60 felietonów najjadowitszychTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Rozpacz

z powodu utraty furmanki

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Teoria zwycięstwa

Dzieje naszego relatywizmu powszedniego rozpoczynają się 31 sierpnia 1980 roku, kiedy to Mieczysław Jagielski, podpisujący porozumienia gdańskie ze strony rządowej, oświadczył, że pragnie w całej ostrości podtrzymać myśl, że na tej sali nie ma przegranych ani wygranych. Czyli już wtedy pierwsze i fundamentalne zwycięstwo było w gruncie rzeczy remisem. Rychło jednak okazało się, że remis ten był w zasadzie porażką; często gęsto zaczęły rozlegać się głosy eksponujące najpierw niedoskonałość porozumień gdańskich, potem zaś ich zupełne fiasko. Czyli zwycięstwo było remisem, który okazał się porażką. Analogiczna chybotliwość ocen miała miejsce i po stronie partyjno-rządowej: w zgodzie ze swymi tradycjami postanowiła ona przekuć klęskę w zwycięstwo i niebawem okazało się, że sierpniowa porażka była zwycięstwem sił reformatorskich, zwycięstwem wspólnym (a więc remisem), zaprzepaszczanym przez prowadzący do klęski brak opamiętania ze strony ekstremistów.

Stan wojenny, który był zwycięstwem komunistów, był w istocie ich klęską. Rozgromienie Solidarności było w istocie jej tryumfem. Wszyscy przegrani stanu wojennego byli w istocie jego zwycięzcami. Wszystkie przegrane demonstracje stanu wojennego były w swej istocie demonstracjami zwycięskimi. Jedną z takich przegranych, czyli zwycięskich, demonstracji opisuje Janusz Anderman (opowiadanie Jeszcze Polska z tomu Kraj świata). W tłumie pokonanych tryumfatorów stoi zagraniczna dziennikarka, która musi rozgryźć ten kraj, myśli przelatują jej przez głowę i nie może się na razie zdecydować na żadną z nich. Klęska, która nie jest klęską; zwycięstwo, które nie jest klęską; klęska, która jest zwycięstwem; klęska, która będzie zwycięstwem; zwycięstwo, które będzie zwycięstwem. Należy przypuszczać, że zagraniczna dziennikarka – jeśli myśli wciąż przelatują jej przez głowę – nadal nie może zdecydować się na żadną z nich. Może zresztą nie zawiódł jej instynkt samozachowawczy i wybrała się tymczasem w bardziej jednoznaczne strony świata.

Stan wojenny został formalnie odwołany, ale w istocie trwał przez całe lata osiemdziesiąte. Nie było go i był jednocześnie. Po schwytaniu ostatnich przywódców podziemia, co było zwycięstwem władzy, natychmiast ogłoszono amnestię, która była świadectwem jej klęski. Wybuchły strajki, które w porównaniu ze zwycięskimi strajkami roku 1980 sprawiały klęskowe wrażenie. Wyglądało to wszystko jak potwierdzenie tezy klasyka o farsowych powtórkach historii i istotnie strajki kończyły się przeważnie kapitulacjami strajkujących, ale kapitulacje te były elementami wielkiego zwycięstwa.

Rozpoczęły się obrady „okrągłego stołu”, który był zwycięstwem Solidarności i klęską komunistów, choć był też zarazem zwycięstwem światłych reformatorów partyjnych i zwycięstwem Solidarności. Czyli był remisem, zwycięskim remisem, ale był też klęską Solidarności, która negocjując i bratając się z komunistami, poniosła porażkę. Zwycięscy uczestnicy obrad „okrągłego stołu”, którzy wymogli na komunistach zwycięskie dla siebie i klęskowe dla nich ustępstwa, ponieśli zarazem – siadając do stołu razem z komunistami (którzy w istocie byli górą) – dotkliwą porażkę. Niebawem miało się okazać, że zaszczytna rola negocjatora jest zarazem wstydliwą kartą w życiorysie, że udział w obradach „okrągłego stołu” należy raczej zatajać, a szczycić się odmową udziału w tych obradach, co wtedy było klęską, a teraz jest sukcesem.

Efektem zwycięskiej klęski „okrągłego stołu” były zwycięskie wybory, które okazały się w najlepszym razie kiepskim remisem. Zwycięski w wyniku tych zwycięskich wyborów sejm był, przy masie zastrzeżeń, sejmem remisowym, przy czym jego remisowość budziła furie i resentymenty, jakie zwykły budzić najdotkliwsze klęski. Zwycięski premier okazał się premierem przegranym, ale o jego klęskowym rządzie mówi się teraz jako o rządzie wygranym, który wprawdzie poniósł klęskę, lecz może jeszcze wygra.

W wyborach prezydenckich zwyciężył Prezydent (który lubi wygrywać), ale prawdziwym zwycięzcą okazał się Stanisław T., którego zwycięstwo było klęską wszystkich Polaków. Premier w wyborach prezydenckich poniósł porażkę, ale ponieważ startował jako premier – czyli jako zwycięzca – nie mógł odnieść zwycięstwa.

Polacy już od dawna przestali pozdrawiać się znakiem zwycięstwa, od dawna są już przecież zwycięzcami, a znaku zwycięstwa używali tylko jako pokonani, którymi nie byli nigdy. Zresztą, jak mawiał ten, który przegrał wszystko, a który po latach być może wyjdzie nawet na remis: w polskim alfabecie nie ma takiej litery. Mylił się on i dlatego przegrał, co nie znaczy, że gdyby się nie mylił, to by wygrał.

Nadeszły ostatecznie wolne wybory, czyli wreszcie nadeszło ostateczne zwycięstwo. Zwycięstwo to, jak wiadomo, nikomu nie przyniosło zwycięstwa. Oczywiście temu, że partia, która wygrała te wybory, przegrywa teraz wszystko, nie dziwią się nawet dzieci. W końcu było to zwycięstwo, które nie było zwycięstwem. Partia, która nie do końca wygrała – przegrywa. To równie oczywiste jak fakt, że ci, którzy zdecydowanie przegrali – wygrywają.

Idzie w tym wszystkim przecież nie o zwycięstwo partykularne, idzie o zasadnicze zwycięstwo Polski. Polska wygrywa. Polacy przegrywają. Znów wychodzi na remis. Remis, który nie jest zwycięstwem. Nie ma zwycięzców i nie ma pokonanych. Remis nie jest klęską. Klęska nie jest zwycięstwem. Zwycięstwo jest zwycięstwem. Klęska jest klęską. Tak. Tak. Nie. Nie.

1991

Tak jest ze wszystkim

Za pierwszym razem zawsze wykazywali niezwykłą mądrość, przezorność i dalekosiężny rozum polityczny. Ich tryumf był wtedy doprawdy poruszający, gardła tężały ze wzruszenia, padali sobie – jak przysłowiowi bracia – w ramiona, a gdy śpiewali swe pieśni, dygotały wszystkie możliwe mury, zwłaszcza zaś dygotały mury ościennych imperiów. Przywódcy tych imperiów, słysząc śpiew, czuli się nieswojo, a prawdę mówiąc, przenikał ich wręcz dreszcz strachu. Kto wie – szeptali do siebie – czy nie pora, by zakończyć ciemiężenie i wyzysk. Przywoływali tłumaczy i polecali tłumaczyć słowa pieśni, która dalej wprawiała w dygot sejsmografy. Tłumacze, którzy znali masę języków, ale w żadnym z nich nie mieli nic do powiedzenia, bełkotali coś o pierwszej brygadzie, co przez tak liczne wieki nie rzuci ziemi, skąd jej matka Ukraina. Rozbawieni imperatorzy własnoręcznie łamali im żebra i wysyłali ich natychmiast na jeden z licznych kursów doskonalenia językowego; kursy te były zresztą chlubą imperium, nie tylko nie żądano za nie opłat, ale wręcz ich uczestnikom przysługiwało prawo do korespondencji. Tłumacze w pośpiechu pakowali słowniki i ciepłą bieliznę, a imperatorzy ciemiężyciele kładli się spać niespokojni. Ileż to razy tak bywało: kładziesz się spać imperatorem ciemiężycielem, a budzisz już nie taki.

Nazajutrz jednak wszystko było w porządku. Nie tylko nie śpiewali, ale robili to, co zawsze robią za drugim razem: wykazywali niezwykłą głupotę, brak rozwagi i krótkowzroczność polityczną. Gardła nie tężały ze wzruszenia, natomiast wnętrzności skręcały się ze wstydu. Śmiać się chciało.

Tak u nich jest i było ze wszystkim.

Walczyli z najeźdźcami i przyjmowali najeźdźców z otwartymi ramionami. Szczycili się tolerancją i reformami i zaprzepaszczali reformy, i bywali nietolerancyjni. Pomagali Żydom i gromili Żydów. Potrafili w wielkim stylu pokonać zawodowców i haniebnie przegrywali z amatorami. Ich pisarze byli albo wieszczami, albo grafomanami, ich rękodzielnicy – wirtuozami albo partaczami, ich kobiety – świętymi albo grzesznicami. Cieszyli się zasłużoną sławą narodu pijaków, ale przecież bywały wielkie historyczne chwile, kiedy wybijali się na abstynencję. Światowe agencje publikowały wówczas fotografię młodego robotnika o twarzy rozjaśnionej wewnętrznym światłem, który wódką wyborową zrasza trawnik przed strajkującym przedsiębiorstwem. Ale rzecz jasna, gdy zwyciężyli, gdy przez dwa tygodnie wytrwali, natychmiast postanawiali tradycyjnie uczcić zwycięstwo i przez następnych kilka lat nie wiedzieli, co to trzeźwość.

Najzgubniejszą ich cechą jest skłonność do trwania w przeświadczeniu o własnej wyjątkowości. Istotnie, są wyjątkowi: zawsze wtedy, gdy liczą na wzlot, następuje upadek i na odwrót. Stąd ich fascynacja nieprzewidywalnością jako atrybutem, stąd ich pociąg do nieprzewidywalnych przywódców, w czym jest zresztą pewna logika: w końcu nieprzewidywalny naród powinien mieć nieprzewidywalnego przywódcę. Im bardziej nieprzewidywalny, tym – w gruncie rzeczy – lepszy.

Stylistyczną zabawę w układanie rozmaitych przeciwieństw ciągnąć można bez końca. Jest to zresztą stara rozrywka polskich inżynierów dusz, z lubością układających tabelę słodyczy i goryczy, mądrości i głupoty, wzlotu i upadku. Tymczasem średnia tych przeciwieństw wiedzie w nieubłagany sposób do piekła przeciętności, do wysłużonej metafory kurzego lotu. Lot ten polega na tym, że nie leci się, lecz krzywo i dość szpetnie skacze. To wiemy wszyscy; jest zatem jakiś wspólny rodzaj wiedzy, od której raz jeszcze można zaczynać.

1990

Europejczyk w prasłowiańskich gaciach

W cieniu imperium, z kurami, w gaciach prasłowiańskich, Naucz się lubić swój wstyd, bo zawsze będzie przy tobie, I nie odstąpi ciebie, choćbyś zmienił kraj [...].

 

CZESŁAW MIŁOSZ

W 35. numerze tygodnika „Wprost” wywiad z Ludwikiem Stommą, profesorem antropologii kultury w Ecole Pratique des Hautes Etudes we Francji, autorem świeżo wydanej książki o królach francuskich oraz felietonistą „Polityki”. Wywiad nosi tytuł Europejczyk i ozdobiony jest zdjęciem Stommy stojącego na tle na wskroś europejskich zabytków architektury i sztuki. Na fotografii nie ma nawet milimetra kwadratowego, na którym nie występowałyby na wskroś europejskie zabytki architektury i sztuki. Podpis pod zdjęciem głosi: Ludwik Stomma w Sienie. Głównie wszakże kraszą rozmowę ujęte w ramki i wybite tłustym drukiem autocytaty. Cytaty te mają zachęcić czytelnika do lektury całego wywiadu, zapewne równie jak one (cytaty) bezkompromisowego, zdroworozsądkowego i kontrowersyjnego. Cytat pierwszy: „Ludzie już nawet książek o Katyniu nie kupują! No, bo – ile można?”. Cytat drugi: „Może zabrzmi to szokująco, ale rozczulam się nad losem wyrzuconego na bruk ubeka”.

Oczywiście nie jestem ja aż tak szalony, by polemizować z wywiadem z osobistymi sądami autora, nie jestem nawet tak naiwny, by uświadamiać mu, że sam fakt, iż może (dziś!) błyskotliwie dywagować na temat paranoi dzisiejszej i paranoi komunistycznej, dowodzi, że paranoja paranoi nierówna. Każdy, kogo pytają, ma prawo wygadywać rzeczy najdziwniejsze, skądinąd też wiadomo, że obszary świata, na których prawo to bywa kwestionowane, maleją. Problem jednak w tym, że Stomma wcale nie wygaduje rzeczy dziwnych, osobliwych czy – wbrew własnym nadziejom – szokujących. Przeciwnie, wypowiada zbiór poglądów typowych, często wygłaszanych i spotykanych, nader powszechnie – choć w rozmaitych wariantach – funkcjonujących. Znamy wszyscy te obezwładniające i dowodnie świadczące o roztropności narodu transparenty „Komuno, wróć!”, te z niebywałych skarbnic mądrości zaczerpnięte aforyzmy, że i za Stalina było lepiej, że jedna ideologia zastąpiła drugą ideologię, że Kościół zajął miejsce PZPR, że dawniej czerwoni, a teraz czarni, że nic się po prostu nie zmieniło.

Ludwik Stomma zapewne bezwiednie okazał się idealnym medium dla tego rodzaju – krążących w powietrzu, w świadomości zbiorowej, w podświadomości mniej lub bardziej powszechnej – poglądów. Wchłonął je i, językowo oraz intelektualnie oszlifowane, z powrotem z siebie na łamach „Wprost” wypuścił. Ponieważ jest to człowiek inteligentny i dobrze piszący – jest też o czym mówić. Zwolennicy wyliczonych szablonów powinni być radzi, że znalazły one tak szlachetną tubę jak europejskie usta Ludwika Stommy.

Powtarzam raz jeszcze: nie polemizuję ze Stommą jako takim, z jego osobistymi upodobaniami i poglądami, polemizuję z pewnymi obiegowymi opiniami, które – moim zdaniem szczęśliwym trafem – znalazły trybuna w Stommie. Jeśli nawet w grę wchodzi nie ślepy traf, a świadomy zamiar, jeśli autor świadomie postanowił trącić populistyczną strunę – problemu to nie zmienia. Bez względu na to, jak chętnych i licznych słuchaczy ma pogląd, że oto przeżarliśmy się Katyniem, jest to pogląd fałszywy i w pewnym sensie kiczowaty. Kicz, jak wiadomo, bywa także – a może przede wszystkim – cechą rzeczywistości.

Jedna ideologia zastąpiła drugą ideologię, jedna wersja historii zastąpiła drugą wersję historii. Komuniści dobierali swoje wzorce historyczne – Janka Krasickiego, Hankę Sawicką czy też wyzysk chłopa pańszczyźnianego. „W tej chwili – powiada Stomma – obsesyjnie serwuje się Polakom co innego – generałów Maczka i Andersa, których szanuję i podziwiam, czy też Katyń. Zaręczam jednak, że za rok będzie się to tak samo traktowało jak wcześniej Krasickich, Sawickie i chłopa pańszczyźnianego”.

Zaręczam, że wątpię. Aby ta symetria choć w części zadziałała, musiałaby natychmiast ruszyć machina akademii ku czci, mów okolicznościowych, capstrzyków i wieców, musiałyby powstać w szkołach izby pamięci, zawisnąć portrety patronów, musiałyby w prasie zacząć się pojawiać dęte artykuły, repertuar kin kolejny raz musiałby ulec zmianie, zmienić by się musiał program radia, telewizji, że nie wspomnę o takich detalach, jak nowe podręczniki do nauki historii, nowe spisy lektur czy tematy nowych wypracowań. A czas? Jak w ciągu roku stworzyć analogię dla dziesięcioleci? Nowe jakości, przywrócone wartości i przypomniane realności same z siebie nie nasycą kraju do przesytu, zwłaszcza że „ludzie już nawet książek o Katyniu nie kupują”. By ten przesyt nastąpił, ich dopływ musiałby być sterowany, ich dystrybucja musiałaby się cechować nieokiełznanym, bo totalitarnym, brakiem umiaru. Tymczasem na razie decyduje rynek. Po prostu istnieje także (prócz innych oczywistych okoliczności funkcjonowania zjawiska) handlowa koniunktura na Katyń. Być może kończy się ona, ale wątpić należy, by przedłużyły jej istnienie odpowiednie wytyczne, uchwały, dyrektywy czy centralnie wytyczone ścieżki szybkiego druku. Oczywiście scena, w której do prywatnego wydawcy przychodzą, powiedzmy, trzej zmęczeni życiem ubecy i cierpliwie mu tłumaczą, że jeśli nie wydrukuje dalszych dziesięciu tysięcy książek o Katyniu, to najpierw, proszę pana, domiar, beknie pan zdrowo, a jak nie, to inaczej pogadamy, oczywiście, taka scena jest na wskroś polską sceną. Dbać jednak należy, by jej prawdopodobieństwo pozostało nikłe. Dbać o to powinni ludzie piszący, być może w jakiejś mierze kształtujący opinię publiczną. Dbać o to powinien zatem także Stomma.

Ludziom w obecnej sytuacji należy raczej objaśniać, jak mają postępować z wyrzuconym na bruk ubekiem, a nie rozczulać się nad jego (ubeka) losem. Przykład ten jasno dowodzi, jak zawodne bywa (tak wśród Polaków powszechne) myślenie modelowe. Oto znów nastał nowy reżym, na nic nie bacząc, nieludzko zweryfikował on kadry MSW i szereg niezweryfikowanych funkcjonariuszy nie ma co do garnka włożyć. Współczują im i rozczulają się nad ich losem humaniści, być może nawet na owianych dyskrecją zebraniach towarzyskich zawiązują się pierwsze komitety obrony. Rzeczywista paranoja jest nie mniej paranoiczna, idzie ona jednak w odmiennym kierunku. Wyrzuceni na bruk ubecy mianowicie na ogół radzą sobie. Są to przeważnie ludzie zdecydowani, operatywni i przedsiębiorczy, znajdują swe miejsce na bruku rozmaitych firm, spółek i fundacji.

Należy im pozwolić na tym bruku działać. Nie rozczulać się nad nimi, ale też nie domniemywać, że lada chwila w przypływie profesjonalnej nostalgii poczną pałować udziałowców.

Ocalenie pamięci o Polsce Ludowej jest swoistym zadaniem intelektualnym tych, którzy wtedy świadomie oddychali, nawet jeśli było to oddychanie rozrzedzonym powietrzem. Nazwanie tamtej rozrzedzonej rzeczywistości, rozcieńczonej wolności – ale i połowicznego zniewolenia – jest być może potrzebą pamięci, może imperatywem rozumu, a może tęsknym zewem biologii, by powrócić do pierwszych porywów, choć były one za Gomułki zaznawane. Ale przecież definiowanie PRL, ocalanie pamięci o PRL nie może polegać na sugerowaniu, że teraz mamy do czynienia z prostymi, choć negatywowymi, kontynuacjami tamtego świata.

„Dawniej – powiada Ludwik Stomma – wystawiałem głowę przez okno i patrzyłem na ulicę. Potem czytałem «Trybunę Ludu» i jedno z drugim do siebie nie pasowało. Dziś robię to samo – także nie pasuje”. Zachwyca mnie lektura tego fragmentu, bo przecież myśmy tak samo postępowali. Czytaliśmy „Trybunę Ludu” i przez okno spoglądaliśmy na ulicę. Żeby jednak od razu jedno z drugim porównywać? To nawet naszemu pierwszemu sekretarzowi do głowy nie przychodziło...

1991

Beznamiętny opis lokalu

obwodowej komisji wyborczej

Jeśli tak się składa, że widok rozpościerający się za twoim oknem przedstawia budynek szkoły podstawowej, która co pewien czas przeistacza się w wyposażony w konieczne akcesoria lokal obwodowej komisji wyborczej – to w gruncie rzeczy nie ma co narzekać. Bywają oczywiście bardziej malownicze widoki, są w Krakowie balkony, z których wciąż w pogodne dni widać Tatry, bywają widoki z okna na Wawel, kopiec Kościuszki, Lasek Wolski, na chybotliwe dachy, wieże i kopuły, bywają widoki bardziej doniosłe – wybrani szczęśliwcy zza uchylonej firanki mogą codziennie oglądać bramy koszar, mury więzienia Montelupich czy masywne ściany urzędu skarbowego, bywają wysoce wydajne metaforycznie widoki na komisariaty, knajpy i place targowe. Ale bywają też widoki nic nieznaczące, składające się z przypadkowych kompozycji betonowych fragmentów, martwej wody, trawy i „domów o podkrążonych oknach”, widoki, które nie mogą być nawet „źródłem kiepskiej melancholii”.

Jeśli zatem przypatrujesz się rzeczywistości okiem człowieka nieustannie rozważającego jej literacką przydatność, musisz przyznać, że wylosowanie spośród setek możliwości widoku z okna na szkołę podstawową, która w dodatku co pewien czas przeistacza się w lokal obwodowej komisji wyborczej – jest jakąś szansą. Jak mówi klasyczna maksyma wielkich realistów: opisz swoją wioskę – opiszesz świat. Świadom swych ograniczeń poprzestań na mniejszym: opisz widok z twojego okna – opiszesz lokal obwodowej komisji wyborczej.

Wbrew pozorom nie jest to łatwe. Już z górą ćwierć wieku temu, gdy byłeś uczniem tej szkoły, napisanie wypracowania zatytułowanego: Opiszę widok z mojego okna, sprawiało ci kłopot z powodu nadmiernej zbieżności perspektyw. Opisywałeś widok ze swojego okna, widząc przez nie okno klasy, za którym nazajutrz pan od polskiego będzie oceniał rzetelność twojego spojrzenia. Ale zapewne nie należy przesadnie demonizować tego rodzaju perypetii. Podobnie opisywanie rytualnych przeistoczeń szkoły w siedzibę komisji wyborczej wydaje się zajęciem miałkim, jałowym, dziwnie infantylnym (istotnie przypomina pisanie wypracowania na źle obmyślony temat).

Zbliżanie się niedzieli wyborczej, wieszanie nad bramą szkoły transparentu, dekorowanie ścian sztandarami, wynoszenie ławek z wybranej klasy, wnoszenie stołów, przykrywanie ich zielonym suknem, symetryczne ustawianie biało-czerwonej urny i instalowanie ustronnego miejsca za kotarą (kłopotliwego przybytku demokracji ludowej przeznaczonego dla szaleńców i ekscentryków) – wszystkie te z pozoru formalne, a w istocie nasączone peerelowską esencją rytuały nie dają się nawet z dzisiejszej perspektywy zrekonstruować. Witanie pierwszego wyborcy wiązanką biało-czerwonych goździków (Szósta rano. Suwnicowy Marian S. w drodze z nocnej zmiany pragnie spełnić obywatelski obowiązek), całodzienne meldunki z ogarniętego wyborczą gorączką kraju, zespoły ludowe, jednostki wojskowe i górnicy głosujący w galowych mundurach, komisje kończące pracę w rekordowym tempie, wyniki, z powodu niejasnych resztek przyzwoitości nigdy nieosiągające pełnych 100% aprobaty. Ani jedna kropla krwi, ani jedno drgnienie powieki nie ożywia tych nieruchomych, martwych, coraz mniej czytelnych scen.

Pod koniec – to prawda – u zmierzchu systemu było trochę ciekawiej, trochę dramatyczniej, widok z okna nabrał dynamiki, stał się bardziej uchwytny literacko. Prócz wszystkich niezbędnych rekwizytów pod szkołą pojawił się w wigilię kolejnej niedzieli wyborczej – milicyjny gazik. Przez teatralną lornetkę usiłowałeś rozpoznać dystynkcje i szczegóły uzbrojenia siedzących wewnątrz funkcjonariuszy. Samochód pojawił się w sobotę i czuwanie nad bezpieczeństwem lokalu wyborczego trwało aż do końca, do ostatniego zawstydzonego wyborcy, do ostatniego policzonego głosu. Przez całą noc wnętrze samochodu rozświetlały płomyki zapałek. Palili papierosy. Palili właściwie bez przerwy i gorączkowo, a więc jednak w tej absurdalnej papierowej służbie było miejsce na prawdziwy strach, paniczny bieg serca, śmiech przesadnie gorliwy.

Inna sprawa, że ta akurat szkoła stanowić mogła wymarzony cel ataku ekstremistów; jeśli ekstremiści zapragnęliby wówczas opanować jakiś lokal wyborczy, to doprawdy nie wiadomo, czy znaleźliby w całym mieście bardziej sprzyjający obiekt. Budynek otacza rozległy układ boisk i placów sportowych, okala go też zdumiewająco bujny ogród. Ogród jest dziełem pana od przyrody, którego doskonale pamiętasz. W szaleńczym natchnieniu siał, sadził, plewił, grabił, pielęgnował, wszystkie klasy odbywały poglądowe i praktyczne lekcje na wolnym powietrzu, każdy uczeń musiał posadzić swoje drzewko, każda klasa miała swoją grządkę. Pan od przyrody biegał nieustannie i krzyczał, pan od przyrody był oczywiście przetrącony przez łobuzów od historii, biegał pomiędzy chłopcami w chałatach i dziewczynkami w marynarskich kołnierzykach i krzyczał: Wystarczyłby tu jeden Niemiec, żebyście robili, jeden Niemiec by na was wszystkich wystarczył! Pamięć obozu odżywała w nim tak niespodziewanie i niewypowiedzianie śmiesznie. Ale ani on, ani nikt z nas nie mógł przypuszczać, że równie nieoczekiwane i śmieszne okażą się historyczne ciągi dalsze, że sadzone wówczas drzewa i krzewy po latach będą traktowane jako domniemane kryjówki ekstremistów. Dziś już wszystko wiadomo, wzrok siedzących w milicyjnym gaziku funkcjonariuszy na próżno przebijał otaczające szkołę zarośla, obyło się bez czołgania przez grządki, bez szturmowania lokali wyborczych, bez frontalnego natarcia idącego przez działki, boiska i ogrody. System upadł sam z siebie, choć istotnie upadł za sprawą wyborów, podczas których ładu, porządku i ordynacji nie strzegły już milicyjne gaziki.

 

Dwa lata temu, idąc do tamtych – jak się jeszcze do niedawna mówiło: zwycięskich – wyborów, wpiąłeś w klapę znaczek Solidarności. Nie byłeś członkiem tej organizacji, ale kiedyś, w roku 1980 albo 1981, ofiarowała ci ten znaczek pewna ekstremistka. Wpiąłeś go więc w klapę z powodów – powiedzmy – sentymentalnych. Pod szkolą młodzi agitowali w słusznej sprawie, dzień był pogodny, lista krajowa jeszcze żywiła nadzieję i dobrze było mieć w klapie coś tak jednoznacznego i w treści, i w formie. Agitującą młodzież minąłeś krokiem konspiratora znużonego bojami z komuną – byłeś pewien, że patrzą na ciebie z mieszaniną podziwu i zazdrości.

Na dzisiejsze, pierwsze prawdziwe, wolne wybory oczywiście nie bierzesz znaczka, upominku od niegdysiejszej ekstremistki. Pod szkołą nikt wprawdzie nie agituje, nie ma tam ani zielonych, ani lewicy, ani narodowców, ani Unii, ani Centrum, ani Kongresu, ani Solidarności, ale i tak znaczek wyglądałby jakoś zbyt jednoznacznie. Albo zbyt wieloznacznie. Zbyt ogólnie. Albo zbyt szczególnie. Tak czy inaczej, nie ma co brać ze sobą związkowych bibelotów. Tym razem, nadając rysom wyraz zgorzkniałego działacza, chowasz znaczek do szuflady. Spoglądasz jeszcze przez okno i dopiero teraz zauważasz, że otaczające szkołę klony i topole są coraz wyższe i gęstsze. Czerwony transparent z białymi literami nad wejściem jest jeszcze widoczny, ale w czasie następnych wyborów (chyba że zostaną rozpisane tej zimy), kto wie: może wyjrzysz przez okno i zobaczysz to, co (prócz pamięci o ekstremistkach) ma decydujące znaczenie: nieomylną w swej celowości kompozycję bzu, klonów i topoli.

1991