Sosenka z wydm

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jerzy Bandrowski

Sosenka z wydm

Saga

Sosenka z wydm

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi

Copyright © 1930, 2021 Jerzy Bandrowski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728050354

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Sosenka z wydm.

Trzeba wiedzieć, że nasz półwysep Helski, zwłaszcza od strony Bałtyku, jest jedną wielką wydmą piaszczystą, wiecznie atakowaną przez morze, fale to zabierają ląd, to znów go przynoszą, zależnie od tego, czy są przybytnie czy odbytnie, skutkiem czego brzeg to kurczy się, to znów rozszerza. Ten brzeg znajduje się między morzem a wydmami, które są jakby wałem ochronnym półwyspu. Dla wzmocnienia wału ludzie obsadzili go pasem drzew, miejscami łączącym się z lasem, który idzie przez środek całego półwyspu aż do Helu. Ten wał ochronny rybacy nasi nazywają „górami“. Od strony morza „góry“ owe, właściwie piaszczyste usypiska, porosłe są suchą, ostrą, grubą, długą trawą, zwaną „harsztem“. Tego „harsztu“ nikt nie kosi, bo nietylko trawy nie wolno tu kosić, ale nawet za branie piasku z „gór“ czy wybrzeża grozi wysoka grzywna. Tak samo surowo zabronione jest chodzenie po „górach“. Wszystko to dlatego, aby nie osłabiać wału ochronnego.

Kto spojrzy na pierwszy szereg drzew — przeważnie sosen i brzóz, rosnących tuż przy wale w pierwszych szeregach lasu — ten z wygięć ich i wykoszlawień wnioskować może o sile i kierunku wichrów i srogich burz, z któremi skromne owe drzewiny staczać muszą gwałtowne boje. Te dziwacznie powyłamywane i poskręcane drzewka z wyszarpanemi czuprynami, to prawdziwi, wierni i nieustraszeni żołnierze człowieka, drzewka bojowe, zahartowane w burzach z północą i dzikim, zimnym wschodem, inwalidzi wojenni, bohaterowie niezłomni, piersią zasłaniający ludzi przed nieokiełznaną gwałtownością żywiołów.

Wśród takich to drzewek „pierwszego szeregu“ rosła sobie w Jastarni, niedaleko Smąlarzowej Stegny, czyli ścieżki, wiodącej ku morzu koło cmentarza, młoda, ale nadzwyczaj piękna, smukła i mocna Sosenka. Mimo iż grunt był tu bardzo jałowy, sam piasek, ona wyglądała zdrowo, czuła się doskonale i przez cały rok była ślicznie zielona. Służyło jej widać słone morskie powietrze. Gdy inne, sąsiadujące z nią drzewa ugięły się pod naporem wichrów, ona, giętka i sprężysta, była prosta jak świeca. Soki krążyły w niej żywo i lekko, coraz to nowe pędy z niej strzelały. Sosenka cieszyła się słońcem, niebem pogodnem, przestrzenią wód i powiewem morskim, a gdy przychodziła burza, wesoło śpiewała pieśń wojenną.

Była szczęśliwa.

Kochała morze, i mimo iż się w nie bez przerwy wpatrywała, nigdy się jej to nie znudziło. Towarzyszki jej marzyły o tem, co od innych drzew słyszały — o wiosce rybackiej, o ludziach i o tem, jak drzewa tam żyją. Wicher niemi nie szarpie, o, nie! bo wioska prawie ze wszystkich stron osłonięta. Żyją tam ponoś cztery wielkie kasztany, które przez otwarte drzwi zaglądają nawet wprost do kościoła, widząc przed złotym ołtarzem księdza w ślicznych szatach, rybaczki w czarnych sukniach, z brodami podwiązanemi czarnemi szalami, podobny do tłumu marynarzy tłum ogorzałych rybaków w modrych rybackich ubraniach świątalnych, słyszą organy i słyszą śpiew rybaków.

— I na niewodach naszych błogosław nam, Panie!

A zaś inne drzewa żyją niedaleko cmentarza i słyszą często pieśni pobożne, od których drżą z zachwytu, szmerem listków swych wtórzą słowom modlitwy, a gdy ksiądz krzyżem żegna ludzi — błogosławieństwo pada i na drzewa. Trzeba bowiem wiedzieć, że drzewa, zapatrzone wiecznie w niebo, są bardzo nabożne i dlatego robi się z nich krzyże. Opowiadano sobie też o drzewach rosnących wpobliżu oberży, gdzie nieraz odbywały się weseliska, i drzewa wówczas słyszały wesołą muzykę taneczną i widziały, jak w rękach człowieka zwija się i rozwija jakieś czerwone płuco pełne dźwięcznych akordów. Widziały, jak tańczą młodzi, nawet dzieci, jak starzy rybacy, popiwszy się, wielkiemi jak bochny kułakami grzmocą w stoły, płaczą i ściskają się, gdy w innem miejscu „nabrekowani“ (podpici) młodzi rybacy podnosili wgórę pana młodego w czarnym surducie, w cylindrze i z cygarem w ustach, wołając:

— Niech żyjeeee! Niech żyjeeee! Niech żyjeeeee!

Inne znów drzewa opowiadały o pięknych ogródkach z grządkami, wysadzanemi po brzegach ślicznie staremi butelkami, i gdzie wśród kwiatów grzebały kury, gdzie kot siadywał, pies się wygrzewał i gdzie nawet bywały „pumpy“ (studnie) z gęstą, żółtą wodą. Krążyła też legenda o istnieniu drzewek, pokrywających się bujnem białem kwieciem na wiosnę, a czerwonym owocem w jesieni.

— Ach, dajcież spokój! — niecierpliwiła się Sosenka, słysząc te plotki. — Wszakże i my kwitniemy i niesiemy owoce!

— Szyszki, to nie owoce! — rzekła złośliwie brzoza. — Nawet krowy ich jeść nie chcą.

— Ale nam, sosnom, wystarczają! — z godnością odparta Sosenka.

Naogół jednak wszystkie drzewa były ze swego losu niezadowolone. Wyrosłe nad morzem miały pod tym względem naturę rybacką i najgorszą rybacką wadę, to jest zawiść. Rosły sobie przecie spokojnie, trochę się pokrzywiły, ale nic im się złego nie działo, miały dużo słońca, powietrza, wolności. Im tego było za mało! Koniecznie — kościół, śpiewy, organy, nabożeństwa, zabawy, Bóg wie co!

Ale nasza Sosenka chwaliła sobie życie nad morzem. Rybaków w wysokich skorzniach, w „eltychach“, w „zydwestkach“ (nieprzemakalny hełm rybacki), ociekających wodą, z „remami“ (wiosła) i zwojami „lejpra“ (liny) na ramionach wolała od elegantów w granatowych żakietach, z białemi gorsami i czarnemi krawateczkami, jak ich widywała, gdy w niedzielę lub święta wychodzili czasem na przechadzkę nad morze. Co jej po rybakach, tańczących w oberży! Czyż nie milej patrzeć na nich, gdy wyjeżdżają na morze wielkiem łososiowem czółnem, z ogromnym stosem „lejprów“ i niewodu? Słoneczko kwietniowe przygrzewa a błyszczy jak nowy dukat. Na błękitnem, miękko rozkołysanem morzu palą się niezliczone wesołe ogniki, niby figlarne iskierki w oczach rozradowanego dziecka. Na złotym „strądzie“ (wybrzeżu) żartują i śmieją się rybacy i rybaczki, które przyszły ciągnąć „laskorn“ (niewód łososiowy.) Dzieci w różnobarwnych sweterkach i czapeczkach — zielonych, czerwonych, szafirowych, malinowych — grzebią się w żółtym piasku, pieski uganiają wesoło, a na falach kołysze się łódź czarna, pękata, zdala podobna do jakiegoś pająka, długiem i nogami chodzącego po powierzchni wody.

Już widać, jak rybacy w łodzi „wydają laskarn“ (zaciągają niewód), już widać beczkę wskazującą, gdzie znajduje się „maceca“ czyli matnia niewodu. Teraz wydają drugie skrzydło, a teraz kiwają z morza wiosłem na znak, że ci, co zostali na lądzie, mają już „ciągnąć“. I podczas gdy łódź, wracająca ku brzegowi, ciągnie jedno skrzydło, ci, co są na brzegu, założywszy drewniane szelki na pas, wplatają się w sznur i drepcąc tyłem, twarzą zwróceni ku morzu, ciągną drugie skrzydło niewodu.

Łódź przybiła do brzegu, rybacy wyskakują z niej i podają koniec drugiej liny. Tworzą się dwa żywe łańcuchy. Jeden związany z mężczyzn, drugi z dziewcząt, szczupłych, lecz zgrabnych i mocnych młodych rybaczek w „korkach“, grubych pończochach, płomienistych swetrach i chusteczkach na głowach. Łańcuchy te rozstawione są daleko od siebie, ale w miarę jak matnia się zbliża ku brzegowi, i one zbliżają się ku sobie, i teraz słychać już, jak mężczyźni przekomarzają się z dziewczętami, jak dziewczęta się śmieją, a wszyscy ciągną pilnie i usilnie, żywiąc w sercu nadzieję i żądzę bogatego połowu.

Coraz bliżej podskakuje na falach beczka, coraz żwawiej rybacy ciągną niewód, już wyprzęgli się z szelek i chwytają linę samemi tylko żelaznemi dłońmi. Dwóch rybaków w wysokich skorzniach wchodzi v wodę. Przydeptują do dna skrzydła niewodu, aby ogarnięta niemi ryba nie mogła się popod nie wyśliznąć. Wreszcie matnia wysuwa się na ląd. O, jak w niej „wirzi“ 1 ) Rozlegają się podniecone okrzyki; drapieżne dłonie wyciągają się i chwytają srebrne ryby o czarnych grzbietach. Widać wzniesione karkulce — pałki do zabijania łososi — i wkrótce w skrzyni leży kilkadziesiąt pięknych łososi. Cieszą się wszyscy, bo przy połowie łososi wszyscy zarabiają — nawet ten mały chłopak, który tam oto pod „górą“ zwija w krąg lejper, nawet „bialki“, które wprawdzie nie ciągnęły, ale zato przyniosły mężom i synom obiad na strąd.

W takich radosnych chwilach, a było ich wiele, przy połowie niewodem jesienią srebrnozielonawymi srebrnozielonawych śledzi lub zimą szprotów tęczołuskich, mawiała Sosenka do swych towarzyszek:

— Jakże nierozsądnie z waszej strony zazdrościć siostrom i braciom z wioski! Tam miałybyśmy tylko paskudny dym z kominów, krowy i kury, gdy tu mamy przepiękne morze, życie wolne, a kiedy trzeba, cała wioska przychodzi do nas w odwiedziny.

 

Ale drzewa szemrały niezadowolone, skarżąc się na reumatyzm, łamanie w kościach, bóle artretyczne i niepewność losu.

— Co za przyjemność stać wiecznie w sztormach, trząść się z zimna i nie wiedzieć, czy się pierwszego lepszego dnia nie padnie pod uderzeniem „pest-sztorm-arkunu“ 2 ).

Niezadowolenie tych drzew pochodziło stąd, że one morza nie kochały, a przytem były istotnie zazdrosne i ambitne. Są to dwie bardzo wielkie wady. Przez zazdrość brzydnie się i starzeje przedwcześnie, przez wygórowaną ambicję i dumę traci się pokorę, która jest stalową sprężyną duszy i daje niezwalczoną moc i cierpliwość w znoszeniu wszelkich ciosów i utrapień. Powyginane i powyłamywane drzewka stały się takiemi dlatego, że nie chciały się giąć same. Dlatego wiatr je łamał. Ale nasza Sosenka, czystego i pokornego serca, szła niby zawsze za wiatrem, robiąc rzekomo, co on każe, i wiatr sobie przechodził, przemijał, a ona znowu prostowała się, cała i nietknięta. Żyjąc zaś nad morzem, pokochała je, i skutkiem tego poznała i odgadła wszystkie jego piękności — i dobrze się jej żyło. Jak wiadomo, drzewa kochają bardzo niebo, a przecież morze nie jest niczem innem, jak tylko nieba odbiciem. Podziwiając zmienność barw morza, ich płynną świetlistość, ich ognie, Sosenka tem samem podziwiała blask zorzy wschodzącego słońca, łunę zachodu, szafir nieba, posępną czerń osnutych kirem chmur, to znowu groźny spiż pawęży nadciągającej burzy, w blachy gromowe i łyskania zakutej. Wszakże samo morze rwało się do nieba, bo kiedy chmury nisko nad niem zwisały — ono zarzucało na nie tęczę. A może to było przeciwnie? Może niebo właśnie tęczowe liny rzucało morzu, aby je powznieść? Powiedzieliśmy, że morze jest odbiciem nieba, gdy przeciwnie rybacy twierdzą, iż niebo jest zwierciadłem morza, po ciągu i zachowaniu się ptaków miarkując, co się dzieje w głębinach morskich. Zresztą któż tu kiedy prawdy dociecze!...

Lubiła Sosenka patrzeć na życie na morzu, na huśtające się na falach czarne łodzie rybackie, na żaglówki o pięknych trójkątnych brunatnych żaglach, na białe kutry motorowe z Helu, Gdańska czy Łeby, których serduszka tak mocno i żywo biły, a które, gdy szły z wiatrem, rozpinały czerwone lub pomarańczowe żagle. Kłaniała się przejeżdżającym daleko, pomalowanym w podłużne barwne pasy parowcom z dumnie rozwianemi czarnemi pióropuszami. Przejeżdżały tędy czasem statki z muzyką, to znowu przesuwały się szare jak mgła, ostrokanciaste statki wojenne. Nawet w nocy szlakiem parowców mknęły światełka, a na wiosnę, gdy rybacy wyjeżdżali na łososie z pławnicami, to jest z wolno puszczonemi z prądem długiemi sieciami, na których końcu jest „pływak“ z latarnią, morze nocami pełne było świateł, jak cmentarz w Dzień Zaduszny.

To znów przyglądała się wodzie — szafirowej w „firbekach“, czyli w kałużach przybrzeżnych, bladozielonej w płytkim „rowie“ tuż u brzegu, przezroczystej na żółto różowawym „osuchu“, ciemniejącej w głębszych „bekach“, modrozielonej na głębokich „zielenicach" i srebrzystą pianą bryzgającej na odległym o dwieście sążni „sacheju“ (suchy), wysokim grzbiecie podwodnym, o który rozbijały się fale, a nieraz i lodzie. Ten to okropny „sachej“ był główną struną, na której grała „norda", czyli wiatr północny. Nieraz cicho było, morze leżało, woda była - jak oliwa, a naraz „sachej“ zaczynał huczeć groźnie dźwięcznym basem. Wtedy drzewa na „górach“ zaczynały drżeć z trwogi, szemrać i narzekać, bo wszystkie wiedziały, że to już ogłasza się i zapowiada straszliwy „narda-sztorm“. Grzebień pian na „sacheju“ rósł w oczach, wyciągał się w długi biały sznur i rzucał przed siebie ku brzegowi dziewięć wściekłych fal. Biada lekkomyślnemu lub nieostrożnemu rybakowi, któryby przejechał „sachej“, owej dziewiątej fali nie przeczekawszy, bo wówczas „sachej“ nakrywał go groźnym bałwanem, przewracał łódź, a ludzi topił.

Nagle zrywała się burza i z dziką gwałtownością padała na drżący z niepokoju i naprężenia las, który wydawszy wielki okrzyk wojenny, stawał do boju. Morze ryczało, przez „sachej“ skakały ogromne białe konie i z wyciem i głośnym tętentem leciały ku brzegowi, jakby go chciały roztratować. Narda parła swą szeroką, twardą, zimną piersią, a drzewięta, choć wrzeszczały z bólu i strachu, wymachiwały groźnie koronami i siekły niemi wiatr, aż burza skowytała, jak ranny potwór. I tak to trwało nieraz przez długie dni i noce, a czasem tygodnie.

Lecz nasze drzewka nadmorskie mają ten sam sposób myślenia, co i rybacy, którzy w czas burzy śmieją się i mówią:

— To nick! (nic). To przeńdzie, przyńdzie pogódka!

Gdy zaś jest pogoda i słonko pięknie świeci, oni chmurzą się i mruczą:

— Przyńdzie sztorm!

Więc wojowały drzewięta mężnie i wytrwale, broniąc ziemi i ukrytej za lasem cichej wioski rybackiej i nie tracąc odwagi, choć czasem było istotnie straszno. Starsze drzewa opowiadały, iż narda rzucała raz falami tak wielkiemi, że rozbiła napół murowany „budynk“ stacji ratunkowej. Podobno został z niej tylko jeden ceglany węgiel.

Wkońcu jednak zawsze udawało się drzewom burzę odeprzeć i nastawała cisza, po której strąd, zcicha skomląc, leżał jak pies schłostany, a las wyglądał jak czupryna swawolnego terminatora szewskiego, którego majster wytargał za włosy.

Tak sobie Sosenka żyła w zgodzie ze sobą i ze światem.

Aż raz stała się rzecz dziwna.

Morze wyrzuciło na strąd „bitę“. „Bitą“ nazywają rybacy nasi wszystko, co woda na brzeg wyrzuci. Może to być skrzynia, beczka, belka, portfel z pieniędzmi, kasetka, deska, wogóle wszystko. Na te „bity“ rybacy są bardzo łakomi i chętnie na nie polują, ale robią to w tajemnicy, bo prawo nakazuje każdą „bitę“ znalezioną meldować u sołtysa, który ją sprzedaje na licytacji. Dlatego wypatrują „bity“ na dnie morskiem w dzień, a wynoszą je na brzeg dopiero w nocy.

Pewnej nocy przyszło dwóch rybaków na strąd z osękami, zapomocą których zaczęli coś z wody wyciągać na brzeg. Sosenka wcale się temu nie dziwiła, bo do takich widoków przywykła. Domyśliła się zaraz, że to „bita“. Rybacy wyciągnęli sporą beczkę, którą zaczęli wtaczać na górę. Ciężka beczka wypsnęła się im i stoczyła nadół tak, że omal Sosenki z nóg nie zbiła, ale, złapana w porę przez inne drzewa, zatrzymała się. Rybacy, porozmawiawszy chwilę półgłosem, zostawili „bitę“ i odeszli. Było to właśnie w nocy, o północy. Słychać było, jak kury w wiosce piały. Morze leżało cicho, las spał, wiatru nie było. Naraz Sosenka usłyszała, że beczka zaczyna mówić:

— Jakie głupie te drzewa! Stoją tu wrośnięte w ziemię, wiatr je za włosy targa, kości im łamie, a one stoją, gapią się na morze i o świecie bożym nie wiedzą. Głupie drewno! Prostaki rybackie! Nieokrzesane, nieogolone, całe zarośnięte — chamy!

— Cicho tam, my chcemy spać! — zaszemrało sennie kilka najbliższych drzew.

— Macie czas. I tak nie macie nic innego do roboty! — mówiła beczka, niesamowicie błyskając sękami, które się w niej rozpalały i świeciły jak złe oczy. — Wolałybyście posłuchać, co wam powie gość z dalekich stron, z za siedmiu gór, z za siedmiu rzek, z za siedmiu mórz.

Tu beczka zaśmiała się dziwnie jakiemś gulgotaniem i mówiła dalej:

— Jestem przecie z drzewa, tak samo jak i wy, tylko nie z tak lichego. Jestem z dębu, rozumiecie? Ale co wy tu wiecie, co to dąb!

Usłyszawszy to, brzózki i sosenki skłoniły się, ponieważ wiedziały, iż koło kościoła w rogu ogrodzenia, niedaleko krzyża misyjnego rośnie dąb. Zresztą — dąb! Któżby nie wiedział!

— Tak-tak! — z naciskiem powtórzył gość. — Jestem dębowa. Nie potrzebuję już żadnych korzeni ani zielonych głupich liści. Chodzę. Bywam w świecie, podróżuję. Noszą mnie na rękach. Jestem. Wiem, że jestem. A co wy wiecie?

— Nick, nick, nick! — zaszeptały drzewa pokornie, zawstydzone.

— Patrzycie na morze. No to co? Morze! A widziałyście wy kiedy łuny oświetlonych miast nad morzem? Widziałyście wy kiedy wielki port, setki i tysiące wielkich żelaznych statków? A widziałyście wy kiedy nad wodą górę, buchającą ogniem i dymem?

— Nei, nei, nei! — zaszemrały drzewa.

— A byłyście wy kiedy na pokładzie wielkiego statku?

Drzewiny westchnęły. Słyszały nieraz, jak rybacy wychwalali życie na statku; jak się komuś dobrze powodziło, to mówili: — Żyje sobie — jak na statku!

— Nic nie wiecie, a to dlatego, że jesteście nieokrzesane prostaki, które się nigdy ruszyć nie chcą, i dlatego wy macie w żyłach wodę, a ja jestem pełna ognistego czerwonego wina neapolitańskiego.

— Ne-a-po-li-tań-skiego! powtarzały drzewa, z trudem wymawiajqc to obce słowo. A wówczas beczka zaczęła opowiadać o cudach mórz południowych, o miastach wesołych, pełnych świateł, muzyki, śpiewów i tańców, a opływających winem białem i czerwonem, słodkiem i cierpkiem, rozpalającem krew w żyłach i blaski w oczach. Słowem opowiadała niesłychane brednie, kusząc naiwne drzewka, a w duchu wyśmiewając się z nich i psując je, jak każdy, kto podłym sługą zostawszy, stara się skazić wolnemu jego czyste i jasne życie.

— Ty zwłaszcza, Sosenko, mogłabyś się wybrać w świat, bo jesteś prosta, zgrabna, dobrze zbudowana i ładna, podczas gdy wszystkie twe sąsiadki, to pokraki, z których nawet cebrzyków nie możnaby porobić.

Tak drzewku beczka stara schlebiała.

— Gdybyś tylko chciała, mogłabyś dużo świata zobaczyć, a tu zmarniejesz. Prędzej czy później wiatr cię zegnie i będziesz wyglądała tak, jak stare rybaczki, co przez całe życie ze strądu do wioski piasek noszą.

— Może zostanę masztem! — szepnęła Sosenka.

— Z drzewek z pierwszego szeregu masztów się nie robi — odpowiedziała beczka, gulgocąc złośliwie. — Maszty rosną w lesie. Kto pragnie świat zobaczyć, musi sam chcieć iść, a nie czekać, aż go na łódź wezmą.

— Korzeniami tkwię w ziemi — odpowiedziała cichutko Sosenka.

— Korzenie są niepotrzebne. Patrz, ja nie mam korzeni i nie jestem prosta, lecz okrągła, i dlatego chodzę, biegam tak prędko, że ludzie nieraz mi nadążyć nie mogą, a gonią za mną wciąż, powtarzam ci, na rękach mnie noszą, bo ja mam w sobie coś — coś — coś, o czem wy nie wiecie.

Tu znowu zabulgotało wino w beczce. I długo tak rozpowiadała beczka drzewkom różne mądrości, a one słuchały i przytakiwały jej, niewiele rozumiejąc.

Wreszcie dało się słyszeć ciche skrzypienie kół po piasku, a po chwili zjawili się dwaj rybacy i wytoczyli beczkę na stegnę.

— Musi to być prawdziwa pani, skoro po nią aż krową przyjechali! — szepnęło jedno drzewko.

— Jo, jo, jo! — potwierdziły inne drzewka.

A były głupie i nic nie rozumiały.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?