Na greckiej wyspie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jennie Lucas
Na greckiej wyspie

Tłumaczenie:

Kamil Maksymiuk

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Czasami, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, życie zamienia się w bajkę. Jeszcze niedawno Rose Linden ledwo wiązała koniec z końcem. Mieszkała sama w mikroskopijnej kawalerce w San Francisco, pracowała na dwa etaty, oszczędzała, na czym się tylko dało, i modliła się każdego ranka o to, by jej niemal antyczne auto nie rozpadło się i nie zamieniło w kupę złomu. Żyła z dnia na dzień, nie mając ani czasu, ani siły myśleć o przyszłości. Zresztą nawet w najśmielszych marzeniach nie domyśliłaby się, jaką niespodziankę szykuje dla niej dotychczas niezbyt łaskawy los.

Na jej palcu lśniła teraz warta fortunę obrączka. Od godziny była żoną barona Larsa Vaxxborga.

Wzrok Rose powędrował ponad głowami wytwornego towarzystwa i spoczął na jej mężu, który rozmawiał z grupką gości, popijając weselnego szampana. Prezentował się wspaniale: szczupły, wysoki blondyn ubrany w elegancki, doskonale skrojony smoking. Każdy jego ruch i gest był pełen arystokratycznej gracji. Boże, jestem żoną tego mężczyzny! – pomyślała oszołomiona. Wiedziała, że owa świadomość powinna ją wprawiać w stan euforii, lecz nadal nie miała pewności, czy to wszystko jest prawdą, czy tylko snem, z którego lada moment się obudzi.

– Bardzo efektowny ślub, córeczko. O, pardon! Chciałem powiedzieć: wielce szanowna baronesso – rzekł jej ojciec z czułą ironią, po czym przyjrzał jej się uważnie, zmarszczył czoło i pokręcił głową. – Sama skóra i kości! Jesteś na coś chora?

Matka Rose łokciem dźgnęła męża w żebra.

– Masz przedpotopowe standardy – skarciła go pani Linden. – Rose wygląda zjawiskowo!

– Zgadzam się. Co nie zmienia faktu, że jest za chuda.

Jej matka poklepała się po swoich pełnych, rumianych policzkach.

– Przed naszym ślubem, Albercie, ja też przeszłam na ostrą dietę. Każda kobieta w tym dniu chce wyglądać jak ósmy cud świata. No ale potem urodziłam ci piątkę dzieci, a moja figura niestety tego nie wytrzymała – westchnęła z żalem. – Pozwól Rose cieszyć się szczupłym ciałem, póki może. Ten piękny okres nie trwa długo!

Rzeczywiście, Rose od jakiegoś czasu jadła bardzo mało, a od wczoraj dosłownie nic nie miała w ustach, z wyjątkiem kilku kropel weselnego szampana, którego teraz sączyła. Przez wiele dni zżerała ją przedślubna trema, ale przecież ceremonia już się odbyła. Skąd więc te nerwy? To dziwne, podskórne napięcie? Lars bezustannie jej powtarzał, że jest idealna w każdym calu. Przyjmowała te komplementy z uśmiechem, czuła się w jego towarzystwie atrakcyjna i interesująca, ale na pewno nie idealna! Bała się, że go rozczaruje. Jako żona i jako kobieta.

Gorsetowa góra jej sukni ślubnej była tak mocno zapięta, że Rose musiała wkładać wysiłek w każdy oddech. Poprawiła diamentowy diadem, który lśnił na jej głowie. Czuła się jak Kopciuszek, który niespodziewanie zamienił się w księżniczkę. A jednak miała wrażenie, że to wszystko ją przerasta i przeraża. Stojąc na środku ogromnej, pięknie ozdobionej sali balowej, w tym monumentalnym, średniowiecznym zamku na północy Szwecji, czuła się malutka i zagubiona.

Och, to tylko chwilowy kryzys, uspokajała się w myślach. Każda kobieta na moim miejscu czułaby się lekko przytłoczona. Drżącą ręką odstawiła kryształowy kieliszek z szampanem na tacę trzymaną przez lawirującego pomiędzy gośćmi kelnera.

– Wybaczcie, ale muszę ochłonąć – oświadczyła z przepraszającym uśmiechem. – Pójdę na dwór zaczerpnąć trochę świeżego powietrza.

– Dobry pomysł. Pójdziemy z tobą – od razu zaproponowała pani Linden.

– Nie, nie trzeba. Wyjdę tylko na chwilę.

Odwróciła się i wyszła z sali balowej. Bała się, że jej nadopiekuńczy rodzice zaraz zaczną zadawać dodatkowe, kłopotliwe pytania. Chciała ostudzić głowę i wrócić ze szczerym, promiennym uśmiechem na twarzy. Przebiegła przez opustoszałe korytarze zamku i już po chwili zanurzyła się w ciemnej, zimowej nocy. Oparła się plecami o mosiężne drzwi, które zamknęły się z hukiem. Głuche echo rozeszło się po białym, widmowym ogrodzie.

Przymknęła powieki i nabrała w płuca lutowego powietrza, które było niczym łyk lodowatej wody. Wreszcie mogła zebrać myśli. Przypomnieć sobie, kim jest i jakim cudem jej życie tak diametralnie się zmieniło.

Miała dwadzieścia dziewięć lat. Od dawna była przedmiotem kpin i drwin przyjaciół i rodzeństwa, które, z wyjątkiem jej najmłodszego brata, zdążyło już założyć własne rodziny. Ileż to razy musiała wysłuchiwać zgryźliwych komentarzy typu: „Wybredna się znalazła!”, „Uważaj, bo zostaniesz starą panną!” albo „Czekasz na księcia z bajki?”. Odpowiadała uśmiechem lub żartem, lecz w zaciszu swojego domu nieraz roniła łzy. Doskwierała jej samotność, ale nie chciała się wiązać z byle kim. Czekała na wspaniałego, wyjątkowego mężczyznę. Na prawdziwą, wieczną miłość.

Pewnego dnia do taniej restauracyjki, w której pracowała Rose, wmaszerował przystojny nieznajomy. Usiadł przy barze, zamówił na śniadanie kawę i naleśniki. San Francisco to kosmopolityczne, kolorowe miasto, tętniąca życiem metropolia w porównaniu z senną nadbrzeżną wioską, w której Rose się wychowała. Jednak nawet jak na standardy Frisco, jak nazywają swoje miasto miejscowi, ów mężczyzna wydawał się postacią niezwykłą. Lars był zamożnym, przystojnym arystokratą, który ukończył studia na Oxfordzie, a w Szwecji miał swój własny rodowy zamek. Jak później nieraz wspominał, zakochał się w Rose od pierwszego wejrzenia.

Już wcześniej miewała adoratorów, którym w mniej lub bardziej taktowny sposób dawała do zrozumienia, że nie jest nimi zainteresowana. Lars był szalenie szarmancki i staromodnie romantyczny.

Rose nie pozostała obojętna na jego czar i urok osobisty i również zapałała do niego uczuciem. Przez ponad dwa miesiące niemal dzień w dzień zabiegał o jej względy. Przed tygodniem poprosił ją o rękę. „Pobierzmy się już dzisiaj! – błagał ją. – Nie mogę się doczekać, aż zostaniesz moją żoną”. Przyjęła jego oświadczyny. Kiedy poprosiła o kameralną ceremonię w jej rodzinnym mieście, Lars nie chciał nawet o tym słyszeć. Zamiast tego zorganizował wielką imprezę na północy Szwecji w swoim zamku. Pokrył koszty przelotu i pobytu całej rodziny Rose, dzięki czemu na ślubie stawiła się jej babcia, rodzice oraz rodzeństwo wraz ze swoimi rodzinami.

Ceremonia ślubna była naprawdę piękna i magiczna. Czekało ją życie w luksusie u boku mężczyzny jej marzeń. A już za kilka godzin – noc poślubna, na myśl o której aż się rumieniła, a całe jej ciało zaczynało wibrować ekscytacją. Dlaczego więc towarzyszyło jej to niepokojące uczucie, jakby coś w niej tonęło, ginęło? Przeszedł ją zimny dreszcz, który nie miał nic wspólnego z mroźną aurą. Dręczyła ją jakaś obawa, której nie potrafiła zidentyfikować. Intuicja to przydatna rzecz, pomyślała, lecz dlaczego nie dołączają do niej instrukcji?

Przeszła przez most nad zamarzniętą fosą i wkroczyła do przykrytego śnieżną pierzyną ogrodu, w którym panowała głucha cisza. Jej biała tiulowa suknia sunęła za nią po ziemi, rozrzucając płatki śniegu, które w świetle księżyca lśniły jak malutkie diamenciki.

Spojrzała w górę i zamarła w pół kroku. Wstrzymała oddech, wpatrując się w bladozieloną łunę, która nagle rozświetliła czarne niebo. Zorza polarna. Nigdy w życiu nie widziała czegoś równie pięknego! Spektakularne widowisko tej genialnej artystki, natury, odegrane jakby specjalnie dla pięknej panny młodej, wokół nie było bowiem żywej duszy. Rose zamknęła oczy i wyszeptała życzenie:

– Proszę o szczęśliwe małżeństwo...

Kiedy jednak po kilku chwilach podniosła powieki, po zorzy polarnej nie było już śladu. Pozostało tylko ciemne, puste niebo.

Raptem ciszę rozdarł jakiś męski, szorstki głos.

– Panna młoda, jak mniemam?

Odwróciła się na pięcie z miną wystraszonej sarny.

Ujrzała jakąś postać, mroczną niczym cień, stojącą na skraju parkingu pod oszronionym, samotnym drzewem. Rosły, potężny mężczyzna w długim czarnym płaszczu. Jego sylwetkę opromieniał blady blask księżyca, nadając mu dziwnie złowieszczej, upiornej aury. Na jego widok Rose zrobiło się jeszcze zimniej niż wcześniej.

– Kto tam? – zapytała przez ściśnięte gardło.

Nieznajomy nie odpowiedział. Ruszył ku niej wolnym krokiem. Kiedy się zbliżył, jego świdrujące spojrzenie i zacięty wyraz twarzy przyprawiły ją o drżenie na całym ciele. Zdała sobie sprawę, jak bardzo oddaliła się od zamku. Salę balową przepełniała wrzawa rozmów setek gości oraz głośne dźwięki orkiestry. Czy ktokolwiek ją usłyszy, jeśli zacznie krzyczeć?

Przecież jesteś w Szwecji! – przypomniał jej głos rozsądku. To najbezpieczniejsze miejsce na całej planecie. Nic ci tu nie grozi.

Nieco uspokojona, zwalczyła pokusę, by się odwrócić i rzucić biegiem w stronę zamku. Zamiast tego objęła ramionami rozdygotane ciało i uniosła głowę. Nieznajomy zatrzymał się dwa, trzy kroki przed nią. Miał atletyczną sylwetkę, szerokie barki i zapewne ważył dwa razy tyle co ona. Sięgała mu głową zaledwie do ramienia, co znaczyło, że był wyższy nawet od Larsa.

– Jesteś tu zupełnie sama?

Coś w jego oczach i głosie sprawiło, że po jej plecach przebiegł dreszcz. Potrząsnęła głową.

– Tak. To znaczy, nie. W środku są setki ludzi. -

Wskazała drżącą ręką zamek. – Trwa moje przyjęcie ślubne...

Jego usta wykrzywił ironiczny, lecz zmysłowy uśmiech.

– Owszem, ale ty nie jesteś w środku. Jesteś tutaj, sama jak palec. Czy nikt ci nie powiedział, jak niebezpieczna bywa noc?

Znowu jej całym ciałem wstrząsnął zimny dreszcz. Żałowała, że wyszła na ten samotny spacer. Chciała być teraz u boku Larsa, czuć na sobie jego mocne ramię. Wiedziała jednak, że nie może pokazać obcemu człowiekowi, że czuje się niepewnie. Wyprostowała się i spojrzała mu wyzywająco w oczy.

 

– Nie boję się tutejszych nocy. To mój nowy dom. Nic mi tu nie grozi – oświadczyła, pozorując pewność siebie.

– Ach, cóż za odważna niewiasta. – Zaśmiał się pod nosem. Po chwili zatopił w niej niemal hipnotyczne spojrzenie i powiedział, prawie sylabizując: -

Doskonale wiesz, po co tutaj przyszedłem.

– Tak, to oczywiste.

– A mimo to nie masz ochoty rzucić się do ucieczki i biec co sił w nogach?

Zamrugała zaskoczona.

– Dlaczego miałabym to zrobić?

Zmrużył powieki. Jego spojrzenie stało się jeszcze bardziej przeszywające.

– Mam rozumieć, że bierzesz pełną odpowiedzialność za swoją zbrodnię?

To jakiś szaleniec, pomyślała zupełnie zdezorientowana. Jego twarz tonęła w mroku, wyraźnie widziała tylko oczy i usta. Skojarzył jej się z wampirem, który wsysa do środka każdy promień światła, emanuje negatywną energią. I jest przerażająco niebezpieczny. Zerknęła przez ramię na zamek, aby dodać sobie otuchy. W środku jest jej mąż i rodzina. Pewnie zaraz któreś z nich wyjdzie na zewnątrz, by jej poszukać. Nie miała powodu, by się bać.

– Ma pan na myśli mój ślub? Rzeczywiście, niektórzy mogliby powiedzieć, że to zbyt wystawna i barokowa impreza, ale nie nazwałabym tego „zbrodnią”. – Zaśmiała się nieco nerwowo.

Twarz mężczyzny ani drgnęła.

– Przepraszam – mruknęła po chwili. – Nie powinnam żartować. Zapewne przyjechał pan z bardzo daleka specjalnie na nasz ślub i jest pan zły, że spóźnił się o godzinkę. Każdy by się trochę zdenerwował.

– Trochę? – powtórzył jak echo.

– Wejdźmy do środka. Czeka na pana szampan. Lars na pewno się ucieszy na pana widok.

Ruszyła w stronę zamku. Z gardła nieznajomego wydobył się brzydki, stłumiony śmiech przypominający bulgotanie bagna.

– To kolejny żart?

Zatrzymała się w pół kroku.

– Nie jest pan jednym z jego przyjaciół?

Podszedł do niej i mruknął:

– Nie. Nie jestem.

Jego ciało górowało nad nią niczym wielki pomnik, rzucając na nią cień, zasłaniając niebo i ogród. Jego siła fizyczna była wręcz namacalna. Wisiała nad nią jak realna groźba.

I nagle zrozumiała, że popełniła błąd, lekceważąc sygnały, które wysyłała jej intuicja.

Było już za późno... a może jednak nie?

Uciekaj! Teraz! – ponaglał ją instynkt.

– Proszę mi wybaczyć – wykrztusiła przez ściśnięte strachem gardło. Zrobiła kilka kroków do tyłu. – Mój mąż na mnie czeka. W środku jest mnóstwo gości. Są też ochroniarze i policjanci – zaznaczyła wyraźnie. – Wszyscy czekają na nasz pierwszy taniec...

– Taniec? – prychnął pogardliwie.

Jego dłoń zacisnęła się na jej ramieniu jak stalowa łapa cyborga. Poczuła nagły przypływ skrajnej paniki.

– To boli! – poskarżyła się.

Jego uścisk zelżał odrobinę. Jego czarne oczy promieniowały głęboką, niepojętą furią. Po chwili utkwił spojrzenie w wielkim diamentowym pierścieniu, który migotał na jej lewej dłoni.

– Oboje powinniście się smażyć w piekle za to, co zrobiliście – syknął niczym wąż tuż przed ukąszeniem.

Spojrzała na niego oczami okrągłymi ze zdumienia.

– Słucham? O czym pan mówi?

Szarpnął ją za ramię z taką mocą, aż jej suknia zafalowała w powietrzu i owinęła się wokół jego muskularnych nóg.

– Doskonale wiesz – mruknął niskim, ochrypłym głosem, jakby wydobywającym się z czeluści jego szalonej nienawiści. – I wiesz, po co tutaj przybyłem.

– Nie wiem! – zaprotestowała, szamocząc się rozpaczliwie. – Postradał pan zmysły? Proszę mnie puścić!

Podmuch lodowatego wiatru niemal zerwał jej z głowy welon. Przez chwilę miała wrażenie, że przeniosła się do jakiejś upiornej zamierzchłej krainy i stoi na śnieżnej pustyni twarzą w twarz z brutalnym barbarzyńcą.

Czy cały ten wieczór to tylko piękny sen, który przerodził się w koszmar? Czy za chwilę się obudzi, powróci do swojego starego, nudnego, lecz bezpiecznego życia? Zrobiła krok w tył, lecz on natychmiast przycisnął ją do siebie, wgniótł w swój twardy jak mur tors, udaremniając jej próbę wyrwania się z jego objęć.

– Wiedziałem, że będziesz podła i zakłamana -

warknął. Obłędnymi oczami omiótł jej przerażoną twarz. – Nie wiedziałem jednak, że będziesz tak piękna.

– Panu... panu się coś pomyliło – wyjąkała.

Oblizała spierzchnięte wargi. Nieznajomy powiódł spojrzeniem za jej językiem. Poczuła się nieswojo. Coraz bardziej się go bała. Bała się tego, co może jej zrobić. Oczami wyobraźni ujrzała nagle szokujące, makabryczne obrazy.

– Nie, nic mi się nie pomyliło – zaprzeczył szorstko. – Popełniłaś zbrodnię. A teraz za nią zapłacisz.

– Pan jest pijany! Albo szalony!

Z całej siły kopnęła go białym pantofelkiem na obcasie w kostkę. Puścił ją, zaskoczony jej atakiem. Desperacko rzuciła się do ucieczki, biegnąc na uginających się pod nią nogach w stronę rozświetlonego pałacu, który jawił jej się jako utęskniona, bezpieczna przystań. Tak blisko... lecz tak daleko! Muszę tam dobiec, tu chodzi o moje życie! – myślała gorączkowo.

Dogonił ją. Zatrzymał ją jednym mocnym chwytem, niemal miażdżąc jej ramiona. Z ust Rose wyrwał się rozdzierający wrzask. Napastnik warknął głośno jak rozjuszony ogromny wilk i wziął ją na ręce, jakby ważyła mniej niż śnieżny puch pod jej stopami. Jej biały przezroczysty welon falował w powietrzu, kiedy niósł ją szybkim krokiem przez śnieżny, pusty ogród.

– Puść mnie! – krzyknęła, szarpiąc się i szamocąc. – Pomocy! Ratunku!

Nikt jednak nie słyszał jej wołania. Jej głos nie przebił się przez grube mury zamku do sali balowej, w której huczała muzyka orkiestry.

Mężczyzna sunął przez śnieg w kierunku trzech czarnych samochodów typu SUV stojących na parkingu. Rose usłyszała, jak wszystkie trzy silniki zawarczały w tej samej sekundzie. Znowu wrzasnęła, wijąc się rozpaczliwie w jego ramionach, bijąc go na oślep po rękach i torsie, lecz on maszerował dalej, zupełnie niewzruszony. Wepchnął ją na tylne siedzenie jednego z aut, wskoczył za nią do środka i zatrzasnął drzwi.

– Jedziemy!

Kierowca wcisnął pedał gazu, śnieg i żużel wystrzeliły spod kół samochodu, który wyrwał do przodu w kierunku otwartej bramy. Dwa pozostałe auta ruszyły za nimi. Już po chwili mknęli wąską drogą wijącą się pośród ciemnych, zalesionych gór.

Porywacz ją puścił. Rose od razu zaczęła masować nadgarstki, które pulsowały piekielnym bólem. Odwróciła się i zerknęła przez tylną szybę na malejącą sylwetkę zamku, który po kilku sekundach zupełnie zniknął, zgasł w ciemności jak płomyk świecy, płomyk nadziei. Jej rodzina, jej mąż, bezpieczny świat, wszystko, co znała i kochała – nagle znikło.

Wbiła zaszokowane spojrzenie w siedzącego u jej boku szaleńca.

– Porwałeś mnie. – Słowa ledwie przecisnęły się przez jej ściśnięte gardło.

Jego twarz była nieprzeniknioną, kamienną maską. Siedział nieruchomo, milcząc jak zaklęty. Rose odsunęła się od niego pod same drzwi. Suknia plątała się pod jej nogami, mokra od śniegu, trochę pobrudzona.

– Czego ode mnie chcesz? Dlaczego mnie porwałeś?

Milczał dłuższą chwilę. Nagle jego dłoń zawisła tuż przed jej twarzą. Zacisnęła powieki i wstrzymała oddech, spodziewając się ciosu. Po chwili jednak poczuła, że porywacz zrywa z jej głowy welon razem z diademem. Otworzyła oczy i dostrzegła, że szyba z jego strony bezgłośnie się otwiera. Nie zdążyła wydobyć z siebie żadnego słowa protestu, gdy z diabolicznym uśmiechem wyrzucił diadem i welon przez okno pędzącego samochodu.

Odwróciła się i ujrzała swój biały welon na tle czarnej nocy. Falował w powietrzu niczym duch. Diadem odbił się od szosy i poturlał na pobocze.

– Jak śmiałeś to zrobić?! – krzyknęła z furią.

– Nie masz czego żałować. To tylko nędzna ozdóbka.

– To bezcenna pamiątka rodowa! Od wielu pokoleń należy do rodziny mojego męża...

– To podróbka – przerwał jej. – Tak samo jak twoje małżeństwo.

– Słucham?

– Nie udawaj, że nie usłyszałaś.

– Jesteś wariatem! – wybuchnęła.

Bała się, że ten niepoczytalny człowiek teraz naprawdę ją uderzy. A może nawet wyrzuci przez okno, zupełnie bez wysiłku, jak welon? Wpatrywała się w napięciu w jego wielkie dłonie. On jednak tylko powoli zwrócił ku niej twarz i powiedział spokojnym, lodowatym tonem:

– Doskonale wiesz, że twój ślub z Vaxxborgiem to blaga. Tak samo jak wiesz, z kim masz w tej chwili do czynienia.

– Nie mam pojęcia!

– Nazywam się Xerxes Novros – wyrecytował powoli, patrząc jej głęboko w oczy.

Xerxes Novros.

Pewnego razu słyszała, jak Lars w furii wykrzykuje to nazwisko w rozmowie ze swoimi ochroniarzami. Novros. Tak, nie miała wątpliwości. To na pewno to nazwisko! Ogarnęła ją skrajna groza, która na chwilę zatrzymała jej oddech i bicie serca. A więc to nie jest fatalne nieporozumienie ani głupi żart.

I nie sen. Naprawdę zostałam porwana! – zawyła w duchu. Co dalej? Czy powinnam powoli żegnać się z życiem?

– Co masz zamiar ze mną zrobić? – zapytała drżącym głosem.

Wzruszył szerokimi ramionami.

– Nic. Absolutnie nic.

Musiałaby być szalona, aby mu uwierzyć. Patrząc na jego surową twarz, nawiedzone spojrzenie i umięśnione ciało, wiedziała, że ten człowiek jest zdolny ją zgwałcić, zamordować i poćwiartować. Muszę się stąd wydostać! – zawołała w myślach.

Szarpnęła za klamkę drzwi.

Do diabła, zamknięte!

Z całej siły uderzyła w nie ramieniem. Zabolało. Drzwi auta nawet nie drgnęły. Sekundę później na jej rękach zakleszczyły się jego silne dłonie. Natarł na nią całym ciałem, wgniatając ją w miękkie, obite skórą siedzenie. Była kompletnie unieruchomiona.

– Nie uciekniesz – mruknął.

– Pomocy! – krzyknęła, choć wiedziała, że to zupełnie bezcelowe. Kierowca na pewno przecież nie był człowiekiem przypadkowym. – Niech ktoś mi pomoże!

– Nikt ci nie przyjdzie z pomocą, Rose Linden. -

W jego oczach płonął czarny płomień nienawiści. -

Od tej pory jesteś... moja.

ROZDZIAŁ DRUGI

Nie spodziewał się, że będzie taka piękna.

Auto mknęło przez spowity nocą i obsypany śniegiem krajobraz. Xerxes Novros spojrzał na filigranową blondynkę, która przed chwilą podjęła próbę ucieczki. Jego dłonie unieruchamiały jej delikatne nadgarstki niczym kajdany. Jej skóra była ciepła, wręcz parzyła. Usłyszał ulatujący z jej ust cichy jęk. Do jego nozdrzy wdarł się zapach świeżego lnu i róż herbacianych, którym emanowała jej skóra. Wraz z każdym jej oddechem unosiły się jej pełne piersi, trzymane w ryzach przez satynowy gorset sukni. Miał wrażenie, że lada chwila materiał pęknie.

Reakcja jego ciała na te zmasowane zmysłowe doznania była natychmiastowa i oczywista. Musiał oderwać od niej wzrok, zanim będzie za późno. Nie miał w planach zapałać pożądaniem do Rose Linden. Miał nią gardzić. Chciał ją tylko porwać i wykorzystać.

Skąd więc ten nagły przypływ pożądania?

Tylko jeden warunek musiał zostać spełniony, aby Xerxes wziął tę czy inną kobietę za kochankę: musiał mieć na nią ochotę. To wszystko. Nie zawracał sobie głowy poznawaniem osobowości, zagłębianiem się w tak zwaną duszę. Czemu miałyby służyć takie praktyki? Przecież i tak nad ranem będzie już nią znudzony. Traktował kobiety przedmiotowo. Był tego w pełni świadomy i nie czuł z tego powodu żadnego dyskomfortu psychicznego.

Jego kochankami nie były zresztą niewinne, delikatne dziewice. To były bystre, doświadczone i często cwane kobiety. Ostrzyły sobie pazurki na jego ciało, fortunę lub władzę, a najczęściej dzięki romansowi z nim chciały otrzymać zestaw „trzy w jednym”. Wiedział, że każdego człowieka można kupić. Każdy ma swoją cenę.

Jednak fakt, że zapragnął Rose Linden, Xerxes uznał za objaw degrengolady. Nigdy wcześniej nie zniżył się do takiego poziomu! To była kobieta amoralna, zakłamana i bezlitosna. Szkopuł w tym, że jej fizyczne piękno zupełnie go zaskoczyło i zaszokowało. Teraz już chyba rozumiał, dlaczego Vaxxborg podjął tak duże ryzyko, aby upozorować ten cholerny ślub. Każdy mężczyzna chciałby posiąść taką kobietę. Niestety, nie jestem wyjątkiem, pomyślał ponuro.

Czuł na policzku jej oddech, szybki i ciepły. Kilka kosmyków w kolorze miodu wysunęło się z jej eleganckiego koka, gdy zerwał jej z głowy diadem, i teraz tworzyły złotą ramę dla jej pięknej twarzy w kształcie serca. Jej skóra była gładka, alabastrowa, a policzki rozkosznie zarumienione. Jej ocienione gęstymi rzęsami oczy miały niezwykle intensywną barwę. Przywodziły mu na myśl turkus morza Egejskiego. A usta... Och, jej usta były pełne, różowe i rozchylone, niemal błagały o to, by je pocałować. Widać było, że jej ciałem zawładnęła wręcz namiętna furia. W tym stanie była wprost nieludzko pociągająca. Xerxes stwierdził w myślach, że Rose Linden wygląda jak kobieta, która przed chwilą z kimś się gorączkowo kochała.

 

Pragnął jej piekielnie mocno. I to właśnie budziło w nim największy gniew. Na pewno celowo mnie wabi i kusi, pomyślał cynicznie. Przeklęta kokietka. Korzystając ze swoich kobiecych wdzięków, próbuje wymknąć się karze, zmiękczyć moje serce. Na szczęście nie mam serca, zaśmiał się w duchu.

Jego ekipa od wielu dni bacznie obserwowała zamek Trollshelm. Mówiąc dokładniej, od momentu, kiedy Xerxes dowiedział się o tym tak zwanym ślubie. Pierwotna wersja scenariusza była inna: Xerxes planował porwać barona, aby przemocą wycisnąć z niego informację, gdzie znajduje się Laetitia. Lars Vaxxborg był jednak zbyt ostrożny, a raczej tchórzliwy. Nigdy by nie wyściubił nosa poza mury swojego zamku bez obstawy.

Xerxes nie mógł dłużej zwlekać. Od wypadku minął już rok. Nie miał pojęcia, w jakim stanie jest Laetitia. Może umiera? Odchodził od zmysłów, zastanawiając się nad tą sprawą. W przypływie desperacji niemal wtargnął do zamku z całą swoją uzbrojoną po zęby ekipą. Nie przeszkadzała mu nawet świadomość, że cała ta akcja mogłaby zakończyć się krwawą rzezią i katastrofą...

Nagle dostrzegł, jak z zamku wyłania się panna młoda i rusza w stronę opromienionego światłem księżyca ogrodu. Kiedy zatrzymała się, by podziwiać zorzę polarną, uznał, że oto zdarzył się cud. Nie mógł przepuścić takiej idealnej okazji.

Wiedział wszystko o Rose Linden. Kelnerka z Ameryki, która miała zamiar przepuścić fortunę Laetitii na biżuterię, futra i ubrania od znanych projektantów. Ta mała naciągaczka kłamstwami wybrukowała sobie drogę do ołtarza, aby potem przed światem udawać bogatą baronessę i wieść próżniacze, pasożytnicze życie. Zamiast wyrwać się z biedy dzięki ciężkiej pracy, zdobyła pieniądze i pozycję za pomocą kłamstwa.

Xerxes nie chciał wiedzieć nic więcej na temat tej nędznej istoty. Te informacje mu wystarczały. Rose Linden budziła w nim pogardę i gniew.

Ale teraz też coś jeszcze.

Pożądanie.

Wgniatając ją w fotel swojego rolls-royce’a, ściskając w dłoniach jej nadgarstki, czując jej przyspieszony oddech, jej zapach, jednocześnie jej nienawidził i pożądał.

– Nie ujdzie ci to płazem – ostrzegła go.

– Ach, doprawdy?

– Zobaczysz. Mój mąż...

– Nie masz męża! – zagrzmiał.

W ułamku sekundy jej twarz zrobiła się niemal biała.

– Co mu zrobiłeś? Skrzywdziłeś go?

Owszem, korciło go, by to zrobić. Jeszcze godzinę temu brał to pod uwagę, a nawet o tym fantazjował. Najpierw wymyślne, nieludzkie tortury, a potem powolna, bolesna śmierć. Zabicie tego przeklętego Szweda przyniosłoby mu sporo satysfakcji, ale było zbyt ryzykowne. Xerxes nie mógłby przecież opiekować się Laetitią zza więziennych krat.

– Zabierz mnie z powrotem do zamku – jęknęła Rose błagalnym tonem. – Obiecuję, że nikomu nie powiem, co zrobiłeś. Przyrzekam!

– Przyrzekasz? – powtórzył z pogardą. – Oboje wiemy, że twoje obietnice są nic niewarte. Umiesz tylko łgać.

– Jak możesz tak mówić? Przecież mnie nie znasz!

Jej głos załamał się, a oczy zalśniły łzami. Udawanymi łzami, zdecydował w myślach. Przebiegła z niej aktoreczka!

– Znam cię wystarczająco dobrze – odparł wrogo. – Teraz ty i twój kochaś zapłacicie mi za...

Przerwał, ponieważ Rose zaczęła się rzucać jak oszalała, bić na oślep, kopać go butami na wysokich obcasach. Kierowca niemal wjechał w rów, gdy z całych sił kopnęła jego siedzenie. Xerxes w ostatniej chwili chwycił w powietrzu jej łydkę, zanim wybiła szybę za jego plecami, chybiając jego głowy.

– Przestań, do jasnej cholery! – huknął.

Zacisnął dłonie na jej nogach. Ku jego zdumieniu ta filigranowa, delikatna kobieta, bez szans na wygraną, nadal walczyła.

– Ty bydlaku! Ty tchórzu! Mój mąż cię znajdzie. Powstrzyma cię. Nie ujdzie ci to płazem!

Jej atak jedynie spotęgował jego pożądanie, które zalało go niczym gorąca fala. Miał ochotę spacyfikować ją pocałunkiem.

– Uspokój się, do diabła!

Przestała się wreszcie rzucać, wpatrując się w niego wrogo i wyzywająco. Widać było, że się nie poddała, że chce z nim dalej walczyć, choć dobrze wie, że nie ma szans. To płomienne spojrzenie wzbudziło w nim coś gorszego niż pożądanie.

A mianowicie, szacunek.

Kiedy konwój nieco zwolnił, Xerxes puścił ją i pozwolił normalnie usiąść. Na opustoszałym, odśnieżonym pasie startowym czekał już jego największy odrzutowiec. Z czarnego nieba spadały wirujące płatki śniegu. Kiedy Rose ujrzała samolot, poczuła, jak ulatuje z niej całe życie niby powietrze z przekłutego balonika. Auto zatrzymało się. Zwróciła się twarzą do porywacza. Pojedyncza łza spływała po jej trupiobladym policzku.

– Nie rób tego – wyszeptała niemal bezgłośnie. Jej usta drżały. – Proszę... Nie wiem, dlaczego nienawidzisz Larsa, ale nie każ mi z tobą lecieć. Kimkolwiek jesteś, pozwól mi wrócić do ludzi, których kocham...

„Kocham”? Przecież ta kobieta nie ma pojęcia o miłości! – pomyślał. Myliłem się. Ona wcale nie jest dobrą aktorką. Jest aktorką wybitną!

– Pozwól mi wrócić do męża – błagała go dalej, składając ręce jak do modlitwy.

Jego usta wykrzywił grymas niesmaku.

– Już ci mówiłem, że nie masz męża – burknął.

– Błagam cię! – Jej błękitne oczy napłynęły łzami. Dławiła się nimi. Trzęsła się ze strachu. – Nie rób mu krzywdy!

Chwycił ją za ramię. Zabolało. Jęknęła cicho.

– Wiesz, dlaczego nie masz męża? – wycedził przez zęby, sztyletując ją wzrokiem.

Pokręciła głową. Wpatrywała się w niego w napięciu. Każda sekunda trwała nieskończoność. W końcu otworzył usta:

– Nie masz męża, ponieważ Lars Vaxxborg ma już żonę.

Rose siedziała w bezruchu, zupełnie oniemiała i oszołomiona. Xerxes wyciągnął ją z auta i zaprowadził przez asfaltowy parking do samolotu. Nie protestowała. Szła nieobecna, sztywna jak kukła. Kiedy przystanęli, spojrzała na niego ogromnymi, okrągłymi oczami.

– To niemożliwe – powiedziała słabym głosem. -

Przecież wzięliśmy ślub...

Xerxes prychnął wzgardliwie.

– Kogo chcesz oszukać? Cała ceremonia była tylko teatrzykiem. Ślub był oszustwem. Ksiądz był oszustem. A przede wszystkie, panno Linden – zatrzymał się przy schodkach i wbił w nią przeszywające spojrzenie – ty jesteś oszustką.

Zaprowadził ją po schodach do kabiny samolotu, gdzie przywitały ich dwie stewardessy, kapitan i drugi pilot. Za nimi wmaszerowali ochroniarze, którzy po chwili zniknęli na tyłach samolotu.

Kapitan powitał Xerxesa pełnym rewerencji skinieniem głowy.

– Jesteśmy gotowi do odlotu. Czekamy na pana rozkaz, szefie.

Jedna ze stewardess, efektowna brunetka, zajęła się płaszczem Xerxesa, a druga, rudowłosa, również wyglądająca jak modelka, przywitała go srebrną tacą zastawioną najróżniejszymi drinkami. Rose usłyszała, jak za jej plecami zatrzaskują się z hukiem drzwi do kabiny.

– Dziękuję – mruknął Xerxes, biorąc kieliszek szampana z tacy. Usiadł na obitej białą skórą sofie. -

Szampana, panno Linden?

Rose wpatrywała się w niego w niemym szoku. Xerxes dał kapitanowi znak, by uruchomić maszynę. Zostali sami. Grek wygodnie umościł się na sofie i ze smakiem upił łyk alkoholu. Sprawiał wrażenie, że jest odprężony, a przede wszystkim zadowolony. Widok szampana skłonił Rose do przykrej refleksji. Jeszcze godzinę temu sama popijała ten złocisty trunek w ogromnej sali balowej, w której trwało w najlepsze jej przyjęcie weselne. Pamiętała, jak Lars spojrzał na nią i uśmiechnął się...

Czy to wszystko naprawdę było kłamstwem?

Poczuła w sercu ostre ukłucie. Cała jej istota buntowała się przeciwko takiej myśli. Nie, to niemożliwe. Niemożliwe!