Dama w czerniTekst

Z serii: Whitby Weddings #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jenni Fletcher

Dama w czerni

Tłumaczenie: Anna Pietraszewska

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: The Viscount’s Veiled Lady

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Ltd, 2019

Redaktor serii: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Grażyna Ordęga

© 2019 by Jenni Fletcher

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6406-8

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Lipiec 1872 roku, Whitby w północnym Yorkshire.

Wypolerowany czarny kamień odbił się z hukiem od blatu, kiedy zdenerwowana Frances Webster rzuciła nim o stół.

– Powtórz, jeśli łaska, bo chyba się przesłyszałam. Co mam dla ciebie zrobić?

– Pójść z wizytą do Arthura Ambertona – Starsza siostra popatrzyła na nią jak na niezbyt rozgarnięte dziecko, po czym rozparła się wygodnie na szezlongu. Jakimś sposobem Lydia potrafiła wyglądać jednocześnie bezwstydnie i pięknie – dokładnie tak jak teraz. – Odwiedzisz go rzecz jasna w moim imieniu – wyjaśniła. – Sama niestety nie mogę sobie na to pozwolić. Muszę dbać o reputację. Jestem przecież powszechnie szanowaną wdową.

– A ja powszechnie szanowaną starą panną. Czyli jeszcze gorzej.

– Owszem, ale ty bez przerwy włóczysz się sama po plaży. Wszyscy o tym wiedzą, więc nikt nie zwróci na ciebie uwagi. Poza tym twoja… sytuacja jest zupełnie inna.

– Inna? A to niby dlaczego?

Lydia posłała jej wymowne spojrzenie.

– Nie bądź uciążliwa, Frannie. Doskonale wiesz dlaczego.

– Przeciwnie. Nie mam pojęcia, o co ci chodzi. – Frances zgrzytnęła zębami. Nie cierpiała imienia „Frannie”. Znienawidzone spieszczenie przylgnęło do niej w dzieciństwie, ale niektórzy do tej pory nie zdołali się go oduczyć. Widać nie zauważyli, że już dawno podrosła. Zresztą siostra z przyzwyczajenia przemawiała do niej jak do dziewczynki na posyłki, a nie jak do dorosłej, dwudziestodwuletniej kobiety. W dodatku bez przerwy czyniła „subtelne” aluzje do jej oszpeconego wyglądu. Nie używała przy tym słowa „blizna”, jakby wypowiedzenie go na głos uwłaczało jej godności. Właśnie dlatego Fran postanowiła, że tym razem jej nie odpuści. Jeśli siostra ma coś do powiedzenia, niech mówi otwarcie.

Przyparta do muru Lydia podjęła wątek.

– Rzecz w tym – zaczęła z przekonaniem – że ty, w przeciwieństwie do mnie, nic nie ryzykujesz. Nawet jeśli ktoś zobaczy cię z nim sam na sam, nic się nie stanie. To oczywiście nie twoja wina, ale przyznasz chyba, że nie należysz do kobiet, z którymi ktokolwiek miałby ochotę flirtować. Twoja reputacja nie ucierpi, bo nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, że Arthur próbuje cię uwieść. – Westchnęła teatralnie. – A byłaś kiedyś taka ładna… Niepotrzebnie zwlekałaś ze ślubem. Trzeba było wyjść za Leo od razu, zaraz po tym, jak ci się oświad…

– Wystarczy! – ucięła bezceremonialnie Frances. Usłyszała o dwa słowa za dużo i skończyła jej się cierpliwość. – Dość już powiedziałaś. Masz rację. Moja odrażająca twarz z pewnością odstraszyłaby każdego. Żaden zdrowy na umyśle mężczyzna nie chciałby jej oglądać do końca życia.

– Nie dramatyzuj. Niczego takiego nie powiedziałam.

Skądże, pomyślała z przekąsem Fran. W końcu jesteś wzorem wszelkich cnót. Oraz mistrzynią taktu. Matka i siostra uchodziły za zjawiskowo piękne, może dlatego uważały, że dla kobiety najważniejsza jest nieskazitelna uroda. W ich mniemaniu wypadek, który przydarzył się Fran w osiemnaste urodziny, był najstraszniejszą tragedią, jaka mogła ją w życiu spotkać. Gdyby kiedykolwiek podsłuchała przypadkiem, co najbliżsi mówią o niej za plecami, pewnie dożyłaby swoich dni, chowając się za woalem. Już nigdy nie odważyłaby się pokazać nikomu okaleczonej i niedoskonałej wersji samej siebie.

Naturalnie były czasy, kiedy nie odbiegała wyglądem od pozostałych kobiet w rodzinie. Matka, choć przekroczyła pięćdziesiątkę dobrych kilka lat temu, wciąż ściągała na siebie zachwycone spojrzenia mężczyzn. Nadal miała ciemne, ledwie przyprószone siwizną włosy i aksamitnie gładką cerę. Starsza córka w niczym jej nie ustępowała. Była równie zachwycająca i wykorzystywała to na każdym kroku.

O sześć lat młodsza Fran rozkwitła dość późno. Wydawało jej się, że nigdy nie nabierze bujnych kształtów i nie dorówna figurą siostrze, tymczasem kiedy wreszcie zmieniła się z podlotka w młodą kobietę, ponoć nawet ją w tym względzie prześcignęła. Tak w każdym razie utrzymywała matka, która często jej powtarzała, że jest najładniejsza ze wszystkich pań Webster. Ku wielkiemu niezadowoleniu Lydii, ma się rozumieć.

Po wypadku wszystko się zmieniło. Lydia i Frances nie były już jak awers i rewers tej samej monety. Z daleka pewnie wyglądały podobnie. Obie miały owalną twarz, ciemne oczy i brązowe włosy, ale tylko jedna wciąż oślepiała swoim blaskiem, druga miała skazę i stała się kompletnie bezwartościowa.

– No więc? – gorączkowała się Lydia. – Porozmawiasz z nim?

– Nie. Jak w ogóle możesz o to prosić? John jeszcze dobrze nie ostygł w grobie. Zmarł zaledwie dziesięć miesięcy temu, a ty…

– Zaledwie?! To najdłuższe dziesięć miesięcy w moim życiu! Jak długo każecie mi nosić żałobę?

– Dobrze wiesz, jak długo. Dokładnie rok. Potem, na kolejne sześć miesięcy, możesz porzucić czerń na rzecz innych stonowanych kolorów. Nie ma powodu popadać w histerię. Królowa chodzi w żałobie już ponad dekadę.

– Królowa…?! – zapowietrzyła się Lydia. – Też wymyśliłaś. Czy ja, twoim zdaniem, wyglądam jak królowa?!

Fran w ostatniej chwili zrezygnowała z ciętej riposty. Zwykle aż trudno było uwierzyć, że jej siostra nie nosi korony i nie jest najważniejszą osobą w kraju. Przez większość czasu zachowywała się jak rozkapryszona księżniczka. Rozkazywała wszystkim dookoła i wydawało jej się, że ma do tego święte prawo.

– Nie pojmuję, dlaczego mam siedzieć dalej w domu. – Podniosła się i nie przerywając utyskiwania, zaczęła maszerować w tę i z powrotem po pokoju. – Kto ma z tego jakikolwiek pożytek? Na pewno nie ja. Mama trzyma mnie w czterech ścianach jak w więzieniu. Nie pozwala mi nigdzie bywać ani z nikim się widywać.

– Robi to w dobrej wierze – próbowała ją pocieszać Fran. – Dla twojego własnego dobra. – Nie zazdrościła siostrze ani innym wdowom. Zmuszanie kobiet do cierpienia w samotności uważała za nieludzkie i pozbawione sensu. W odosobnieniu znacznie trudniej jest się pogodzić ze stratą bliskiej osoby niż wśród ludzi. W przypadku Lydii nie miało to jednak większego znaczenia. Jej siostra z całą pewnością nie rozpaczała po mężu. – Nie możesz na razie nigdzie bywać, bo nie byłoby to dobrze widziane.

– Naturalnie, ale nie wydaje ci się to cokolwiek niedorzeczne? Mam udawać, że moje życie się skończyło, tylko dlatego, że wymaga tego dobry obyczaj? Jestem na to za młoda, do pioruna! John od początku małżeństwa tkwił już jedną nogą w grobie. Był dobrze po sześćdziesiątce, kiedy się poznaliśmy.

– A mówiłaś kiedyś, że miłość nie zna wieku…

– Kto? Ja? Ja tak niby powiedziałam?

– Tak, ty. Zanim wyszłaś za mąż.

– Hm… cóż… – skwitowała sceptycznie Lydia. – Nie myśl sobie, że o niego nie dbałam. Okazywałam mu tyle uczucia, na ile było mnie stać. Wiedział zresztą, że nie może liczyć na więcej. Tak czy owak, nie rozumiem, czemu miałabym marnować swoje najlepsze lata z powodu utraty męża. Co więcej, jestem przekonana, że on sam wcale by tego nie chciał. – Zatrzymała się przed lustrem i potarła policzki. – Noszenie czerni zdecydowanie mi nie służy. Sama zobacz. Taki ponury kolor okropnie mnie postarza, a mam dopiero dwadzieścia osiem lat. Nie chcę się czuć jak staruszka!

– Wszyscy jesteśmy zmęczeni noszeniem czerni – przyznała Frances. Usiłowała dodać siostrze otuchy, ale jej nieustanne skargi zaczynały jej działać na nerwy. – Niestety nie można nic na to poradzić. Takie panują zwyczaje i basta. Przynajmniej nie musisz się martwić o pieniądze. John dobrze cię uposażył. Zawsze to jakaś pociecha.

– Dobrze mnie uposażył? Nie powiedziałabym. Zostawił mi zaledwie jedną trzecią majątku.

– Tak, ale cała reszta przypadnie kiedyś Georgiemu, więc…

– Owszem, przypadnie, tyle że dopiero, kiedy ten osiągnie pełnoletniość. Nie zapominaj, że do tego czasu jego fortunę trzyma w garści pełnomocnik Johna. Zupełnie jakby nie można mi było ufać i jakbym sama nie potrafiła zarządzać finansami syna!

 

Fran spuściła głowę, żeby ukryć rozbawioną minę. Niewiele brakowało, a roześmiałaby się w głos. John Baird poznał się na swojej młodej żonie znacznie lepiej, niż się wszystkim wydawało. Jego testament był tego najlepszym dowodem. Gdyby zostawił schedę w rękach Lydii, ich syn u progu dorosłości ani chybi byłby bankrutem.

– Może John uznał, że wołałabyś nie zaprzątać sobie głowy tak przyziemnymi sprawami.

– Jestem matką George’a i to ja powinnam dbać o jego przyszłość. Ale nie, mój szanowny małżonek wolał powierzyć tę rolę zupełnie obcemu człowiekowi. Potraktował mnie wyjątkowo nikczemnie.

Frances westchnęła i ujęła w dłoń szmatkę do polerowania kamieni. Siostra pamiętała okres swojego małżeństwa dość wybiórczo. Cóż, Baird z pewnością nie był aż tak dobrą partią jak pewien przystojny wicehrabia, który kilka lat temu zaginął na morzu. To właśnie jego Lydia miała nadzieję złowić na męża, kiedy jako młoda debiutantka pojawiła się po praz pierwszy na salonach. Zresztą prawie jej się to udało. Byli po słowie, kiedy Arthur przepadł i uznano go za zmarłego.

– To oczywiste, że nie wyjdę ponownie za mąż przed oficjalnym zakończeniem żałoby – perorowała dalej Lydia. – Jak każda kobieta w moim położeniu, muszę dbać o pozory. Co nie znaczy, że powinnam siedzieć bezczynnie, zasypiając gruszki w popiele. Jeśli prędko czegoś nie zrobię, Scorborough gotów poślubić kogoś innego. I co mi wtedy pozostanie? Im prędzej mu o sobie przypomnę, tym lepiej. Raz już przepuściłam okazję. Nie zamierzam popełnić tego samego błędu po raz drugi.

– Zaraz – zdziwiła się Fran. – Mam rozumieć, że nadal chcesz się wydać za Arthura? – Zerknęła na wypolerowany gagat w swojej dłoni i odłożyła go do pudełka wypełnionego trocinami. Kamień błyszczał tak bardzo, że zobaczyła w nim odbicie własnych oczu. Spoglądały na nią tak smutno, że pospiesznie odwróciła wzrok.

– Oczywiście, że chcę. Po cóż innego bym cię do niego wysyłała?

– Bo ja wiem? Mówiłaś tylko, że mam mu przekazać wiadomość.

– W rzeczy samej. Przekonasz go, żeby mnie odwiedził, a o resztę zatroszczę się osobiście. Pójdzie jak z płatka.

– Byłoby o wiele prościej, gdybyś sama do niego napisała. Nie sądzisz?

– Nie, nie sądzę. – Lydia skrzywiła się, jakby najadła się dziegciu. – Już to zrobiłam. Dwukrotnie. Opisał, że jest zbyt zajęty i trudno mu będzie znaleźć czas na „odnowienie naszej znajomości”. Dasz wiarę? Kiedyś gotów był skoczyć za mną w ogień, a dziś nie może mi poświęcić wolnej chwili. Niewdzięcznik.

– Dziwisz mu się? W końcu wyszłaś za kogoś innego.

– Wielkie rzeczy. A co twoim zdaniem miałam zrobić? Byłam pewna, że utonął!

– Może trzeba było się odrobinę wstrzymać. Zaczekać z ponownymi zaręczynami chociaż z tydzień?

– Zaczekać?! – oburzyła się raptem Lydia. Jej ciemne oczy ciskały gromy. – Dość się na niego naczekałam. Ojciec nie pozwalał mu się ze mną ożenić przez całe lata, a Arthur nie potrafił mu się przeciwstawić. Nie mogłam się nawet nikomu pochwalić, że jesteśmy po słowie, bo musieliśmy trzymać nasz związek w sekrecie. Masz pojęcie, jakie to upokarzające? Na dobitkę wyjechał Bóg wie dokąd i przepadł jak kamień w wodę. Zostawił mnie na pastwę losu! Niewiele brakowało, a przez niego zostałabym starą panną.

Frances z trudem powstrzymała cierpki komentarz. Jej rozpuszczona siostra nie miała w sobie nic ze starej panny. I nigdy nie brakowało jej wielbicieli. Nawet w czasach gdy była narzeczoną Ambertona, zawsze otaczał ją wianuszek zalotników, ba, nawet konkurentów. Niektórzy otwarcie zabiegali o jej rękę, a ona nie próbowała gasić ich zapału. Zwykle trzymała kogoś w zanadrzu, tak „na wszelki wypadek”. Innymi słowy zwodziła wszystkich, nie wyłączając Arthura, który nie miał pojęcia, że narzeczona rozważa za jego plecami wybór innego kandydata na męża. Wiedział jedynie, że cieszyła się ogromnym powodzeniem i lubiła flirtować. Ubóstwiał ziemię, po której stąpała, więc nie zdawał sobie sprawy z tego, jak poważne były niektóre z owych flirtów. Kiedy zaginął, Fran uznała, że dla niego pewnie tak było lepiej. Przynajmniej odszedł z tego świata w nieświadomości, wierząc w szczere uczucie swojej wybranki. Po jego powrocie nie była już tego taka pewna. Musiał poczuć się okropnie, gdy odkrył, jak szybko Lydia zastąpiła go kimś innym.

– Rzeczywiście, potraktował cię nad wyraz okrutnie – podsumowała z przekąsem, spoglądając wymownie na siostrę.

– Skąd niby miałam wiedzieć, że zjawi się jak gdyby nigdy nic po dziewięciu miesiącach? Nie raczył mnie nawet odwiedzić.

– I słusznie. Byłaś wtedy mężatką.

– Owszem, byłam, ale już nie jestem! A on i tak nie przyjeżdża. Nie mam pojęcia, co go powstrzymuje. Nie jest przecież żonaty. Jego ociec od dawna nie żyje, więc nic nam nie stoi na przeszkodzie. Możemy odnowić zaręczyny tuż po zakończeniu żałoby. Pomyśl tylko, jakie by to było romantyczne, jakbyśmy od samego początku byli sobie pisani.

– O tak, bez wątpienia. Swoją drogą, idealnie się składa, że John był łaskaw tak szybko odejść w zaświaty. Dzięki temu rozdzieleni przez los kochankowie wreszcie zapomną o rozłące.

Lydia posłała siostrze naburmuszone spojrzenie.

– Nie masz pojęcia, co znaczy prawdziwa miłość.

– A czy ja twierdzę, że mam? Niczego takiego nie powiedziałam.

– Arthur naprawdę mnie kochał.

– Owszem, kochał – przyznała z rozrzewnieniem Frances. Temu akurat nie dało się zaprzeczyć. Nigdy wcześniej ani później nie widziała tak zapatrzonego w Lydię mężczyzny. Był zakochany po uszy i spoglądał na nią z nieskrywanym uwielbieniem. Fran marzyła wtedy, żeby ktoś popatrzył kiedyś tak czule na nią. W tamtych czasach wierzyła jeszcze, że dane jej będzie tego doświadczyć, dzisiaj mogła jedynie snuć na ten temat fantazje.

O Arthurze myślała zawsze jak o ucieleśnieniu męskiej doskonałości. Jej zdaniem Amberton uosabiał wszelkie przymioty idealnego dżentelmena: wyróżniał się nieprzeciętną inteligencją oraz nieskazitelnymi manierami. W dodatku roztaczał wokół siebie subtelną aurę tajemniczości i zadumy. Miał też wspaniałą prezencję. Z kasztanowymi włosami i wyrazistym oczami w kolorze miodu był wprost zachwycająco przystojny.

Poza tym nigdy nie szczędził jej uśmiechów i dobrego słowa. Choć była wówczas nieopierzonym podlotkiem, rozmawiał z nią jak z dorosłą. Kiedy znajdował ją samą w bawialni, zawsze przystawał na kilka minut, żeby pogawędzić. I nie robił tego wyłącznie z uprzejmości. Naprawdę interesował się jej sprawami. Starała się myśleć o nim jak o starszym bracie, ale jej serce miało zgoła inne plany. Nim pojęła, co się święci, zakochała się w nim pierwszą młodzieńczą miłością. Gdy zaginął na morzu, była zdruzgotana. Bolała nad stratą, jakby to ona była jego narzeczoną, jakby to ją pozostawił pogrążoną w rozpaczy. Do tej pory nie rozumiała, jak Lydia mogła tak szybko o nim zapomnieć. Choć może nie powinna się temu dziwić. Jej praktyczna i zapobiegliwa siostra zawsze i bez wyjątku zabezpieczała się na wypadek nieprzewidzianych okoliczności. Nie postawiłaby wszystkich pieniędzy na jednego konia. Nawet gdyby był najlepszy w stawce.

– Tak czy inaczej, miałam wtedy spore szczęście – stwierdziła po namyśle Lydia. – Dobrze się stało, że za niego nie wyszłam, bo z tego co słyszę, majątek Ambertonów był w tamtych latach w fatalnej kondycji. Ponoć stali praktycznie na skraju bankructwa. Ładnie bym na tym wyszła, gdyby…

– Lydio! Bój się Boga, pieniądze to nie wszystko.

– Och, nie bądź naiwna, Frannie. Samą miłością żyć się nie da. Spotkałaś kiedyś biedaka, który twierdzi, że nie brakuje mu niczego do szczęścia?

– Nic z tego nie rozumiem. Skoro Arthur jest taki biedny, to czemu koniecznie chcesz za niego wyjść?

– Powiedziałam, że był biedny, głuptasie. Już nie jest. Jego brat ożenił się z Violet Harper, a ta wniosła pokaźny posag.

Fran wyjęła z kieszeni kolejny gagat i sprawdziła, czy nie ma na nim rys. Jak zwykle trudno jej było nadążyć za skomplikowanymi machinacjami siostry. Owszem, słyszała o tym, że Lance, bliźniak Arthura, jakiś czas temu poślubił pannę Harper – bogatą dziedziczkę, której ojciec był przedsiębiorcą i właścicielem doskonale prosperującego zakładu budowy okrętów. Nie pojmowała tylko, w jaki sposób miałoby to pomóc Lydii.

– Nawet jeśli, jakie to ma znaczenie dla Arthura? To nie on jest jej mężem.

– Nieistotne. Wystarczy, że dzięki pieniądzom Violet Lance usprawnił i rozbudował rodzinną kopalnię rudy żelaza. Podobno zarabiają na niej krocie. Powodzi im się tak dobrze, że odnowili gruntownie Amberton Castle, a Arthur, jako spadkobierca i dziedzic tytułu, jest właścicielem posiadłości. Nie rozumiem tylko, czemu nie korzysta ze swoich praw i uparł się, żeby mieszkać w jakiejś obskurnej chacie na wrzosowiskach. Kto to słyszał, żeby wicehrabia…

– Skąd pewność, że właścicielem jest Arthur? Może postanowił odstąpić dom bratu i jego żonie? Skoro to z ich funduszy go odremontowano…

– Nie odstąpił im domu. Wiem, bo sprawdziłam. Muszę dbać o własne interesy. Jeszcze im go nie oddał, ale kto wie, co mu strzeli do głowy.

– Ach, tak… – Nagle wszystko stało się jasne. Fran zaczynała rozumieć motywację siostry. Nie przypuszczała tylko, że Lydia jest aż taką bezduszną materialistką. – Domyślam się, że kiedy już zostaniesz jego żoną, będziesz nalegać, żebyście jak najszybciej przenieśli się do Amberton Castle, prawda?

– Naturalnie. Dla jego własnego dobra. To przecież siedziba rodu, a on jest wicehrabią i głową rodziny.

– Bez wątpienia, tyle że to jego brat i bratowa wyłożyli środki na odbudowę tejże siedziby, więc…

Lydia uniosła brew i wzruszyła lekceważąco ramionami.

– Skoro stać ich było na taki wydatek, to będzie ich także stać na własną rezydencję.

– Widzę, że dokładnie to sobie przemyślałaś – podsumowała z drwiną Frances. – I zaplanowałaś im wszystkim życie. Winszuję. Szkopuł w tym, że Arthur nie zamierza odnawiać z tobą znajomości. Obawiam się, że brak współpracy z jego strony może nieco pokrzyżować ci szyki.

Lydia zmroziła ją spojrzeniem i poderwała się z miejsca.

– Niech cię o to głowa nie boli! Muszę tylko doprowadzić do spotkania. Wystarczy, że na dziesięć minut znajdziemy się w tym samym pokoju, a znowu zacznie jeść mi z ręki. W mgnieniu oka przekonam go, żeby mi się ponownie oświadczył. Jestem tego więcej niż pewna.

Fran przewróciła oczami i wypuściła ze świstem powietrze. Najgorsze było to, że Lydia prawdopodobnie miała rację. Mężczyźni spełniali jej zachcianki i bez mrugnięcia okiem robili wszystko, co sobie umyśliła. Zwykle przybiegali do niej na skinienie palca. Aż dziw, że Arthur tak długo się opierał. Pozostał głuchy na jej prośby i zwyczajnie nie chciał się z nią zobaczyć. Cóż, minęło sporo czasu, a ludzie mówili, że bardzo się zmienił. Może to dlatego zaproszenia dawnej narzeczonej nie robiły już na nim wrażenia. Nikt nie wiedział, gdzie był i co się z nim działo, kiedy zaginął...

– Mów, co chcesz – zaczęła zdecydowanie. – Ja w każdym razie nie zamierzam przyłożyć do tego ręki. To nie moja sprawa, więc nie widzę powodu, żeby się w nią mieszać. – Skoro Amberton postanowił unikać jej siostry, to widocznie miał ku temu powody. Nikt nie powinien go do niczego zmuszać, a już na pewno nie ona. – Swoją drogą, skąd ci w ogóle przyszło do głowy, że Arthur mnie posłucha? Wydaje ci się, że na mój widok nagle zmieni zdanie?

– Niewykluczone. Zawsze bardzo cię lubił. I wiecznie z tobą o czymś rozprawiał. Nieraz musiałam go szukać, bo byliście tacy zajęci sobą, że zapominał o moim istnieniu.

– Naprawdę? – Frances poczuła, że się rumieni. Czasem miała wrażenie, że Arthur świadomie szuka jej towarzystwa, ale tłumaczyła sobie, że to wyłącznie jej własne pobożne życzenia.

– Starał się tylko być miły.

– Oczywiście – warknęła Lydia. – Bo cóżby innego? Jednak uważam, że zachowywaliście się co najmniej nietaktownie. A mnie było z tego powodu przykro.

– W takim razie przepraszam. Nie przypuszczałam, że masz nam to za złe.

– Możesz mi to teraz wynagrodzić.

– Wykluczone!

– Jeśli nie chcesz zrobić tego dla mnie, pomyśl o Georgiem. Jak każdy mały chłopiec, powinien mieć ojca, a jeśli nie ojca, to przynajmniej ojczyma, nie uważasz?

– Owszem, uważam – przyznała niechętnie Frances. Trzyletni siostrzeniec był jej oczkiem w głowie, a jego matka doskonale o tym wiedziała. Zresztą miała w tym względzie niesamowitą intuicję. Wyczuwała ludzkie słabości na odległość i bez żenady rozbiła z nich użytek.

– No właśnie. Sama widzisz, chcę wyjść ponownie za mąż także ze względu nie niego. Nie zaprzeczysz, że człowiek z tytułem to idealny kandydat na ojczyma. Powinowactwo z wicehrabią to prawdziwe błogosławieństwo. Skorzystalibyśmy na tym wszyscy, także nasi biedni rodzice.

 

Biedni rodzice? – obruszyła się Fran. Co ona znowu wygaduje?

– Nie wiem, o czym mówisz. Co mają do tego mama i tata?

– Jak to co? Spodziewali się pewnie, że obie wyjdziemy za mąż. Niestety nadal mieszkamy z nimi pod jednym dachem. Ja wróciłam, kiedy owdowiałam, a ty raczej nie masz widoków na zamążpójście. Nie są już najmłodsi. Zasługują na odrobinę spokoju na stare lata. Spójrzmy prawdzie w oczy, jesteśmy dla nich ciężarem. Gdybym wyszła za Arthura, byłoby im znacznie lżej.

Im tak, ale Arthurowi niekoniecznie, skwitowała w duchu Frances.

Lydia uraczyła ją przymilnym uśmiechem.

– Gdybyś chciała, mogłabyś zamieszkać z nami w Amberton Castle. Georgie tak nie lubi swojej piastunki. Za to ciebie ubóstwia, a przecież niedługo będzie potrzebował guwernantki. Chyba że wolisz do końca życia bawić się kamykami z plaży.

Tego już było za wiele. Przebrała się miarka. Fran podniosła się od stołu i spojrzała hardo na siostrę.

– Dla twojej informacji, to nie jest zabawa. Wyrabiam biżuterię, która cieszy się sporym powodzeniem. I jestem w tym naprawdę dobra. W zeszłym tygodniu zarobiłam cztery funty.

– Jak to „zarobiłaś”?

– Normalnie. Tak jak to się zwykle robi. Zaniosłam kilka najlepszych sztuk do sklepu pana Horsmana, a on je ode mnie kupił.

– Pana Horsmana? Tego jubilera? Czy to znaczy, że trudnisz się handlem?

Frances nie myślała o tym dotąd w ten sposób, ale siostra trafiła w sedno. Z pewnością można było to tak ująć. Miała duszę artystki, uwielbiała zmieniać nieoszlifowane dżety w małe, błyszczące dzieła sztuki. A jeśli przy okazji mogła się na tym wzbogacić, tym lepiej. Może dzięki temu stanie się kiedyś niezależna i nie będzie musiała żyć zdana na czyjąś łaskę. Nie chciała być dla nikogo ciężarem, ani „wstydliwą komplikacją”. Nie miałaby nic przeciwko temu, by zaczęto o niej mówić Frances Webster - rzemieślniczka, której rękodzieło można kupić we Whitby – zamiast - ta bieda stara panna z oszpeconą twarzą.

– Owszem – odparła z satysfakcją. Sprzedawała swoje wyroby i była z tego dumna.

– Rodzice o tym wiedzą?

Natychmiast zrzedła jej mina. Siostra jak zwykle uderzyła tak, by dosięgnąć celu. Po wypadku matka i ojciec pozwalali Fran na znacznie więcej niż przedtem. Cieszyła się swobodą, o której innym pannom w jej wieku nawet się nie śniło. Chodziła własnymi ścieżkami, ale cierpliwość i tolerancja rodziców mogły się w końcu wyczerpać. Córce dżentelmena nie wolno przecież zarabiać na własne utrzymanie. To wbrew konwenansom.

– Cóż, będę musiała im powiedzieć – oznajmiła z zadowolonym uśmieszkiem Lydia. – Jedna z ich córek szarga dobre imię rodziny. To poważna sprawa.

– Nie pleć, nie robię nic złego.

– No nie wiem, mama i tata raczej nie będą zadowoleni. Mogę zapomnieć, że o tym słyszałam, ale nie za darmo. Jeśli zgodzisz się pójść do Arthura...

– Dobrze, wygrałaś. – Frances odpadła ciężko na krzesło. – Co dokładnie mam mu przekazać? – westchnęła pokonana.

Inne książki tego autora