ObsydianTekst

Z serii: Lux #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 7

Wieczorem zadzwoniła do mnie Dee. Chciałam jej powiedzieć, że mój czas z Daemonem nie był wypełniony szczeniaczkami i tęczami, ale skłamałam. Powiedziałam, że jej brat był wspaniały. Że zasłużył na kluczyki i tak dalej. W przeciwnym razie mogłaby go zmusić, by jeszcze gdzieś ze mną wyszedł. Prawie czułam się źle, okłamując ją, bo brzmiała na taką szczęśliwą.

Tydzień upływał wolno. Miałam nieskończenie dużo czasu, by zadręczać się myślą o szkole, która zaczynała się dopiero za półtora tygodnia. Dee ciągle jeszcze nie wróciła od rodziny czy gdzie tam ona była. Zostałam sama i nudziłam się niemiłosiernie, ale z powrotem zaprzyjaźniłam się z Internetem. Wczesnym wieczorem w sobotę Daemon niespodziewanie pojawił się w moich drzwiach. Ręce trzymał w kieszeni i stał do mnie tyłem, patrząc na bezchmurne niebo. Pojawiło się już kilka gwiazd, ale słońce nie powinno jeszcze zajść przez następne kilka godzin. Byłam zaskoczona jego widokiem, ale wyszłam na zewnątrz. Tak szybko odwrócił głowę, by na mnie spojrzeć, że myślałam, że naderwie sobie jakiś mięsień.

– Co robisz? – zapytałam.

Zmarszczył brwi. Minęło kilka chwil, zanim kącik jego ust uniósł się w uśmiechu. Odchrząknął.

– Lubię patrzeć w niebo. Jest w nim coś niezwykłego. – Ponownie spojrzał w górę. – Jest nieskończone.

Dość głębokie przemyślenia jak na niego.

– Czy jakiś szurnięty koleś wybiegnie zaraz z domu i zacznie się na ciebie drzeć za rozmawianie ze mną?

– Teraz nie, ale później nic nie wiadomo.

Nie wiedziałam, czy mówił poważnie, czy żartował.

– Czyli na razie jest bezpiecznie?

– Tak. Zajęta?

– Pomijając mój blog, nie.

– Masz bloga? – Odwrócił się twarzą do mnie i oparł o futrynę. Kpina wyostrzyła jego rysy.

Wymówił „blog”, jakby to było uzależnienie od narkotyków.

– Tak, mam bloga.

– Jak się nazywa?

– Nie twoja sprawa – powiedziałam, uśmiechając się słodko.

– Ciekawa nazwa. – Jego usta wygięły się w półuśmiechu. – Więc o czym jest ten blog? Szydełkowanie? Puzzle? Samotność?

– Ha, ha, mądralo – westchnęłam. – Recenzuję książki.

– I płacą ci za to?

Zaśmiałam się na głos.

– Nie. Wcale.

Daemon wyglądał na nieco zdezorientowanego.

– Więc recenzujesz książki i nie dostajesz za to kasy, jeśli ktoś kupi książkę zachęcony twoją recenzją?

– Nie recenzuję książek, żeby dostać kasę. – Co w sumie nie byłoby takie złe i właśnie znowu mi się przypomniało, że powinnam wyrobić sobie kartę w bibliotece. – Ja to lubię. Kocham czytać książki i uwielbiam o nich mówić.

– Jakie książki czytasz?

– Różne. – Oparłam się o futrynę naprzeciwko niego. Musiałam unieść głowę, żeby spojrzeć mu w oczy. – Ale preferuję paranormalne rzeczy.

– Wampiry i wilkołaki?

Ludzie, ile on ma jeszcze pytań?

– Tak.

– Duchy i kosmici?

– Historie o duchach są fajne, ale nie wiem nic o kosmitach. Jakoś E.T.[2] do mnie nie przemawia.

Uniósł jedną brew.

– A co do ciebie przemawia?

– Na pewno nie chude, zielone kreatury z kosmosu – odpowiedziałam. – Poza tym lubię też komiksy, historyczne powieści...

– Czytasz komiksy? – W jego głosie zabrzmiało niedowierzanie. – Poważnie?

Pokiwałam głową.

– A co? Dziewczyny nie mogą czytać komiksów?

Patrzył na mnie przez dłuższy moment, a potem wskazał podbródkiem las.

– Chcesz iść na spacer po lesie?

– Eee, wiesz, nie jestem w tym raczej dobra – przypomniałam mu.

Na jego ustach pojawił się uśmiech. Brutalny. Seksowny.

– Nie zabieram cię w góry. To tylko nieszkodliwa wycieczka. Jestem pewien, że sobie poradzisz.

– A Dee jeszcze ci nie powiedziała, gdzie schowała kluczyki? – zapytałam podejrzliwie.

– No, powiedziała.

– To czemu tu jesteś?

Daemon westchnął.

– Bez powodu. Pomyślałem, że wpadnę, ale skoro wszystko kwestionujesz, możesz zapomnieć.

Patrzyłam, jak schodzi po schodach. Zagryzłam wargę. To było szalone. Ale umierałam z nudy od kilku dni. Przewróciłam oczami i zawołałam:

– No dobra, chodźmy.

– Jesteś pewna?

Przytaknęłam podekscytowana.

– Dlaczego idziemy za mój dom? – zapytałam, gdy zobaczyłam, dokąd zmierzamy. – Seneca Rocks są w tamtą stronę. Myślałam, że większość szlaków się tam zaczyna.

Wskazałam na przód swojego domu, gdzie górowały kamienne struktury.

– Tak, ale tu są ścieżki, którymi można obejść góry naokoło i tak jest szybciej – wyjaśnił. – Tamte ścieżki znają mieszkańcy i są tam tłumy. Jak się nudziłem, znalazłem kilka bocznych szlaków.

Skrzywiłam się.

– O jak odległych bocznych szlakach mówimy?

Zaśmiał się.

– Nie tak odległych.

– Więc to jak szlak dla dzieci? Założę się, że dla ciebie okaże się nudny.

– Nie nudzę się, jeśli tylko wychodzę na zewnątrz i spaceruję. Poza tym to nie tak, że będziemy wędrować całą drogę aż do kanionu Smoke Hole. Nie martw się, tak daleko nie zajdziemy, okay?

– Dobra, prowadź.

Wstąpiliśmy do Daemona po kilka butelek wody i poszliśmy. Przez kilka pierwszych minut wędrowaliśmy w ciszy, ale potem powiedział:

– Jesteś bardzo ufna, Kotek.

– Nie nazywaj mnie tak. – Miał długie nogi, więc szedł szybciej, a mi było ciężko za nim nadążyć. Szłam kilka kroków za nim.

Spojrzał na mnie ponad ramieniem, nie tracąc rytmu.

– Nikt cię nigdy tak nie nazwał?

Obeszłam ogromny, kłujący krzak.

– No jasne, ludzie ciągle mówią do mnie Kotek. Ale w twoich ustach to brzmi...

Uniósł brwi zdziwiony.

– Brzmi jak?

– Nie wiem... jak obelga. – Zwolnił i teraz szłam przy nim. – Albo jak coś sprośnego.

Odwrócił głowę i się zaśmiał. Zjeżyłam się na ten dźwięk.

– Czy ty ciągle musisz się ze mnie nabijać?

Kręcąc głową, uśmiechnął się do mnie.

– Nie wiem, po prostu mnie rozśmieszasz.

Kopnęłam niewielki kamień.

– Nieważne. O co chodzi Matthew? Zachowywał się, jakby mnie nienawidził albo coś.

– Nie nienawidzi cię. On ci nie ufa – wymamrotał ostatnie słowa.

Potrząsnęłam głową oszołomiona.

– W jakiej sprawie mi nie ufa? W sprawie twojej cnoty?

Wybuchnął śmiechem i dopiero po dłuższej chwili był w stanie odpowiedzieć.

– Tak. Nie jest fanem ładnych dziewczyn, które na mnie lecą.

– Że co? – Potknęłam się o wystający korzeń. Daemon złapał mnie bez trudu i po chwili stałam już stabilnie na stopach. Od tego krótkiego dotyku zaczęła mnie mrowić skóra pod ubraniami. Jego ręce pozostały na mojej talii jeszcze przez kilka sekund, a potem mnie puścił. – Żartujesz, nie?

– A o którą część ci chodzi? – zapytał.

– O każdą!

– No przestań. Nie mów mi, proszę, że nie uważasz siebie za ładną. – Uznał moje milczenie za odpowiedź. – Żaden facet nigdy ci nie powiedział, że jesteś ładna?

Nie był jedyną osobą, która powiedziała mi kiedyś coś miłego, ale chyba mnie to po prostu nie obchodziło. Każdy mój poprzedni chłopak mówił mi, że jestem ładna, ale wcześniej nie było to powodem, by mnie nie lubić.

Odwróciłam wzrok i wzruszyłam ramionami.

– Jasne, że mówili.

– A może... nie jesteś tego świadoma?

Ponownie wzruszyłam ramionami i skupiłam się na pniach drzew. Chciałam zmienić temat i zaprzeczyć drugiej części jego stwierdzenia. Zdecydowanie nie leciałam na tego aroganckiego faceta.

– Wiesz, w co zawsze wierzyłem? – zapytał miękko.

Ciągle staliśmy na ścieżce. Za nami słyszałam tylko dźwięki kilku ptaków. Mój głos utonął w lekkim wietrze.

– Nie.

– Zawsze uważałem, że najpiękniejsi ludzie, naprawdę piękni w środku i na zewnątrz, to tacy, którzy nie są świadomi swojego wpływu. – Patrzył w moje oczy uważnie. Przez moment staliśmy tak blisko, że stykaliśmy się palcami u stóp. – Ci, którzy chwalą się swoim pięknem, co z tego mają? Ich piękno jest ulotne. To tylko skorupa, skrywająca ciemność i pustkę.

Zrobiłam najbardziej nieodpowiednią z możliwych rzeczy. Zaśmiałam się.

– Przepraszam, ale to najgłębsza rzecz, jaką kiedykolwiek od ciebie usłyszałam. Statek obcych zabrał Daemona, którego znam? A mogę prosić, by go zatrzymali?

Skrzywił się.

– Byłem szczery.

– Wiem, ale to było po prostu... wow. – I proszę, oto niszczę chyba najmilszą rzecz, jaką do mnie powiedział.

Wzruszył ramionami i prowadził mnie dalej wzdłuż szlaku.

– Nie pójdziemy zbyt daleko – powiedział po kilku minutach. – Mówiłaś, że interesuje cię historia, tak?

– Tak, chyba jestem kujonem. – Byłam wdzięczna za zmianę tematu.

Jego usta zadrżały na te słowa.

– Wiesz, że kiedyś te ziemie przemierzali Senekowie?

Skrzywiłam się.

– Proszę, powiedz, że nie idziemy po cmentarzysku?

– Cóż... jestem pewien, że gdzieś tam są cmentarzyska. Mimo że przemierzali te tereny, to niekoniecznie dokładnie w tym miejscu musiał ktoś umrzeć...

– Daemon, tej części nie muszę znać. – Delikatnie szturchnęłam go w ramię.

Jego twarz znowu przybrała dziwny wyraz. Potrząsał głową.

– Okay, opowiem ci historię, ale daruję ci niektóre straszne, lecz naturalne fakty.

W poprzek ścieżki rozciągała się długa gałąź. Daemon podtrzymał ją dla mnie i przeszłam pod nią. Musnęłam ramieniem jego pierś, kiedy przechodziłam obok. Potem opuścił gałąź i poprowadził mnie dalej.

 

– Jaką historię?

– Zobaczysz. A teraz uważaj... Dawno temu ta ziemia była tylko lasem i pagórkami, co nie bardzo różni się od obecnej sytuacji z wyjątkiem kilku miasteczek. – W trakcie drogi odsuwał dla mnie niżej wiszące gałęzie. – Ale wyobraź sobie to miejsce tak rzadko zaludnione, że dotarcie do najbliższej osady zajmowało dni, a nawet tygodnie.

Zadrżałam.

– Musieli być samotni.

– Zapewne, ale musisz zrozumieć, że taki był styl życia setki lat temu. Rolnicy i górale mieszkali kilometry od siebie, a dystanse pokonywali pieszo lub konno. I to nie był najbezpieczniejszy sposób podróżowania.

– Nie wątpię – powiedziałam niewyraźnie.

– Senekowie przemierzali wschodnie części Stanów Zjednoczonych i w pewnym momencie wkroczyli na ścieżkę prowadzącą na szczyt Seneca Rocks. – Jego spojrzenie spotkało moje. – Wiedziałaś, że ta mała ścieżka za twoim domem prowadzi do podnóża tych gór?

– Nie. Góry zawsze wydają się takie odległe. Nigdy nie myślałam, że mogłyby być tak blisko.

– Jeśli będziesz szła tamtą ścieżką przez kilka kilometrów, znajdziesz się u podnóża. To dość kamienista droga i nawet doświadczeni wspinacze trzymają się od niej z daleka. Widzisz, Seneca Rocks rozciągają się od Grant do Pendleton County, a najwyższy szczyt to Spruce Knob i wychodnia o nazwie Champe Rocks. Ciężko na nie wejść, bo to zazwyczaj oznacza wkroczenie na czyjeś terytorium, ale warto, jeśli potem spojrzy się na wszystko z przeszło dwustu pięćdziesięciu metrów – powiedział zamyślony.

– Brzmi świetnie. – Wcale nie. Nie mogłam powstrzymać sarkazmu, więc uśmiechnęłam się tylko niepewnie. Nie chciałam psuć mu humoru. Tak długo jeszcze chyba nie wytrzymał, a ja nie rozmawiałam z nim wcześniej tak normalnie.

– Znaczy, jeśli nie boisz się spaść – zaśmiał się, widząc moją minę. – Wracając do tematu, Seneca Rocks są zrobione z kwarcytu, który jest rodzajem piaskowca. Dlatego czasami ma różowe zabarwienie. Kwarcyt jest uważany za beta-kwarc. Ludzie, którzy wierzą w... nadnaturalne siły lub w moce przyrody, jak dużo plemion indiańskich wtedy, uważają, że każda forma beta-kwarcu pozwala magazynować i przekształcać energię, a nawet nią manipulować. Może porażać prądem i maskować... pewne rzeczy.

– Ooo-kay. – Kiedy rzucił mi surowe spojrzenie, postanowiłam, że więcej nie będę przeszkadzać.

– Bardzo możliwe, że Seneków w to miejsce ściągnął beta-kwarc. Ale nikt tego nie wie na pewno, bo nie pochodzili w ogóle z Wirginii Zachodniej. Nikt nie wie, ilu z nich się tu osiedliło, handlowało czy prowadziło wojny. – Przerwał na kilka chwil, badając otoczenie, jakby mógł zobaczyć cienie przeszłości, o których mówił. – Ale mają romantyczną legendę.

– Romantyczną? – zapytałam. Zaczął prowadzić mnie dookoła małego strumyka. Nie mogłam sobie wyobrazić niczego romantycznego we wspinaniu się dwieście pięćdziesiąt metrów nad ziemią.

– Wiesz, była pewna piękna indiańska księżniczka o imieniu Snowbird, która poprosiła siedmiu najsilniejszych wojowników z plemienia, by udowodnili swoją miłość. Mieli zrobić coś, co tylko ona potrafiła. Wielu pragnęło z nią być dla jej piękna i tytułu. Ale ona chciała równego sobie.

– Kiedy nadszedł dzień, w którym musiała wybrać męża, rzuciła im wyzwanie i tylko najmężniejszy, najbardziej oddany wojownik mógł dostać jej rękę. Poprosiła zalotników, by wspięli się wraz z nią na najwyższą górę – kontynuował miękko. Zwolnił, więc teraz szliśmy ramię w ramię wąską ścieżką. – Próby podjęli się wszyscy, ale gdy zaczęły się trudności, trzech z nich zawróciło. Czwarty stał się ostrożny, a piąty padał ze zmęczenia. Potem zostało tylko dwóch, a piękna Snowbird prowadziła. W końcu weszła na najwyższy szczyt i odwróciła się, by zobaczyć, kto był najmężniejszym i najbardziej oddanym wojownikiem. Tylko jeden pozostał kilka metrów za nią i już zaczął się ześlizgiwać.

Legenda mnie zaintrygowała. Pomysł zmuszenia siedmiu mężczyzn do walki i stawienia czoła śmierci był dla mnie niewyobrażalny.

– Snowbird zatrzymała się tylko na chwilę, myśląc, że ten najmężniejszy wojownik był najwyraźniej najsilniejszy, ale nie był jej równy. Mogła go uratować albo pozwolić mu spaść. Był odważny, ale musiał sięgnąć najwyższego punktu jak ona.

– Ale był tuż za nią? Jak mogłaby tak po prostu go zignorować? – Stwierdziłam, że jeśli Snowbird pozwoli mu spaść, to ta historia będzie do bani.

– Co ty byś zrobiła? – zapytał z ciekawością.

– Nie żebym kiedykolwiek poprosiła tylu mężczyzn, by udowodnili swoją miłość, robiąc coś koszmarnie niebezpiecznego i głupiego jak to, ale jeśli kiedykolwiek znalazłabym się w takiej sytuacji, choć to mało...

– Kat? – upomniał mnie.

– Wyciągnęłabym rękę i uratowała go, oczywiście. Nie pozwoliłabym mu spaść i umrzeć.

– Ale nie przeszedł testu.

– To nie ma znaczenia – kłóciłam się. – Był tuż za nią. I co z tego, że była taka piękna, jeśli pozwoliłaby mu spaść, tylko dlatego, że się poślizgnął? Jak można być zdolnym do miłości i jej wartym, skoro już o tym mowa, jeśli pozwala się na coś takiego?

Pokiwał głową.

– Cóż, Snowbird myślała tak jak ty.

Uśmiechnęłam się z ulgą. Jeśli by tak nie myślała, to byłaby to dość kiepska romantyczna historia.

– I dobrze.

– Snowbird stwierdziła, że wojownik był jej równy, i podjęła decyzję. Złapała go, zanim spadł. Wódz wyszedł im na spotkanie i był bardzo zadowolony z wyboru córki. Pobłogosławił ich małżeństwo, a wojownik został jego spadkobiercą.

– I to dlatego te skały nazywają się Seneca Rocks? Po Indianach i Snowbird?

Pokiwał głową.

– Tak mówią legendy.

– Piękna historia, ale uważam, że wspinanie się setki metrów w górę, by udowodnić swoją miłość, to lekka przesada.

Zaśmiał się.

– I tu się z tobą zgodzę.

– No ja myślę, bo inaczej skończysz na międzystanowej, udowadniając swoją miłość w wyścigach samochodowych. – Chciałam się ugryźć w język, ale było już za późno. Oby nie pomyślał, że to miałoby być z miłości do mnie.

Spojrzał na mnie twardo.

– Jakoś tego nie widzę.

– Da się stąd dojść do miejsca, w którym Indianie zaczęli się wspinać? – zapytałam zaciekawiona.

Potrząsnął głową.

– Można przez kanion, ale to bardzo trudny szlak. Odradzałbym.

Zaśmiałam się na te słowa.

– O to chyba nie musisz się martwić. Zastanawia mnie, dlaczego Indianie tu przyszli. Może czegoś szukali? – Zatrzymałam się koło wielkiego głazu. – Trudno uwierzyć, że przyciągnęła ich tu garstka kamieni.

– Nigdy nic nie wiadomo. – Zacisnął usta i przez chwilę był cicho. – Ludzie uważają dawne wierzenia za prymitywne i niepojęte, a mimo to z każdym dniem widzimy w przeszłości coraz więcej prawdy.

Zerknęłam na niego, zastanawiając się, czy mówił poważnie. Brzmiał na znacznie bardziej dojrzałego niż inni chłopcy w naszym wieku.

– I mówiłeś, że dlaczego te kamienie są takie ważne?

Spojrzał na mnie z góry.

– To rodzaj skał... – Nagle jego oczy się rozszerzyły. – Kotek?

– Możesz przestać mnie tak...?

– Bądź cicho – wysyczał i utkwił wzrok ponad moim ramieniem. Położył dłoń na mojej ręce. – Obiecaj, że ci nie odbije.

– Dlaczego miałoby mi odbić? – wyszeptałam.

Przyciągnął mnie do siebie, przez co o mało nie straciłam równowagi. Położyłam dłonie na jego klatce piersiowej, żeby się nie przewrócić. Jego pierś wydawała się... szumieć pod moimi dłońmi.

– Widziałaś kiedykolwiek niedźwiedzia?

Pojawił się strach, który zniszczył mój spokój.

– Co? Tam jest niedźwiedź...? – Wyrwałam się z jego uścisku i się obróciłam.

O, tak, był tam niedźwiedź.

Nie mniej niż pięć metrów od nas wielki niedźwiedź, czarny i włochaty, węszył w powietrzu długim, wąsatym pyskiem. Zastrzygł uszami na dźwięk naszych oddechów. Przez moment byłam jak skamieniała. Nigdy nie widziałam niedźwiedzia w naturze. Coś majestatycznego było w tym stworzeniu. To, jak poruszały się mięśnie pod jego grubym futrem, jak jego oczy obserwowały nas uważnie – tak jak my jego. Zwierzę zbliżyło się i zalały je promienie słoneczne przebijające się przez konary nad nim. W słońcu jego futro było połyskująco czarne.

– Nie biegnij – wyszeptał Deamon.

Nie mogłabym się ruszyć, nawet gdybym chciała.

Niedźwiedź wydał dźwięk – ni to szczeknięcie, ni to warknięcie. Stanął na dwóch nogach i miał teraz co najmniej metr pięćdziesiąt. Następnym dźwiękiem był prawdziwy ryk, od którego przeszły mnie ciarki.

To wcale nie wróżyło dobrze.

Daemon zaczął krzyczeć i machać rękoma, ale to nie odstraszyło niedźwiedzia. Zwierzę opadło na cztery łapy, a jego masywne barki się zatrzęsły.

Niedźwiedź popędził prosto na nas.

Ze strachu nie mogłam oddychać. Zamknęłam oczy. Nie chciałam zostać zjedzona przez niedźwiedzia. To byłoby okropne. Usłyszałam, jak Daemon przeklina, i mimo że powieki miałam zamknięte, oślepiający błysk przebił się przez ich cienką skórę. Towarzyszył temu podmuch ciepła, który rozwiał moje włosy. Błysnęło ponownie, ale zaraz potem nastała ciemność, pochłaniając mnie kompletnie.

[2] The Extra-Terrestrial – istota pozaziemska, tytułowa postać filmu Stevena Spielberga (przyp. red.).

Rozdział 8

Kiedy otworzyłam oczy, poczułam dziwny metaliczny posmak w ustach. Deszcz bębnił o dach, a w oddali grzmotnęło. Błyskawica uderzyła gdzieś blisko, wypełniając powietrze elektrycznością. Kiedy zaczęło padać? Niebo było czyste, niebieskie i idealne, jak pamiętałam. Mój oddech był urywany, a ja skołowana.

Ramieniem opierałam się o coś ciepłego i twardego. Gdy odwróciłam głowę, poczułam, że obiekt poruszył się gwałtownie, a potem zapadł powoli. Dopiero po chwili zrozumiałam, że mój policzek był przyciśnięty do klatki piersiowej. Kołysał mną, ciasno obejmując mnie w talii. Nawet nie odważyłam się ruszyć.

Każdy cal mojego ciała był świadomy jego. Tego, jak jego udo przyciskało się do mojego i jak oddychał równo i głęboko, a ja czułam pod dłonią jego unoszący się brzuch. Tego, jak jego ręka obejmowała moją talię, a kciukiem zataczał leniwe, kojące kręgi na brzegu pod moją koszulką. Każdy ruch unosił lekko koszulkę, odkrywając skórę, aż jego kciuk znalazł się przy krzywiźnie mojej talii. Skóra przy skórze. Było mi gorąco i drżałam. Nie miałam doświadczenia z takimi uczuciami. Jego ręka się zatrzymała.

Uniosłam się i spojrzałam w parę niezwykle zielonych oczu.

– Co... co się stało?

– Zemdlałaś – powiedział i oderwał rękę od mojej talii.

– Naprawdę? – Cofnęłam się, a dystans między nami się zwiększył. Odgarnęłam splątane włosy z twarzy. W ustach ciągle czułam metaliczny posmak.

Pokiwał głową.

– Chyba przestraszył cię niedźwiedź. Musiałem cię nieść.

– Całą drogę? – Cholera! I mnie to ominęło? – Co... co się stało z niedźwiedziem?

– Burza go wystraszyła. Błyskawice. Tak myślę. – Zmarszczył brwi i popatrzył na mnie. – Dobrze się czujesz?

Nagle jasny błysk oślepił nas na moment. Chwilę potem grzmot przedarł się przez odgłos ulewy. Twarz Daemona była ukryta w cieniu.

Potrząsnęłam głową.

– Niedźwiedź przestraszył się burzy?

– No chyba.

– To mieliśmy szczęście – wyszeptałam, patrząc w dół. Byłam tak przemoknięta jak Daemon. Deszcz lał jeszcze silniej i ciężko było dostrzec coś kilka metrów od ganku, mimo że przecież znaliśmy to miejsce. – Pada tu jak na Florydzie. – Nie wiedziałam, co innego powiedzieć. Mózg miałam jak usmażony. Daemon trącił swoim kolanem moje.

– Chyba utknęłaś tu ze mną na jeszcze kilka minut.

– Jestem pewna, że wyglądam jak zmokły kot.

– Dobrze wyglądasz. Taki przemoczony wygląd do ciebie pasuje.

Jęknęłam.

– Teraz wiem, że kłamiesz.

Przysunął się do mnie i bez słowa ujął mój podbródek. Na jego pełnych ustach pojawił się uśmiech.

– Nie kłamałbym na temat tego, co myślę.

Chciałam powiedzieć coś mądrego, może nawet zalotnego, ale pod wpływem jego intensywnego wzroku moje myśli traciły sens.

Zakłopotanie rozbłysnęło w jego oczach, kiedy pochylił się do przodu. Rozchylił lekko usta.

– Chyba teraz rozumiem.

– Co rozumiesz? – wyszeptałam.

– Lubię, kiedy się rumienisz. – Jego głos był tylko lekkim pomrukiem. Zaczął zataczać kciukiem kręgi na moim policzku.

 

Pochylił głowę i oparł czoło o moje. Siedzieliśmy w tej pozie, po raz pierwszy w takiej atmosferze. Chyba nawet przestałam oddychać. Moje serce zabiło kilka razy mocniej, a potem zamarło w oczekiwaniu. Nawet go nie lubiłam. On nie lubił mnie. To było szalone, a jednak się działo.

Znowu zagrzmiało, tym razem bliżej. Ale ten odgłos nawet nas nie przestraszył. Byliśmy we własnym świecie. I potem przestał się uśmiechać. Wzrok miał zagubiony i zdesperowany, ale nie przestawał patrzeć mi w oczy. Czas się zatrzymał, a każda sekunda wydłużała się niemiłosiernie i była dla mnie torturą. Jego oczy przybrały kolor ciemnej zieleni. Na jego twarzy malowało się napięcie, jakby toczył wewnętrzną walkę. Czułam się niepewnie, widząc to spojrzenie. W ułamek sekundy wiedziałam, że podjął decyzję. Odetchnął głęboko i zamknął te piękne oczy. Poczułam na policzku jego oddech powoli zmierzający ku moim ustom. Wiedziałam, że powinnam się odsunąć. On przysparzał tylko kłopotów. Ale oddech ugrzązł mi w gardle. Jego usta były tak blisko moich, a ja desperacko chciałam poczuć je już teraz, sprawdzić, czy były tak miękkie, na jakie wyglądały.

– Hej, ludzie! – zawołała Dee.

Daemon cofnął się gwałtownie, ale płynnie. Teraz odległość między nami była normalna.

Wciągnęłam ostro powietrze. Czułam się zawiedziona i zaskoczona. Ciało ciągle mnie mrowiło, jakby było pozbawione tlenu. Byliśmy sobą zbyt zajęci, by zauważyć, że przestało padać. Dee weszła na schody, a jej uśmiech zamarł, kiedy nam się przyjrzała. Zamrugała szybko. Wiedziałam, że moja twarz zrobiła się krwistoczerwona. Widać było, że coś przerwała. Ale patrzyła tylko na brata, a jej usta przybrały kształt idealnego „O”. Uśmiechnął się do niej szeroko. Wyglądał, jakby chichotał w duchu.

– Hej, siostra. Co tam?

– Nic – powiedziała, mrużąc oczy. – A co u ciebie?

– Też nic – odpowiedział i wstał. Spojrzał na mnie ponad ramieniem. – Tylko zarabiam dodatkowe punkty.

Jego słowa rozwiały miłą atmosferę. Zeskoczył z huśtawki i spokojnym krokiem poszedł do domu. Spojrzałam na Dee. Miałam ochotę za nim pognać i kopnąć go.

– Prawie mnie pocałował. Czy to było częścią waszej umowy? – Mój głos był napięty. Skóra mnie bolała. Dee usiadła na huśtawce obok mnie.

– Nie. To nie było częścią umowy. – Zamrugała powoli. – Zamierzał cię pocałować?

Moje policzki były jeszcze czerwieńsze.

– Nie wiem.

– Wow – wymamrotała z wielkimi oczami. – To było niespodziewane.

I niezręczne. Nawet nie wiedziałam, co myśleć i co by się stało, gdyby się nie pojawiła.

– Eee, więc byłaś odwiedzić rodzinę?

– Tak, musiałam, zanim zacznie się szkoła. Przepraszam, że ci nie powiedziałam. To tak nagle wyskoczyło. – Dee przerwała. – Co robiliście wcześniej, przed tym prawie pocałunkiem?

– Poszliśmy na spacer. To wszystko.

– To dziwne – kontynuowała, przyglądając mi się uważnie. – Musiałam ukraść jego kluczyki, ale przecież już je odzyskał.

Zmarszczyłam czoło.

– Tak, dzięki za to, tak w ogóle. Nie ma nic lepszego niż szantażowanie chłopaka, by się z kimś umówił. To świetnie podnosi poczucie własnej wartości.

– O, nie! To nie tak. Myślałam, że potrzebuje motywacji... żeby być milszy.

– Musi bardzo cenić ten samochód – wymamrotałam.

– Tak... To prawda. Dużo czasu spędzał z tobą, kiedy mnie nie było?

– Aż tak nie. Raz poszliśmy nad jezioro, no i dzisiaj. To wszystko.

Na jej twarzy pojawiło się zaciekawienie, a potem się uśmiechnęła.

– Dobrze się bawiliście?

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Wzruszyłam więc ramionami.

– No, zachowywał się całkiem przyzwoicie. Znaczy, miewa te swoje momenty, ale nie było tak źle.

Pomijając fakt, że został zmuszony do spędzania czasu ze mną i prawie mnie pocałował, żeby zarobić bonusowe punkty.

– Daemon potrafi być miły, jeśli tego chce. – Dee zaczęła bujać huśtawkę. – Dokąd cię zabrał na spacer?

– Szliśmy jakimś szlakiem i rozmawialiśmy, a potem zobaczyliśmy niedźwiedzia.

– Niedźwiedzia? – Jej oczy się rozszerzyły. – Cholera, co się stało?

– Eee, tak jakby zemdlałam.

Dee zagapiła się na mnie.

– Zemdlałaś?

Zaczerwieniłam się.

– Tak, Daemon musiał nieść mnie z powrotem, a reszta, no wiesz...

Patrzyła na mnie uważnie. Potem potrząsnęła głową. Zmieniła temat. Zapytała mnie, czy coś ją ominęło, kiedy zniknęła. Zrelacjonowałam jej wszystko, ale mój umysł był nieobecny. Dee wspomniała coś o wspólnym oglądaniu filmu później, a potem poszła. I chyba się zgodziłam. Po jakimś czasie weszłam do środka i przebrałam się w dres. Ale ciągle myślałam o Daemonie. Prawie dało się go lubić podczas naszej wędrówki, chociaż potem znowu zmienił się w superdupka. Czerwona ze złości i sfrustrowana padłam na łóżko i wlepiłam wzrok w sufit. Tynk pokrywała siateczka niewielkich pęknięć. Wodziłam po nich wzrokiem i odtwarzałam w myślach wydarzenia do prawie pocałunku. Poczułam skurcz w żołądku na myśl, jak blisko były nasze usta. Ale gorsza była świadomość, że chciałam, by mnie pocałował. Sympatia i pożądanie nie mają ze sobą nic wspólnego.

***

– Dobrze rozumiem? – Dee zmarszczyła brwi. Siedziała na fotelu w wygodnej pozycji. – Nie masz pojęcia, gdzie chcesz iść na studia?

Jęknęłam.

– Mówisz jak moja mama.

– No cóż, zaczynasz ostatni rok... – Dee przerwała na moment. – Nie powinniście składać papierów, gdy zacznie się szkoła?

Dee i ja siedziałyśmy w moim salonie, przeglądając gazety. Mama weszła mimochodem i rzuciła na stolik broszury z uniwersytetów. Dzięki, mamo.

– My? A ty nie powinnaś już się ubiegać? Też jesteś jedną z nas.

Co ciekawe, zainteresowanie w jej oczach zgasło.

– Tak, ale mówimy o tobie.

Przewróciłam oczami i się zaśmiałam.

– Jeszcze nie zdecydowałam, co chcę robić, więc nie widzę potrzeby wybierania szkoły już teraz.

– Ale każda szkoła oferuje to samo. Możesz wybrać miejsce, jakie tylko chcesz. Kalifornia, Nowy Jork, Kolorado... O, mogłabyś wyjechać za granicę. To by było świetne. Ja bym tak zrobiła. Pojechałabym gdzieś do Anglii.

– Przecież możesz – przypomniałam jej.

Dee spuściła wzrok i wzruszyła ramionami.

– Nie, nie mogę.

– Dlaczego nie? – Podciągnęłam nogi i usiadłam po turecku. Pieniądze nie były dla nich problemem, biorąc pod uwagę samochody, którymi jeździli, i ubrania, które nosili. Zapytałam ją, czy ma pracę, a ona odparła, że dostaje miesięczne kieszonkowe. Rodzice ciągle byli w mieście i tak dalej. Nawet nieźle. Moja mama była świetna. Dawała mi pieniądze, jeśli ich potrzebowałam, ale szczerze wątpię, żeby kiedykolwiek dała mi trzysta dolców na miesiąc i zaopatrzyła w nowy samochód. O, nie. Jestem skazana na mojego sedana, z całą tą rdzą i tak dalej. Ważne, żeby dojechać z punktu A do punktu B. Powtórzyłam:

– Możesz iść, dokądkolwiek chcesz, Dee.

Uśmiech Dee był smutny.

– Pewnie po zakończeniu roku zostanę tutaj. Może zapiszę się na jakiś uniwersytet online.

Przez chwilę myślałam, że żartuje.

– Mówisz serio?

– Tak jakby tu utknęłam.

Zaintrygowała mnie ta perspektywa.

– Dlaczego?

– Moja rodzina tu jest – powiedziała cicho i spojrzała na mnie. – A co do tego filmu, który wczoraj widziałyśmy… Miałam przez niego koszmary. Nie podoba mi się pomysł nawiedzonego domu z duchami, które patrzą, jak śpisz.

Nie umknęła mi ta szybka zmiana tematu.

– No, trochę był straszny.

Dee się skrzywiła.

– Przypomniał mi Daemona. Kiedyś stał nade mną, jak spałam, bo uważał, że to śmieszne. – Wzruszyła delikatnie ramionami. – Byłam wtedy taka wściekła na niego! Nie ważne, jak mocno spałam, czułam jego spojrzenie i się budziłam. A on się śmiał i śmiał.

Uśmiechnęłam się na wyobrażenie małego chłopca, który drażnił się z bliźniaczką. Ale zaraz potem ujrzałam w myślach dorosłego Daemona. Westchnęłam sfrustrowana i zamknęłam magazyn. Nie widziałam go od tego dnia na ganku, ale dopiero był poniedziałek. Dwa dni to nie było nic nowego. I właściwie nie chciałam go zobaczyć.

Uniosłam wzrok i zobaczyłam Dee, która od razu przeszła na ostatnią stronę gazety. Zawsze to robiła. Zaglądała najpierw w horoskop. Prawą ręką podpierała podbródek, a pomalowanym na purpurowo paznokciem gładziła usta.

Palec się rozmył, praktycznie zniknął. Powietrze wokół niej wydawało się szumieć.

Zamrugałam kilka razy. Palec nie zniknął. Świetnie. Znowu miałam halucynacje. Odrzuciłam na bok magazyn.

– Muszę iść do biblioteki. Potrzebne są mi nowe książki do czytania.

– Możemy pojechać na książkowe zakupy po drodze. – Drgnęła znowu podekscytowana. – Chcę przeczytać tę książkę, którą zrecenzowałaś na blogu tydzień przed swoją przeprowadzką. Tę o nastolatkach z supermocami.

Moje serce zatańczyło z radości. Czytała mojego bloga! Chyba nawet nie powiedziałam jej nazwy.