Odeszło, zostałoTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Amy zrobiła po jednym polaroidowym zdjęciu każdego pomieszczenia w domu dziadków, a także garażu, ogrodu od frontu i z tyłu oraz dwa zdjęcia schodów, bo nie mają takich u siebie.

Na jednym jest zbliżenie białej metalowej balustrady, która na co drugim słupku ma duże S z wąsami. Słupki wyglądają jak laski cukrowe, z których zlizano paski i odgryziono główki. Na innym zdjęciu widać nabzdyczoną Zoe siedzącą na schodku, rozmytą przez jaskrawe światło w tle, padające z otwartych drzwi łazienki, gdzie okno wpuszcza promienie słońca.

Amy ma aparat od czterech lat i przez ten czas zrobiła swojej siostrze jeszcze pięćdziesiąt jeden innych zdjęć, a na siedmiu z nich widać psa, którego Zoe dostała od Świętego Mikołaja w zeszłym roku. Pies to potargany szkocki terier z czarnym nosem jakby z plastiku. Podobnie jak Zoe pies jest nie do opanowania i Amy podejrzewa, że ma na siostrę zły wpływ, skoro zjada z ziemi rzeczy, których nie powinien jeść, takie jak martwe robale i plastelina. Amy wie na sto procent, że Zoe z kolei zjada psie smakołyki, chociaż mówiła jej ponad milion razy, żeby tego nie robiła. Aparat okazuje się dobrym sposobem ucywilizowania obu tych stworzeń, nauczenia ich, jak siedzieć bez ruchu. Uczą się nawet udawać nieżywych. Amy starannie robi zdjęcia, bo wkłady nie są tanie, więc zmusza psa i siostrę do pozowania przez całe godziny, zanim wszystko wyjdzie, jak trzeba.

Potem pies truchta w pogoni za jakimś wyimaginowanym przedmiotem, a dziewczynki czekają, aż na wywoływanym zdjęciu powoli coś się pojawi. Amy bierze je w palce za sztywny biały pasek u dołu i macha nim delikatnie w powietrzu, a wtedy z połyskliwej szarości wyłaniają się kolory. Siostry nieświadomie wstrzymują oddech.

Zoe za każdym razem pyta, czy może wziąć fotografię, ale Amy za każdym razem odmawia. Czasem Zoe płacze, lecz Amy nie daje się zmiękczyć łzami, a jej przekonanie o trafności własnego osądu, co jest dobre dla siostry, pozostaje niewzruszone. Dzięki temu na zawsze będą miały te zdjęcia. Bo gdyby się zgodziła, Zoe z pewnością dałaby je psu, a wtedy zostałyby pogryzione i zniszczone, podobnie jak ścieżka z okruszków, którymi Jaś chciał wytyczyć drogę z lasu do domu dla siebie i Małgosi, została zjedzona przez ptaki.

Dlatego Amy trzyma zdjęcia w sekretnej szarej kopercie na dnie szuflady, w której chowa też groty i skamieliny zebrane na obozie.

Na ogół dziewczynki mają wspólne tajemnice przed mamą.

To pierwsza tajemnica, która wkracza między siostry.


Weźmy na przykład słowo rest, które pierwotnie oznaczało dystans, po jakim wędrowiec musi zrobić sobie przystanek. Właśnie to niechybnie mnie czeka po tym, gdy wreszcie zabiorę się, oby, do pisania listu do Ciebie. (A przy okazji – to zdjęcie i to osobliwe słowo pochodzą z cmentarza w Berlinie).

Każdego lata dziewczynki jadą na obóz Waluhili z mamą, która pracuje tam jako wychowawczyni.

To obóz dla członkiń organizacji Camp Fire, która jest podobna do skautów, tylko inna. Oficjalnie, gdy dziewczynki mają pięć lat i dwa lata, potem sześć i trzy, a nawet siedem i cztery, wciąż są za małe, żeby uczestniczyć w obozie, ale mama obiecuje, że nie spuści ich z oka. Tam trzeba uważać, bo jest pełno jadowitych zwierząt: węży, pająków, skorpionów. Niektóre mogą człowieka uśmiercić.

Kiedy mama to mówi, dziewczynki zawsze kiwają głowami, ale tak naprawdę się nie przejmują. Teraz, gdy mają już osiem i pięć lat, biegają po łące, aż padają na jaskrawożółte kwiaty i śmieją się, i śmieją do utraty tchu.


Amy uczy się wiązać węzły i całkiem dobrze jej to idzie. Uczy się odnajdywać kierunek w terenie i próbuje skłonić Zoe, aby powtarzała za nią: północ, wschód, południe, zachód. Można to zapamiętać, mówiąc: Połam wafle przed zjedzeniem, dodaje, ale siostra nie potrafi jeszcze ogarnąć tego wszystkiego. Amy uczy się robić ognisko – stawia się trzy kawałki drewna w kształt litery A, to łatwo zapamiętać, potem dokoła środkowego drewienka układa się podpałkę, nie za dużo, bo ogień potrzebuje powietrza. Mama nie pozwala im zapalić ogniska, ale siedzą przy nim razem ze starszymi dziewczynkami i jedzą podsmażaną piankę cukrową. Zamiast jeść, Zoe woli rozsmarowywać piankę po nogach Amy. Potem prosi o więcej.

Dziewczynki uczą się pływać. Wysoka postać Amy wślizguje się do jeziora jak wrzucona z powrotem ryba. Zoe się topi, woda dostaje jej się do nosa. Poddają się. Idą na łąkę, żeby robić salta. Bawią się w chowanego. Gdy poszukiwanie Zoe trwa za długo, Amy woła ją albo mówi: A do Z, A do Z, raz po raz, jak przez krótkofalówkę, a potem dodaje, że czas porobić zdjęcia. Pstryka więc siostrze fotki pośród drzew. Poprawia jej długie jasne włosy, bo się plączą w zabawie. A czasem udaje tylko, że robi zdjęcia.

Od słońca Amy dostaje piegów, a Zoe jest opalona. Razem próbują policzyć piegi na lewym ramieniu Amy: dwadzieścia siedem albo dwadzieścia osiem, albo dwadzieścia dziewięć, zawsze tracą rachubę. Na prawym ramieniu nie dałoby się policzyć. Amy i Zoe przyglądają się swoim łokciom. Pytają mamę, po co są łokcie. Mama odpowiada, że po to, aby zginały się ręce. Dziewczynki próbują wykonać gwiazdę na łące, ale nie mogą z powodu łokci. Zoe stara się bardziej niż Amy.

Amy bierze Zoe do pomocy w szukaniu grotów strzał i skamielin. Zoe znajduje zwykłe kamienie. Przychodzi z nimi i pyta, czy to są skamieliny. Amy wie wszystko o okresie kredy; wie też, że nie wiadomo, jaką barwę miały dinozaury, mogły być różne, choćby różowe, nawet mocno różowe. Mocny róż to ulubiony kolor Amy, udaje jednak, że najbardziej lubi niebieski. A jej ulubiony dinozaur to brontozaur. Amy wyjaśnia Zoe, że grotów używali Indianie do polowania na zwierzęta w czasach, kiedy żyli w okolicy Waluhili. Każdego lata dziewczynki znajdują co najmniej jeden grot, ale to wymaga mnóstwo zachodu, bo groty są małe i trzeba uważnie szukać w trawie i pod ziemią.

Skamielinami są muszelki, bo w dawnych czasach wszystko leżało pod wodą. Na niektórych skamielinach odcisnęły się różne morskie rośliny. Te dawne muszelki wyglądają dokładnie tak jak dzisiejsze. Dziewczynki to wiedzą, bo babcia kolekcjonuje muszle.

Mama zabiera Amy i Zoe na ryby. Jest wiele słów, które nie znaczą tego, co znaczą, tak jak wtedy, gdy mama „czyści” złapaną rybę. Amy bojkotuje efekty tego czyszczenia, odmawia jedzenia w owe wieczory czegokolwiek oprócz pianki cukrowej, grożąc, że ucieknie, jeśli będzie przymuszana. Zoe robi to, co robi Amy, korzysta z okazji, żeby zjeść więcej pianki.

Czasami dziewczynki bawią się z innymi obozowiczkami w bramy miasta i przeciąganie liny. Starsze dziewczynki lubią mieć Amy w swojej drużynie przy przeciąganiu liny, bo nigdy nie odpuszcza. Nawet jeśli na koniec przewloką ją po błocie. Zoe jest lepsza w bramy miasta, bo łatwo ją rozzłościć i wtedy staje się ludzkim pociskiem, a ponieważ wciąż jest mała, umie zaskoczyć przeciwniczki i przedrzeć się na drugą stronę.

Amy uczy się strzelać z łuku. Zoe się skarży, aż wreszcie pojawia się coś, co odwraca jej uwagę. Obóz jest pełen motyli i ptaków. Starsze dziewczynki do późna opowiadają historie o duchach, ale Amy zakrywa głowę poduszką, bo lubi budzić się razem z ptakami. Czasem można dostrzec drozda, gdy wyjdzie się wcześnie, a nawet tanagrę.

Amy robi zdjęcie czerwonej walizeczki, której Zoe używa, kiedy ucieka z domu.

Raz albo dwa razy w tygodniu Zoe ucieka w świat. Bierze psa, idzie i siada pod gruszą, która co roku pod koniec lata obradza niejadalnymi gruszkami, zrywanymi i wyrzucanymi przez tatę. Grusza rośnie między ogrodem z przodu i z tyłu, na ziemi niczyjej, tam, gdzie, jak myśli Zoe, nikomu nie przyjdzie do głowy jej szukać.

Zbija tam bąki od piętnastu do dwudziestu minut, bo tyle zawsze trwa jej ucieczka z domu, bawi się gumowymi zwierzątkami, które spakowała, i sprawiedliwie dzieli się prowiantem z psem. Psu daje brązowe ciasteczka, które mają różne smaki, takie jak baranina i warzywa. Dla siebie zatrzymuje ciasteczka zielone – o smaku kurczaka. Smakiem masła orzechowego raczą się wspólnie.

Na boku walizki zawierającej gumowe zwierzątka i herbatniki dla psów widnieje mały rysunek dziewczynki stojącej przed białym płotem. Nad nią unoszą się słowa: „W drodze do babci”.

Nie ukazuje tego zdjęcie wykonane przez Amy, bo ją interesuje to, co znajduje się w środku walizki. Gdy więc Zoe idzie do łazienki, Amy odblokowuje zatrzaski i kładzie otwartą walizkę na pogniecionej pościeli w gwiazdozbiory. Nakierowuje polaroid do dołu, ale nie może się wpasować, więc włazi na łóżko i staje nad walizką, celuje i szybko uruchamia palcem migawkę.

Z kolekcji wielu gumowych zwierzątek Zoe wybrała jednego słonia i żyrafią rodzinę. Oprócz małego pudełka herbatników dla psa znajdują się tam: szczoteczka do zębów, skarpetka z sympatycznie wyglądającym rekinem, który poluje w okolicach kostki, i biało-czarne zdjęcie Dorotki przytulającej Toto do policzka – oboje są zapatrzeni w dal. To zdjęcie zajmuje mnóstwo miejsca w małej czerwonej walizeczce i Amy zastanawia się, dlaczego siostra je zabiera, kiedy ucieka z domu, bo to zwykły śmieć, który kupili od kogoś na wyprzedaży garażowej.

Potem Zoe wraca z łazienki i przyłapuje Amy na gorącym uczynku, wciąż stojącą nad jej rzeczami, i krzyczy, i wrzeszczy, jakby ją obdzierano ze skóry, aż Amy daje jej kawałek gumy o smaku owoców tropikalnych.


Albo dwell, które znaczy mieszkać, zamieszkiwać, a które kiedyś znaczyło: sprowadzić na manowce. (Zrobiłam to zdjęcie w Paryżu, obok miejsca, w którym mieszkaliśmy, tuż za rogiem).

 

Amy robi zdjęcia wszędzie, dokąd się wybierają.

Jadą do Lincoln w Nebrasce na rodzinne wakacje i Amy robi zdjęcia dinozaurów w Muzeum Historii Naturalnej. Zoe zawsze chce być na każdym zdjęciu, Amy przeważnie się na to zgadza, czasem tylko odmawia. Wtedy Zoe płacze dopóty, dopóki ktoś inny nie zrobi jej zdjęcia w tym samym miejscu. Amy natomiast nie lubi być fotografowana i rzadko się uśmiecha, gdy zostaje nakłoniona do pozowania.


Amy podobają się dinozaury, ale nie wypchane sowy; mówi, że są wstrętne, bo nieżywe. Wie, że dinozaury też nie żyją, jednak to co innego, bo przypominają skały. Zoe się krzywi, gdy Amy wypowiada słowa „nieżywe” i „wstrętne”. Wystawia język i marszczy nosek.

Drudzy dziadkowie mieszkają w Kansas, to pomiędzy Oklahomą a Nebraską, ale mama mówi, że nie chce ich odwiedzać, bo są dupkami. Tata mówi, żeby przy dziewczynkach nie używać brzydkich słów.

Jadą na Święto Brzoskwini do Porteru w Oklahomie i Amy robi zdjęcia owoców aż do chwili, w której pies ucieka i wszyscy muszą go gonić. W końcu go łapią i zabierają się do jedzenia świeżych brzoskwiń z lodami waniliowymi. Nawet pies je brzoskwinie. Wszyscy są spoceni, zziajani, nasyceni cukrem. Amy, Zoe i mama śpiewają piosenki obozowe przez całą drogę do domu, aż wreszcie tata włącza radio.

W stanowym lunaparku w Tulsie Amy robi zdjęcia kolejki górskiej i straganów z corn dogami i watą cukrową oraz Zoe z watą cukrową jak pajęczyna we włosach. Zoe płacze, więc tata kupuje jej kolejną watę. W lunaparku jest małe zoo, w którym dziewczynki mogą karmić zwierzęta gospodarskie, ale mama musi zabrać im karmę, bo Zoe lubi sama skosztować małych grudek z lucerny. Przy tej konfiskacie Amy wyje ze śmiechu, a Zoe wybałusza oczka.

W prawdziwym zoo Amy uczy się stać jak flaming – stopa w zgięciu kolana drugiej nogi; obserwując ptaki, potrafi tak stać w milczeniu tyle czasu, ile Zoe potrzebuje, żeby dwanaście razy obiec pieski preriowe.

Jeżdżą na rowerach po parkingu Teachers Credit Union w Tulsie, trzy domy dalej, gdy jest już po godzinach pracy i tata może je tam zabrać. Tata pedałuje na swoim starym zielonym schwinnie z fotelikiem dla małego dziecka z tyłu, choć żadna z nich nie jest już małym dzieckiem, a w rozmowach z mamą przed wybraniem się na przejażdżkę mówi o sobie: Huckleberry Schwinn. Potem urządzają wyścigi dokoła dużego słupa na środku parkingu oraz na trasie od kontenera na śmieci do głównego wejścia. Wygrywa ten, kto wjedzie na chodnik.

Ostatnio Zoe wspomina o odkręceniu bocznych kółek, ale Amy przypomina jej, że nawet z tymi kółkami przewraca się na rowerze, a gdyby nie miała kasku, mogłaby się zabić z tysiąc razy albo zaliczyć kolejne wstrząśnienie mózgu, poza tym ma tylko pięć lat i trzy miesiące, Amy zaś prawie osiem i pół, a przecież swoich dodatkowych kółek pozbyła się dopiero w zeszłym roku. Ale Zoe ma to w nosie i ciągle o tym gada.

Amy wciąż musi przypominać Zoe o wszystkim. Na przykład, żeby dopiła sok, włożyła buty i nie podlewała drzewka bonsai w ich pokoju, bo zmarnieje jak poprzednie. Opieka nad małymi dziećmi jest męcząca. Mama i tata są przeważnie rozkojarzeni, więc Amy się tym zajmuje, chociaż w związku z tym prawie nie ma dla siebie czasu.

Jadą do Tahlequah na zjazd międzyplemienny i Amy robi zdjęcia prawdziwych tipi, wysokich po samo niebo. Indianie noszą skórzane stroje z rzemykami i turkusowymi paciorkami, piórami i okręgami, które coś symbolizują. Indiańskie dzieci też noszą pióra. Czirokezi mają mnóstwo symboli, które znaczą różne rzeczy. Amy chce nauczyć się wszystkich. Zaczyna sama wymyślać nowe symbole na użytek swój i Zoe, żeby mogły pisać do siebie liściki bez ingerencji mamy.


Mama powiedziała im, że kiedyś pewną wychowawczynię na obozie ukąsiła czarna wdowa, a jad rozprzestrzenił się tak szybko, że trzeba było wyciąć kawałek nogi. Wychowawczyni miała więc dziurę w nodze i ukrywała w niej różne rzeczy, na przykład wiadomości. Teraz Amy przekręca tę historię. Aby wysyłać i odbierać wiadomości, nie trzeba być ukąszonym ani mieć żadnego szczególnego miejsca w ciele. Trzeba mieć tajny system, zestaw tajnych figur.

Amy każe więc Zoe ćwiczyć rysowanie symboli oznaczających psa i dom, i mamę, i tatę, i dziadków, i głód, i pragnienie, i Cruellę de Mon, i Garfielda, i Poszarpaną Anię, i Poszarpanego Andy’ego, i Targeta, i radio. Symbolem dinozaurów jest dinozaur, bo nic lepszego nie przychodzi Amy do głowy. Najpierw Zoe ćwiczy sumiennie, ale potem idzie się bawić z psem, zostawiwszy koślawe bazgroły na całej podłodze, i Amy musi to pozbierać, wydając ciche westchnienia, których nauczyła się od babci, przypominające stopniowe wypuszczanie powietrza z balonu.


Nawet najprostsze słowa mają swoją tajemnicę. Im bardziej bierzemy słowo za oczywistość, tym mniej nam ono mówi.

W dniu poprzedzającym powrót dziewczynek do szkoły mama mówi im, co to jest seks, i czyta historię o kobiecie, która miała wypadek samochodowy i spadła z mostu.

W „Good Housekeeping” piszą, że jeśli spadamy autem z mostu, to powinnyśmy uratować męża od utonięcia, jeżeli to tylko możliwe, bo gdy się ma męża, wówczas można zrobić sobie więcej dzieci, natomiast jeśli uratujemy dziecko, będziemy mieć tylko to jedno. Mama sporo o tym rozmyśla. Co by zrobiła, gdyby spadli autem z mostu? Gdy dziewczynki są same w swoim pokoju, zaczynają ćwiczyć jak najdłuższe wstrzymywanie oddechu.

Dziewczynki tańczą i tańczą bez końca do Graceland Paula Simona w jadalni, nakręcając się mocno, podczas gdy mama w kuchni robi ciastka owsiane, żeby je zabrały do szkoły na Święto Pracy.

Potem Zoe, chcąc znowu usłyszeć I Know What I Know, podchodzi i ściąga ramię gramofonu, rysując igłą po płycie. Amy doskakuje i wyrywa jej longplaya. Wywiązuje się przepychanka. Zoe wybucha płaczem. Amy opuszcza lekko ręce, trzymając płytę. Zoe pociąga nosem, wydyma usteczka i patrzy to na Graceland, to na siostrę.

Nagle skacze do przodu i szarpie z całej siły, aż płyta pęka na pół.

W głuchej ciszy, jaka zapada, zanim mama wejdzie i wrzaśnie, że to była płyta wypożyczona z biblioteki i teraz muszą za nią zapłacić, i jazda w tej chwili do swojego pokoju, Zoe patrzy na Amy, a Amy patrzy wprost przed siebie, na osiem talerzy wiszących w dwóch rzędach na białej ścianie. Na każdym talerzu namalowano statek widmo, który, jak wyjaśniła im mama, jest zatopionym statkiem leżącym na dnie morza. Tak samo jak ludzie, którzy umierają, ale nie zostają pochowani, statki zmieniają się w widma. Żeglarze widzą je pływające po wodzie i zarazem stojące w płomieniach. Z ośmiu talerzy aż na sześciu połowę widoku przesłania jasnopomarańczowy ogień.

Gdyby Amy mogła się cofnąć o kilka sekund, wolałaby raczej potłuc z siostrą po kolei te wszystkie talerze, niż zniszczyć płytę, którą uwielbiają i której już nie będą mieć.


W starożytnej Grecji słowo „skrupuł” oznaczało: kamyk w bucie.

Amy jest najwyższą uczennicą w klasie, najszybszą w biegach i najlepszą w matematyce.

Pierwsza kończy klasówkę i dostaje piątkę. W jej szkole stosuje się japońską metodę nauczania matematyki zwaną kumonem, która polega na rozwiązywaniu tylu zadań w ciągu godziny, na ile uczeń ma ochotę. Amy lubi rozwiązywać dużo zadań bez popełniania błędów. Inne dzieci znikają, gdy zasiada do swojego kumonu. Istnieją dla niej wyłącznie liczby. Uwielbia liczby i litery i każdego wieczoru ćwiczy w domu, żeby mieć ładniejszy charakter pisma.

Pewnego razu, gdy Amy wykonuje skomplikowane dzielenie, w głąb otaczającej ją bańki sięga dłoń i dotyka jej ręki. Amy mimo woli wydaje zduszony okrzyk. Podnosi wzrok i widzi dyrektorkę.

Większość dzieci obawia się widoku dyrektorki przy swojej ławce, lecz Amy zachowuje się tak dobrze, że nawet nie przechodzi jej przez głowę, aby się zaniepokoić. Dyrektorka prosi, żeby Amy wyszła z nią z klasy, ale dziewczynka grzecznie odmawia. Dopiero gdy widzi szok i oburzenie w oczach dyrektorki, odkłada długopis.

W ambulansie jej siostrę opętał duch.

Mama robi się silna jak superbohater i obezwładnia Zoe. Amy i Zoe zawsze myślały, że przejażdżka ambulansem, wozem strażackim albo radiowozem policyjnym będzie frajdą, bo można pędzić szybko i łamać wszystkie przepisy, nie zatrzymywać się na światłach. Teraz jednak Zoe to nie Zoe i wszystko jest na opak. Zoe wymiotuje, ale nie wie, że wymiotuje, więc wymiociny skapują jej z podbródka na sukienkę w lawendowym kolorze, która była ulubioną sukienką Amy, a pani pracująca w ambulansie wyciera. Amy się boi, że ręcznik podrapie jej siostrę po buzi.

Inaczej niż ostatnim razem Zoe ma białe oczy, jakby źrenice zostały wymazane. Całe jej ciało dygocze w jedną stronę w jakimś nieludzkim rytmie. Amy woła: Zoe, Zoe, Zoe, ale Zoe nie ma. Nagle mama się złości i każe Amy być cicho, bo krzykiem tylko pogarsza sprawę. Odtąd Amy woła bezgłośnie każdym włókienkiem swojego ciała. Zoe, Zoe, Zoe.


Och, Zoe.

Jadą ambulansem do różowego szpitala obok domu dziadków.

Gdy wszyscy wysiadają, Amy rozpoznaje to miejsce. To nie jest szpital, do którego pojechali ostatnim razem; Zoe i mama znikają w tajnym pokoju, do którego pielęgniarki nie chcą wpuścić Amy. Każą jej usiąść i czekać.

Siedzi i czeka. W ustach ma słony smak, a kołnierzyk koszulki lepi się do skóry. Zaciska i rozkurcza dłonie na kolanach. Rozgląda się dokoła i widzi, że w pomieszczeniu jest pełno brudnych ludzi, pożółkłych od światła, przygarbionych. Chciałaby pójść i poszukać Zoe, ale boi się, że jeśli nie będzie tutaj grzecznie siedzieć i czekać, nie pozwolą jej już nigdy zobaczyć siostry. Patrzy na swoje dłonie, zbielałe przy kłykciach, całe w plamach. Stary mężczyzna siedzący naprzeciwko zaczyna płakać, ale Amy ma suche oczy; chciałaby wziąć go za rękę, lecz się boi, bo on może mieć zarazki, boi się, że jeśli nie będzie grzecznie siedzieć i czekać, napyta sobie kłopotów i już nigdy nie pozwolą jej zobaczyć siostry.


Och, Zoe, jak to jest zrobić coś, o czym się wie, że nigdy by się tego nie zrobiło?

Amy dokładnie wie, co by zrobiła, gdyby spadli autem z mostu.

Odpięłaby siostrze pas bezpieczeństwa, potem swój i jednocześnie opuściłaby szybę po swojej stronie. Potem wypłynęłyby przez okno, trzymając się za ręce, aż dotarłyby na powierzchnię. Jeśli byłaby zima, Amy wie na sto procent, że kopniakiem przebiłaby lód, bo na środku rzeki nie ma go tak dużo, jest tylko przy brzegu.

Czasem mama śpiewa im kołysanki. Amy lubi jej głos, ale piosenek nie.

Zoe nie słucha słów, Amy owszem. Zoe zawsze prosi o piosenkę o statku, która brzmi tak:

Raz strzelisty okręt żeglował czy słońce, czy szkwał,

Galeon, co Złota Próżność się zwał.

I Turczyn do boju przeciw niemu się rwał,

Gdy pływał po niżowych, niżowych,

Gdy pływał po niżowych morzach.

I wystąpił chłopiec okrętowy na schwał,

I spytał kapitana, co by mu dał,

Gdyby się zakradł pod wrogiego Turczyna,

I zatopił go w niżowych, niżowych,

Zatopił go w niżowych morzach.

Och, dam ci srebra i dam ci też złota,

I rękę mej córki, jeśli u ciebie ochota

Podpłynąć do wrogiego Turczyna

I zatopić go w niżowych, niżowych, Zatopić go w niżowych morzach.

I skoczył żwawo za burtę chłopczyna,

I wnet podpłynął do wrogiego Turczyna,

I z wielką brawurą świdrem zrobił dziurę za dziurą,

I zatopił go w niżowych, niżowych,

Zatopił go w niżowych morzach.

Dopłynął do Złotej Próżności na cal

I wołał, i wołał, by wyciągnęli go z fal,

 

Lecz kapitan go zdradził, bo się z córką naradził,

I porzucił go w niżowych, niżowych, Porzucił go w niżowych morzach.

Wyłowili topielca kamrat jeden i drugi,

Zawinęli go w żagiel szeroki i długi,

I wyrzucili za burtę dla wiecznej żeglugi,

Lecz utonął w niżowych, niżowych,

Utonął w niżowych morzach.

Przy ostatniej linijce Amy czuje, że wywraca jej się w żołądku, aż wije się pod kołdrą w maki i szorstkim, grubym patchworkiem mamy, choć nikt o tym nie wie.


Tak trudno mi teraz zrozumieć siebie z tamtych dni; dlatego chciałabym prześledzić wszystko i wrócić do chwili, w której to się zaczęło, i czasem się zastanawiam, czy to mogło być tego popołudnia, kiedy spaliłam w zlewie swoją czarną sukienkę.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?