, byłego współ­pra­cow­nika pol­skiego wywiadu. Był on tuż przed wojną naj­bliż­szym pod­wład­nym daw­nego szefa wie­deń­skiej pla­cówki, doświad­czo­nego ofi­cera II Oddziału, mjr. dypl. Sta­ni­sława Kuni­czaka, który for­mal­nie był od marca 1938 roku ofi­ce­rem wywiadu w Posel­stwie RP w Wied­niu, ale po zde­ma­sko­wa­niu powró­cił do kraju na sta­no­wi­sko szefa Eks­po­zy­tury nr 4 w Kato­wi­cach (od 28 lutego 1939 roku). W Wied­niu pozo­stał tylko Englisch posia­da­jący zresztą w aktach wywiadu dosko­nałą opi­nię. Ze wszech miar warto tu sze­rzej wspo­mnieć o tym zapo­mnia­nym dziś czło­wieku, zasłu­żo­nym dla Pol­ski, naj­bliż­szym współ­pra­cow­niku Sławy w przy­łą­czo­nej do Rze­szy Austrii, który, aresz­to­wany razem z Macie­szyną, za wier­ność ojczyź­nie zapła­cił cenę naj­wyż­szą – wie­lo­let­niego wię­zie­nia, tor­tur i śmierci.

Karol Englisch uro­dził się 13 lipca 1881 roku w Kra­ko­wie (w oma­wia­nym przez nas okre­sie miał 61 lat) w cie­ka­wej bar­dzo rodzi­nie, któ­rej pocho­dze­nie (i zwią­zane z tym wycho­wa­nie dziecka) zde­cy­do­wało zapewne o całym jego życiu. Ojciec, majętny zie­mia­nin pocho­dzący z Podola, miesz­kał w Kra­ko­wie. Tu poznał Anto­ninę Jülg, córkę wykła­da­ją­cego na Uni­wer­sy­te­cie Jagiel­loń­skim świa­to­wej klasy lin­gwi­sty Ber­narda Jülga. Karol naro­dził się z tego wła­śnie związku. Pięt­na­sto­let­niego mło­dzieńca mama zabrała po raz pierw­szy w Tatry i od tego czasu oboje sta­no­wili dosko­nały zespół wspi­nacz­kowy, co w tam­tym okre­sie, kiedy prak­ty­ko­wano cha­dza­nie w góry z prze­wod­ni­kiem po zna­nych tra­sach, było praw­dzi­wym ewe­ne­men­tem.

 

Miłość do Tatr i wspi­naczki zacho­wał Englisch na zawsze. Dosko­nałe wykształ­ce­nie pozwo­liło mu na zaj­mo­wa­nie się znacz­nie poważ­niej­szymi spra­wami. Mło­dość spę­dził w Wied­niu, gdzie pra­co­wał w Komi­sji Sta­ty­stycz­nej. Awan­so­wał szybko, zosta­jąc kie­row­ni­kiem Semi­na­rium Sta­ty­stycz­nego na Uni­wer­sy­te­cie Wie­deń­skim. W tym cza­sie zmie­niał się sta­tus Gali­cji, która odzy­skała nie­pod­le­głość w ramach pań­stwa pol­skiego. W 1918 roku przy­był więc do Kra­kowa i przed tam­tej­szą Komi­sją Likwi­da­cyjną zade­kla­ro­wał oby­wa­tel­stwo pol­skie. Jako przed­sta­wi­ciel tejże Komi­sji powró­cił do Wied­nia i pra­cu­jąc w Głów­nym Urzę­dzie Likwi­da­cyj­nym, zaj­mo­wał się kwe­stiami nor­ma­li­za­cji for­mal­no­praw­nych doty­czą­cych zmian sta­tusu ziem gali­cyj­skich. W 1919 roku już jako wybitny eks­pert uczest­ni­czył w kon­fe­ren­cji poko­jo­wej w Paryżu, dora­dza­jąc Pade­rew­skiemu, Grab­skiemu i Dmow­skiemu. Przy tym nawale odpo­wie­dzial­nej pracy wro­dzona pra­co­wi­tość i zdol­no­ści pozwo­liły mu na habi­li­ta­cję i dzięki temu zna­lazł się w skła­dzie oso­bo­wym Uni­wer­sy­tetu Jagiel­loń­skiego. Od połowy lat dwu­dzie­stych roz­po­czął współ­pracę z pol­skim wywia­dem. Mógł wów­czas już przejść na eme­ry­turę (zgod­nie z ówcze­snymi prze­pi­sami) i zająć się pracą naukową. Oczy­wi­ście „naukową”, czyli zgodną z zain­te­re­so­wa­niami pol­skiej „Dwójki”. Zaan­ga­żo­wany w ową dzia­łal­ność był bar­dzo. Został nawet dzia­ła­czem Par­tii Chrze­ści­jań­sko-Spo­łecz­nej, która rzą­dziła wtedy w Austrii, i awan­so­wał do jej władz naczel­nych. Duże zna­jo­mo­ści i powszechny sza­cu­nek uła­twiły mu pro­wa­dze­nie wywiadu gospo­dar­czego i poli­tycz­nego. W 1936 roku, kiedy Oddział II Infor­ma­cyjno-Wywia­dow­czy po remi­li­ta­ry­za­cji Nad­re­nii orga­ni­zo­wał stałą pla­cówkę w Wied­niu, Karol Englisch miał już opi­nię dosko­na­łego, wręcz ruty­no­wa­nego i bar­dzo usto­sun­ko­wa­nego, a tym samym bar­dzo sku­tecz­nego pra­cow­nika pol­skiego wywiadu. To on zorga­ni­zo­wał dla grupy pra­cow­ni­ków „Dwójki” obser­wa­cje nie­miec­kich przy­go­to­wań do zaję­cia Sude­tów i Czech. Dyna­micz­nie roz­wi­ja­jącą się karierę agen­tu­ralną prze­rwał 1 wrze­śnia 1939 roku. Prze­stała napły­wać eme­ry­tura z kra­kow­skiej uczelni i oko­licz­no­ści zmu­siły Engli­scha do pod­ję­cia pracy nauczy­ciela posił­ko­wego w wie­deń­skich lice­ach. Cze­kał, wie­rząc, że to począ­tek jego walki.

Prze­czu­cia oka­zały się słuszne. Jesie­nią 1941 roku odnaj­duje w Wied­niu Karola Engli­scha spe­cjalny wysłan­nik Komendy Głów­nej ZWZ. Doku­menty się nie zacho­wały, ale z dużą dozą praw­do­po­do­bień­stwa można przy­jąć, że był to agent o pseu­do­ni­mie „Y-59”, czyli nasza Wła­dy­sława Macie­szyna. W zasa­dzie tylko ona, przy swoim doświad­cze­niu, nie­praw­do­po­dob­nej umie­jęt­no­ści nawią­zy­wa­nia kon­tak­tów i per­fek­cyj­nej zna­jo­mo­ści języka nie­miec­kiego, mogła się wów­czas pod­jąć trud­nego zada­nia odna­le­zie­nia w Wied­niu sta­rego współ­pra­cow­nika pol­skiego wywiadu9. Przy­wie­ziony roz­kaz zawie­rał infor­ma­cję, że wywiad ofen­sywny ZWZ posze­rza obszar dzia­łal­no­ści na teren Rze­szy, a głów­nymi ośrod­kami tej dzia­łal­no­ści stają się Ber­lin i Wie­deń. I w taki spo­sób dzięki Sła­wie sześć­dzie­się­cio­letni Englisch bez naj­mniej­szych wahań zakoń­czył pracę nauczy­ciel­ską i roz­po­czął „bada­nia naukowe” na potrzeby ZWZ/AK. Przy­jął pseu­do­nim „Tatrzań­ski”. Nie­by­wała ope­ra­tyw­ność zapew­niła mu de facto sta­no­wi­sko kie­row­nika wie­deń­skiej pla­cówki, któ­rej sku­tecz­ność oce­niano w War­sza­wie bar­dzo wysoko. Sze­ro­kim stru­mie­niem pły­nęły mel­dunki o dys­lo­ka­cji nie­miec­kich jed­no­stek w Austrii i o przed­się­bior­stwach i fabry­kach tam pra­cu­ją­cych na rzecz prze­my­słu wojen­nego Rze­szy. W kolej­nych mel­dun­kach wska­zał loka­li­za­cję i zakres pro­duk­cji zakła­dów prze­my­słu lot­ni­czego w Wie­ner Neu­dorf10, Enzes­feld11 i Mödling12. Sam Englisch w ramach wspo­mnia­nej „dzia­łal­no­ści nauko­wej” opra­co­wuje dłuż­sze raporty na bar­dziej ogólne tematy woj­skowo-poli­tyczne13, rów­nież bar­dzo cenione przez cen­tralę. Ponie­waż dosko­nale zna Alpy, wyty­cza nowe, bez­pieczne drogi łącz­no­ści kurier­skiej ze Szwaj­ca­rią.

Cały okres dzia­łal­no­ści wie­deń­skiej pla­cówki był cza­sem inten­syw­nego ruchu kurie­rów na tra­sach War­szawa–Wie­deń i Wie­deń–War­szawa. Od końca lutego 1943 roku do początku kwiet­nia czte­ro­krot­nie odwie­dziła i poko­nała tę nie­bez­pieczną trasę agentka „Y-59” – Sława. Prze­wo­ziła naj­waż­niej­sze mel­dunki – to ona dostar­czyła do War­szawy pozy­skaną przez wie­deń­ską siatkę infor­ma­cję o nie­miec­kich pró­bach rakie­to­wych w ośrodku Peenemünde. Nie była osa­mot­niona na tej kurier­skiej tra­sie, a wielki ruch do wspa­nia­łego źró­dła infor­ma­cji, pla­cówki Engli­scha, przy­po­mi­nał koło­wa­nie dzie­siąt­ków ciem wokół gorą­cego pło­mie­nia, nie­zda­ją­cych sobie sprawy z tego, że jasność, do któ­rej się zbli­żają, przy­nieść może tylko jedno – ŚMIERĆ.

Docie­ramy do tajem­nicy tra­ge­dii, która dotknęła Wła­dy­sławę Macie­szynę i Karola Engli­scha. Trudno ją zro­zu­mieć, a tym bar­dziej oce­nić, więc trzy­majmy się prze­biegu wyda­rzeń doty­czą­cych „Stra­ganu”.

 Począ­tek kwiet­nia 1942 roku – aresz­to­wa­nie przez Gestapo Stabs­feld­fe­bla Alo­isa Pat­zelta, współ­pra­cu­ją­cego z grupą wywia­dow­czą „H” wywiadu ofen­syw­nego „Stra­gan”. Zaj­mo­wał on odpo­wie­dzialne, wyso­kie sta­no­wi­sko szefa kan­ce­la­rii i pod­ofi­cera szta­bo­wego war­szaw­skiego Oddziału II Floty Lot­ni­czej.

 Aresz­to­wa­nie tego samego dnia kon­taktu Pat­zelta – Janiny Nagó­rzew­skiej z grupy „H” – „Stra­gan”.

 Aresz­to­wa­nie tego samego dnia Ludwika Kalk­ste­ina, ps. „Hanka”, zało­ży­ciela grupy „H” – „Stra­gan”, i wielu pozo­sta­łych człon­ków tej grupy, mię­dzy innymi Euge­niu­sza Świer­czew­skiego, zastępcy Kalk­ste­ina, Jerzego Kop­czew­skiego, ps. „Krzysz­tof”.

 W nocy z 27 na 28 kwiet­nia 1942 roku aresz­to­wa­nie Mie­czy­sława Rut­kow­skiego, ps. „Gosz­czyń­ski” – kie­row­nika refe­ratu zachod­niego „Stra­ganu”.

 27 sierp­nia 1942 roku – aresz­to­wa­nie mjr. Sta­ni­sława Rogiń­skiego, ps. „Gór­ski”, szefa wydziału wywiadu ofen­syw­nego „Stra­gan”. Razem z nim Gestapo aresz­to­wało sekre­tarkę Janinę Despont-Zeno­wicz, ps. „Nina”, oraz sze­fową łącz­no­ści „Stra­ganu” Wandę Ossow­ską.

 15 maja 1943 roku – aresz­to­wa­nie kpt. Karola Tro­ja­now­skiego, ps. „Radwan”, następcy Rut­kow­skiego na sta­no­wi­sku kie­row­nika refe­ratu zachod­niego „Stra­ganu”.

Aresz­to­wa­nie Karola Tro­ja­now­skiego z wielu powo­dów jest datą gra­niczną dla losów Wła­dy­sławy Macie­szyny, Karola Engli­scha i żoł­nie­rzy wie­deń­skiej pla­cówki „Stra­ganu”. Warto zadać sobie pyta­nie – DLA­CZEGO? Jaka była przy­czyna tej gigan­tycz­nej fali nie­miec­kich aresz­to­wań, trwa­ją­cych zresztą dalej po usta­lo­nej przez nas dacie gra­nicz­nej? Odpo­wie­dzi będą pro­ste, jeśli przyj­rzymy się fak­tom. Nie inter­pre­tujmy tych zda­rzeń (aresz­to­wań), wymie­nio­nych przed chwilą w sze­ściu tra­gicz­nych punk­tach, według dzi­siej­szej wie­dzy, znacz­nie powięk­szo­nej przez dzie­się­cio­le­cia pracy histo­ry­ków i ana­li­ty­ków wywiadu. Spójrzmy na nie w taki spo­sób, w jaki mieli obo­wią­zek je ana­li­zo­wać pra­cow­nicy kontr­wy­wiadu Armii Kra­jo­wej, bez­po­śred­nio sty­ka­jący się z pla­ców­kami i śro­do­wi­skami osób dotknię­tymi przez gesta­pow­skie aresz­to­wa­nia.

Punkt 1. Kontr­wy­wiad ZWZ. Począt­kowy okres dzia­ła­nia ZWZ cha­rak­te­ry­zo­wał się połą­cze­niem dzia­łal­no­ści wywia­dow­czej i kontrwywia­dow­czej. Wyma­ga­nia tego trud­nego czasu zmu­szały struk­tury do kon­cen­tro­wa­nia się na pracy wywiadu, kie­row­nic­two doma­gało się przede wszyst­kim infor­ma­cji, a przed­się­wzię­cia kontr­wy­wia­dow­cze, trak­to­wane jako mało efek­tywne, nie spo­ty­kały się z uzna­niem prze­ło­żo­nych. Do lek­ce­wa­że­nia pracy kontr­wy­wiadu przy­czy­niło się rów­nież powszechne prze­ko­na­nie o krót­ko­trwa­ło­ści nie­miec­kiego pano­wa­nia na zie­miach pol­skich. Powta­rzano wszę­dzie – „Im sło­neczko wyżej, tym Sikor­ski bli­żej”, więc dzia­ła­nia bie­żące wywiadu miały być znacz­nie waż­niej­sze niż sys­te­ma­tyczne roz­pra­co­wy­wa­nie skru­pu­lat­nej nie­miec­kiej dzia­łal­no­ści, która miała na celu zdu­sze­nie w zarodku jakich­kol­wiek pol­skich dzia­łań kon­spi­ra­cyj­nych. Tego typu podej­ście, połą­czone z cał­ko­wi­tym bra­kiem doświad­cze­nia w pracy kontr­wy­wiadu, musiało przy­nieść jedyny moż­liwy sku­tek. Uła­twiono Niem­com roz­pra­co­wy­wa­nie obsad per­so­nal­nych i struk­tur orga­ni­za­cyj­nych zarówno w cen­trali, jak i w tere­nie. Zwy­kle odby­wało się to przez wpro­wa­dza­nie nie­miec­kich agen­tów, a nie­długo póź­niej czę­ściowe albo cał­ko­wite ich roz­bi­ja­nie. Bez­tro­skę dowódz­twa wyż­szego i śred­niego szcze­bla zmie­niła nieco klę­ska Fran­cji, ale także wtedy sku­piono się przede wszyst­kim na dzia­ła­niach pro­pa­gan­do­wych mają­cych rato­wać morale pol­skiego narodu i pode­rwać go do walki. To prawda, że dzia­ła­nia te były nie­zbędne wobec nasi­la­ją­cej się agi­ta­cji nie­miec­kiej, lecz spo­wo­do­wały dal­sze odsu­nię­cie w cza­sie nie­zbędnej, efek­tywnej pracy kontr­wy­wiadu. Trud­no­ści się kumu­lo­wały i nawar­stwiały, kiedy w tere­nie dały się odczuć ogromne braki kadrowe. Do pracy dowód­czej skie­ro­wano kadrę skła­da­jącą się na ogół z młod­szych ofi­ce­rów rezerwy. Ludzie ci, choć zwy­kle bar­dzo oddani spra­wie i pełni zapału, nie mieli żad­nego doświad­cze­nia w pracy wywia­dow­czej, a tym bar­dziej kontrwywia­dow­czej. Cóż z tego, że powo­ły­wano spe­cjalne komórki bez­pie­czeń­stwa, jeśli zaj­mo­wały się one spra­wami lega­li­za­cyj­nymi, a nie dzia­ła­niami prze­ciwko bar­dzo groź­nemu prze­ciw­ni­kowi skła­da­ją­cemu się z doświad­czo­nych pra­cow­ni­ków – wywia­dowi Gestapo? Bar­dzo dużą winą obar­czyć trzeba także kie­row­nic­two Oddziału II KG ZWZ i kie­row­nic­twa poszcze­gól­nych oddzia­łów tere­no­wych, które nie były zain­te­re­so­wane prze­pro­wa­dze­niem kon­troli ani pro­fe­sjo­nal­nych szko­leń w zakre­sie dzia­łal­no­ści kontrwywia­dow­czej w samej cen­trali i w pod­le­głych struk­turach tere­no­wych.

Punkt 2. Pro­ce­dury kontr­wy­wia­dow­cze. Jak wynika z punktu pierw­szego, poma­rzyć można jedy­nie o jakich­kol­wiek pro­ce­du­rach wywia­dow­czych, które mogłyby zapo­biec opi­sa­nym wyda­rze­niom oraz wpad­kom doty­ka­ją­cym inte­re­su­jący nas „Stra­gan”. To owe pro­ce­dury są naj­waż­niej­sze w dzia­ła­niu każ­dych służb, w tym wywiadu i kontr­wy­wiadu. Na początku ich nie było, ale… Prze­cież im głę­biej w las, tym wię­cej drzew! Czas pły­nął. Powinni poja­wić się fachowcy i wdro­żyć PRO­CE­DURY! Jakie? Ano takie, które by zapo­bie­gły tra­ge­diom! Pro­ce­dury wdra­żać powinni spe­cja­li­ści ds. kontr­wy­wiadu. A jak to naprawdę było? Więc wyja­śnijmy.

Kontr­wy­wia­dem ZWZ zaj­mo­wała się trudna do ziden­ty­fi­ko­wa­nia komórka Okręgu War­szawa-Mia­sto SZP/ZWZ, pod­le­ga­ją­cego Okrę­gowi Oku­pa­cji Nie­miec­kiej14. Dopiero w KG ZWZ powstał „spe­cjalny” refe­rat zaj­mu­jący się kwe­stiami bez­pie­czeń­stwa, który z cza­sem połą­czono z dzia­ła­niami kontr­wy­wia­dow­czymi. Nadano mu nazwę „Ochronka”. Kie­ro­wał nim kpt. żan­dar­me­rii Leon Chen­dyń­ski, ps. „Gruda”15, a po nim kpt. Wła­dy­sław Drzy­mul­ski, ps. „Wal­czak”16. „Ochronka” prócz dowódcy skła­dała się z PIĘ­CIU ludzi. Ten „zasobny oso­bowo i bogaty w doświad­cze­nia” oddział miał chro­nić roz­ra­sta­jącą się w szyb­kim tem­pie, a więc nie­sły­cha­nie podatną na infil­tra­cję orga­ni­za­cję kon­spi­ra­cyjną, jaką sta­wał się Zwią­zek Walki Zbroj­nej. Gdyby nie tra­gizm sytu­acji i dra­ma­tyczne skutki, jakie przy­nio­sły bez­tro­ska i bez­myśl­ność dowódz­twa ZWZ, powyż­sze fakty można by uznać za farsę żyw­cem wyjętą z kiep­skiej kome­dii wojen­nej. Cóż, pro­blem „krót­kiej ławki” zawsze w naszej histo­rii miał zna­cze­nie rzu­tu­jące na przy­szłość.

Nie jest to miej­sce na pełne opi­sy­wa­nie sta­łych prak­tyk, które posłu­żyć by mogły pracy kontr­wy­wiadu ZWZ, ale warto wspo­mnieć choćby o kilku, bo ich zasto­so­wa­nie pozwo­li­łoby prze­żyć dzie­siąt­kom (jeśli nie set­kom) kon­spi­ra­cyj­nych żoł­nie­rzy, a setki (jeśli nie tysiące) unik­nę­łyby tor­tur w gesta­pow­skich wię­zie­niach i męczarni w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych.

1) Zacho­wa­nie wiel­kiej ostroż­no­ści w przyj­mo­wa­niu nowych człon­ków orga­ni­za­cji pod­ziem­nej. Przy­ję­cie powinno być poprze­dzone mak­sy­mal­nie dokład­nym wywia­dem mają­cym na celu:

a) Ocenę śro­do­wi­ska, z jakiego wywo­dzi się kan­dy­dat.

 

b) Ocenę jego dotych­cza­so­wych kon­tak­tów i zacho­wań przed wojną i pod­czas oku­pa­cji.

c) Ocenę moral­no­ści kan­dy­data na pod­sta­wie wywiadu śro­do­wi­sko­wego.

d) Spraw­dze­nie infor­ma­cji, jakie podaje kan­dy­dat odno­śnie do swo­jej osoby (szcze­gól­nie doty­czy to osób prze­sie­dlo­nych).

e) Ocenę warun­ków mate­rial­nych kan­dy­data i osób mu naj­bliż­szych.

2) Szko­le­nie w pracy kon­spi­ra­cyj­nej, które ma na celu unie­moż­li­wie­nie, a przy­naj­mniej bar­dzo znaczne utrud­nie­nie dekon­spi­ra­cji, nie­zwra­ca­nie uwagi nie­przy­ja­ciel­skich służb kontr­wy­wia­dow­czych. Tu pod­sta­wo­wymi zasa­dami powinny być mię­dzy innymi:

a) Zacho­wa­nie tajem­nicy.

b) Bez­względna dys­cy­plina.

c) Cał­ko­wite zanie­cha­nie gadul­stwa i prze­chwa­łek o dzia­łal­no­ści kon­spi­ra­cyj­nej.

d) Mak­sy­malne zanie­cha­nie wyko­ny­wa­nia nota­tek i nawet jeśli takowe muszą zaist­nieć, nie­no­sze­nie ich ze sobą. Doty­czy to adre­sów, tele­fo­nów, dowo­dów toż­sa­mo­ści innych niż wła­sne.

e) Nie­uży­wa­nie praw­dzi­wych nazwisk, nawet jeśli są one znane kon­spi­ra­to­rowi. Obo­wiąz­kowe wpro­wa­dze­nie pseu­do­ni­mów, naj­le­piej pro­stych – imion.

f) Świa­do­mość o odpo­wie­dzial­no­ści oso­bi­stej kon­spi­ra­tora.

Do wymie­nio­nych punk­tów, które uwa­żam za pod­sta­wowe, doli­czyć trzeba jesz­cze wiele doty­czą­cych na przy­kład kon­tak­tów z oso­bami kie­dy­kol­wiek aresz­to­wa­nymi przez oku­panta, bez­pie­czeń­stwa spo­tkań i lokali kon­spi­ra­cyj­nych, zacho­wa­nia w miej­scach publicz­nych, sta­łej obser­wa­cji oto­cze­nia itd. Wnio­sek nasuwa się jeden. Dzia­łal­ność kon­spi­ra­cyjna wymaga szko­le­nia kan­dy­da­tów na kon­spi­ra­to­rów i ich choćby wyryw­ko­wej kon­troli. Nasu­wają się także pyta­nia – szko­lić kon­spi­ra­to­rów miało pię­ciu ludzi usa­do­wio­nych w cen­trali? Ta piątka wpa­jać miała PRO­CE­DURY nie­zbędne w pracy kon­spi­ra­cyj­nej i poko­ny­wać jakże pol­skie i jakże wspa­niałe „war­to­ści kul­tu­rowe, [które] obej­mo­wały cier­pie­nie i samo­po­świę­ce­nie jako część kodeksu życia”?

Kon­se­kwen­cje mogły być tylko jed­nego rodzaju i nie­stety samo wymie­nie­nie ich wszyst­kich musia­łoby zająć cały roz­dział tej książki – wspo­mnę tylko o nie­któ­rych: aresz­to­wa­nie Józefa Korola, komen­danta Okręgu Ślą­skiego ZWZ (1940 r.), i wyni­ka­jące z niego aresz­to­wa­nia pra­wie wszyst­kich człon­ków cie­szyń­skiego Inspek­to­ratu ZWZ, aresz­to­wa­nie przez NKWD Edwarda Goli, emi­sa­riu­sza rządu z Paryża (1940 r.), i dal­sze wyni­ka­jące z niego aresz­to­wa­nia Erwina Cza­chow­skiego (komen­dant Okręgu Bory­sław ZWZ-1), Anto­niego Świerz­biń­skiego (szef inten­den­tury Obszaru Lwów ZWZ-1), Adama Widaw­skiego (ofi­cer łącz­ni­kowy adiu­tan­tury komen­danta Obszaru Lwów ZWZ-1) i bar­dzo wielu innych (443 człon­ków ZWZ), wpadka Józefa Prusa, ps. „Adolf”, orga­ni­za­tora szla­ków kurier­skich (1941 r.), wpadka Mariana Cudka, infor­ma­tora, wła­ści­ciela restau­ra­cji (1941 r.). Do tej listy dodać można mnó­stwo innych nazwisk, lecz nie można zapo­mnieć o naj­więk­szej tra­ge­dii pol­skiej kon­spi­ra­cji w począt­ko­wym okre­sie wojny, o roz­bi­ciu przez Gestapo Okręgu Kra­kow­skiego ZWZ. W wyniku rewi­zji doko­na­nej 27 sierp­nia 1940 roku w domu komen­danta Okręgu Ślą­skiego ZWZ Józefa Korola, któ­rego zabito po krót­kiej walce, zdo­byte przez Niem­ców mate­riały pozwo­liły w ciągu czte­rech mie­sięcy na dal­sze aresz­to­wa­nia kil­ku­set żoł­nie­rzy ZWZ i kolej­nego komen­danta Okręgu Ślą­skiego, poprzed­nio szefa sztabu, Józefa Szmechtę, „Hut­nika”. Tą drogą Gestapo otrzy­mało dostęp do całej Komendy Obszaru Kra­kow­sko-Ślą­skiego, lokali kon­tak­to­wych i lokali Związku Odwetu (ZO) zwią­za­nego z ZWZ. W wyniku obser­wa­cji pozy­ska­nych adre­sów aresz­to­wano: mjr. Wła­dy­sława Cygę, ps. „Kozak”, szefa ZO Okręgu Ślą­skiego17, Józefa Jasień­skiego, ps. „Poryw”, szefa dywer­sji kole­jo­wej ZO ZWZ18, Jerzego Kar­waja, ps. „Jerzyk”, szefa kon­spi­ra­cyj­nych labo­ra­to­riów ZO, Jana Cichoc­kiego, ps. „Kabat”, szefa Sztabu Obszaru Kra­kow­skiego ZWZ19, Fran­ciszka Sobo­lew­skiego, ps. „Krzysz­tof”, szefa I Oddziału Komendy Obszaru20, Leona Gied­gowda, ps. „Leon”, skarb­nika Komendy Obszaru Kra­kow­skiego ZWZ21, Sta­ni­sława Kamiń­skiego, ps. „Bro­chwicz”, „Dyrek­tor”, „Budzisz”, kie­row­nika Związku Odwetu przed W. Cygą22, Sta­ni­sława Jana Turka, ps. „Zba­raż”, szefa Wydziału III Komendy Obszaru ZWZ Kra­ków23, Alek­san­dra Bugaj­skiego, ps. „Halny”, szefa ZO Okręgu Kra­kow­skiego ZWZ.

W zasa­dzie powi­nie­nem tu zakoń­czyć tę tra­giczną listę, choć wymie­nie­nie wszyst­kich osób z kra­kow­skiego ZWZ, które dotknęła porażka w 1941 roku, mogłoby zająć jesz­cze kilka stron. Należy się cześć i nasza dozgonna pamięć ich poświę­ce­niu. Powi­nie­nem zakoń­czyć, choć naj­głęb­szych źró­deł wie­deń­skiej tra­ge­dii, któ­rej czę­ścią była nasza boha­terka, Wła­dy­sława Macie­szyna, doszu­ki­wać się można w kra­kow­skiej wsy­pie ZWZ. Powi­nie­nem, ale… prze­cież ta książka trak­tuje o wspa­nia­łych kobie­tach, któ­rych trud, męczeń­stwo i poświę­ce­nie po sto­kroć zasłu­gują na umiesz­cze­nie ich na kar­tach chwały oręża pol­skiego. Rów­nież w opi­sach kra­kow­skiej klę­ski z 1941 roku jest wspa­niała postać kobieca.

Sta­ni­sława Rachwał od 1940 roku kie­ro­wała łącz­no­ścią w siatce wywiadu i kontr­wy­wiadu ZWZ, którą nieco wcze­śniej zor­ga­ni­zo­wał puł­kow­nik Roman Sztaba, komen­dant Polni­sche Poli­zei w Gene­ral­nym Guber­na­tor­stwie24. Uży­wała pseu­do­ni­mów „Rysiek”, „Ryś”, „Her­bert” i „Her­berta”. Aresz­to­wano ją dwa razy.

Pierw­sza wpadka, w kwiet­niu 1941 roku, zwią­zana była z aresz­to­wa­niem wspo­mnia­nego wcze­śniej „Hal­nego”. Rachwał tra­fiła do kra­kow­skiej katowni Gestapo na Pomor­skiej 2. Prze­szła tam tor­tury. Aby wymu­sić zezna­nia, roz­bie­rano ją do naga i bito, kopano po twa­rzy i gło­wie. Mil­czała. Przy braku „twar­dych” dowo­dów prze­nie­siono ją do sław­nego wię­zie­nia przy ulicy Mon­te­lu­pich25, gdzie kon­ty­nu­owano prze­słu­cha­nia. Dzięki sta­ra­niom przy­ja­ciół i ZWZ za wielką łapówkę została stam­tąd wyku­piona na prze­ło­mie maja i czerwca 1941 roku. Po lecze­niu powró­ciła do kon­spi­ra­cyj­nego kontr­wy­wiadu. Mimo że pra­co­wała jesz­cze ostroż­niej niż kie­dyś, ponow­nie spo­tkało ją nie­szczę­ście. Gestapo śle­dziło twórcę kon­spi­ra­cji na Pod­halu, Józefa Wraubka26. Zagro­żony aresz­to­wa­niem opu­ścił on Nowy Targ i ukry­wał się w Swo­szo­wi­cach pod Kra­ko­wem. Nie wie­dział, że i tu namie­rzyli go i na­dal inwi­gi­lo­wali agenci Gestapo. W paź­dzier­niku 1942 roku pod­czas pobytu w Kra­ko­wie noco­wał w miesz­ka­niu Sta­ni­sławy Rachwał przy ul. Sobie­skiego 5, odgry­wa­ją­cym rolę lokalu kon­tak­to­wego i schro­ni­ska dla kon­spi­ra­to­rów prze­lot­nie odwie­dza­ją­cych mia­sto. Tu dopa­dli go Niemcy. Trzy­krot­nie raniony pod­czas ucieczki został prze­wie­ziony na Mon­te­lu­pich. Także tam osa­dzono aresz­to­waną ponow­nie Sta­ni­sławę Rachwał. Znów cze­kały ją strasz­liwe prze­słu­cha­nia, a póź­niej obóz KL Auschwitz II (Brze­zinka)27.

Celowo zwra­ca­łem wcze­śniej uwagę na PRZY­CZYNY kra­kow­skiego dra­matu z 1941 roku. Nie tylko Kra­ków stał się nie­chlub­nym wyjąt­kiem w peł­nej poświę­ce­nia pracy kon­spi­ra­to­rów Pań­stwa Pod­ziem­nego. I nie oni pono­sili winę za takie dra­maty jak ten, który dopro­wa­dził do roz­bi­cia Komendy Obszaru IV i zała­ma­nia dzia­łal­no­ści w okrę­gach kra­kow­skim i ślą­skim. Podobne wyda­rze­nia miały miej­sce na tere­nach, gdzie kró­lo­wał doświad­czony apa­rat NKWD28. Podobne było pod­łoże tra­ge­dii, jaka stała się nie­długo póź­niej udzia­łem Sławy Macie­szyny.