ObsydianTekst

Z serii: Lux #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

Kiedy podłączono mi Internet, byłam szczęśliwsza, niż gdyby przystojny facet spojrzał na mój tyłek i poprosił o numer telefonu. Skoro była dziś środa, napisałam szybkiego posta pod tytułem Czekając na środę. Napisałam w nim o książce, której bohater, gorący chłopak, zabijał dotykiem – nie spodobało mi się to – przeprosiłam za przedłużającą się nieobecność, odpowiedziałam na komentarze i przejrzałam kilka innych blogów, które uwielbiałam. Czułam się jak w domu.

– Katy! – zawołała mama z dołu. – Dee przyszła.

– Idę – odkrzyknęłam i zamknęłam laptop.

Zbiegłam po schodach i razem z Dee pojechałyśmy do sklepu ze sprzętem, który nie był nawet w pobliżu Foodland, jak Daemon powiedział. Mieli wszystko, czego potrzebowałam, żeby naprawić grządkę przed gankiem.

Po powrocie złapałyśmy razem torbę i wyciągnęłyśmy ją z mojego bagażnika. Torby były makabrycznie ciężkie i gdy już się z nimi uporałyśmy, ociekałyśmy potem.

– Chcesz coś do picia, zanim przeniesiemy je na grządkę? – zaoferowałam. Bolały mnie ręce.

Dee otrzepała dłonie i pokiwała głową.

– Trzeba poćwiczyć podnoszenie ciężarów. Nie musiałybyśmy tego ciągać po ziemi.

Weszłyśmy do środka i złapałyśmy mrożoną herbatę.

– Przypomnij mi, żeby zapisać się na siłownię – powiedziałam, masując swoje wiotkie ramiona.

Dee zaśmiała się i odgarnęła wilgotne włosy z szyi. Ciągle wyglądała bosko, nawet zmęczona i z czerwoną twarzą. Jestem pewna, że ja wyglądałam bardziej jak seryjny morderca.

– Nie w Ketterman. Tu co najwyżej możesz sobie śmieci podźwigać na podwórku w tę i z powrotem.

Przyniosłam jej gumkę do włosów, żartując na temat nieciekawego życia w małym mieście. Byłyśmy w środku góra dziesięć minut, ale kiedy wyszłyśmy na dwór, wszystkie torby z ziemią i ściółką stały przy ganku.

Spojrzałam na nią zaskoczona.

– Jak one się tu dostały?

Klęknęła i zaczęła wyrywać chwasty.

– Pewnie mój brat.

– Daemon?

Pokiwała głową.

– To taki skromny bohater...

– Skromny bohater – wymamrotałam. Pomyślałam, że prędzej uwierzę, że torby nauczyły się lewitować i same tu podleciały.

Dee i ja zaatakowałyśmy chwasty energiczniej, niż się spodziewałyśmy. Wyrywanie zielska było dla mnie relaksujące, a Dee, sądząc po gwałtownych ruchach, musiała dać upust emocjom. Nic dziwnego – z bratem taki jak jej... Później Dee spojrzała na połamane paznokcie.

– I po moim manikiurze.

Uśmiechnęłam się.

– Mówiłam ci, żebyś założyła rękawiczki.

– Ale ty nie nosisz żadnych – wytknęła.

Uniosłam brudne od ziemi dłonie i się skrzywiłam. Moje paznokcie zazwyczaj były połamane.

– Tak, ale ja do tego już przywykłam.

Dee wzruszyła ramionami i złapała grabie, a potem mi je podała. Wyglądała śmiesznie w spódniczce i koturnach, których nie chciała zdjąć.

– Ale jest fajnie.

– Lepiej niż na zakupach? – zażartowałam.

Chyba poważnie to rozważała, pocierając nos.

– No, to bardziej... relaksujące.

– To prawda. Nie myślę, kiedy robię takie rzeczy.

– Właśnie to jest w tym przyjemne. – Zaczęła zagrabiać glebę. – I robisz to, żeby nie myśleć o czym?

Usiadłam i otworzyłam kolejną torbę ściółki. Nie byłam pewna, jak odpowiedzieć na to pytanie.

– Mój tata... uwielbiał robić takie rzeczy. Miał rękę do roślin. W naszym starym mieszkaniu nie mieliśmy podwórka tylko balkon. Razem zrobiliśmy na nim miniogród.

– Co się z nim stało? Twoi rodzice się rozwiedli?

Zacisnęłam usta. Nie lubiłam o nim gadać. Wcale. Był dobrym człowiekiem – dobrym ojcem. Nie zasługiwał na swój los.

Dee zamarła.

– Przepraszam. To nie moja sprawa.

– Nie. W porządku. – Wstałam i zaczęłam otrzepywać bluzkę z brudu. Kiedy ponownie spojrzałam na Dee, opierała się właśnie o grabie na ganku. Całe jej lewe ramię było rozmyte. Widziałam przez nie białą balustradę. Zamrugałam. I znowu było normalne.

– Katy? Wszystko dobrze?

Z walącym sercem patrzyłam to na jej oczy, to na ramię. Teraz było całe. Idealne. Potrząsnęłam głową.

– Tak, nic mi nie jest. Eee... mój tata zachorował. Rak. Nie dało się nic zrobić... był w mózgu. Miał bóle głowy, widział dziwne rzeczy. – Przełknęłam ślinę i odwróciłam wzrok. Takie jak ja właśnie widziałam? – Ale poza tym nic mu nie było aż do diagnozy. Dostał chemię i poddał się radioterapii, ale wszystko... działo się cholernie za szybko. Jakieś dwa miesiące później umarł.

– O mój Boże, Katy, tak mi przykro. – Jej twarz była blada, a głos miękki. – To straszne.

– Już dobrze. – Siliłam się na uśmiech, ale nie wyszło. – To było trzy lata temu. To dlatego się tu z mamą przeprowadziłyśmy. Nowy początek i tak dalej.

Zauważyłam, że jej oczy zaczęły błyszczeć w słońcu od łez.

– Rozumiem. Po stracie kogoś z upływem czasu wcale nie jest lepiej, prawda?

– Nie. – Sądząc po jej tonie, znała to uczucie, ale zanim udało mi się zapytać, drzwi jej domu się otworzyły. Żołądek skręcił mi się w supeł.

– O nie... – wyszeptałam.

Dee obróciła się i westchnęła.

– Patrz, kto wrócił.

Było już po pierwszej, a Daemon wyglądał, jakby dopiero co wyczołgał się z łóżka. Jego dżinsy były pogniecione, włosy zmierzwione. Rozmawiał przez telefon i pocierał ręką szczękę. I nie miał koszuli.

– Czy on w ogóle nosi jakieś T-shirty lub bluzy? – zapytałam, łapiąc łopatę.

– Niestety, chyba nie. Nawet zimą. Zazwyczaj lata półnago – jęknęła. – To okropne, że muszę oglądać tak dużo jego... skóry. Ble.

Ble dla niej. Dla mnie to bardzo podniecające. Zaczęłam kopać dziury w kilku strategicznych miejscach. Czułam suchość w gardle. Piękna twarz. Piękne ciało. Koszmarny charakter. Święta trójca przystojnych chłopców.

Daemon rozmawiał przez telefon jakieś trzydzieści minut. Jego obecność była przytłaczająca. Nie dało się go ignorować. Nawet kiedy stałam plecami do niego, czułam jego wzrok na sobie. Moje barki były ciężkie od tego spojrzenia. Kiedy się obejrzałam, jego nie było. Wrócił kilka sekund później w koszulce. Cholera. Trochę tęskniłam za tym widokiem. Przyklepywałam właśnie nową warstwę ziemi, kiedy pojawił się Daemon i otoczył siostrę ciężkim ramieniem. Próbowała się uwolnić, ale trzymał ją blisko.

– Hej, siostra.

Przewróciła oczami, ale się uśmiechnęła. Popatrzyła na niego w zachwycie.

– Dzięki, że przeniosłeś nam te torby.

– Nie ja.

Dee ponownie przewróciła oczami.

– Wszystko jedno, ciołku.

– To nie było miłe. – Przyciągnął ją bliżej, uśmiechając się – naprawdę się uśmiechał i pasowało to do niego. Mógłby to robić częściej. Potem spojrzał na mnie i zmrużył oczy, jakby dopiero zauważył, że tam byłam, na moim własnym podwórku. Uśmiech zniknął całkowicie.

– Co ty robisz?

Spojrzałam w dół na siebie. To chyba oczywiste, biorąc pod uwagę, że byłam cała w ziemi i otaczało mnie kilka roślin.

– Naprawiam...

– Nie pytałem ciebie. – Odwrócił się do poczerwieniałej siostry. – Co ty tu robisz?

Nie zamierzałam zwracać na niego uwagi. Wzruszyłam ramionami i wybrałam kolejną roślinę. Wyrwałam ją z donicy razem z korzeniami.

– Pomagam Katy z grządką. Zachowuj się. – Dee uderzyła go w brzuch i szybko się uwolniła. – Patrz, co zrobiłyśmy. Chyba mam ukryty talent.

Daemon obrzucił wzrokiem moje arcydzieło. Jeśli miałabym teraz wybierać wymarzoną pracę, byłaby to architektura krajobrazu. Okay, nie poradziłabym sobie w dziczy, ale czułam się najlepiej z dłońmi w ziemi. Wszystko w tym kochałam. Odprężenie, które ze sobą niosło, bogaty zapach ziemi i fakt, że odrobina wody i świeżej gleby mogły przywrócić do życia to, co więdło i umierało. Byłam w tym dobra. Oglądałam każdy program na TLC. Wiedziałam, gdzie posadzić rośliny, które potrzebowały więcej słońca, i te, które lubiły cień. Efekt był stopniowy, wysokie i liściaste rośliny z tyłu i kwiaty z przodu. Teraz tylko schować ziemię i voilà!

Daemon uniósł brew.

Zagotowało się we mnie.

– Co?

Wzruszył ramionami.

– Nawet ładnie.

– Ładnie? – Dee brzmiała na tak urażoną, jak ja się czułam. – Jest lepiej niż ładnie. Udał nam się projekt. Cóż, to Katy wymiata. Ja jej tylko podawałam rzeczy.

– To właśnie robisz w wolnym czasie? – zapytał mnie, ignorując siostrę.

– I co? Teraz ze mną rozmawiasz? – Uśmiechając się sztucznie, złapałam garść ziemi i rozsypałam. Przyklepałam, powtórzyłam. – Tak, to takie hobby. A jakie jest twoje? Kopanie szczeniaczków?

– Nie jestem pewien, czy powinienem mówić przy siostrze – odpowiedział z wilczym uśmiechem.

– Fuj. – Dee się skrzywiła.

Obrazy, które przyszły mi do głowy, powinny być ocenzurowane. Po jego minie wiedziałam, że się tego domyślił. Złapałam więcej ściółki.

– Ale moje nie jest tak żałosne, jak to – dodał.

Zamarłam. Kawałki czerwonego cedru przeleciały przez moje palce.

– A dlaczego to jest żałosne?

Jego mina mówiła „Serio muszę to tłumaczyć?”. Tak, ogrodnictwo nie było szczytem wspaniałości. Wiedziałam o tym. Ale nie było żałosne. I dlatego, że lubiłam Dee, zamknęłam paszczę i zaczęłam rozsypywać dalej ściółkę.

Dee szturchnęła brata, ale ten się nie ruszył.

– Nie bądź dupkiem, proszę.

– Nie jestem dupkiem – zaprzeczył.

Uniosłam brwi.

– Masz coś do powiedzenia, Kotek?

– Poza tym, żebyś nigdy więcej mnie tak nie nazywał? Nie. – Wygładziłam ściółkę, podziwiając naszą pracę. Rzuciłam Dee spojrzenie i się uśmiechnęłam. – Myślę, że dobrze nam poszło.

 

– Tak. – Ponownie popchnęła brata w stronę domu. Ciągle się nie ruszał. – Naprawdę nam dobrze poszło, żałosne to czy nie. I wiesz co? Podoba mi się bycie żałosną.

Daemon patrzył na świeżo posadzone kwiaty, prawie jakby robił ich sekcję do badań.

– Myślę, że musimy posadzić te żałosne kwiaty na naszym podwórku – kontynuowała z podekscytowaniem w oczach. – Pójdziemy do sklepu, kupimy rzeczy i mogłabyś...

– Nie jest mile widziana w naszym domu – przerwał siostrze Daemon, odwracając się w jej stronę. – Mówię poważnie.

Cofnęłam się o krok, zaskoczona jadem w jego słowach.

O dziwo, Dee nie była zaskoczona. Jej delikatne dłonie zacisnęły się w pięści.

– Myślałam, żeby popracować nad naszym ogródkiem, który, jak ostatnio sprawdzałam, jest na zewnątrz, nie wewnątrz.

– Nie obchodzi mnie to. Nie chcę jej tam.

– Daemon, nie rób tego – wyszeptała Dee, a łzy wypełniły jej oczy. – Proszę. Lubię ją.

Niemożliwe się stało. Jego twarz złagodniała.

– Dee...

– Proszę... – wyjęczała ponownie, podskakując jak mała dziewczynka, która chciała dostać ulubioną zabawkę, co było dziwne, biorąc pod uwagę jej wiek. Chciałam kopnąć Daemona za zrobienie z niej kogoś, kto żebrał o przyjaźń. Zaklął pod nosem i założył ramiona na piersi.

– Dee, masz przyjaciół.

– To nie to samo, wiesz o tym. – Przyjęła tę samą pozycję co on. – To coś innego.

Daemon spojrzał w moim kierunku, wykrzywiając usta. Ciągle trzymałam łopatę, którą z ochotą przyłożyłabym mu w głowę.

– To twoi przyjaciele, Dee. Są tacy jak ty. Nie musisz się przyjaźnić z kimś... kimś takim jak ona.

Do tego momentu siedziałam cicho, bo nie miałam pojęcia, co się działo, i nie chciałam powiedzieć czegoś, co rozzłościłoby Dee. Mimo wszystko palant był jej bratem, ale to... to zaszło o wiele za daleko.

– Co masz na myśli, mówiąc „kogoś takiego jak ja”?

Przekrzywił głowę na bok i westchnął przeciągle.

Oczy jego siostry wędrowały pomiędzy nim a mną.

– Nie miał nic na myśli.

– Gówno prawda – wymamrotał.

Teraz to ja zacisnęłam dłonie w pięści.

– Z czym ty masz problem, do cholery?

Daemon spojrzał na mnie. Jego mina była dziwna.

– Z tobą.

– Ze mną masz problem? – Zrobiłam krok w przód. – Ja cię nawet nie znam. Ty mnie też.

– Wszyscy jesteście tacy sami. – Zacisnął szczękę. – Nie muszę cię znać. Nawet tego nie chcę.

Opuściłam ręce, sfrustrowana.

– Dla mnie świetnie, facet, bo ja też nie chcę cię poznawać.

– Daemon – powiedziała Dee, łapiąc jego ramię. – Daj spokój.

Parsknął, patrząc ciągle na mnie.

– Nie podoba mi się, że przyjaźnisz się z moją siostrą.

Powiedziałam pierwszą rzecz, jaka przyszła mi na myśl. Prawdopodobnie nie najmądrzejszą i normalnie nie byłam osobą, która się odgryzała, ale facet porządnie zalazł mi za skórę.

– A mnie gówno obchodzi, co ci się podoba, a co nie.

W jednej sekundzie stał obok Dee, w drugiej był zaraz przede mną. Dosłownie przede mną. Nie mógł poruszać się tak szybko. To niemożliwe. Ale był tu, pochylał się właśnie nade mną...

– Jak... Jak ty...? – Głos mnie zawiódł. Cofnęłam się o krok. Intensywność jego oczu przyprawiła mnie o dreszcze. Cholera jasna...

– Posłuchaj uważnie – powiedział, przysuwając się do mnie. Cofnęłam się o krok, aż zderzyłam się z wysokim drzewem. Daemon pochylił głowę, jego nienaturalnie zielone oczy wypełniały wszystko. Czułam ciepło jego ciała. – Powiem to tylko raz. Jeśli cokolwiek stanie się mojej siostrze, tak mi dopomóż... – przerwał i wziął głęboki oddech. Spuścił wzrok na moje rozwarte wargi. Nie mogłam oddychać. Coś błysnęło w jego oczach, ale szybko je zmrużył, ukrywając to, co się pojawiło. Obrazy wróciły. Nas dwoje. Rozgrzani i spoceni. Zagryzłam wargę i spróbowałam nie okazywać żadnych uczuć, ale znowu byłam pewna, że wiedział, o czym myślałam, bo na jego twarzy pojawił się zadowolony uśmiech. To bardziej niż wkurzające.

– Brudna jesteś, Kotek.

Że niby mam brudne myśli? Zamrugałam. Zaprzecz. Zaprzecz. Zaprzecz.

– Co powiedziałeś?

– Brudna – powtórzył tak niskim głosem, że Dee nie mogła go słyszeć. – Jesteś pokryta brudem. A co myślałaś, że mam na myśli?

– Nic – powiedziałam, marząc, by poszedł w cholerę. Jego bliskość nie była tak znowu komfortowa. – Pracowałam w ogrodzie. Przy tym nie można się nie ubrudzić.

Wykrzywił usta.

– Jest o wiele więcej sposobów, by się ubrudzić. Nie żebym kiedykolwiek miał ci je pokazać.

Odniosłam wrażenie, że miał na myśli każdy intymny sposób. Moją szyję i policzki pokrył rumieniec.

– Wolałabym się wytarzać w gnoju niż w miejscu, gdzie mogłeś spać.

Daemon uniósł brew i się obrócił.

– Musisz zadzwonić do Matthew – powiedział do siostry. – Teraz, a nie za pięć minut.

Zostałam przy drzewie z szeroko otwartymi oczami. Nie ruszałam się, dopóki nie zniknął w domu, a drzwi zatrzasnęły się za nim. Przełknęłam ślinę, patrząc na strapioną Dee.

– Okay – powiedziałam. – Mocne to było.

Dee opadła na schody i ukryła twarz w dłoniach.

– Naprawdę go kocham. Jest moim bratem, jedyną... – przerwała, unosząc głowę. – To dupek. Wiem. Ale nie zawsze taki jest.

Patrzyłam na nią oszołomiona. Moje serce ciągle waliło mocno, pompując krew za szybko. Kiedy w końcu odepchnęłam się od drzewa, poczułam zawroty głowy, ale nie wiedziałam, czy to z powodu strachu, czy adrenaliny. Podeszłam do niej. A jeśli to nie strach, to czy powinnam się już bać?

– Ciężko jest mieć przy nim przyjaciół – wymamrotała, patrząc na dłonie. – Wszystkich odstrasza.

– Jezu, ciekawe dlaczego. – Naprawdę się nad tym zastanawiałam. Jego zaborczość była trochę dziwna. Moje ręce nadal się trzęsły, mimo że on już zniknął. I ciągle go czułam – ciepło, które rozprzestrzeniał. To było... podniecające. Niestety.

– Tak bardzo, bardzo przepraszam. – Zeskoczyła ze schodów. Nie wiedziała, co robić z rękami. – Jest po prostu nadopiekuńczy.

– Rozumiem, ale to nie tak, że jestem jakimś facetem, który cię molestuje.

Uśmiechnęła się lekko.

– Wiem, ale on bardzo się martwi. Wiem, że... się uspokoi, kiedy cię pozna.

Raczej wątpię.

– Powiedz, proszę, że cię nie odstraszył. – Stanęła przede mną ze zmarszczonymi brwiami. – Pewnie myślisz, że przebywanie w moim towarzystwie nie jest warte...

– Nie. W porządku. – Potarłam ręką czoło. – Nie odstraszył mnie... I nie odstraszy.

Wyglądała, jakby kamień spadł jej z serca.

– To dobrze. Muszę iść, ale naprawię to. Obiecuję.

Wzruszyłam ramionami.

– Nie ma czego naprawiać. Nie jest twoim problemem.

Przez jej twarz przemknął dziwny cień.

– Chyba jednak jest. Pogadamy później, okay?

Pokiwałam głową i patrzyłam, jak wraca do domu.

Złapałam puste torby. O co tu, do cholery, chodziło? Nigdy w życiu nikt mną tak nie gardził. Pokręciłam głową i wrzuciłam torby do kosza.

Daemon był przystojny, ale to palant. I tyran. I naprawdę miałam na myśli to, co powiedziałam Dee. Nie odstraszy mnie. Będzie sobie musiał z tym poradzić. Miałam zamiar tu zostać.

Rozdział 4

W poniedziałek nie opublikowałam nic na blogu, głównie dlatego, że był to czas na posty typu Co teraz czytasz?, a aktualnie nie czytałam nic nowego. Stwierdziłam, że moje biedne auto potrzebuje kąpieli. Mama byłaby dumna, gdyby nie spała, widząc mnie latem na zewnątrz, a nie przykutą do laptopa. Pomijając okazjonalne prace w ogródku, byłam typowym domatorem. Niebo było czyste i w powietrzu unosił się delikatny zapach piżma i sosny. Kiedy zaczęłam czyścić wnętrze samochodu, zdumiałam się ilością znalezionych drobniaków i włosów. Skrzywiłam się, widząc szkolną torbę na tylnym siedzeniu.

Za kilka tygodni zacznę nową szkołę i wiedziałam, że Dee będzie otoczona przyjaciółmi – takimi, których Daemon aprobował. Ja do nich nie należałam, bo najwyraźniej uważał mnie za kogoś pokroju dilera trawy.

Potem wyjęłam wiadro i wąż i namydliłam większość samochodu. Ale kiedy zabrałam się za dach, tylko niepotrzebnie się zmoczyłam, rzucając tam gąbkę dziesiątki razy. Nieważne, z której strony chciałam zaatakować dach, to nie działało. Klnąc, zaczęłam wybierać trawę i żwir z gąbki. Miałam ochotę rzucić ją w pobliski las. Sfrustrowana wrzuciłam ją tylko do wiadra.

– Wyglądasz, jakbyś potrzebowała pomocy.

Podskoczyłam. Daemon stał kilka metrów ode mnie z dłońmi w przednich kieszeniach wyblakniętych dżinsów. Zielone oczy błyszczały w słońcu.

Przestraszyło mnie jego nagłe pojawienie. Nawet go nie usłyszałam. Jak ktoś mógł poruszać się tak cholernie cicho, szczególnie ktoś tak wysoki jak on? I patrzcie, miał na sobie koszulkę! Nie wiedziałam, czy powinnam być wdzięczna, czy zawiedziona. Poza tym na jego widok ślinka ciekła. Otrząsnęłam się. Jego mina wyrażała ostrożną akceptację. Pewnie tak samo wyglądałam, kiedy musiałam wystawić książce, na którą wcześniej byłam napalona, bardzo złą opinię.

– Wyglądasz, jakbyś znowu chciała tym rzucić. – Wskazał łokciem na wiadro i zanurzoną w mydlinach gąbkę. – Pomyślałem, że zrobię dobry uczynek na dzisiaj i wkroczę, zanim jakieś niewinne gąbki stracą życie.

Odgarnęłam z oczu kilka mokrych kosmyków, niepewna, co powiedzieć.

Daemon pochylił się szybko, chwycił gąbkę i usunął nadmiar wody.

– Wyglądasz, jakbyś to ty się kąpała, a nie samochód. Nigdy bym nie pomyślał, że mycie auta jest takie ciężkie, ale po oglądaniu ciebie przez ostatnie piętnaście minut jestem przekonany, że powinni zrobić z tego dyscyplinę olimpijską.

– Podglądałeś mnie? – Trochę straszne. I trochę podniecające. Nie! Nie podniecające.

Wzruszył ramionami.

– Mogłaś zawsze wziąć samochód do myjni. Byłoby o wiele prościej.

– Myjnie samochodowe to strata pieniędzy.

– Prawda – powiedział powoli. Uklęknął i zaczął czyścić miejsce na karoserii, które najwyraźniej przeoczyłam. – Potrzebujesz nowych opon. Te mogą się zetrzeć w każdej chwili, a zimy bywają tu srogie.

Nie obchodziły mnie opony. Nie mogłam odgadnąć, dlaczego on tu był. Kiedy rozmawialiśmy ostatnim razem, zachowywał się, jakbym była antychrystem, i praktycznie wcisnął mnie w drzewo, mówiąc o sposobach na ubrudzenie się. I dlaczego nie wyszczotkowałam dzisiaj rano włosów?

– Ale cieszę się, że byłaś na zewnątrz. – Skończył z dachem w rekordowym tempie i podniósł wiadro. Posłał mi półuśmiech i zaczął polewać samochód. Strugi wody rozlewały się po bokach jak z przepełnionej filiżanki. – Myślę, że powinienem przeprosić.

– Myślisz, że powinieneś?

Daemon spojrzał na mnie, mrużąc oczy w jasnym słońcu. Ledwo uniknęłam zmoczenia, gdy chlusnął wodą w samochód.

– No, według Dee miałem zaciągnąć tu dupę i być miły. Było coś jeszcze o tym, że zabijam jej szansę na normalną przyjaciółkę.

– Normalną przyjaciółkę? To jakich ona ma przyjaciół?

– Nienormalnych – odpowiedział.

Wolał dla siostry nienormalnych przyjaciół?

– Cóż, przepraszanie, jeśli się nie żałuje, trochę mija się z celem.

Prychnął na potwierdzenie.

– Prawda.

Popatrzyłam na niego.

– Ty tak na serio?

– Tak – powiedział przeciągle i obszedł samochód, by rozlać więcej mydlin. – Tak właściwie, to nie mam wyboru. Muszę być miły.

– Nie wyglądasz na kogoś, kto robi rzeczy, na które nie ma ochoty.

– Bo zazwyczaj nie jestem taką osobą. – Przeszedł na tył samochodu. – Ale siostra zabrała mi kluczyki od samochodu i dopóki nie będę się dobrze zachowywał, nie dostanę ich. A cholernie trudno dorobić nowe.

Nie mogłam powstrzymać śmiechu.

– Zabrała ci kluczyki?

Rzucił mi gniewne spojrzenie.

– Nieśmieszne.

– Masz rację. – Zaśmiałam się. – To komiczne.

Wyglądał na wkurzonego.

Założyłam ramiona na piersi.

– Ale przepraszam. Nie przyjmuję twoich nieszczerych przeprosin.

– Mimo że myję twój samochód?

– Nie. – Uśmiechnęłam się, gdy zmrużył oczy. – Możesz nigdy nie dostać kluczyków.

– I moje plany wzięły w łeb. – Uśmiechnął się kącikiem ust, jakby z żalem. – Pomyślałem, że skoro nie żałuję, to mogę to jakoś wynagrodzić.

Część mnie była rozdrażniona, ale inna część czuła się rozbawiona – niechętnie rozbawiona.

 

– Zawsze jesteś taki sympatyczny i błyskotliwy?

Przeszedł obok mnie i odkręcił wodę.

– Zawsze. A ty zawsze gapisz się na facetów, kiedy do nich wpadasz i pytasz o drogę?

– Zawsze otwierasz drzwi półnagi?

– Zawsze. I nie odpowiedziałaś na moje pytanie. Zawsze się gapisz?

Rumieniec rozpalił moje policzki.

– Nie gapiłam się.

– Naprawdę? – zapytał. Ten półuśmiech znów tam był, ukazując dołeczki. – Cóż, obudziłaś mnie. Nie jestem rannym ptaszkiem.

– Nie było aż tak wcześnie – wytknęłam.

– Odsypiam. Wiesz, jest lato. Ty nie odsypiasz?

Wcisnęłam z powrotem kosmyk, który uciekł z mojego kucyka.

– Nie. Zawsze wstaję wcześnie.

Jęknął.

– Gadasz jak moja siostra. Nic dziwnego, że już tak cię kocha.

– Dee ma gust... w przeciwieństwie do niektórych – powiedziałam. Jego usta zadrżały. – I jest świetna. Naprawdę ją lubię, więc jeśli jesteś tu, by grać wielkiego, złego brata, to daruj sobie.

– Nie dlatego tu jestem. – Pozbierał różne spraye i środki czyszczące. Pewnie powinnam mu pomóc, ale patrzenie, jak mnie wyręcza, było fascynujące. Mimo że uraczył mnie dziwnym półuśmiechem, wiedziałam, że ta rozmowa była dla niego niezręczna. I dobrze.

– Twoje przeprosiny są nic niewarte, więc po co tu jesteś? – Nie mogłam oderwać wzroku od jego ust, kiedy mówił. Założę się, że dobrze całował. Idealne pocałunki, które nie były mokre i obrzydliwe, ale takie, które czuło się w palcach u stóp. W ogóle musiałam przestać się na niego patrzeć.

Daemon odstawił wszystkie środki na schody i się wyprostował. Wyciągnął ramiona nad głową, przez co koszulka podjechała w górę, odsłaniając na moment mięśnie brzucha. Jego wzrok powędrował do mojej twarzy. Poczułam ciepło w żołądku.

– Może jestem po prostu ciekawy, dlaczego jest w tobie taka zakochana. Dee nie przepada za obcymi. I nie tylko ona.

– Raz miałam psa, który nie przepadał za obcymi.

Daemon patrzył na mnie przez moment, a potem się roześmiał. To był głęboki, dudniący odgłos. Przyjemny. Seksowny. O Boże. Odwróciłam wzrok. Był chłopakiem, który łamał serca i zostawiał za sobą ścieżkę z ich resztek. Był kłopotem. Może kłopotem, z którym można się było zabawić, ale był też dupkiem. Nie zajmowałam się dupkami. Nie żebym kimkolwiek się zajmowała. Odchrząknęłam.

– Cóż, dzięki za samochód.

Nagle był tuż przy mnie. Tak blisko, że palcami stóp niemal dotykał moich. Wciągnęłam ostro powietrze, chcąc się wycofać. Musiał przestać to robić.

– Jak możesz poruszać się tak szybko?

Zignorował pytanie.

– Moja młodsza siostra chyba cię lubi – powiedział, jakby nie mógł zrozumieć dlaczego.

Zjeżyłam się i odchyliłam głowę, by móc skupić wzrok ponad jego ramieniem.

– Młodsza? Jesteście bliźniakami.

– Urodziłem się całe cztery minuty i trzydzieści sekund przed nią – pochwalił się, patrząc w moje oczy. – Technicznie jest moją młodszą siostrą.

W gardle miałam suszę.

– Jest waszym oczkiem w głowie?

– Tak i dlatego ja łaknę uwagi.

– To chyba wyjaśnia twój kiepski charakter – podsumowałam.

– Może, ale większość ludzi uważa, że jestem czarujący.

Już miałam odpowiedzieć, ale popełniłam ten błąd i spojrzałam mu w oczy. Od razu usidlił mnie ich nienaturalny kolor, przypominający najczystsze, najgłębsze zakątki parku narodowego Everglades na Florydzie.

– Jakoś... ciężko mi w to uwierzyć.

Jego usta lekko zadrżały.

– Nie powinnaś mieć z tym problemu, Kat. – Złapał jeden luźny kosmyk włosów, który wypadł z upięcia, i okręcił go sobie wokół palca. – Jaki to kolor? To nie brąz ani blond.

Policzki szczypały mnie od ciepła. Zgarnęłam z powrotem swoje włosy.

– To się nazywa jasny brąz.

– Hmm – powiedział i pokiwał głową. – Ty i ja mamy plany.

– Co? – Ominęłam jego wielkie ciało. Zaczęłam oddychać głębiej, gdy już miałam więcej przestrzeni. Moje serce biło mocno. – Nie mamy żadnych planów.

Daemon usiadł na stopniu i wyciągnął długie nogi, opierając się z tyłu na łokciach.

– Wygodnie? – warknęłam.

– Bardzo. – Spojrzał na mnie. – A co do tych planów...

Stałam tylko kilka metrów od niego.

– O czym ty mówisz?

– Pamiętasz, jak ci mówiłem, że mam „zaciągnąć tu dupę i być miły”? I że tu chodzi o moje kluczyki? – Skrzyżował stopy i utkwił wzrok w drzewach. – Te plany pozwolą mi odzyskać kluczyki.

– Musisz mi to lepiej wytłumaczyć.

– Oczywiście – westchnął. – Dee schowała moje kluczyki. Jest w tym dobra. Już wywróciłem cały dom do góry nogami, ale nie mogę ich znaleźć.

– Więc zmuś ją, żeby ci powiedziała, gdzie są. – Dzięki Bogu, że nie miałam rodzeństwa.

– Zrobiłbym to, gdyby tu była. Ale wyjechała z miasta i nie wróci aż do niedzieli.

– Co? – Nie wspominała, że wyjeżdża. – Nie wiedziałam o tym.

– To był wyjazd na ostatnią chwilę. – Wyprostował stopy i zaczął nimi wystukiwać niesłyszalny rytm. – I powie mi, gdzie są kluczyki, jeśli zarobię bonusowe punkty. Wiesz, moja siostra bawi się w te bonusowe punkty od podstawówki.

Zaczęłam się uśmiechać.

– Więc...?

– Muszę zarobić punkty, żeby odzyskać kluczyki – wyjaśnił. – I zarobię je, tylko jeśli zrobię dla ciebie coś miłego.

Wybuchłam śmiechem. Jego mina była bezcenna.

– Przepraszam, ale to jest nawet śmieszne.

Daemon odetchnął teatralnie.

– No, trochę jest.

Mój śmiech ustał.

– Co musisz zrobić?

– Mam cię jutro zabrać, żeby popływać. Jeśli to zrobię, powie mi, gdzie schowała kluczyki... I muszę być miły.

Chyba sobie robił jaja. Ale im dłużej na niego patrzyłam, tym byłam bardziej pewna, że mówił poważnie. Szczęka mi opadła.

– Więc odzyskasz kluczyki tylko, jeśli zabierzesz mnie gdzieś, żeby popływać, i będziesz dla mnie miły?

– Wow. Szybka jesteś.

Znowu się zaśmiałam.

– No, cóż, to możesz się pożegnać z autem.

Zdziwienie pojawiło się na jego twarzy.

– Dlaczego?

– Bo ja nigdzie z tobą nie pójdę – powiedziałam.

– Nie mamy wyboru.

– Nie. Ty nie masz wyboru, ja mam. – Spojrzałam na zamknięte drzwi za nim, zastanawiając się, czy mama próbowała podsłuchiwać. – To nie moje kluczyki zniknęły.

Daemon przyglądał mi się przez moment, a potem się uśmiechnął.

– Nie chcesz spędzić ze mną czasu?

– Eee... nie.

– Dlaczego?

Przewróciłam oczami.

– Na początek, bo jesteś dupkiem.

Pokiwał głową.

– Zdarza się.

– Nie będę spędzała czasu z chłopakiem, którego do tego zmusiła siostra. Nie jestem zdesperowana.

– Nie jesteś?

Wstrząsnęła mną złość. Zrobiłam krok w przód.

– Wypad z mojego ganku.

Rozważał to przez chwilę.

– Nie.

– Co? – wyjąkałam. – Co rozumiesz przez „nie”?

– Nie pójdę, dopóki nie zgodzisz się pójść ze mną popływać.

Moimi uszami już powinna zacząć wylatywać para.

– Dobra. Możesz tu siedzieć, bo wolę zjeść szkło, niż spędzać czas z tobą.

Zaśmiał się.

– Brzmi drastycznie.

– Ani trochę. – Uciekłam w stronę schodów.

Daemon obrócił się i złapał mnie za kostkę. Jego uścisk nie był mocny, a dłoń miał ciepłą. Spojrzałam w dół na niego. Uśmiechał się niewinnie jak aniołek.

– Będę tu siedział dzień i noc. Rozbiję obóz na twoim ganku. I nie odejdę. Mamy cały tydzień, Kotek. Albo załatwimy to jutro i będziesz mieć mnie z głowy, albo będę tu, dopóki się nie zgodzisz. Nie uda ci się opuścić domu.

Zagapiłam się na niego.

– Nie mówisz poważnie.

– Och, wierz mi, mówię.

– Po prostu powiedz jej, że poszliśmy i że się dobrze bawiłam. – Próbowałam uwolnić nogę, ale nie puszczał. – Skłam.

– Wie, kiedy kłamię. Jesteśmy bliźniakami. My wiemy takie rzeczy. – Zamyślił się. – A może ty jesteś zbyt nieśmiała, by ze mną pływać? Czy pomysł bycia przy mnie nago sprawia, że czujesz się niekomfortowo?

Złapałam poręcz i pociągnęłam nogę. Palant trzymał mnie delikatnie, ale moja stopa nie chciała się uwolnić.

– Jestem z Florydy, idioto. Połowę życia spędziłam w stroju kąpielowym.

– Więc w czym rzecz?

– Nie lubię cię. – Przestałam ciągnąć i stanęłam w miejscu. Jego ręka wydawała się szumieć przy mojej skórze. Najdziwniejsze uczucie na świecie. – Puść moją kostkę.

Bardzo powoli podnosił każdy palec i nie odrywał przy tym ode mnie wzroku.

– Nie odejdę, Kotek. I tak to zrobisz.

Otworzyłam usta w momencie, kiedy drzwi za nami też to zrobiły. Poczułam ucisk w żołądku, gdy zobaczyłam mamę w piżamie w puchate króliczki. Och, na miłość boską...

Patrzyła to na mnie, to na Daemona. Źle to wszystko zrozumiała. Widząc radość w jej oczach, miałam ochotę zwymiotować na głowę Daemona.

– Mieszkasz naprzeciwko?