Cisza

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Jem Lester

Cisza


Tytuł oryginału

Shtum ISBN 978-83-8116-216-6 Copyright © Jem Lester 2016 All rights reserved First published by Orion, London Copyright © for the Polish translation by Zysk i S­‍‑ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2017 Redakcja Robert Cichowlas Projekt graficzny okładki Agnieszka Herman Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Podziękowania

Świstak

Karuzela

Klaun

Czarownica

Pobudzony

Zaniepokojony

Ile?

Wafel

Diabeł tasmański

Pusty

Smutny

Cukierek albo psikus

Krowa

Książeczka czekowa

Byk

Uran

Kolejka górska

Obcy

Żarówka

Lato

Ból brzucha

Klucz

Szkoła

Lukier

Dlaczego napisałem Ciszę

Pamięci Stuarta i Sharon Lester

Podziękowania

Mojej partnerce, Catherine Ercilli, która zakochała się we mnie z powodu mojego pisania i – mimo mojej bezużyteczności w większości innych sfer – w dalszym ciągu ze mną jest, będąc moją najlepszą przyjaciółką i czytelniczką.

Noahowi Lesterowi, który nigdy nie przeczyta tej książki, może ją jednak – jeżeli go najdzie taki nastrój – wyrzucić przez okno.

Eloise Lester, której stopień naukowy z psychologii pozwoli oszczędzić mi – mam nadzieję – w przyszłości fortunę za terapię.

Karen Ferbermann, której jestem winien trzydzieści cztery prezenty urodzinowe, niezliczoną ilość zapalniczek, sto wyjaśnień i, co najważniejsze, znośną młodość.

Mitchellowi Rossowi za czterdzieści sześć lat śmiechu, zabawnych wygłupów i wielu wspólnych zmartwień.

Mojej wspaniałej agentce Laurze Williams i wszystkim w PFD, którzy stali murem za Ciszą po usłyszeniu w marcu 2013 roku, nad pubem, fatalnie przeczytanych 1500 słów.

Mojej błyskotliwej redaktorce z Oriona, Jennifer Forres­ter oraz publicyście/żywiołowi Samowi Eadesowi.

Jonathanowi Myersonowi, Lucy Caldwell i Clare Allan z City University.

Mojemu oddziałowi zwalczania szaleństwa: dr Claudii Bernat, Dorit Dror, Melowi Davisowi i Wendy Davis.

Damie Stephanie Shirley, założycielce Prior Court School w Berkshire, oraz całemu tamtejszemu oddanemu personelowi.

Bionicznej Tracy Fenton i wszystkim w TBC za entuzjazm i wsparcie.

Zmarłemu zastępcy redaktora naczelnego „Jewish Chronicle” i krytykowi teatralnemu Davidowi Nathanowi za uznanie mojej poobiedniej przemocy wobec segregatorów za całkowicie stosowne zachowanie.

Świstak



Emma czeka w kuchni, ponieważ odór wywołuje u niej odruch wymiotny. Początek dnia przebiega jak zwykle: w łazience szumi lecąca do wanny woda, Jonah stoi obok łóżka, mokry po pachy, ja otwieram okna, ściągam pościel i spryskuję osłonę materaca środkiem dezynfekującym. Zwijam pościel w kulę razem z jego śmierdzącą piżamą. Pełna pielucha i brudne mokre chusteczki wędrują do plastikowego worka, który szybko zawiązuję. Jonah chwilę potem wskakuje do wanny, woda i piana zmieniają się w brązową zupę. Myję go energicznie, bardziej oporne miejsca polewam wodą z prysznica i wycieram go „jego” marynarskim ręcznikiem – każdy inny wywołałby histerię. Ubranego, przepycham korytarzem na śniadanie. Taki mamy podział: Emma zajmuje się tym, co trafia do środka, ja tym, co wylatuje na zewnątrz.

List leży otwarty na stole, wygładzony po mocnym zmięciu w garści. Nie odzywamy się przez co najmniej dziesięć minut – kilka sekund mniej, a okazałoby się, że to moja wina. Nauczyłem się długich rozgrywek. W końcu biorę go i kolejny raz czytam – nie jest niespodzianką, mimo to jestem oburzony.

– To by było na tyle.

– Jak zawsze optymista.

– Oni są jak z Orwella. Co ma znaczyć „należycie”? Myślisz, że wierzą w tę swoją nowomowę?

Siedzenie przy stole w jadalni z głową w rękach stało się moją śniadaniową asaną – pozycją o nazwie „dlaczego ja?”.

Atak użalania się nad sobą trwał góra minutę, wystarczyło jednak, aby syn zniknął nam z oczu.

– Gdzie on jest? Jonah?! Nie pilnowałeś go, Ben?

– Rozmawiałem z tobą. – Ruszam do kuchni, która – ledwie go spuścić z oka – służy Jonahowi jako poranna sala treningowa. Nie ma go, ale widać, że nie próżnował: puste pudełko po cornish vanilla na podłodze, rozchlapane lody na czarnych błyszczących blatach, stalowym froncie lodówki, marmurowych płytkach na podłodze, a także – co odkrywam, odwracając się ku drzwiom – w jego sięgających ramion włosach, na całej twarzy i granatowym szkolnym dresie. – Jonah, ty gnojku… Emmo, trzeba go wsadzić pod prysznic i przebrać!

Patrzymy na zabierający go minibus z ulgą, przemieszaną z poczuciem winy.

Emma płacze.

– Nie zniosę tego dłużej.

Od jej pochlipywania bieleją mi kostki zaciskanych dłoni.

– Nie bądź melodramatyczna. – Z premedytacją decyduję się na nieodpowiednie słowa.

– Zamknij się, Ben. Masz jakiś genialny pomysł? Zabrać od ojca starego lugera, wziąć grupę roboczą jako zakładników i trzymać ich, aż się poddadzą?

– Jak Bonnie i Clyde?

Skojarzenie sprawia, że Emma chichocze, co łagodzi kwaśne pieczenie w moim żołądku. Przez ostatnie półtora roku nieraz docieraliśmy do tego punktu, ale humor, który dotąd zawsze nas ratował, teraz już nie wystarczał i przestaliśmy się nawzajem dostrzegać. Dlatego Emma mówi, dużo. Powtarza nieustannie mantrę niedoli.

– Ciągle przypominają mi się słowa, jakie płynęły z jego ust: tata, mama, auto, lampa… dlaczego przestał? Dziś w nocy śniło mi się, że wszedł do salonu i zaczął do mnie mówić, a najdziwniejsze było to, że mówił swoim głosem – jestem tego pewna. Gdy się obudziłam, byłam przekonana, że to się działo naprawdę, i gdy usłyszałam z łazienki, jak go myjesz, zrobiło mi się niedobrze z rozczarowania. Zdarza ci się coś podobnego?

– Czasami.

Nigdy nic podobnego mi się nie przydarzyło.

Emma ponownie wczytuje się w list, ja kończę kawę. Wznosi oczy ku niebu i palcami przeczesuje kasztanowe włosy. Plama światła wydobywa siwe pasmo. Wypowiada bezgłośnie kolejne słowa listu, kręci głową, po czym zaczyna szeptem powtarzać frazes „kochająca rodzina… kochająca rodzina… kochająca rodzina…”.

 

– Oni są kompletnie porąbani, zresztą wszystko stoi na głowie. Jesteśmy karani za to, że go kochamy i dbamy o niego, i nie jest w autyzmie tak dobry, jak mógłby być.

– Nigdy nie zagra w reprezentacji Anglii w autyzmie.

– Jakby nas oskarżali o to, że ta sytuacja nas nie zniszczyła. Nie jest jeszcze wystarczająco źle. Nie musi nosić kasku motocyklowego ani słuchawek, a my nie jesteśmy narkomanami.

– Jeszcze nie.

System jest naprawdę przedziwny – matematyka kosztów i zysków, pozbawiona ludzkiego elementu.

– Może powinienem dostać załamania nerwowego, a ty mogłabyś obmacać jakiegoś klienta i stracić uprawnienia adwokackie. Bylibyśmy wtedy biedni i psychicznie chorzy… Czy to pchnęłoby naszą sprawę do przodu? W ostateczności moglibyśmy się rozejść – oni uwielbiają samotnych rodziców.

Pomysł jest tak szalony, że zaczynam śmiać się do siebie.

Spoglądam na Emmę, ale nie patrzy w moim kierunku ani się nie śmieje. Bierze teczkę i wychodzi.

– To do wieczora – mówię do zamykających się drzwi.

W magazynie jestem o jedenastej. Setki talerzy czekają na umycie, pokryte resztkami świątecznego jedzenia, które przez weekend zaschło na kamień i zaśmiardło. Tak wygląda mój codzienny schemat: stoły, krzesła, zastawa, sztućce i szkło – wypożyczanie w nieskazitelnie czystym stanie, odbieranie w postaci brudnej zbieraniny, mycie, pakowanie i ponowne wysyłanie. Życie, od którego może się odechcieć żyć.

– Idę na lunch. – Valentine, który przy ponad metrze dziewięćdziesiąt wzrostu i potężnych barach wygląda jak szybki serwujący krykietowej reprezentacji Indii Zachodnich, nie podnosi wzroku znad polerowanego szkła. – Idę na lunch.

– Słyszałem – odpowiada. – Masz telefon? Nie zamierzam go odbierać.

– Nie będzie mnie tylko godzinę.

– Aha.

– Wrócę o dwunastej.

– Oczywiście.

– Niech się włącza sekretarka.

– Dobra.

– Gdyby przyszedł tata, powiedz mu, że pojechałem z dostawą.

– Dobra.

Wyjmuję z kasy dwie dychy i ruszam do sąsiadującej z nami drukarni, z której wychodzi się na ulicę. Drogę blokuje mi Vinod.

– Musimy pogadać o czynszu.

– Mam spotkanie. O dwunastej?

– Wczoraj też tak mówiłeś.

Przeciskam się obok niego i pcham frontowe drzwi.

– Sześćset dwadzieścia funtów, Ben.

– Nie ma problemu.

Nieprawda, jest problem.

– Cześć, Ben.

– Andreo…

– Guinness?

– Poproszę, skarbie.

– Jak idzie z mieszkaniami, kochany? – Andrea równocześ­nie nalewa i mówi. Jest brunetką z trwałą ondulacją o wzroś­cie supermodelki i głosie oraz jabłku Adama zawodowego boksera.

– Ciągle czekam, aż pieprzona Rada wyda zezwolenie. Dranie.

– Dranie. Mam nadzieję, że dzięki temu masz czas pilnować robót przy własnym domu.

– Jasne. – Siadam na stołku przy przytulnym barze w kształcie podkowy.

Tak wygląda moje alter ego, wymyślone na użytek Klubu Profesjonalnych Pijaków – samych handlowców i Irlandczyków, aby wejść w ich grono. Jest wcześnie i na szczęście jestem sam w uścisku z pintą Guinnessa, topiąc angst1. Lubię drewnianą boazerię, lepiącą się podłogę i irlandzkie towarzystwo. Uwielbiam to, że uważają mnie za swojaka. Zadziałał przypadek, ale nie skorygowałem błędu, i teraz rozwodzę się długo i namiętnie o wszystkim: od tynkowania po papieża. Bycie kilka godzin dziennie katolikiem to miłe uczucie i dobrze się bawię. Zdecydowanie ma przewagę nad upokarzającym wypożyczaniem talerzy i widelców. Poza tym uwielbiam anonimowość. Nie było łatwo, musiałem zapracować na ten stołek – pięć miesięcy w barze dla zwykłych gości, zanim zebrałem się na odwagę, aby do nich dołączyć. Zaczynam drugą pintę, gdy leżąca na barze komórka zaczyna podrygiwać niczym przewrócona na plecy stonoga. JONAH: SZKOŁA.

– Nic mu nie jest. – Jonah szczerzy zęby w uśmiechu i patrzy mi przez ramię w kierunku parkingu. Ani razu nie mrugnął. – Jest pani pewna, że zachorował?

– Panie Jewell, to było jak pocisk.

– Ale jest czysty jak łza.

– On tak, za to panna Glen potrzebuje pralni.

Muszę się powstrzymać, by nie zaproponować zwrotu kosztów.

– To skutek kaszlu, nie jest chory. Poważnie, proszę mu się przyjrzeć.

Jonah podskakuje przy drzwiach, naśladując szaleńczy stadny lot chmary szpaków.

– Przykro mi, panie Jewell. Przez czterdzieści osiem godzin od epizodu chorobowego Jonah musi pozostać z dala od szkoły. Polityka gminy.

– Wspaniale. A co mam zrobić z pracą?

– Naprawdę mi przykro. Matka nie może się nim zaopiekować?

Maria jest nowa, pojawiła się dopiero przed Bożym Narodzeniem. Nie wiem, jak sobie radzi. Ma bladą skórę, jest ruda i wiotka jak wierzba – w eterycznym sensie bardzo atrakcyjna, ale fizycznie nie może się równać z Jonahem i bandą jego nieprzewidywalnych klasowych kolegów.

– Piątek?

– Piątek – o ile nie będzie znowu chory.

– A co z „Wiśniowym drzewem”? – To nazwa świetlicy, do której Jonah chadza dwa razy w tygodniu po szkole i w niedziele – błogi dzień bez pieluch.

Mary krzywi się.

– Przekażę im, że Jonaha nie będzie.

Szybki wyrok. Bez zawieszenia.

– No dobra, Jonah, chodź. – Sięgam po jego dłoń, ale wyrywa ją. Idę do samochodu dwa kroki za podrygującą postacią. Dzielę nadchodzące dwa dni na godziny, minuty i sekundy i dłonie w kieszeniach zaciskam w pięści.

– Nie, nie mogę, Ben. Oba dni jestem w sądzie.

– Przecież wiesz, że czwartek i piątek to moje najbardziej zajęte dni. Nie możemy się przynajmniej podzielić po jednym?

Odpowiedzią jest milczenie i ciężkie westchnienie. Widelcem przesuwa po talerzu liście rukoli.

– A twój tata?

– Przecież wiesz, że nie rozmawiamy od wrześniowego Jom Kippur.

– Obaj zachowujecie się jak dzieci. Musisz zrozumieć, że…

No i gotowe.

– …jeżeli ja nie zjawię się w sądzie, to ktoś będzie musiał zostać w areszcie śledczym, a jak ty zostaniesz w domu, ktoś nie dostanie widelców do ryby. Chcesz, żebym to ja do niego zadzwoniła? Na pewno będzie zachwycony, że znowu zobaczy Jonaha.

– Nie. Skończyłaś? – Zabieram talerz Emmy. Tu mnie ma i doskonale o tym wie. Nie mogę się postawić, więc zaczynam zmywać. Gotuje się we mnie jak w kotle.

– Sprawdzę, co u Jonaha – mówi. – Będziesz w salonie?

Po kilku sekundach jest już z powrotem.

– Nie śpi, a w pokoju śmierdzi.

– Więc zmień mu pieluchę.

– Ben…

– Wiesz co? Sam to zrobię, dobrze?

Nie jest już małym dzieckiem, przynajmniej fizycznie. Z biegiem lat obserwowałem szybki rozwój innych dzieci, obawiając się nadejścia dnia, w którym – niczym stojący na światłach samochód ze spalonym sprzęgłem – mój syn zostanie na jałowym biegu, a reszta pomknie z rykiem silników w dal. Miesiąc za miesiącem nadzieja na ponowne usłyszenie słów słabła. Teraz, gdy ma dziesięć lat, nawet statystyka wskazuje na to, że już nigdy nie padną z jego ust. Ma umysł jak słownik z posklejanymi kartkami. Całuję go w czoło i podciągam mu kołdrę pod brodę. Nie wiem, czy w nocy śpi, ale dopóki jest spokojny, mogę z tym żyć. Problem w tym, że rzadko bywa spokojny.

Zanim dołączam do Emmy, w ciszy i spokoju osuszam otwarte pół butelki wina i odstawiam pustą flaszkę do lodówki.

– Wszystko z nim w porządku? – pyta Emma, zwinięta w kłębek na kanapie. – Z nami wszystko w porządku?

– Powiedziałbym, że wszyscy jesteśmy w podobnym stanie. Lunatykujemy?

– Bzykanko więc raczej nie wchodzi w grę?

Wybucham śmiechem, popiskującym jak dźwięki fletu i podszytym nerwowością, po czym odkładam sprawę ad acta do szuflady z napisem „retoryczne”. Trwa to od miesięcy, a jej zawoalowane sugestie i aluzje zadają rany mojej duszy. Nie chodzi o to, że przestała być dla mnie atrakcyjna, moja niechęć to raczej skutek niż przyczyna. Milczę, choć wiem, jak bardzo Emma chce powiększyć naszą rodzinę, widzę jej napady instynktu macierzyńskiego na widok niemowlaków… Przepaść, jaka zacznie nas dzielić z tego powodu, to jeszcze sprawa przyszłości, ale pierwsze rysy już się pojawiają. Może gdyby Jonah urodził się drugi… Emma rozprostowuje się i schodzi z kanapy, idzie do przedpokoju i znika w toalecie. Czwarty raz dzisiejszego wieczoru, prawdopodobnie potrzebuje mieć te pięć minut azylu.

– Mógłbyś mi nalać kieliszek wina? – pyta po powrocie.

– Skończyło się.

– Nie, zostało przynajmniej pół butelki. – Wpatruje mi się w oczy.

– O co chodzi?

– Wiesz o co.

– Nagle nie mogę wypić po kolacji kieliszka wina?

– Chodzi o to, czego najwyraźniej nie możesz zrobić po tym kieliszku wina, a potem brandy albo whisky. Nie myśl, że nie wiem, dlaczego zawsze proponujesz, żebym szła wcześ­nie spać. Nie jestem głupia, Ben.

Kiepsko sobie radzę, gdy zostaję przyłapany i upokorzony. Powoduje to ciszę, ciężką jak chmura burzowa. Oboje wiemy, że to moja główna metoda uników, ale nie sądzę, aby Emma zdawała sobie sprawę, że gdy bladym świtem napiera na mnie wiercącym się tyłkiem, czuję się, jakby chciała mnie zgwałcić. Seks stracił już swą beztroskę, a szeroka niebieska kreska na obszczanym plastikowym patyku może i jest czymś, czego najbardziej pożąda, ale mnie może wykończyć na dobre. Łatwiej mi odwołać się do problemu z alkoholem, niż przyznać, że nie podzielam jej pragnienia. Od czasu do czasu się poddaję, modląc się, aby moje plemniki miały zero wyczucia kierunku i ruchliwość leniwca. W końcu są moje.

Emma idzie otworzyć kolejną butelkę i nalewa sobie kieliszek.

– Rozmawiałam dziś z koleżanką z pracy.

– Tak?

– Specjalizuje się w trybunałach do spraw edukacyjnych.

– I?

– W obecnej sytuacji nie daje nam dużych szans.

– I jaką to stwierdzenie ma wartość?

Dźga mnie łokciem w żebra.

– Powiedziała „w obecnej sytuacji”.

– A jaką mamy sytuację?

– Nas. Razem. Wspólne możliwości.

– Zdawało mi się, że tu chodzi o Jonaha.

– Bo chodzi. Pokazałam jej list i porozmawiałyśmy o innych przypadkach. Takich, kiedy się ludziom udało. Znalazłyśmy kilka cech wspólnych, określone elementy, które by pomogły.

– Na przykład?

– Pamiętasz naszą poranną rozmowę? O rozejściu się? Uwielbiają samotnych rodziców. Pamiętasz?

– To był żart, Emmo. Do tego kiepski.

– Słyszysz, że się śmieję?

– Mówisz poważnie? Mamy zacząć udawać, że się rozeszliśmy?

– Dla dobra Jonaha.

– Tylko?

– Oczywiście. I nie mów mi, że twoim zdaniem kocham obecnie życie.

– A ty zauważyłaś, żebym na zmianę stepował i kręcił tyłkiem?

– Tak na niby. Tymczasowy układ do podjęcia decyzji przez trybunał.

– Ale to może potrwać wiele miesięcy. Absurd. Jak miałabyś sobie sama poradzić z Jonahem i pracą? Dokąd byś się przeprowadziła? Po sąsiedzku? Nie wyglądałoby to nieco podejrzanie?

– Wyglądałoby. Jedną z cech wspólnych, o których wspomniałam, są samotni ojcowie. Żeby sprawa wypaliła, Jonah musiałby być z tobą.

– Chwileczkę, nie przypominam sobie, abym zgodził się na pierwsze, znaczy rozejście się, nie mówiąc o pomyśle, bym miał radzić sobie z nim sam. Emmo, we dwoje ledwo się wyrabiamy. Jeśli mam być szczery, nie jestem zainteresowany żadną z tych propozycji.

Emma wydaje z siebie głuchy jęk.

– Ale pomogłoby to naszej sprawie.

– Masz chyba na myśli „sprawie Jonaha”? Jeśli sprawisz, aby prawnicy i sędzia z nim zamieszkali, to przekona ich w godzinę.

Jakby chcąc podkreślić ten fakt, Jonah dołącza do nas.

– Wracaj do łóżka, Jonah – mówię, ton mojego głosu musi jednak zdradzać irytację, bo Jonah skacze i wali stopami o podłogę z taką siłą, że aż dom się trzęsie. Emma rusza ku niemu, cicho i łagodnie powtarzając jego imię, jednak gdy jest już blisko, Jonah wpycha sobie dłoń do ust, a drugą ręką wali się z całej siły w głowę.

– Emmo, nie podchodź – mówię, gdy Jonah zamaszystym ruchem zrzuca ze stołu pusty kieliszek po winie i kopie w szkło. Próbuję go złapać oburącz, ale wywija się i mocno wbija mi zęby w bark. Aby się uwolnić, muszę go trzepnąć w głowę, a on zalewa się łzami. Emma znowu wkracza do akcji, aby pocieszyć Jonaha i zaprowadzić go z powrotem do łóżka. Klęka przed nim na podłodze i muska jego pod­bródek najdelikatniejszymi na świecie pocałunkami. Jonah pochyla się, aż ich czoła się stykają. Zostawiam ich i idę po maść antybakteryjną.

 

Mija pół godziny, nim Emma wraca, blada i ziewająca. Opada ciężko na kanapę.

– Wszystko w porządku? – pyta.

– Tak, to tylko kolejna pamiątka. Chyba powinnaś zrobić zdjęcie.

Idzie do sypialni po aparat, po czym pstryka kilka fotek mojego zaczerwienionego i pogryzionego barku. Kolejny eksponat do albumu ran i sińców, rozbitych szklanek, talerzy i ramek do obrazów – dowodów agresywności i nieprzewidywalności Jonaha na użytek trybunału, na którego zebranie się mamy nadzieję: jego anty-CV. Następnie podaje mi kieliszek z winem.

– Nie zrobię tego, Emmo.

– Jest inne rozwiązanie.

– Kaftan bezpieczeństwa?

– Inne niż wy tutaj we dwóch.

– Już mówiłem: nic z tego.

– Ben, przeżyjesz tak kolejny rok? Dwa? Trzy, dziesięć? Nie sądzę, bym ja była w stanie. Nie wspominając o biednym Jonahu. Potrzebuje więcej, niż możemy mu dać, więcej, niż mają do zaproponowania w Maureen Mitchell. Potrzebuje i zasługuje na coś więcej. Musi dostać szansę na odrobinę godności. Miejsce na stałe. Potrzebuje stałości, to może być jego jedyna szansa.

Wypijam do dna.

– Musimy zrobić wszystko, niezależnie od tego, jak będzie to boleć. Musimy to zrobić dla Jonaha.

– Więc na czym ma polegać to „inne rozwiązanie”? – Potrzeba zadowolenia Emmy pokonuje mój instynkt samozachowawczy.

1 Angst (jidysz) – obawa, lęk. (Wszystkie przypisy, jeśli nie zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumacza).