Drugi dziennik

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wydawnictwo Literackie


Kraków 2014

Spis treści

Karta redakcyjna

Drugi dziennik

21 czerwca 2012

17 lipca 2012

18 lipca 2012

19 lipca 2012

20 lipca 2012

21 lipca 2012

22 lipca 2012

23 lipca 2012

24 lipca 2012

26 lipca 2012

27 lipca 2012

28 lipca 2012

29 lipca 2012

30 lipca 2012

31 lipca 2012

2 sierpnia 2012

5 sierpnia 2012

6 sierpnia 2012

7 sierpnia 2012

9 sierpnia 2012

10 sierpnia 2012

11 sierpnia 2012

18 sierpnia 2012

1 września 2012

2 września 2012

4 września 2012

5 września 2012

6 września 2012

7 września 2012

8 września 2012

9 września 2012

10 września 2012

11 września 2012

12 września 2012

13 września 2012

2 października 2012

3 października 2012

4 października 2012

5 października 2012

8 października 2012

9 października 2012

10 października 2012

11 października 2012

13 października 2012

14 października 2012

15 października 2012

17 października 2012

18 października 2012

20 października 2012

25 października 2012

26 października 2012

27 października 2012

28 października 2012

29 października 2012

8 listopada 2012

11 listopada 2012

12 listopada 2012

13 listopada 2012

16 listopada 2012

17 listopada 2012

18 listopada 2012

19 listopada 2012

20 listopada 2012

22 listopada 2012

23 listopada 2012

1 grudnia 2012

2 grudnia 2012

3 grudnia 2012

10 grudnia 2012

12 grudnia 2012

13 grudnia 2012

14 grudnia 2012

15 grudnia 2012

16 grudnia 2012

17 grudnia 2012

18 grudnia 2012

20 grudnia 2012

21 grudnia 2012

22 grudnia 2012

23 grudnia 2012

24 grudnia 2012

25 grudnia 2012

26 grudnia 2012

29 grudnia 2012

3 stycznia 2013

5 stycznia 2013

7 stycznia 2013

8 stycznia 2013

9 stycznia 2013

10 stycznia 2013

11 stycznia 2013

13 stycznia 2013

14 stycznia 2013

15 stycznia 2013

16 stycznia 2013

 

21 stycznia 2013

25 stycznia 2013

26 stycznia 2013

27 stycznia 2013

30 stycznia 2013

1 lutego 2013

2 lutego 2013

7 lutego 2013

9 lutego 2013

10 lutego 2013

11 lutego 2013

21 lutego 2013

1 marca 2013

8 marca 2013

12 marca 2013

17 marca 2013

23 marca 2013

24 marca 2013

27 marca 2013

29 marca 2013

30 marca 2013

31 marca 2013

1 kwietnia 2013

2 kwietnia 2013

3 kwietnia 2013

15 kwietnia 2013

16 kwietnia 2013

17 kwietnia 2013

21 kwietnia 2013

23 kwietnia 2013

29 kwietnia 2013

30 kwietnia 2013

1 maja 2013

2 maja 2013

3 maja 2013

5 maja 2013

6 maja 2013

9 maja 2013

10 maja 2013

11 maja 2013

20 czerwca 2013

Postscriptum

Źródła cytatów

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK

Korekta: HENRYKA SALAWA, EWA KOCHANOWICZ, ANETA TKACZYK, MAŁGORZATA WÓJCIK

Projekt okładki i stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI

Zdjęcie na okładce: MIKOŁAJ DŁUGOSZ / Dla Playboy Edycja Polska

Skład i łamanie: Scriptorium „TEXTURA”

Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT

© Copyright by Jerzy Pilch

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2014

ISBN 978-83-08-05289-1

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

21 czerwca 2012

Duchota jak kamienna ściana. Będzie większa, ale na razie nie wiadomo. Na razie zła forma. Równie zła, co nieuchwytna, bezimienna. Niby człowiek wie, co mu jest, a nawet najprostszych objawów – nie wspominając o tym, co naprawdę obezwładnia – nazwać nie umie. Zawroty? Zawroty. Lęki? Lęki. Czczość? Czczość. Czeluść? Czeluść. Skok? Ależ skąd! Pokonuję ciało mdłe, duchowi niby-ochoczemu na wszelki wypadek też nie odpuszczam. Mózg piłuję! Litery stawiam! Rodzice byliby dumni! (Chyba z siebie – cha! cha! cha!). W każdym razie ruszam się! Wyłażę i łażę. Białe niebo nad Warszawą. Bank, gazety, obiad, Traffic, Green. Czasem nawet pogoń za kimś nieuchwytnym. Dziś nie.

Dziś w duchocie niepoczytalnej i unicestwiającej, ale (może paradoksalny efekt skrajnego wycieńczenia?) w minimalnie lepszym stanie wracam do domu. Koło siedemnastej zasypiam w fotelu. Budzi mnie widmo czyjejś obecności w kuchni i z całą pewnością nie widmowy, ale długi i wyraźny metaliczno-szklany brzęk. Nie boję się nie tylko dlatego, że – jak babka Czyżowa mawiała – „takich znaków człowiek, choćby chciał, nie poradzi się bać”.

Nie boję się, bo przecież wiem: Henio Bereza był się pożegnać. Mam pewność, że umarł równo trzy godziny po uderzeniu ostatniego pioruna. W nocy nad dachami burza szła za burzą. Koło dziesiątej dzwonił obcy numer – nie odebrałem. Potem koło dwunastej Andrzej Luter z wiadomą wiadomością.

Tyle słyszałem opowieści o znakach, głównie odgłosach, stukaniach, szmerach, teraz pierwszy raz niezbicie usłyszałem: Henio, niech będzie – duch Henia, brząknął w kuchni. Swoją drogą, dlaczego oni nie artykułują, lecz jedynie – i to w najlepszym razie – brząkną, chrząkną, stukną?

Dlaczego nie gadają jak za życia, a nawet – wzmocnieni pierwszymi haustami wieczności – płynniej? Stąd już pa, pa, a tam dopiero pierwsze kroki? W efekcie język w gębie zapomniany? Mówią niewyraźnie, bo jeszcze nie wiedzą, że ich nie ma? Wierzę, słyszałem. I nie były to żadne neuroloobjawy – te umiem rozpoznać. Kanikuła też mi we łbie nie pomieszała. Dźwięk, który słyszałem, był mową zmarłego.

17 lipca 2012

Wytężyć rozum celem wychwycenia jego utraty. Wytężyć rozum celem prześledzenia i opisania zaburzenia wiodącego do utraty rozumu. Być kronikarzem własnego zaniku. Ustalić kalendarium zaniku. Kluczowe daty: daty wzmożenia zaniku, ataku zaniku, szturmu zaniku i daty osłabienia zaniku, powstrzymania zaniku, kapitulacji zaniku.

Na przykład wiosną tego roku, najczarniejszą wiosną mojego – wystarczająco przecież niejasnego – życia; fatalną wiosną 2012 („okuty w powiciu, / ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu”) postawiłem poważną tamę zanikowi, nie tylko zanikowi rozumu, ale i zanikowi węchu, wzroku i innych zmysłów – przestałem mianowicie palić.

Nieoczekiwanie łatwo mi to przyszło; w czarnej, i to nie w jednej czarnej, ale w siedmiu, a bardziej jeszcze w siedemdziesięciu siedmiu czarnych studniach tonąłem; w siedemdziesięciu siedmiu studniach byłem na przełomie marca i kwietnia przez łamiących wszelkie konwencje oprawców podtapiany; nie spałem, nie jadłem, nie piłem, nie myślałem, nie rozpamiętywałem, nie wspominałem; sceny z całego życia nie sunęły pod powiekami, nie wstawałem z wyra, ale i nie paliłem!

Nagle uświadomiłem sobie, że nie palę, bezwiedność nie oznaczała łatwizny; tym było trudniej, że miałem za sobą rok abstynencji. Od roku, a nawet od przeszło roku ani kropli, ale nie przez to było trudniej, że ciągnęło mnie, by w tak dramatycznej sytuacji zalać pałę; czyniłem to w końcu w sytuacjach tysiąckroć łatwiejszych, więc w takich ekstremach flaszka w garści, zdawać by się mogło, absolutnie nieodzowna; otóż nie, w najmniejszej mierze żadne znieczulenie mnie nie pociągało, choć myśl, że wszystko – łącznie z rychłym pójściem do szpitala – przerobić trzeba będzie w pełnej krasie, do granic wyostrzonych władz poznawczych, miła nie była, co to, to nie.

Były też plusy. Ba! Generalnie da się powiedzieć, iż cały upadek był jednym wielkim plusem, jak zwykle bywa wtedy, gdy gorzej i niżej być nie może – odbijałem się od dna. Odbiłem się od dna, no i rzuciłem palenie.

Oczywiście w całej tej apokalipsie, w całej tej serii katastrof, w całym tym korowodzie nieszczęść rzucenie palenia może wyglądać miałko i faktycznie przyszło mi zdumiewająco łatwo, ale tu nie ma co kokietować, rzucenie palenia to w każdej sytuacji nie w kij dmuchał, a moje sytuacje w tej mierze nie były byle jakie: miałem za sobą przeszło trzydzieści lat żarłocznego sztachania się mocnym tytoniem, w płucach – tak sobie wyobrażałem – sine pokłady skamieniałego dymu, w mózgu organiczną maszynerię wywołującą monstrualny głód nikotynowy; było z czym walczyć.

Przestałem palić nie wiadomo kiedy (ogólnie wtedy, ale szczegółowo co do dnia, o godzinie nie wspominając, absolutnie nie do ustalenia), nie wiadomo jak i nie wiadomo gdzie (teoretycznie w domu, ale pewności nie ma). Jedno w tych niepewnościach pewne – przestałem palić przed szpitalem, żadnych bowiem ukradkowych akcji w wiadomym celu na Sobieskiego nie było.

Przestałem palić, bo za dużo plag miałem na głowie, palenie w ich czarnej ławicy ugrzęzło i zgasło; gdyby nie natłok zarówno demonów z krwi i kości, jak i strachów na wróble, gdybym tylko na rzucaniu palenia był skupiony, gdyby papierosy były jedynym widmem do odegnania – pewnikiem by się nie udało. A tak w tłoku, w nieprzytomności, w bólu – jak najbardziej.

Gdy tłok zrzedł, ból zelżał, przytomność wróciła, postanowiłem historię rozstania z nikotyną spisać, postanowiłem na przykład podkreślić paradoks, iż nie tyle ja rzuciłem palenie, ile palenie rzuciło mnie; było – przypomniałem sobie – prawie tak jak z odstawieniem gorzały: gdy ją odstawiałem – już jej nie było.

Ledwo jednak postanowienie uwiecznienia moich tryumfów, a może perypetii podjąłem – w tejże sekundzie, a może nawet w intuicyjnym błysku ciut wcześniej – uświadomiłem sobie, jak jestem bezradny. Jeszcze przed chwilą zachwycające paradoksy teraz szeleściły jak papier; nie miałem ani pierwszego, ani żadnego następnego zdania – jak na mnie brak konieczny i wystarczający, by dać sobie spokój; były inne, bolesne, bo merytoryczne niedobory, nie pamiętałem chronologii palonych marek: szafirowe Caro, czerwony Sobieski, żółty Camel, niebieski Gaulois, ale co wcześniej? Co wcześniej? Wcześniej przecież niejedno! Należę do pokolenia, które pamięta jak nie smak, to opakowanie Waweli! Legendarnych Waweli! Mitycznych Waweli! Pra-Waweli! Arche-Waweli!

Na szczęście nie paliłem od dziecka! Na szczęście po krótkim okresie fascynacji straciłem zapał do tego rodzaju – pożal się Boże – proustowsko-peerelowskich „magdalenek”!

18 lipca 2012

Na szczęście nie straciłem zapału do literatury, na szczęście nie zapomniałem (zanik, widać, idzie inną drogą) zasad rzemiosła. Jedna z najryzykowniejszych i zarazem najtrudniej obalalnych brzmi: żeby napisać dobry wiersz, trzeba przeczytać dobry wiersz. Reguła – ma się rozumieć – dotyczy wszystkich gatunków literackich. Żeby napisać dobrą powieść, opowiadanie czy inny sonet, trzeba takie rzeczy czytać, czytać i jeszcze raz czytać.

Napisałem odruchowo, iż jest to jedna z najryzykowniejszych zasad – wycofuję się z tego szczytowania. Ryzyko w tym – jak i w licznych innych przypadkach – dotyczy wyłącznie grafomanów. „W czasie pisania niczego nie czytam, pragnę zachować całkowitą niezależność, absolutną wierność sobie, niczego nie czytam, albowiem za wszelką cenę pragnę uniknąć czyjegokolwiek wpływu” – wyznaje jeden z drugim nieborak i nie zauważa, jak samobójcze jest to wyznanie. Przecież „czyjś wpływ” – oby jak najwyrazistszy – przeważnie jest jedyną szansą nieszczęśnika, na ogół tylko to co zapożyczone, albo wręcz tylko to co odpisane, miewa w jego tekście jakąś wartość.

 

Poza wszystkim, cóż to za (to prawda: nienowe) gusło, żeby jak się pisze – nie czytać? Malarz, gdy maluje, obrazów nie ogląda? Nie widzi? Pejzażysta z zamkniętymi oczami po świecie łazi? Rzeźbiarz rzeźb unika, a jak jaki pomnik w dali spostrzeże – śmiertelnie przerażony, iż artyzm jego wtórnością skażony zostanie – w przeciwną stronę spiernicza, aż się kurzy? Kompozytor, gdy komponuje, muzyki nie słucha? Nie słyszy?

Wsłuchiwać się tylko w swój głos wewnętrzny? Wpatrywać w takiż obraz? Po pierwsze – niewykonalne, po drugie – ryzykowne. Co zrobić, jak ani nic nie słychać, ani nic nie widać? Co zrobić, jak wnutriennego głosu, obrazu (czego tam jeszcze) definitywnie brak? Jak to, co robić? Wiadomo co! Ulec wpływowi. Mało powiedziane: szukać wpływu. Czytać. Dużo czytać.

Nie ma takiej okoliczności, w której czytanie by szkodziło, a już przy pisaniu? Otóż przy pisaniu czytać należy jak najwięcej – utalentowanemu nie zaszkodzi, grafomana nie wyleczy. Literatura, która czerpie z literatury – może w tym być pozór jałowizny. Tylko „może” i tylko „pozór”, albowiem – z całą pewnością – literatura obchodząca się bez literatury skazana jest na klęskę.

19 lipca 2012

Żeby napisać dobry wiersz o paleniu, trzeba przeczytać dobry wiersz o paleniu – powiedzieć łatwo, skąd ja wiersz, nie wiersz, cokolwiek, jakikolwiek utwór, wyimek, cytat o paleniu wezmę? Jakikolwiek, ale jednak minimalnie inspirujący? Dawniej głowa rozmaitymi przytoczeniami nabita – choć czy na ten akurat temat, pewien nie jestem – dziś nie tylko „w tym temacie” pusta. Przecież nie pojadę wielkim, ale do cna zgranym fragmentem Czarodziejskiej góry? Ileż razy można! Sam już nie mogę! Nieraz mi się zdaje: niech no jeszcze raz usłyszę tego nudziarza Castorpa; niech no jeszcze raz usłyszę, jak z charakterystyczną dla siebie, graniczącą z matołectwem naiwnością mędrkuje o walorach cygar Maria Mancini, niech no jeszcze jedną, drugą, trzecią perorę ten za młodu spierniczały gaduła wygłosi – ostatnie jego słowo to będzie!

Koniec! Koniec z Der Zauberberg, koniec z Davos, koniec z Castorpem, koniec z cygarami! Poza wszystkim: palenie to palenie, ale palenie cygar i palenie papierosów to są dwa światy, a nawet dwa kosmosy.

Kto przeto o papierosach, o rzucaniu palenia pisał? W ogóle kto kiedy na ten temat pisał? Przy czym należy podkreślić, iż stanowczo nie idzie o jakiegoś nieszczęśnika! O poważnego pisarza idzie. Był taki? Był. Pisał? Pisał. Kto? Wiadomo kto: Italo Svevo. Ten Svevo? Ten. Ten z Triestu? Ten. Ten, któremu lekcji angielskiego udzielał James Joyce? Ten (Joyce też ten). Ten Svevo, o którego obecność upominał się „svevo” czasu Tomasz Burek? Ten. Ten Svevo, który napisał książkę pod tytułem Starość, której bohater ma 35 lat? Ten sam, ale co to ma do...? Nic. Dziękuję bardzo.

20 lipca 2012

„«Dziś, dnia drugiego lutego 1886 roku, przerzucam się ze studiów prawniczych na chemiczne. Ostatni papieros!»

Był to bardzo ważny ostatni papieros. Pamiętam, ile towarzyszyło mu nadziei. Byłem wówczas na bakier z prawem kanonicznym, które wydawało mi się dalekie od życia, i rwałem się do nauki, która jest życiem samym, chociaż zamkniętym w retorcie. Ten ostatni papieros oznaczał właśnie pragnienie aktywności (także i rąk) oraz pogodnej, trzeźwej i poważnej pracy myśli.

By uciec przed łańcuchem związków węgla, w który nie wierzyłem, przerzuciłem się na powrót na prawo. Niestety, był to błąd, i on także został zaznaczony ostatnim papierosem, którego datę znajduję zapisaną na książce. Ten również był ważny: znowu wracałem do zawiłych formułek prawniczych, pełen jak najlepszych zamiarów, przerywając wreszcie łańcuchy związków węgla. Okazało się, że nie mam zdolności do chemii także z powodu braku jakiejkolwiek sprawności w rękach. Jakże mogłem ją mieć, skoro paliłem niczym Turek?

Teraz, gdy tak siebie analizuję, nasuwa mi się pewna wątpliwość: może dlatego rozsmakowałem się w papierosach, by móc zrzucać na nie winę za moją życiową nieudolność? Kto wie, czy gdybym przestał palić, stałbym się – jak tego oczekiwałem – ideałem silnego człowieka? Może ta właśnie niepewność przykuła mnie do mego nałogu, bo bardzo wygodnie jest żyć, uważając się za ukrytego geniusza. Wysuwam tę hipotezę, by usprawiedliwić moją młodzieńczą słabość, lecz robię to bez pełnego przekonania. Teraz jestem stary i nikt już niczego ode mnie nie wymaga, a jednak wciąż jeszcze przechodzę od papierosa do postanowienia i od postanowienia do papierosa. Czyżbym, jak ten stary higienista opisany przez Goldoniego, chciał umrzeć zdrowy, po przechorowaniu całego życia?

Niegdyś, gdy jako student zmieniałem mieszkanie, musiałem kazać wytapetować na swój koszt ściany pokoju, bo zapisałem je całe datami. Prawdopodobnie wyprowadziłem się z tego pokoju właśnie dlatego, że stał się cmentarzyskiem moich dobrych postanowień i nie wierzyłem już, bym na tym samym miejscu mógł powziąć inne.

Myślę, że papieros ma smak bardziej intensywny, kiedy jest ostatni. Inne także mają swój specjalny smak, ale mniej intensywny. Aromat ostatniego podsyca uczucie zwycięstwa nad sobą i nadzieję na zdrowie i siłę w najbliższej przyszłości. Znaczenie innych polega na tym, że zapalając je, manifestuje się swoją wolność, a odzyskanie sił i zdrowia nadal pozostaje aktualne, tylko przesuwa się je na później.

Daty na ścianach mojego pokoju były wypisane najrozmaitszymi kolorami, a także wymalowane olejną farbą. Postanowienie, odnowione w naiwnej wierze, znajdowało odpowiedni wyraz w sile koloru, przy którym miała zblednąć barwa poprzedniego postanowienia. Wyróżniałem te daty, które miały harmonijny układ cyfr. Pamiętam pewną datę z ubiegłego wieku, która jak mi się zdawało, powinna była opieczętować na zawsze trumnę, gdzie spocząć miał mój nałóg: «Dziewiąty dzień dziewiątego miesiąca 1899 roku». Znamienne, prawda? Nowy wiek przyniósł mi inne daty, brzmiące jak muzyka: pierwszy dzień pierwszego miesiąca 1901 roku. Dziś jeszcze wydaje mi się, że gdyby ta data mogła się powtórzyć, potrafiłbym zacząć nowe życie. Lecz w kalendarzu nie brak dat i przy odrobinie wyobraźni każda z nich nadawałaby się na powzięcie dobrego postanowienia. Przypominam sobie następującą, która dla mnie miała coś z kategorycznego imperatywu: «Trzeci dzień szóstego miesiąca 1912 roku, godzina dwudziesta czwarta». Brzmi to, jak gdyby każda cyfra podwajała stawkę. Rok 1913 dostarczył mi momentu wahania: brakowało trzynastego miesiąca, który można by dopasować do dwóch ostatnich cyfr roku. Lecz nie należy sądzić, że potrzeba aż tylu zbieżności w jednej dacie, by podkreślić wagę ostatniego papierosa. Wiele dat, które znajduję zapisane na książkach lub ulubionych obrazach, wyróżnia się, przeciwnie, chaotycznością cyfr. Na przykład: «Trzeci dzień drugiego miesiąca 1905 roku, godzina szósta». Data ta ma jednak swój rytm, gdy się nad nią zastanowić, każda bowiem poszczególna cyfra wydaje się zaprzeczeniem poprzedniej. Wiele wydarzeń, a niemal wszystkie od śmierci Piusa IX do urodzenia mego syna wydały mi się godnymi uczczenia tym niezmiennym, żelaznym postanowieniem. Toteż wszyscy w rodzinie podziwiają moją pamięć do rocznic radosnych i smutnych i uważają mnie za bardzo serdecznego człowieka.

Dla ratowania pozorów próbowałem podejść filozoficznie do choroby ostatniego papierosa. Mówi się, przybierając piękną postawę: Już nigdy! Ale co się dzieje z ową postawą w wypadku, gdy dotrzymuje się przyrzeczenia? Można ją odzyskać tylko wówczas, gdy trzeba je ponowić. A poza tym dla mnie czas nie jest czymś niepojętym, co nie zatrzymuje się nigdy. Do mnie, tylko do mnie, powraca”.

Italo Svevo, Zeno Cosini.

21 lipca 2012

Dochodzimy do kresu farmakologii. Z doktorem K. rozmowa o operacji. Nie pierwsza, nie ostatnia. Ale z dotychczasowych najintensywniejsza. Dajcie pokój. Jak mówi poeta: „Idź, dokąd poszli tamci, do ciemnego kresu farmakologii”. Rozmowa intensywna, ja rozrzedzony, chorobliwie rzadki, wręcz... Nie wódź mnie na pokuszenie, ohydo językowa! Owszem, w sytuacjach ekstremalnych nie bójmy się czułości, nawet tej wyrażanej w dowodzących jeśli nie obłędu, to z pewnością utraty instynktu samozachowawczego zdrobnieniach nie do odnotowania. Słyszycie? Czułość wyrażana w zdrobnieniach nie do odnotowania. Wyrażać można, odnotowywać nie. Proste?

Jeszcze rok temu nadstawiłbym czaszkę pod wszystkie wiertła, ostrza i laubzegi świata. Nie tyle z nadzieją, ile z desperacją. Wierćcie, tnijcie, piłujcie! I wy, techniki nieinwazyjne, czyńcie swą powinność! Mąć się, mózgu zamącony, mąć się i klaruj, a jak nie możesz się wyklarować, mąć się do imentu! Mąć się, wisisz mi, i tak mam omamy!

Jeszcze rok temu tego typu był ze mnie rewolwerowiec. Szybkostrzelny. Zawzięty. Bezwzględny dla innych. Bezlitosny dla siebie. Pozer akcentu. Kabotyn artykulacji. Nieumiarkowany – ze skłonnością do pogańskich kultów i perwersyjnych praktyk – czciciel polszczyzny. Dziś nic z tych rzeczy. Dziś sama litość – destylat politowania dla samego siebie. Dziś polszczyzna wyłącznie ewangeliczna, a i to w połowie, wyłącznie „nie, nie”. O żadnym „tak” ani słowa. Cienia afirmacji – każda afirmacja jest rozpustą. Wszczynajcie orgie, jakobyście ich nie wszczynali. Nurzajcie się w plugastwie, jakobyście się nie nurzali. Ozdabiajcie i upiększajcie pismo, jakobyście go nie ozdabiali i nie upiększali.

Rok przeleciał, opadły maski, spłynęły wody, zniknęły pozy, wymarły kulty, nie tylko perwersji się odechciało. Omamy nabrały ciała, gotowość do desperacji zmalała, szczerze mówiąc: znikła. Bez śladu. Szczury zeżarły sztruksową marynarkę, karnawał kończył się długo i upierdliwie, post zaczął się tak nagle i tak wszechwładnie, jakby nigdy nic innego nie było. I w samej rzeczy: nigdy nic innego nie było.

Dziś wiem: łba nawet za własne zdrowie nie nadstawię. Najprawdopodobniej. Choć kto wie. W każdym razie boję się. Każdy by się bał. Czego najbardziej? Że się nie obudzę? Tego najmniej. Na to się nie ma wpływu, a i tego, żeś niezbudzony, nie wiesz. A jak wiesz, to znaczy, że tamten świat istnieje, niczego więcej nam nie trzeba. Jak wymarłą zapaścią wiekuistość ta miałaby się okazać – gorsza nie będzie.

Najbardziej, rzecz jasna, boję się, że obudzę się już nie taki. Zmienionyż po rozłące? I to jak!

Z niesłychaną finezją rozpierdolą mi czaszkę, z niebywałą zręcznością pogrzebią mi w mózgu, z niezwykłą precyzją dotkną końcem lutownicy fatalnego miejsca, zainstalują elektrody, zaszyją, zakleją – operacja się udała – pacjent jednakowoż w popłochu. Niby wszystko okej: nie trzęsie się, cały niewzruszony; ręka, noga, głowa – nawet nie drgną; niestety, nie wszystko okej... Niestety, placówki nieruchomości rozpościerają się zbyt rozlegle... I gdyby tylko to, gdyby tylko tak, gdybym się obudził impotentem w sensie ścisłym, byłoby pół biedy, to znaczy żadnych tryumfów, ale w końcu to jest dolegliwość do obejścia; starzy partyzanci znają i mają swe sposoby... Ani nie błaznuję, ani się nie kryguję – rozważam lęk głębinowy, strach straszny; są straszniejsze, są głębsze.

Prawdziwą tragedią byłoby obudzić się w niemocy duchowej; starzec, którym jestem, po przebudzeniu ma żwawe ruchy, spokojne ręce, ale nie staje mu ani na pisane, ani na drukowane; niby czyta, ale czytanie, które dawniej było jak alkohol, teraz jest jak woda, i nie drwijcie z tej wody, bo ta woda to jest coś! W porównaniu z pisaniem, którego nie ma wcale, ta woda jest nieskończonością. Tak, tego się boję – utraty polszczyzny, jedynego języka, jakim porozumiewam się ze światem, tak, tego się boję – utraty zachwytu dla literatury polskiej, jedynego zachwytu, który dalej rośnie; tak, tego się boję – utraty uczucia do nosówek, jedynej miłości, która darzyła cię bezwarunkowo krystaliczną wzajemnością, jedynej miłości, której nigdy nie zdradziłeś.

22 lipca 2012

„Wiecie, czego się boję? Że wyląduję jako stary człowiek w szpitalu i że pielęgniarki, których nigdy w życiu nie poznałem, będą zwracać się do mnie per Anthony albo, co gorsza, Tony. Pozwól, że wbiję ci to w ramię, Tony. Zjedz jeszcze trochę tego kleiku, Tony. Oddałeś stolec, Tony? Oczywiście nim do tego dojdzie, zbytnia poufałość personelu pielęgniarskiego nie będzie największym z moich zmartwień, ale mimo wszystko”.

Julian Barnes, Poczucie kresu.

23 lipca 2012

Nakładem wydawnictwa Muza ukazały się Utwory zebrane Izaaka Babla, „najpełniejsze dotychczas – jak głosi tekst na okładce – polskie wydanie dzieł pisarza. Czytelnik znajdzie tu między innymi Dziennik 1920, Armię konną i słynne opowiadania odeskie, ale także prawdziwą perełkę: nigdy wcześniej niepublikowany w Polsce dramat Maria z 1935 roku”.

I po co kłamać? Kłamać brzydko, kłamać w ogóle brzydko, a w tym przypadku także całkowicie niecelowo. Po co kłamać? Przykazania: nie kłam – owszem, nie ma, ale po co natychmiast rzucać się w kierunku – nie wiadomo, przypadkiem zostawionego przestworu czy umyślnie uczynionego prześwitu? Po co zaraz łgać w żywe oczy? Z powodów, jak to w tych czasach, rynkowych? Celem pozyskania, drogą kłamstwa, jakichś nowych czytelników? Jeśli tak, na wątpliwą i krzywą akcję rzecz wygląda. Proporcja pomiędzy tymi, co kłamstwo dostrzegą, a tymi, co na kłamstwo się nabiorą, może być mordercza. Niektórzy znający Babla na pamięć, tworzący swoisty bablowski zakon starzy czytelnicy Babla nadal żyją i nadal jest to – mimo iż stoi ona nad grobem – zbiorowość o wszelkich formach obecności autora Zmierzchu rozstrzygająca. Im, tym bablowskim kombatantom, tej bablowskiej straży przybocznej, tym ochroniarzom dzieła i pamięci Izaaka Emmanuiłowicza, próbować wciskać kit, że Marii dotychczas nie było po polsku? Kto tu i na co liczy? Ktoś tu może liczy, że wyznawcy Babla, nasyceni posiadaniem Utworów wybranych, Utworów odnalezionych oraz Dziennika, a więc posiadacze (niemal?) wszystkich przetłumaczonych na polski tekstów Babla, do późniejszych wydań nie zajrzą, nie wezmą ich do ręki?

Ależ oczywiście, że nie tylko zajrzą, nie tylko wezmą, ale i kupią, i kupiwszy, przestudiują, i przestudiowawszy, łacno stwierdzą, iż wydane właśnie przez Muzę Utwory zebrane z całą pewnością zawierają dwie napisane przez Babla sztuki teatralne i prawie wszystkie opowiadania; prawie, ponieważ brakuje na przykład Odpowiedzi na ankietę – pierwszej wersji Mojego pierwszego honorarium, jednego z najgenialniejszych tekstów pisarza, to jest szkoda, czytelnik – zwłaszcza młody i oszalały na punkcie literatury czytelnik – traci możność tak zwanego wglądu w warsztat, obie warte wnikliwego namysłu odmiany tekstu są też swoistymi traktatami (a bardziej jeszcze poematami) o pisaniu. Babel jako nauczyciel kunsztu – sposobność jedyna w swoim rodzaju, pisarzy tak wielkich i tak świadomych rzemiosła w zasadzie nie było, może jeden Flaubert.

Próżno też w Utworach zebranych szukać nowel, takich jak Pieśń, Pan Apolek czy Moja pierwsza gęś. Nie żebym się czepiał, ale ani wnikliwie, ani w ogóle tomu nie przestudiowawszy, pobieżnie jedynie rzuciwszy okiem na spis treści, widzę również nie dotkliwy, ale ewidentny brak dwu scenariuszy filmowych, dwu przemówień i garści tekstów publicystycznych; w sumie drobiazgi, strzelać się nie będziemy, ktoś, jakiś doktryner może się wprawdzie upierać, iż w przypadku geniusza każda stroniczka istotna, a w przypadku geniusza tak w środkach wyrazu lakonicznego – każda linijka, ale nie turbujmy się, uciszmy doktrynera, niech nie psuje nastroju.

Poza wszystkim być może wyrażenie „utwory zebrane”, dawniej znaczące „dzieła wszystkie”, obecnie znaczy: „utwory zgromadzone” (np. przez wydawcę) – w efekcie raczej komizm niż przykrość.

Owszem, w sensie ścisłym przykre, a nawet swoiście ordynarne jest już piętnująco wspomniane kitowanie, iż „prawdziwa perełka”, dramat Maria, ukazuje się po polsku po raz pierwszy; otóż po raz pierwszy „perełka” ta ukazała się w 1971 roku, w tomie Utwory odnalezione – książka, tak jest: trudna do zdobycia, przecież jednak istnieje; argument, że zdecydowana większość pamiętająca tamtą edycję wymarła, jest przekonujący, w całości go jednak przyjąć niepodobna. Słowem, i w tym przypadku cóż począć? „Trochę nas jakby szlag trafił, ale się podnieśliśmy”. Parafrazy poprawiają humor, a parafrazy Babla, parafrazy polszczyzny, którą Jerzy Pomianowski dla Babla stworzył, którą kongenialnym odpowiednikiem oryginału uczynił i którą zapewnił pisarzowi w naszym narzeczu miejsce wiekuiste, otóż parafrazy takich fraz są jak „pląsające, niczym czarne dziewice, pochodnie” – czynią życie znośniejszym.

24 lipca 2012

Szukam analogii dla wiekopomnych tłumaczeń Izaaka Babla dokonanych przez Jerzego Pomianowskiego, to znaczy szukam przykładu takiego tłumaczenia na polski, które czyni tłumaczone arcydzieło jeszcze arcydzielniejszym, być może w polszczyźnie brzmiącym najpełniej, pełniej od innych tłumaczeń, doskonalej od oryginału. Rzecz jest absolutnie niesprawdzalna, należy zachować wielką powściągliwość, niemniej zupełnej nadzwyczajności dwu spolszczeń jestem dosyć pewien: Márquez w przekładach Carlosa Marrodána Casasa i Horacy tłumaczony przez Ważyka to są prawie na pewno przypadki, kiedy tłumacz nie tylko pisarza tłumaczy, ale go w nowym języku stwarza.