Jerzy Dziewulski o terrorystach w Polsce

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Jerzy Dziewulski & Krzysztof Pyzia, 2018

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie na okładce

© Łukasz Kowalski

Zdjęcia na wkładce

© Prywatne archiwum Jerzego Dziewulskiego;

East News; Forum; Getty Images; BE&W

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Bohdan Sławiński

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8123-596-9

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

DEDYKACJA

Książkę tę dedykuję wszystkim kolegom ze wspólnego pola walki, polskim milicyjnym/policyjnym antyterrorystom, z którymi kiedykolwiek się zetknąłem, podczas szkolenia, w robocie czy poza nią. Wszyscy mieliśmy serce do walki i często płaciliśmy za to własnym zdrowiem i życiem. Chylę czoło przed tymi, którzy zginęli podczas wykonywania swoich obowiązków, byli ranni, a także tymi, którzy zmarli zbyt wcześnie, będąc już na emeryturze. Pamięć o Was jest trwała.

Jerzy Dziewulski

JERZY DZIEWULSKI. SŁÓW KILKA

Informacje, zdarzenia i opisy zawarte w tej książce są prawdziwe. Żadnej fikcji, podbarwiania sytuacji czy lukrowania dialogów. TAK BYŁO! Doświadczyłem tego ja albo moi koledzy po fachu. Zdobycie tej wiedzy to 40 lat teorii i praktyki antyterroryzmu. To setki informatorów, kontaktów, czasem kompletnie niespodziewanych i okazjonalnych. Co nieco z rewelacji zawartych w tej książce wypłynęło swego czasu w prasie codziennej, ale zapewniam, występowałem tam jako rozmówca anonimowy ze służb, nigdy pod nazwiskiem. W tej książce opisuję wszystko, co wiem, jednak uprzedzam, że prawda o kilku operacjach nie może być wciąż odtajniona. Na razie! W sprawach handlu bronią ujawniłem kiedyś kilka nazwisk powiązanych ze spółkami tworzonymi przez polskie służby specjalne, co zresztą zostało opublikowane. Dziś nie powielam tych informacji, mając na uwadze wyłącznie wiek ludzi zamieszanych w te operacje, część z nich zresztą już nie żyje.

Eksperci z Izraela twierdzą, że współczesny terroryzm rozpoczął się 22 lipca 1968 roku, wraz z porwaniem samolotu linii lotniczych El Al, boeinga 707, lecącego z Rzymu do Aten. Porywa go kilku terrorystów Organizacji Wyzwolenia Palestyny (OWP), a konkretnie z komanda Czarny Wrzesień, czyli z terrorystycznej jednostki wykonawczej OWP. Po pięciu dniach negocjacji z rządem Izraela porywacze uwalniają cudzoziemców, a także kobiety i dzieci. Dwunastu Żydów przetrzymują 39 dni, aż do chwili, kiedy rząd Izraela zdecyduje się na spełnienie ich żądań, czyli wypuszczenie 15 bojowników Czarnego Września, więzionych w Izraelu. To był pierwszy, a zarazem jedyny akt poddania się rządu Izraela oczekiwaniom terrorystów. Nigdy więcej żadna organizacja terrorystyczna nie uzyskała przewagi w negocjacjach z Izraelem. Nigdy potem nie ugięto się przed oczekiwaniami terrorystów. Dlatego właśnie ten zamach stanowił przełom w wojnie Izraela z terrorystami.

Proszę się nie obawiać, nie będzie o historii terroryzmu, nie będzie o powstawaniu gatunków teorii ani o pierdoletach definicji, słowem, nie będzie o dzieleniu włosa na czworo, na biel i czerń, dobro i zło, żadnych pseudoetycznych wywodów o tym, czy antyterroryści to czasem nie kontrterroryści! Będzie zaś o tym, co się naprawdę zdarzyło, o walce, strachu, bólu, odwadze, determinacji i słabościach.

To będzie moja wizja walki z terroryzmem, także kawałek rzetelnej historii o tym, co na tym froncie działo się w Polsce przed zmianą ustroju w roku 1989. Bez przeszłości nie ma teraźniejszości i myślę, że warto młodszemu czytelnikowi, który nie znał tych zdarzeń z autopsji, naszkicować, jak to naprawdę u nas było i dlaczego jest, jak jest. Ważne, by sobie uzmysłowić, że w Polsce, w której podobno nigdy nie było terrorystów i zamachów terrorystycznych, rzeczywistość była diametralnie inna. Terroryści tu żyli, leczyli się i ginęli. Kiedy często podczas dyskusji słyszę, że w Polsce nigdy nie było terroryzmu, no może poza pewnym incydentem… zamachem bombowym na aulę Uniwersytetu Wrocławskiego, zastanawiam się, czy ci, którzy to mówią, nie znają przeszłości, czy też świadomie fałszują rzeczywistość.

Weźmy taki terroryzm lotniczy, czyli tak zwany hijacking, we wszystkich dokumentach Międzynarodowej Organizacji Przewoźników Lotniczych ICAO oraz kilku międzynarodowych konwencjach przestępcze uprowadzenia samolotów, bez względu na motywy sprawców, określane są mianem TERRORYZMU LOTNICZEGO. Powszechnie przyjmuje się, że pojęcie „terroryzmu lotniczego” to wszelkie akty terroru skierowane przeciwko żegludze powietrznej oraz innym obiektom lotnictwa i zagrażające bezpieczeństwu. Ale w Polsce długo usiłowano wyłączyć z tego określenia takie zdarzenia jak na przykład zamach na samolot w celu dokonania ucieczki za granicę. Rzekomo z tej przyczyny, że motywy i cele, którymi kierują się sprawcy zamachu, muszą mieć charakter stricte polityczny, a nie na przykład kryminalny czy wręcz osobisty. Jest to widzenie problemu bardzo naiwne, więcej! – przestarzałe. Taka definicja terroryzmu może i miała jakiś sens w okolicach transformacji ustrojowej, dziś trąci myszką.

Obecnie uznaje się terroryzm za… – to w pełni oddająca cele działania terrorystów i najkrótsza definicja na świecie, opracowana przez ekspertów z Departamentu Stanu USA – cytuję: „PERMANENTNĄ PRZEMOC”. Koniec i kropka! Ta definicja nie określa, jakie są cele, czym kierują się terroryści, bowiem już dawno zatarły się różnice wynikające ze starej definicji. Według starej nomenklatury, aby być terrorystą, trzeba mieć polityczny cel, przedstawiać go i głosić publicznie. No to spójrzcie na sytuację dnia dzisiejszego. Terrorysta, który idzie ulicą w Londynie, wyjmuje nóż czy brzytwę i chlasta pierwszego lepszego Bogu ducha winnego człowieka. Często wypowiada przy tym magiczną formułkę Allah Akbar. I zdarzenie nazywamy dziś zamachem terrorystycznym lub incydentem terrorystycznym. A gdzie tu było tło polityczne, pytam? Słysząc przecież wyraźnie zawołanie religijne, bez głoszenia celów politycznych, zastanawiam się, gdzie tu, do licha, polityka?

A sprawa podłożenia bomby szybkowarowej we wrocławskim autobusie, sprawca żąda okupu i dziennikarze, policja i prokuratorzy mówią o zamachu mającym cechy zamachu terrorystycznego. Oczywiście można snuć wnioski, że religijne zawołanie terrorysty w Anglii zawiera pewien kontekst polityczny. A zamach na samolot w PRL-u jest tego kontekstu pozbawiony? Oczywiście, że nie, nawet jeśli zamachowiec nie definiuje jasno swojego celu, nie wygłasza magicznych czy religijnych formuł, ale bierze zakładników, czyli niewinnych ludzi, grozi im śmiercią lub nawet usiłuje zabijać w celu ucieczki z kraju, którego ustrój mu nie pasuje. Niemcy oskarżają zamachowca o terroryzm, bo przestępstwo to w istocie nosi znamiona zamachu terrorystycznego, a my w Polsce, kurczowo uczepieni starej doktryny terroryzmu, wciąż się upieramy: „Nie, to tylko uprowadzenie”. Więc pozostaje sobie postawić pytanie, w co grają panowie eksperci od terroryzmu z naszego narodowego poletka. Tak samo ten, kto podcina gardło w Anglii człowiekowi niewinnemu, jak i zamachowiec na samolot mają wspólny osobisty cel. Ten pierwszy składa ofiary ku chwale Allaha, a ten drugi także nie zawaha się zabijać niewinnych ludzi, bo taki akt terroru jest środkiem do celu – on za wszelką cenę i po trupach usiłuje opuścić kraj, który dał mu schronienie.

Ciekawe jest jednak to, że często tłumaczono fakt dokonania zamachu terrorystycznego na samolot tym, że zamachowiec nie mógł dostać paszportu na legalny wyjazd. Tym, którzy tak mówią, zarzucam świadome kłamstwo, bowiem jestem jedynym człowiekiem w Polsce, który zbadał praktycznie wszystkie dokonane zamachy na samoloty. Wnioski? Tylko w jednym przypadku (nazwisko znam) terrorysta nie otrzymał paszportu. W pozostałych zaś NIGDY porywacze nie zwracali się do wydziału paszportów o wyrobienie tego dokumentu. Mam na to pisemne bezdyskusyjne dowody. Ktoś pewnie powie, że nie zwracali się, bo podejrzewali, że nie dostaną. Jeżeli jednak mamy rozmawiać o podejrzeniach, a nie o faktach, którymi dysponuję, to ten ktoś nie zasługuje, by siadać do poważnej dyskusji o tej przeszłości.

Amerykanie, mając na uwadze właśnie takie zdarzenia, akty przemocy, które są systematyczne, powtarzalne, destabilizują i paraliżują kraj, odbierają ludziom poczucie bezpieczeństwa, nazywają PERMANENTNĄ PRZEMOCĄ i w ten sposób definiują wszystkie formy działań terrorystycznych. I nie jest to moja teoria. Mam certyfikat wydany przez Departament Stanu USA z 1990 roku o ukończeniu Anti-Terrorism Asistance Program, gdzie ta definicja już obowiązywała, zastępując już wtedy nieaktualną definicję z zakreślonymi celami politycznymi, które podobno muszą deklarować terroryści. Cele w wielu przypadkach są drugorzędne, istotna jest częstotliwość zamachów i ich oddziaływanie na społeczeństwo. Ten stan zastraszenia społeczeństwa w wyniku serii zamachów to właśnie permanentna przemoc. Strach u Francuzów czy Brytyjczyków jest powszechny, nikt nie może być pewien, czy w ogóle dojedzie do pracy metrem… A więc by posiać terror, istotne jest to, że co kilka dni wybuchają bomby lub morduje się ludzi, ale ważniejsze jest to, że przez ten cały czas działa rozległy efekt fali inercyjnej, czyli strachu przed kolejnymi zabójstwami. Zresztą dokładnie tę samą definicję przyjęły służby Izraela. Tam, zabijając nożem Izraelczyka, zamachowiec jest określany terrorystą, mimo że nic nie krzyczał, nie mówił, jedynie stosował przemoc, ale częstotliwość tych zamachów była elementem podstawowym.

 

Terroryści osiągnęli wprost niezwykły sukces. Stosując właśnie systematyczną przemoc, doprowadzili do takiego poziomu strachu, którego nie da się już nikomu kontrolować. I to bez wątpienia jest ich sukcesem. Dokładnie 11 listopada 2017 roku na Florydzie na lotnisku w Orlando w jednym z bagaży wybuchła bateria zamontowana w aparacie fotograficznym. Skutek przerażający. Ludzie oczekujący na odprawę pasażerską rzucają się w panice do ucieczki, tratują się, stają się oszalałym tłumem. Cel wielu zamachów, masakr, demonstracji ciał i krwi oraz psychologicznej prowokacji ze strony terrorystów zaowocowały tym, że już boimy się wszystkiego, co się kojarzy z aktem terroru. Wybuchów, strzałów, burek, głośnych okrzyków… Pozostaje postawić pytanie: Czy jeszcze panujemy nad zachowaniami ludzkimi w publicznej przestrzeni? Wątpię…

Kiedyś miałem okazję brać udział w pewnym programie, bodajże w TV Polsat. Była to połowa lat dziewięćdziesiątych, i tam właśnie usłyszałem od Bronisława Komorowskiego i Donalda Tuska, którzy byli wtedy ze mną w studio, że porwania samolotów to nie zamachy terrorystyczne, tylko takie… ucieczki do lepszego świata. Dobre sobie, ucieczka przy pomocy morderstw, bomb, płonących samolotów, zakładników, krwi i strachu! Z moich prywatnych statystyk wynika, że w Polsce dokonano zamachów na kilkadziesiąt samolotów przy pomocy broni maszynowej, granatów, bomb własnoręcznie skonstruowanych, pistoletów, wreszcie noży i brzytew. Gdyby dziś ktoś zdecydował się na dokonanie takiego zamachu w Polsce, bo coś mu nie pasuje w polityce obecnego rządu, to okrzyknięto by go terrorystą. Z tego wynika, że zmieniają się czasy i ujednolicają definicje terroryzmu, na które ma wpływ geopolityka, wspólnota problemu.

Ale wróćmy do tych rzekomych ucieczek czy – po mojemu i według światowych ekspertów – zamachów. Otóż tych kilkadziesiąt aktów terroru wyprowadza Polskę na pierwsze miejsce na świecie w liczbie porywanych samolotów! Czy można mieć jeszcze wątpliwości? Duża częstotliwość ataków, permanentna przemoc, przerażenie pasażerów, głęboka dezorganizacja firm takich jak LOT i Polskie Porty Lotnicze, a także lotnisk docelowych w Wiedniu, Berlinie czy nieczynnym już porcie Berlin-Tempelhof… Co więcej, ataki zagroziły całej międzynarodowej komunikacji lotniczej, bowiem samoloty z zamachowcami dostawały awaryjne korytarze przelotu. Dodajmy do tego bandyckie wręcz zachowanie radzieckich dowódców wysyłających do uprowadzonych maszyn myśliwce przechwytujące, mające zmusić pilota, pod groźbą zestrzelenia, do zmiany miejsca lądowania. Zatem nie dość, że terrorysta dokonuje zamachu, dokonuje go także pośrednio inne państwo, czyli mamy do czynienia już z terroryzmem państwowym! – te wszystkie składowe… dla mnie to dokładna, wręcz książkowa realizacja dzisiejszej definicji terroryzmu!

Pytam, po co tworzyć prawne zawijasy o rzekomych ucieczkach, jakby to była jakaś zagraniczna majówka, a nie akt terroru… w celu uzasadnienia, że jak ktoś dokonywał zamachu na samolot w PRL-u, to nie był terrorystą, tylko tęsknił za krainami dobrobytu, skoro KAŻDY – powtarzam KAŻDY, kto wylądował na przykład na berlińskim lotnisku Tempelhof, był skazywany przez sądy w Niemczech za dokonanie hijackingu z odpowiedniego artykułu Kodeksu karnego. NIKT nie uniknął kary! A w przypadku uprowadzenia samolotu przez pilota, kapitana K. z PLL LOT, prócz prawomocnego wyroku Amerykanie odebrali mu do końca życia uprawnienia pilota. Czyli traktowano tych rzekomych wycieczkowiczów jak terrorystów, bo też byli nimi w istocie! Chociaż w niektórych przypadkach wlepiano im nieco mniejsze wyroki.

Żeby nie być gołosłownym… Otóż Niemcy Zachodnie, które od lat walczyły z terroryzmem, skazywały Polaków dokonujących zamachów na samoloty cywilne na wieloletnie więzienia z artykułu Kodeksu karnego mówiącego o stosowaniu terroryzmu. Raz jeszcze powtórzę, dla niemieckich władz był to terroryzm, chociaż nie dotykał ich bezpośrednio. Dla nas, chociaż godził w bezpieczeństwo narodowe – był tylko uprowadzeniem… A oto krótka lista „wybranych” zamachów:

 20 listopada 1968. Romuald Z. i Wiesław S. uprowadzają samolot PLL LOT lecący z Wrocławia do Warszawy. Terroryzują załogę dwoma granatami i lądują w Wiedniu. Zostają oskarżeni i skazani na cztery lata więzienia za terroryzm.

 5 czerwca 1970. Zbigniew J. i Cezary Z. uprowadzają samolot PLL LOT lecący z Gdańska do Warszawy. Terroryzują załogę bronią i lądują w Berlinie. Zostają oskarżeni i skazani na trzy i pół roku więzienia za terroryzm.

 7 sierpnia 1970. Waldemar F. i Stanisław K. uprowadzają samolot PLL LOT lecący ze Szczecina do Warszawy. Terroryzują załogę prawdziwymi granatami i lądują w Berlinie. Zostają oskarżeni i skazani na cztery i pół roku więzienia za terroryzm.

 22 sierpnia 1981. Jerzy D. uprowadza samolot lecący z Wrocławia do Warszawy. Terroryzuje granatem załogę i ląduje na Tempelhof. Zostaje oskarżony o terroryzm i skazany na pięć i pół roku więzienia.

Tych kilka przykładów pokazuje jasno, że cały świat czyny związane z zamachami na cywilne statki powietrzne uznawał za akty terrorystyczne, u nas zaś zaciemniliśmy problem, dodając do faktu, jakim jest zamach, etyczną osnowę… Oczywiście pobudki można mieć różne, ale fakt pozostaje faktem. I jeszcze jedno, dla tych, co myślą, że odkąd skończył się zły komunizm, można w kraju nad Wisłą spać spokojnie, żyć beztrosko… Otóż praktycznie nikt nie wie o tym, że 25 listopada 1991 roku w dniu wyboru Lecha Wałęsy na prezydenta kraju na Dworcu Lotniczym Warszawa-Okęcie rozbrajaliśmy bombę zegarową, skonstruowaną profesjonalnie i podłożoną pod jeden ze słupów nośnych budynku Dworca Lotniczego. Jak wymowny dzień, jak pięknie wkomponowana bomba z ładunkiem trotylu i plastycznego materiału wybuchowego w dzień wyborów pierwszego demokratycznego prezydenta! Dlaczego nikt o tym nie pisnął słowa? Bo to był ZAMACH TERRORYSTYCZNY pierwszy w wolnym kraju. To źle się komponowało, to była zła informacja, burzyła świąteczny nastrój transformacyjnego karnawału. Coś mi to niestety przypomina… przeszłość niestety socjalistyczną, kiedy – jak to mówi poeta: ktoś ciągał symbole za sznurek. Kto nie pojmuje tego, co było, nie zrozumie tego, co dziś jest, i niech raczej zaniecha tworzenia fałszywej historii o tym, że u nas zamachów nie było.

Mam w tej sprawie końcowy wniosek… Wyznaje się takie mętne poglądy na terroryzm w PRL-u, bo wszystkie zamachy na samoloty wymierzone były w pośredni sposób w ówczesne władze i ustrój, co wpływa na pozytywne wartościowanie. Oczywiście nie zamierzam negować wywalczonej po latach wolności, trzeba o nią walczyć dostępnymi sposobami, ale przecież zamachowiec mógł – nie ryzykując życia innych – próbować przekroczyć chociażby zieloną granicę, starać się o azyl. Tyle tylko, że on nie chciał być zwykłym przestępcą granicznym, ale politycznym bohaterem. Inna sprawa, że gdyby go złapano podczas nielegalnego przekraczania zielonej granicy – po prostu dostałby kopa w tyłek z nakazem powrotu do Polski, natomiast spektakularne porwanie samolotu uruchamiało całą maszynerię mediów, czyniąc zamachowca świętym bojownikiem za sprawę. Dlatego nawet jeżeli jakimś teoretykom terroryzmu odpowiada definicja „sprawa” – to proszę bardzo, oto mają tło polityczne. Ja ludzi, którzy używają bomb, granatów czy karabinów, by wywołać określony efekt, idąc do celu po trupach, nazywam po imieniu… Dla mnie to są właśnie terroryści. Zawsze mówiłem jasno i otwarcie, że my, to znaczy gliniarze, antyterroryści, żołnierze, rozwiązujemy problemy, a politycy, a także niektórzy teoretycy terroryzmu je komplikują.

W moich wspomnieniach opisanych w tej książce będzie o takich właśnie trudnych sprawach. Ale też dużo więcej, będzie o legalnie zainstalowanych w Polsce terrorystach. O Palestyńczykach i ich wrogach oraz o ich dwuznacznych kontaktach; o „znanych” terrorystach usiłujących w Polsce prowadzić szemrane interesy w powiązaniu z polityką realizowaną przez ówczesne władze. W tym wywiadzie rzece nie usiłuję uciekać od trudnych pytań, nie boję się opisywać zdarzeń takimi, jakimi były, choćby były niewygodne dla ówczesnej czy obecnej władzy. Przedstawiam swoje opinie, nie łagodzę, nie cukruję, odpowiadam prosto z mostu. Jak choćby w trudnym temacie tak zwanych „więzień CIA w Polsce” – moja opinia jest jednoznaczna, dobitnie wyjaśniam, jakie dylematy i problemy stoją za walką z terroryzmem. Jestem przeciwnikiem mieszania etyki i moralności do spraw bezpieczeństwa i obronności, jak by chcieli niektórzy „eksperci” bloku państw demokratycznych… Walka z terroryzmem musi być totalna i bezwzględna – możecie się ze mną nie zgodzić, ale dajcie lepsze argumenty niż moje.

Powiadam wam: STOSUJĄC MORALNIE USPRAWIEDLIWIONĄ PRZEMOC, DEMOKRATYCZNA LUDZKOŚĆ PRZEŻYJE. Stosując bezwzględnie ślepą polityczną moralność, ta sama demokratyczna ludzkość w obliczu bezwzględnego terrorysty… MOŻE LICZYĆ NA ZAGŁADĘ.

Jerzy Dziewulski

WSTĘP

Dożyliśmy czasów, w których każdego dnia możemy zginąć z rąk terrorysty. Niezależnie od tego, gdzie będziemy. Na wczasach w Egipcie, na wycieczce w Paryżu, a może po prostu na koncercie nastoletniej gwiazdy pop. Tak, wiem, te ataki są dla nas niegroźne, ale tylko do momentu, w którym nie staniemy się ich ofiarą. Trzeba powiedzieć sobie jasno – terroryzm żyje, jego puls jest wyczuwalny i nikt nie zna dnia i godziny, kiedy uderzy. Ciągle pocieszamy się tym, że w Polsce dotąd nie było zamachu terrorystycznego. A czy czasem wydarzenia, które opisujemy, nie były zamachami? W wielu zamachach poza granicami kraju zginęli także Polacy. Zresztą czy to ważne, kto ginie? Giną ludzie. Dla terrorysty każdy może stać się celem. Pozostaje pytanie – jak długo to jeszcze będzie trwało i czy w ogóle jest szansa na szczęśliwe zakończenie?

Kto w tej sytuacji może się wypowiadać na ten temat, jeśli nie najsłynniejszy polski antyterrorysta – Jerzy Dziewulski. Gliniarz, który jako żołnierz i dowódca specjednostki likwidował 13 zamachów terrorystycznych, ratując życie 765 pasażerom? To właśnie on, szkolony do walki z terrorystami przez najlepsze zagraniczne służby – między innymi izraelskie i amerykańskie – tworzył w naszym kraju podwaliny pod walkę z terroryzmem.

W trakcie lektury mogą Państwo zadać sobie pytanie: dlaczego tak często skupiamy się w książce na lotniskach? Odpowiedź jest banalna. Ponieważ póki nie było metra w Polsce ani setek galerii handlowych, najlepszym miejscem do przeprowadzenia zamachu terrorystycznego było właśnie lotnisko, między innymi warszawskie Okęcie, na którym pracował Jerzy Dziewulski.

Trzymacie Państwo w rękach książkę, w której po raz pierwszy Jerzy Dziewulski zdradza nieznane dotąd informacje o współpracy przedstawicieli naszego rządu z największymi światowymi terrorystami. Opowiada o strzelaninach, które władza chciała uciszyć. Uchyla rąbka tajemnicy tajnych szkoleń pod okiem izraelskiego Mosadu. Wyjawia, jak wyglądał przemyt narkotyków do naszego kraju. A przede wszystkim sypie anegdotami, okraszonymi barw­nym językiem, z którego jest dobrze znany. Zatem zaczynamy.

Krzysztof Pyzia

krzysztof@pyzia.pl