Piękne i niebezpieczne. Arystokratki polskiego wywiadu

Tekst
Z serii: Historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Następ­nego dnia całą podej­rzaną trójkę prze­wie­ziono do dowódz­twa pułku. Tu zadzia­łały naj­wy­raź­niej uroda i wdzięk kobiet. Nie było żad­nego ostrego prze­słu­cha­nia, a na stole poja­wiły się kawior i szam­pan. Mimo wszystko zasta­na­wiano się przez cztery dni, co zro­bić z tak nie­ty­po­wymi „jeń­cami”. Praw­do­po­dob­nie nieco znu­dzo­nym ofi­ce­rom odpo­wia­dało towa­rzy­stwo mło­dych i pięk­nych nie­wiast. W końcu prze­wa­żyła opi­nia jed­nego z nich, który patrząc na Sławę, stwier­dził, że kobieta z tak pięk­nymi i nie­win­nymi oczami nie może być szpie­giem. Zapi­sano jed­nak skrzęt­nie war­szaw­ski adres, który podały panie, i poma­ga­jąc oczy­wi­ście nieść walizki, odwie­ziono je na dwo­rzec kole­jowy, skąd udały się do War­szawy. Pewien porzą­dek jed­nak był nawet w stre­fie przy­fron­to­wej, kilka dni póź­niej bowiem poja­wił się rosyj­ski żan­darm i spraw­dził obec­ność.

Kar­ko­łomna ope­ra­cja zakoń­czyła się peł­nym powo­dze­niem i należy pamię­tać, że taką łącz­ność z War­szawą znaj­du­jącą się po dru­giej stro­nie frontu nawią­zały prócz Srzed­nic­kiej jedy­nie dwie osoby.

Suk­ces Sławy odbił się na tyle sze­ro­kim echem, że infor­ma­cje o nim dotarły do samego Pił­sud­skiego. Kon­se­kwen­cją była następna, rów­nie trudna, jeśli nie trud­niej­sza misja – do Kijowa. Od dawna trwała tam dzia­łal­ność kon­spi­ra­cyjna na bazie Związku Walki Czyn­nej i oddzia­łów Dru­żyn Strze­lec­kich. Już w 1914 roku Józef Bro­mir­ski, Hen­ryk Józe­fski i Tade­usz Jaro­sze­wicz zało­żyli tam tajną orga­ni­za­cję nie­pod­le­gło­ściową o nazwie „Dniepr”, zaj­mu­jącą się nie tylko sze­rze­niem idei koniecz­no­ści walki zbroj­nej z Rosją, ale rów­nież wer­bo­wa­niem mło­dzieży do Legio­nów i gło­sze­niem koniecz­no­ści walki o nie­pod­le­głość ojczy­zny. Pod koniec 1914 roku „Dniepr” został włą­czony w skład POW, a dowódcą na Ukra­inie mia­no­wano Józefa Bro­mir­skiego, który przy­jął pseu­do­nim „komen­dant Jot”. Orga­ni­za­cja roz­wi­jała się nad­zwy­czaj pręż­nie. Wysy­łała nawet do kraju trans­porty broni dłu­giej, amu­ni­cji i dyna­mitu, ale bory­kała się z trud­no­ściami pole­ga­ją­cymi na braku pro­fe­sjo­nal­nie wyko­na­nych fał­szy­wych doku­men­tów i broni krót­kiej. Począt­kowo takimi prze­rzu­tami zaj­mo­wał się sam Bro­mir­ski – miał 50 lat, a kon­trole główną uwagę zwra­cały na mło­dzież. Podobną rolę sied­mio­krot­nie peł­niła kurierka oddziału lot­nego POW w War­sza­wie, Wanda Pie­kar­ska, ale twa­rze mogą być zapa­mię­tane przez kon­tro­lu­ją­cych, a doświad­czo­nych kurie­rów bra­ko­wało. W począt­kach 1915 roku pole­ce­nie wyjazdu do Kijowa otrzy­mała Wła­dy­sława Srzed­nicka. Miała prze­wieźć doku­menty i pewną liczbę pisto­le­tów. Nie była to bez­pieczna podróż. Liczne kon­trole i rewi­zje w pociągu gro­ziły cał­ko­witą dekon­spi­ra­cją, a jakby tego było mało, w jed­nym z wago­nów pociągu, któ­rym jechała Sława, wybuchł pożar. Do sto­licy guberni kijow­skiej dzielna kurierka doje­chała jed­nak bez więk­szych prze­szkód. Nie mogła jed­nak wra­cać bez odwie­dze­nia zna­jo­mych we Lwo­wie i rów­nież tam oka­zała się bar­dzo pomocna – na bazie Związku Walki Czyn­nej i Pol­skich Dru­żyn Strze­lec­kich współ­or­ga­ni­zo­wała komórkę Pol­skiej Orga­ni­za­cji Woj­sko­wej w tym mie­ście. Ze względu na dzia­ła­nia wojenne droga powrotna Srzed­nic­kiej pro­wa­dzić musiała przez Ode­ssę, Rumu­nię i Austrię, a trwała do lipca 1915 roku, gdyż w Austrii była paro­krot­nie aresz­to­wana. Wspa­niała kurierka spra­woz­da­nie z misji skła­dała bez­po­śred­nio Józe­fowi Pił­sud­skiemu. Po powro­cie cze­kały na nią dwie wia­do­mo­ści – jedna smutna, a druga tra­giczna. Dowie­działa się, że jej jed­nostka macie­rzy­sta, Żeń­ski Oddział Wywia­dow­czy I Bry­gady, została roz­wią­zana decy­zją władz austriac­kich. Słu­żyło w niej 46 kobiet, a 20 z nich Józef Pił­sud­ski w 1917 roku odzna­czył cenną odznaką I Bry­gady „Za Wierną Służbę”. Druga wia­do­mość, ta tra­giczna, doty­czyła uko­cha­nego – Sta­ni­sława Dłu­go­sza. Dowie­działa się Sława, jak pełną boha­ter­skich doko­nań drogę bojową prze­był jej Stach. Gdy w dru­giej poło­wie grud­nia 1914 roku two­rzono I Bry­gadę Legio­nów Pol­skich, został on dowódcą II plu­tonu 3. kom­pa­nii IV bata­lionu w 5. pułku pie­choty Legio­nów. Nie­długo póź­niej, awan­so­wany do stop­nia pod­po­rucz­nika, dowo­dził I plu­to­nem tejże kom­pa­nii. W bojach odzna­czał się męstwem i roz­wagą, a uczest­ni­czył w naj­cięż­szych bitwach Bry­gady: pod Łow­czów­kiem koło Tar­nowa, w wal­kach pozy­cyj­nych nad Nidą, bitwie pod Kona­rami koło Opa­towa, pod Tar­ło­wem (Reduta Tar­łow­ska) i w wal­kach nazy­wa­nych póź­niej bojem pod Kamionką. Te ostat­nie cha­rak­te­ry­zo­wały się dużą roz­le­gło­ścią, ponie­waż obej­mo­wały wiele oko­licz­nych wio­sek – Kozłówkę, Rudkę Gołęb­ską, Rudno, Ciemno, Samo­klę­ski i inne. Wła­śnie Samo­klę­ski stały się szcze­gól­nie tra­gicz­nym miej­scem dla Srzed­nic­kiej3. Wła­śnie tam 6 sierp­nia 1915 roku poległ na polu walki jej uko­chany Stach.

Oko­licz­no­ści śmierci Sta­ni­sława Dłu­go­sza owego feral­nego 6 sierp­nia tak opi­sał jeden z jego naj­bliż­szych przy­ja­ciół, wów­czas towa­rzysz walk, Roman Sta­rzyń­ski:

Wysze­dłem z okopku. Pod­sze­dłem do mego sąsiada, ppor. Podol­skiego. Prze­strzega mnie, abym się jed­nak skrył, bo „Pukajło” [rosyj­ski snaj­per – przyp. aut.] może mnie wziąć na cel. Ja mu jed­nak odpo­wia­dam: „Złego dia­bli nie biorą, Dłu­go­sza uśmier­cili pod Kona­rami, a dotąd żyje, mnie uśmier­cili pod Maj­da­nem, to widać będę żył!”

W tym wła­śnie momen­cie nad­cho­dzi po linii wia­do­mość: „Ppor. Dłu­gosz – ranny”. Zro­biło to na mnie duże wra­że­nie. Bie­gnę wzdłuż linii na lewe skrzy­dło na odci­nek 4. kom­pa­nii. Zatrzy­muje mnie jed­nak komen­dant tej kom­pa­nii, ppor. Tun­guz-Zawi­ślak, i kate­go­rycz­nie zabra­nia posu­wa­nia się dalej, bo Moskale coraz gorę­cej strze­lają. Nad­cho­dzi dal­sza wia­do­mość od I plu­tonu 4. kom­pa­nii: „Ppor. Dłu­gosz nie żyje”. Nie dadzą mi go nawet zoba­czyć, a już go ni­gdy wię­cej widzieć nie będę. Oka­zało się, że kiedy deszcz ustał, żoł­nie­rze I plu­tonu 4. kom­pa­nii, chcąc się ogrzać i wysu­szyć, zapa­lili na linii ogni­sko. Ppor. Dłu­gosz, widząc to, oba­wiał się, że ogni­sko to będzie zna­czyć naszą linię, zwłasz­cza wobec zbli­ża­ją­cego się zmroku, pole­cił ogni­sko natych­miast zga­sić. Kpr. Gol­den­berg-Bur­ski nie wyko­nał roz­kazu, ppor. Dłu­gosz wysko­czył więc ze swego okopku, chcąc go zmu­sić do posłu­szeń­stwa, i pobiegł do ogni­ska. Kiedy wra­cał do sie­bie, jakaś zbłą­kana kula tra­fiła go pro­sto w serce. Żył jesz­cze dwie minuty. I zgi­nął jeden z naj­szla­chet­niej­szych typów naszego poko­le­nia, jeden z naj­wspa­nial­szych żoł­nie­rzy, jeden z naj­lep­szych wśród ówcze­snej mło­dzieży, jeden z tych, któ­rzy nie powinni byli zgi­nąć, bo byli Pol­sce potrzebni.

Po śmierci Her­wina i Łuby śmierć Tetery [Dłu­go­sza – przyp. J.R.] była trze­cią z kolei, która mię głę­boko obe­szła. Przy­gnę­biony byłem bar­dzo, bo odszedł czło­wiek jeden z naj­bliż­szych mi z ostat­niego okresu życia legio­no­wego, jeden z tych, z któ­rymi pro­wa­dziło się „dłu­gie roda­ków roz­mowy” o Pol­sce, o jej przy­szło­ści i dal­szych losach.

Naza­jutrz rano wybra­łem się do Samo­klęsk na pogrzeb śp. Sta­ni­sława Dłu­go­sza. Wobec tego, że iść musia­łem pod ogniem, spóź­ni­łem się nieco, nie obli­czyw­szy dokład­nie czasu, który był mi potrzebny na prze­by­cie z górą 2 km zapola. Na roz­staju dróg w Samo­klęskach stała już cała 4. kom­pa­nia. Był także komen­dant pułku mjr Ber­becki z adju­tan­tem ppor. Trap­szo, było też grono ofi­ce­rów z róż­nych bata­lio­nów, spo­śród przy­ja­ciół, kole­gów i bliż­szych zna­jo­mych śp. Dłu­go­sza. Pogrzeb na fron­cie to krótka cere­mo­nia. Prze­mó­wił komen­dant pułku, żegna­jąc towa­rzy­sza broni. W ciszy spusz­czono do grobu trumnę pole­głego. A jed­nak pogrzeb ten na wszyst­kich wywarł głę­bo­kie wra­że­nie. Było coś potęż­nego w tej skrom­no­ści pogrzebu jed­nego z naj­dziel­niej­szych bojow­ni­ków o wol­ność narodu!

Kochali Dłu­go­sza żoł­nie­rze, kochali przy­ja­ciele, a Wła­dy­sława Srzed­nicka…

Sława pra­wie osza­lała z bólu. Mimo że nie łączył jej z Dłu­go­szem żaden ofi­cjalny zwią­zek, przy­jęła jego nazwi­sko – Dłu­go­szowa. Bar­dzo długo nosiła żałobę. Odsu­nęła się od kole­ża­nek i przy­ja­ciół. Tygo­dniami męczyły ją senne kosz­mary, w któ­rych na prze­mian widziała Sta­cha żywego, pozba­wio­nego świa­do­mo­ści w wojen­nym szpi­talu, albo mar­twego w polu. Zasy­piała i budziła się, powta­rza­jąc w pamięci strofy jego wier­sza:

Ano, trzeba pie­czę­to­wać krwią,

co się kie­dyś wyszep­tało skry­cie,

trzeba młode dziś poło­żyć życie,

trzeba młodą pie­czę­to­wać krwią!…

Nie mogła dalej tak żyć – musiała sama wszystko spraw­dzić. Uzy­skała odpo­wied­nie zgody, konieczne doku­menty i poje­chała do Samo­klęsk. Doko­nała pierw­szej eks­hu­ma­cji i poże­gnała po raz ostatni swego Sta­cha. Uży­wa­jąc swych nie­ba­ga­tel­nych wpły­wów, zro­biła póź­niej wszystko, by boha­tera jej i ojczy­zny pocho­wano w miej­scu tego god­nym. Stało się to nie­spełna 14 mie­sięcy póź­niej. 1 sierp­nia 1916 roku na Cmen­ta­rzu Woj­sko­wym na war­szaw­skich Powąz­kach zgro­ma­dziły się praw­dziwe tłumy. Przy­byli przed­sta­wi­ciele władz cywil­nych i woj­sko­wych, orga­ni­za­cji spo­łecz­nych i poli­tycz­nych, kom­pa­nia hono­rowa, legio­ni­ści. Była też Sława Dłu­go­szowa… Czy słowa na pły­cie pomnika są wyjęte z jej snów? Brzmią iden­tycz­nie…

Czas nie zawsze leczy rany. Czy szu­kała śmierci, poma­ga­jąc nie­długo póź­niej sowiec­kim jeń­com, któ­rzy zna­leźli się w pol­skiej nie­woli? W obo­zach jeniec­kich, gdzie ich prze­trzy­my­wano, sza­lał tyfus, z któ­rym miała codzienny kon­takt. Czy myślała o real­nym zagro­że­niu cho­robą? Nie ina­czej prze­cież było w Wado­wi­cach, gdzie opie­ko­wała się Rosja­nami, nie zwa­ża­jąc na zagro­że­nie i codzien­nie wal­cząc o poprawę warun­ków, w jakich byli prze­trzy­my­wani. Żądała selek­cji jeń­ców przy­by­wa­ją­cych do obozu, bo część z nich cho­ro­wała już w macie­rzy­stych jed­nost­kach sowiec­kich i nie powinna się zna­leźć w „zdro­wych” bara­kach, a w szpi­talu.

 

Po tych ryzy­kow­nych doświad­cze­niach obo­zo­wych musiała Sława poma­gać na­dal, ale prze­nio­sła dzia­ła­nia na śro­do­wi­sko repa­trian­tów pol­skich wra­ca­ją­cych do kraju na mocy układu o repa­tria­cji pod­pi­sa­nego 24 lutego 1921 roku pomię­dzy Pol­ską i Rosją. Współ­pra­co­wała z Pol­sko-Rosyj­sko-Ukra­iń­ską Mie­szaną Komi­sją Repa­tria­cyjną. Należy sądzić, że prócz pomocy, któ­rej nie­wąt­pli­wie Dłu­go­szowa udzie­lała Pola­kom, przy­dały się rów­nież jej umie­jęt­no­ści wywia­dow­cze i wro­dzona łatwość poro­zu­mie­wa­nia się z obcymi ludźmi. Jed­nym z więk­szych pro­ble­mów, które nale­żało poko­nać, były bowiem cią­głe próby prze­ni­ka­nia agen­tów bol­sze­wic­kich do Pol­ski. Ponadto sytu­acja Pola­ków prze­by­wa­ją­cych na tere­nach rosyj­skich, a ocze­ku­ją­cych na wyjazd do kraju była bar­dzo zła. W stycz­niu 1921 roku pol­scy uchodźcy prze­by­wa­jący w Juzówce na Ukra­inie pisali w roz­pa­czy:

Nie mamy środ­ków do życia. Cier­pimy głód i chłód. Wszy­scy dobrze sytu­owani otrzy­mali pozwo­le­nia na wyjazd i wyje­chali. Lecz my, biedni, nie jeste­śmy w sta­nie się utrzy­mać. Jeśli nie zapro­wa­dzi­cie porządku w Juzówce, umrzemy z głodu. Piszemy rów­nież do kon­su­latu, że nie możemy wyje­chać już od ponad 6 mie­sięcy.

Udzie­la­nie pomocy repa­trian­tom było wiel­kim zada­niem dla Sławy, dosłow­nie wiel­kim, bo liczba Pola­ków ocze­ku­ją­cych na wyjazd prze­kra­czała 260 tysięcy osób.

Wła­dy­sława Dłu­go­szowa ni­gdy nie lubiła zadań łatwych i pro­stych. Cóż, może naj­bar­dziej war­to­ściowi ludzie spraw­dzają się naj­le­piej, gdy ich ścieżki wiodą zawsze „pod górkę”. Na taką wła­śnie ścieżkę wkro­czyła Sława w 1922 roku. Aby wła­ści­wie zro­zu­mieć trud­no­ści, jakie ją cze­kały, musimy, choć skró­towo, poznać początki dzia­ła­nia pol­skiego wywiadu w okre­sie kształ­to­wa­nia się nie­pod­le­głego pań­stwa.

Pod­czas wojny wywiad budo­wano na pozio­mie fron­tów i armii. Po woj­nie pań­stwo wyma­gało cen­tra­li­za­cji tych komó­rek wywia­dow­czych i obsa­dze­nia sta­no­wisk naj­bar­dziej doświad­czo­nymi i zaufa­nymi ludźmi. 22 czerwca 1921 roku gene­rał Kazi­mierz Sosn­kow­ski, mini­ster spraw woj­sko­wych, wydał roz­kaz wpro­wa­dza­jący tę cen­tra­li­za­cję i two­rzący jeden ośro­dek zaj­mu­jący się wywia­dem o nazwie Oddział II Sztabu Gene­ral­nego Mini­ster­stwa Spraw Woj­sko­wych. W jego ramach utwo­rzono wydziały zaj­mu­jące się wszel­kimi aspek­tami dzia­łal­no­ści wywiadu. Orga­ni­zo­wa­niem wywiadu ofen­syw­nego wymie­rzo­nego w pań­stwa, które sąsia­do­wały z Pol­ską, i budową kontr­wy­wiadu zaj­mo­wał się Wydział II Wywia­dow­czy, podzie­lony na cztery refe­raty. Refe­rat A zajął się tech­ni­kami pro­wa­dze­nia wywiadu, Refe­rat B zajął się cen­tralną agen­turą, czyli wywia­dem ofen­syw­nym, i roz­po­czął budo­wa­nie sia­tek wywia­dow­czych, Refe­rat C odpo­wia­dał za kontr­wy­wiad, a Refe­rat D był odpo­wie­dzialny za radio­wy­wiad, szy­fry obce oraz wszel­kiego rodzaju tech­niki pod­słu­chu. Dla histo­rii naszej boha­terki ważny sta­nie się Refe­rat B w jego czę­ści dzia­ła­ją­cej na kie­runku zachod­nim (Niemcy) i jego dzia­ła­nia, które miały na celu two­rze­nie pla­có­wek wywia­dow­czych, wer­bo­wa­nie i szko­le­nie agen­tów.

Wywiad na kie­runku wschod­nim miał opar­cie w Pola­kach, któ­rzy z róż­nych przy­czyn pozo­stali na daw­nych tere­nach pol­skich, nato­miast agen­turę na zacho­dzie, w Niem­czech, budo­wać nale­żało nie­mal od zera. Na szczę­ście ist­niały tam solidne pod­stawy do tego typu dzia­łań. Two­rzyła je pol­ska emi­gra­cja, która bar­dzo dyna­micz­nie osia­dała w Zagłę­biu Ruhry w latach 1800–1923. Pano­wały tam dosko­nałe warunki dla wydo­by­cia węgla nie­zbęd­nego przy coraz szer­szym zasto­so­wa­niu w prze­my­śle maszyn paro­wych. Dodat­ko­wym ele­men­tem dyna­mi­zu­ją­cym tam­tej­szy prze­mysł wydo­byw­czy było dosko­nałe połą­cze­nie kole­jowe z resztą Nie­miec i Europy. Zaczęło bra­ko­wać rąk do pracy i wła­dze pru­skie bar­dzo przy­chyl­nie patrzyły na pol­skich emi­gran­tów przy­jeż­dża­ją­cych „za chle­bem” i osia­da­ją­cych w tam­tym rejo­nie. Bar­dzo czę­ste były na zie­miach pol­skich wizyty agen­tów z West­fa­lii, któ­rzy obie­cy­wali pol­skim robot­ni­kom dosko­nałe warunki po wyjeź­dzie. I byli oni sku­teczni – zwy­kle wra­cali, wio­ząc ze sobą kil­ku­set nowych chęt­nych do pracy w kopal­niach Zagłę­bia Ruhry. Aby nie poda­wać dokład­nych sta­ty­styk, można uzmy­sło­wić sobie zakres tej emi­gra­cji jedy­nie na pod­sta­wie dwóch powia­tów, przy­ta­cza­jąc liczby doty­czące Pola­ków, któ­rzy tu przy­byli, miesz­kali i pra­co­wali. Powiat Essen: rok 1890 – 1887, rok 1900 – 9049, rok 1910 – 17 699 osób. Powiat Bochum: rok 1890 – 2038, rok 1900 – 11 095, rok 1910 – 11 834 osoby. Z cza­sem śro­do­wi­sko pol­skie zmie­niało swój cha­rak­ter. Polacy byli kup­cami, rze­mieśl­ni­kami, pra­co­wali w fabry­kach. Przy­by­wali tu chęt­nie na zasa­dzie „cią­gnie swój do swego”, znaj­du­jąc znacz­nie lep­sze niż w kraju warunki do życia. Cie­kawy dowód dyna­micz­nego roz­woju Polo­nii west­fal­sko-nad­reń­skiej znaj­dziemy w pamięt­niku wyda­nym z oka­zji pol­skiej wystawy prze­mysłowej zor­ga­ni­zo­wa­nej 19 lipca 1913 roku w Bohum. Pamięt­nik wymie­nia: pol­skich skle­pów kolo­nial­nych około 600, kraw­ców 451, szew­ców 100, rzeź­ni­ków 70, pie­ka­rzy 60, fry­zje­rów 50, księ­garń 70 (podkr. J.R.), sto­la­rzy 16, skła­dów mebli 20, skła­dów gar­de­roby męskiej 35, restau­ra­cji 15, dru­karń 10, ban­ków 2, zakła­dów foto­gra­ficz­nych 5, mala­rzy 6 i po jed­nej fabryce cygar, powo­zów, cza­pek, kostiu­mów, wódek, kawy sło­do­wej, wyro­bów mosięż­nych, płyt mar­mu­ro­wych. Z powyż­szego jasno wynika, że Polacy w regio­nie to zaj­mo­wali się nie tylko gór­nic­twem, ale także repre­zen­to­wali wszyst­kie gałę­zie prze­my­słu i usług. Powsta­wały w całym Zagłę­biu Ruhry pol­skie „Towa­rzy­stwa Prze­my­słowe” wspie­ra­jące dzia­łal­ność naszych roda­ków. Ist­niały nie tylko w Bohum, lecz także w Essen, Wanne, Bot­trop, Bruc­khau­sen, Dort­mun­dzie, Duis­burgu, Düsseldorfie, Gel­sen­kir­chen, Herne, Ham­born, Marxloh, Obe­rhau­sen, Castrop, Rau­xel, Rec­klin­ghau­sen i Wat­ten­scheid. Były dobrze zor­ga­ni­zo­wane i wyda­wały wła­sne cza­so­pi­smo „Postęp”. Przy­kłady takiej dzia­łal­no­ści pol­skiej wspie­ra­nej wtedy przez nie­miec­kie firmy można by mno­żyć. Część Pola­ków z Zagłę­bia Ruhry emi­gro­wała dalej, do Fran­cji, Bel­gii, Holan­dii, część zin­te­gro­wała się z miej­scową lud­no­ścią nie­miecką, ale kil­ka­dzie­siąt tysięcy z nich, nazy­wa­nych tam „Ruhr­po­len”, na­dal skrzęt­nie pie­lę­gno­wało tra­dy­cje naro­dowe i patrio­tyczne, a także było zrze­szo­nych w prze­róż­nych orga­ni­za­cjach i sto­wa­rzy­sze­niach, czego naj­wy­raź­niej­szym przy­kła­dem może być zało­że­nie w 1922 roku Związku Pola­ków w Niem­czech.

Należy teraz wycią­gnąć wnio­ski z sytu­acji, w jakiej zna­lazł się Refe­rat B Wydziału II Wywia­dow­czego na początku lat dwu­dzie­stych ubie­głego stu­le­cia. Kie­ru­nek wschodni dzia­ła­nia Refe­ratu mógł nie stwa­rzać więk­szych pro­ble­mów. Na wscho­dzie pozo­stało jesz­cze wielu Pola­ków. Więk­szość z nich znała się nawza­jem – wia­domo było, komu można zaufać i kogo wcią­gnąć do pracy wywia­dow­czej, a kto w tych dzia­ła­niach uczest­ni­czyć nie powi­nien. Na kie­runku zachod­nim było zupeł­nie ina­czej. Tu nale­żało zaczy­nać pracę od pod­staw. Były co prawda infor­ma­cje o bar­dzo licz­nej emi­gra­cji pol­skiej zamiesz­ku­ją­cej różne regiony Nie­miec, przede wszyst­kim Zagłę­bie Ruhry, ale nie ist­niała z tymi śro­do­wi­skami abso­lut­nie żadna łącz­ność pozwa­la­jąca na pro­wa­dze­nie dzia­łal­no­ści agen­tu­ral­nej. Sprawa zda­wała się tym bar­dziej pilna, że w 1923 roku liczba ujaw­nio­nych agen­tów nie­miec­kich zmniej­szyła się w porów­na­niu z rokiem poprzed­nim o 38 osób, a ten stan rze­czy kie­row­nic­two Oddziału II kła­dło na karb znacz­nego dosko­na­le­nia metod dzia­ła­nia prze­sy­ła­nych do Pol­ski agen­tów. Bez­względ­nie nale­żało jakoś nawią­zać w Niem­czech konieczne kon­takty, pró­bo­wać pozy­skać pierw­szych, zaufa­nych ludzi, pomóc w dal­szej roz­bu­do­wie agen­tury w spo­sób wyklu­cza­jący jaką­kol­wiek „wpadkę”, która na samym początku unie­moż­li­wi­łaby dal­szą dzia­łal­ność. Wnio­sek był pro­sty. Nale­ża­łoby wysłać do Nie­miec agenta o ogrom­nym doświad­cze­niu wywia­dow­czym i rów­nie wiel­kiej intu­icji, zna­ją­cego dosko­nale język nie­miecki, umie­ją­cego szybko nawią­zy­wać wła­ściwe kon­takty, nie­wzbu­dza­ją­cego swoją osobą zain­te­re­so­wa­nia orga­nów kon­tro­l­nych, a zacho­wa­niem i apa­ry­cją przy­cią­ga­ją­cego uwagę roz­mów­ców. O bar­dzo wyso­kich wyma­ga­niach doty­czą­cych poziomu inte­lek­tu­al­nego sta­wia­nych takiej oso­bie i zaufa­niu, jakim powinni ją obda­rzać dowódcy, nawet nie warto wspo­mi­nać. Wszystko to nale­żało pogo­dzić z trudną orga­ni­za­cją pol­skich struk­tur wywia­dow­czych zwią­zaną z kło­po­tami finan­so­wymi pań­stwa – ten stan rze­czy miał się popra­wić dopiero z począt­kiem lat trzy­dzie­stych.

Wydział Wywia­dow­czy taką osobę zna­lazł. Licho wie zresztą, czy uta­len­to­wa­nego agenta naprawdę odkrył Wydział Wywia­dow­czy, który był wów­czas jesz­cze w sta­dium orga­ni­za­cji. Jakoś dziw­nie czuję w tej spra­wie rękę Józefa Pił­sud­skiego zna­ją­cego jesz­cze z Tokio taj­niki dzia­ła­nia wywiadu i moż­li­wo­ści swych naj­bar­dziej zaufa­nych współ­pra­cow­ni­ków. Doku­menty pod­pi­sane przez szefa Wydziału Wywia­dow­czego potwier­dzają, że „urzęd­niczką do spraw spe­cjal­nych” (świetne okre­śle­nie!) skie­ro­waną wła­śnie do Bohum i Essen w 1923 roku została Wła­dy­sława Dłu­go­szowa. Nie zdo­ła­łem natra­fić na raporty Sławy z tej misji obej­mu­ją­cej lata 1922–1923, co wydaje się potwier­dzać, że spra­woz­da­nia z dzia­łań skła­dała bez­po­śred­nio na ręce Pił­sud­skiego, a bli­ski kon­takt z oto­cze­niem Pił­sud­skiego potwier­dzają następne fakty z życia Dłu­go­szo­wej, o czym za chwilę. Musiała jed­nak pra­co­wać sku­tecz­nie, bo pol­ski wywiad, mimo omó­wio­nych trud­no­ści, zaczął otrzy­my­wać kon­kretne infor­ma­cje z terenu Nie­miec. Sława miała bli­ski kon­takt ze śro­do­wi­skiem Pił­sud­skiego, ponie­waż w 1926 została żoną ppłk. dr. Adolfa Macie­szy, jed­nego z naj­bar­dziej zaufa­nych ludzi komen­danta, który nie­długo póź­niej został jego przy­bocz­nym leka­rzem. Zofia Zawi­szanka pisze jed­nak: „Nie był to wio­senny powiew serca, ale solidne przy­mie­rze dwojga ludzi”. Ten zwią­zek nie­wąt­pli­wie pomógł Sła­wie prze­by­wać w kręgu ludzi jej bli­skich, o toż­sa­mych poglą­dach, nie­daw­nych kole­gów z okresu walki. Mał­żeń­stwo jesz­cze bar­dziej przy­bli­żyło Macie­szynę do Pił­sud­skiego, pod­czas prze­wrotu majo­wego bowiem była łącz­niczką i naj­bliż­szą współ­pra­cow­nicą Hen­ryka Józew­skiego powo­ła­nego w kwiet­niu 1926 roku przez Wale­rego Sławka do sztabu przy­go­to­wu­ją­cego majową akcję.

Nie na długo jed­nak w życiu Wła­dy­sławy Macie­szyny zapa­no­wały spo­kój i sta­bi­li­za­cja. Trzy lata póź­niej puł­kow­nik Macie­sza zmarł. Kolejny cios przy­czy­nił się do poważ­nej cho­roby, ale twarda kobieta, która pozo­stała teraz sama z synem mało­let­nim męża z poprzed­niego mał­żeń­stwa, musiała podo­łać prze­ciw­no­ściom losu. Wspól­nie z przy­ja­ciółką zaku­piły dobrze pro­spe­ru­jącą hur­tow­nię zapew­nia­jącą życie na odpo­wied­nim pozio­mie.

Nie zaprze­stała także dzia­łal­no­ści spo­łecz­nej i poli­tycz­nej. Dzia­łała w struk­tu­rach Fede­ra­cji Pol­skich Związ­ków Obroń­ców Ojczy­zny, zrze­sza­ją­cej byłych kom­ba­tan­tów, awan­su­jąc stop­niowo do członka pre­zy­dium zarządu. Zawsze uwa­żała, że pod­kre­ślać i przede wszyst­kim doce­niać należy rolę kobiet w cza­sie wojen i dzia­łań nie­pod­le­gło­ścio­wych. Kon­se­kwen­cją tych prze­ko­nań było wstą­pie­nie do pol­skiej sek­cji Fede­ra­tion Interalliée des Anciens Com­bat­tants (Unia Pol­skich Związ­ków Obroń­czyń Ojczy­zny), gdzie rów­nież, jako wyróż­nia­jąca się wielką wie­dzą, ogrom­nie zasłu­żona kom­ba­tantka, odzna­czona przez Pił­sud­skiego Krzy­żem Vir­tuti Mili­tari, Krzy­żem Nie­pod­le­gło­ści oraz Krzy­żem Walecz­nych, szybko zna­la­zła się w zarzą­dzie orga­ni­za­cji. Macie­szyna chciała jed­nak mieć wpływ nie tylko na kształt spo­łeczny, lecz także poli­tyczny Pol­ski. Nie szczę­ściło się Sła­wie w życiu oso­bi­stym, ale w spra­wach, na które miała wpływ, zawsze było wszystko zgod­nie z zasadą „Sława chce, Sława ZDO­BYWA”.

W 1935 roku została sena­to­rem IV kaden­cji. Macie­szyna, zde­kla­ro­wana zwo­len­niczka Pił­sud­skiego, została w sena­cie człon­kiem grupy „Naprawa”, przed­sta­wi­ciel­stwa powo­ła­nego po zama­chu majo­wym Związku Naprawy Rzecz­po­spo­li­tej, dążą­cego do zmian kon­sty­tu­cyj­nych, które miały na celu prze­ro­bie­nie sys­temu par­la­men­tarno-gabi­ne­to­wego na pre­zy­dencki. Sława słusz­nie uwa­żała, że należy zaha­mo­wać wpływ par­tyjny na poli­tykę wewnętrzną i zagra­niczną pań­stwa, a samo­rząd woje­wódzki i jego znacz­nie zwięk­szona rola powinny wpły­wać na uspraw­nie­nie prac par­la­mentu. Miała sze­roki kon­takt z róż­nymi war­stwami spo­łe­czeń­stwa i twier­dziła, że w spra­wach gospo­dar­czych w skali ogól­no­pol­skiej sej­mowe i senac­kie komi­sje opi­nio­daw­cze powinny być zastą­pione przez naczelną izbę gospo­dar­czą. W docho­dach pań­stwa zna­czący poda­tek akcy­zowy powinny zastą­pić podatki bez­po­śred­nie spra­wie­dli­wie obcią­ża­jące wszyst­kich oby­wa­teli. Czę­ste pobyty Sławy na pol­skiej wsi zapo­znały ją z pro­ble­mami rol­nic­twa. Wyraź­nie widziała krzyw­dzącą nie­rów­no­mier­ność pomię­dzy eko­no­miczno-spo­łecz­nym zna­cze­niem rol­nic­twa a jego par­ty­cy­pa­cją w korzy­ściach pły­ną­cych z pro­duk­tów rol­nych. Wyraź­nie okre­ślała rów­nież zacho­wa­nie jak naj­da­lej posu­nię­tej samo­dziel­no­ści gospo­dar­czej i zale­cała dużą ostroż­ność w poli­tyce wobec obcego kapi­tału, aby nie dopro­wa­dzić do uza­leż­nie­nia Pol­ski od obcych gospo­da­rek dba­ją­cych jedy­nie o swoje inte­resy. Widziała także koniecz­ność zastą­pie­nia panu­ją­cej „demo­kra­cji poli­tycz­nej” inną, o cha­rak­te­rze gospo­dar­czo-spo­łecz­nym, gdzie oby­wa­tele w spo­sób zor­ga­ni­zo­wany, jako zarówno kon­su­menci, jak i wytwórcy, mie­liby głos coraz bar­dziej decy­du­jący.

 

Do reali­za­cji wspa­nia­łych celów dojść jed­nak nie mogło. Zna­jąca bie­gle język nie­miecki kobieta czy­tała uważ­nie nie tylko pol­ską, ale rów­nież nie­miecką prasę, a doświad­cze­nia i liczne roz­mowy ze zna­jo­mymi z krę­gów woj­sko­wych upew­niały ją co do jed­nego – NAD­CHO­DZI WOJNA. W maju 1939 roku Sława zgło­siła się na spe­cjalne prze­szko­le­nie woj­skowe. Pozo­sta­wało cze­kać.

W dal­szym roz­woju bły­sko­tli­wej kariery poli­tycz­nej pani sena­tor Wła­dy­sławy Macie­szyny prze­szko­dził pamiętny wrze­sień 1939 roku. Natych­miast zamel­do­wała się u Ste­fana Sta­rzyń­skiego – dobrego, sta­rego zna­jo­mego, który wła­śnie objął funk­cję cywil­nego komi­sa­rza przy Dowódz­twie Obrony War­szawy. Znali się dosko­nale od lat, bo prze­cież jej uko­chany Dłu­gosz słu­żył w IV bata­lio­nie 5. pułku pie­choty Legio­nów, a Sta­rzyń­ski był wów­czas dowódcą plu­tonu w II bata­lio­nie tego samego pułku. Zna­jo­mość była przez lata kon­ty­nu­owana: ona – sena­tor Rzecz­po­spo­li­tej, o któ­rej gło­śno było w war­szaw­skiej pra­sie i radiu ogól­no­pol­skim, a on – pre­zy­dent War­szawy. Sta­rzyń­ski naj­wy­raź­niej, w miarę moż­li­wo­ści, zadbał o jej bez­pie­czeń­stwo w oblę­żo­nej War­sza­wie, bo pozo­sta­wała cały czas do jego „bez­po­śred­niej dys­po­zy­cji”.

Los sprzy­jał Sła­wie, zapewne gdzieś w gwiaz­dach pisana jej była przy­na­leż­ność do naj­sław­niej­szych kobiet pol­skiej histo­rii. Codzien­nie, a może bez prze­rwy, prze­by­wała w Dowódz­twie Obrony War­szawy na rogu Mar­szał­kow­skiej i Świę­to­krzy­skiej4, a swoje miesz­ka­nie na Szu­cha 16 odwie­dzała wów­czas bar­dzo rzadko. Tu 20 wrze­śnia spo­tkała następ­nego bar­dzo dobrego zna­jo­mego, gene­rała Michała Toka­rzew­skiego-Kara­sze­wi­cza. Sta­rzyń­ski – 5. pułk Legio­nów, Toka­rzew­ski – dowódca tego samego pułku i Sława – jakże bli­sko z tym puł­kiem zwią­zana. Wspa­niałe byłoby spo­tka­nie daw­nych legio­ni­stów, gdyby nie tra­giczne wrze­śniowe oko­licz­no­ści.

Gen. Toka­rzew­ski dowo­dził Grupą Ope­ra­cyjną wcho­dzącą w skład Armii „Pomo­rze”. Zgod­nie z ostat­nim otrzy­ma­nym roz­ka­zem udało mu się z czę­ścią żoł­nie­rzy prze­drzeć przez Pusz­czę Kam­pi­no­ską do wal­czą­cej War­szawy. Tu gene­rał Juliusz Róm­mel, sto­jący na czele (z roz­kazu gen. Sta­chie­wi­cza) dowódz­twa świeżo sfor­mo­wa­nej Armii „War­szawa”, powie­rzył mu sta­no­wi­sko swo­jego zastępcy i przed­sta­wi­ciela w Komi­te­cie Oby­wa­tel­skim Obrony Sto­licy. Toka­rzew­ski szybko sobie uświa­do­mił, że wal­cząca boha­ter­sko sto­lica musi nie­długo ska­pi­tu­lo­wać. Utwier­dziły go w tym prze­ko­na­niu roz­mowy ze Sta­rzyń­skim, Mie­czy­sła­wem Nie­dział­kow­skim (dzia­ła­czem PPS), Wła­dy­sławą Macie­szyną i porucz­ni­kiem Ste­fa­nem Wit­kow­skim (ofi­ce­rem inspek­cyj­nym Dowódz­twa Obrony War­szawy). Nie­wola czy dal­sza walka w kon­spi­ra­cji? Na to pyta­nie odpo­wie­dzieć nale­żało prak­tycz­nie natych­miast. Już 25 wrze­śnia w pod­zie­miach PKO powstały zręby orga­ni­za­cji kon­spi­ra­cyj­nej o nazwie Służba Zwy­cię­stwu Pol­ski (SZP), w skła­dzie: gen. Michał Toka­rzew­ski-Kara­sze­wicz, „Tor­wid”, „Dok­tór” – komen­dant, chor. Ryszard Jamontt-Krzy­wicki, „Szy­mon” – adiu­tant, kpt. Emil Kumor, „Krzyś” – refe­rent orga­ni­za­cyjno-wer­bun­kowy, Janina Kara­siówna, „Bronka” – sekre­tarka; Halina Krzy­ża­now­ska, „Suzuki” – skarb­nik, Wła­dy­sława Macie­szyna, „Sława” – łącz­niczka ze stron­nic­twami poli­tycz­nymi, kpt. Edward Fröhlich, „Weso­łow­ski” – ochrona. Ważną rolę w orga­ni­za­cji miał odgry­wać „czyn­nik cywilny” – komi­sa­rzem cywil­nym SZP został Ste­fan Sta­rzyń­ski. 26 wrze­śnia na nara­dzie u gene­rała Róm­mla pod­jęto decy­zję o kapi­tu­la­cji mia­sta. Godzinę póź­niej do dowódcy Obrony War­szawy zgło­sił się gen. Toka­rzew­ski z opra­co­wa­nym już pla­nem utwo­rze­nia orga­ni­za­cji kon­spi­ra­cyj­nej, która kon­ty­nu­owa­łaby walkę. Róm­mel oba­wiał się samo­dziel­nej decy­zji i pro­po­no­wał zacze­kać na opi­nię wodza naczel­nego (Rydza-Śmi­głego). I taka decy­zja nie­spo­dzie­wa­nie nade­szła. Przy­wiózł ją tego dnia z Rumu­nii do War­szawy spe­cjalny wysłan­nik Śmi­głego, pilot mjr Edmund Gali­nat. Rydz-Śmi­gły nawet zapro­po­no­wał Gali­nata jako ofi­cera mogą­cego roz­po­cząć kon­spi­ra­cyjne dzia­ła­nia5. Wobec ist­nie­nia goto­wego już planu powsta­nia orga­ni­za­cji pod­ziem­nej, a także według star­szeń­stwa, gene­rał Róm­mel, który pod­jął decy­zję o pój­ściu do nie­woli, prze­ka­zał Gali­nata do dys­po­zy­cji gene­rała Toka­rzew­skiego-Kara­sze­wi­cza. Pilot do 5 paź­dzier­nika peł­nił funk­cję zastępcy Toka­rzew­skiego, póź­niej wyru­szył do Fran­cji, a na tym sta­no­wi­sku zastą­pił go puł­kow­nik Ste­fan Rowecki. Służba Zwy­cię­stwu Pol­ski została więc pierw­szą pod­ziemną orga­ni­za­cją kon­spi­ra­cyjną skie­ro­waną prze­ciw nie­miec­kiemu oku­pan­towi.

Nasza boha­terka Wła­dy­sława Macie­szyna roz­po­częła natych­mia­stowe dzia­ła­nia zgodne z powie­rzoną jej funk­cją. Były jak zwy­kle nie­sły­cha­nie sku­teczne. Już 10 paź­dzier­nika 1939 roku utwo­rzono Główną Radę Poli­tyczną SZP (Rada Główna Obrony Naro­do­wej), do któ­rej weszli przed­sta­wi­ciele naj­waż­niej­szych par­tii poli­tycz­nych: PPS, SD, SN oraz SL. Rada usta­liła, że będzie tym­cza­sową repre­zen­ta­cją poli­tyczną kraju, do czasu ure­gu­lo­wa­nia tej sprawy przez Rząd RP. Nie­po­twier­dzone pogło­ski wspo­mi­nają, że cha­ry­zma Macie­szyny i jej sena­tor­ski auto­ry­tet połą­czony z wyra­żoną wolą przy­łą­cze­nia się do kon­spi­ra­cji przy­czy­niły się do osta­tecz­nego prze­ka­za­nia, przez gene­rała Róm­mla, jesz­cze przed kapi­tu­la­cją mia­sta, okrą­głej kwoty 750 tysięcy zło­tych na potrzeby SZP. Także Ste­fan Sta­rzyń­ski z budżetu War­szawy wpła­cił 350 tysięcy, a więc orga­ni­za­cja otrzy­mała w sumie ponad milion zło­tych – potężny zastrzyk finan­sowy umoż­li­wia­jący jej mocny start.