Przyszło nam tu żyćTekst

Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przy czym na wszystkie te manewry w przypadku krokodylików mają najwyżej rok–półtora.

– Przyjaciół już nie ma, wszyscy zmarli – mówi Jana. – Ze dwadzieścia osób będzie. My wstrzykujemy wodę, czyli porządnie rozcieńczamy, dlatego jeszcze żyjemy. Trzy lata żyjemy, wyobrażasz to sobie?

Przerwa. Palą.

– A Bitwa ekstrasensów[10] – wtrąca się Lida, sięgając po cedzak. – Coś w tym musi być, skoro pokazują, co nie? O, ta w czarnych włosach taka, chuda, która ze wszystkimi wygrywa. Też jest uzależniona, widzę to.

Lida smaży kiełbasę. Katia bierze się do sprzątania: zamiata szmatką podłogę, strąca ze stołu popiół, przynosi wodę z łazienki. Warczą na nią, wyganiają.

– No co, lubię to: czystość, dyscyplina – mówi władczo.

Jana rozmawia przez telefon:

– Andriucha Olgi zmarł. Słyszałaś już? Czyli wiesz. Tak, tak, za dużo pił. Aha. Tak to już jest. Robimy kolację. A ty czemu sama siedzisz?

Zamyślony Pasza przygląda się tatuażowi na przedramieniu: karty do gry, wódka i nóż.

– Laserem można by wywabić. Ale taniej będzie dorobić na to celtycki wzór. No Celtowie w końcu Niemcy.

Jana pokazuje swój. Na brzuchu ma wytatuowaną zakrzywioną linię, „znak pomyślności”.

– Wtedy jeszcze brałam heroinę i chciałam z córką pojechać nad morze – mówi. – Nigdy nie widziałam morza.

Składniki się skończyły, pieniądze też, więc Katia i Lida idą kraść. Do supermarketu wystarczy przejść przez ulicę, to bardzo wygodne. Biorą pięć kawałków sera – wybierają te droższe, ale uważają, by łączna kwota nie przekroczyła tysiąca rubli, by się obyło bez odpowiedzialności karnej. Od razu sprzedają w małym sklepiku naprzeciwko domu, gdzie Katia rano kupowała papierosy na kreskę. Ekspedientka bierze ser za pół ceny bez zbędnych pytań.

W markecie Katia wzięła jeszcze zielone buciki dla bratanicy.

– Jak to się zaczęło? A nijak. Nasza sąsiadka handlowała makiem, działka za dziesięć rubli – opowiada Jana. – Poprosiła, bym pojechała z jej córką na dostawę, przypilnować, żeby tamta nic sobie nie wzięła, nie gotowała. Miałam piętnaście lat i nawet nie piłam. Nie chciałam się kłuć, bałam się… No, ale Natasza przed ostatnim punktem poszła z chłopakami na chatę. I wzięli część towaru. No to ja też chciałam. Chłopaki: „Nie, nie, no co ty”. A Natasza mówi: „Niech lepiej raz spróbuje”. Dała mi pięć mililitrów. Od nóg wszystko poszło w górę. Poczułam się spokojna. Na drugi raz dodali difenhydraminy. Nataszka powiedziała: „Masz przejebane, jeśli się dowiem, że jeszcze gdzieś się kłujesz”. Ale znalazłam takie miejsce. W sąsiedniej klatce, u Sierioży, lat trzydzieści. Chodziłam po mieszkaniach i pożyczałam cukier, jak zebrałam pięć kilo, szłam na bazar handlować. On ode mnie pięć rubli brał, jedną porcję robił dla mnie, cztery zostawiał dla siebie. Złapali mnie i postraszyli odwykiem. Potem znowu złapali, i tym razem już zamknęli. Jak się nam urodziła córka, Pasza przychodził do domu pijany, były awantury. Z Lidą wiedziałyśmy o sobie nawzajem. Pewnego razu Pasza wrócił z pracy i Lida mu opowiedziała, że biorę. A potem Pasza też zaczął.

– Miałam do niej żal, że na Paszę krzyczy, że pije, a sama po kryjomu daje w żyłę – mówi Lida.

Patrzą na siebie z sympatią. Jak gdyby wspominały coś dobrego.

– Tym razem ja przypilnuję reakcji – mówi twardo Lida. – Sama.

– Nie, ja to zrobię – mówi Pasza. – Wynocha z kuchni.

– Idź do diabła.

– Spierdalaj, głupia pizdo!

Lida idzie do pokoju, płacze.

Reakcja to najbardziej odpowiedzialny moment w gotowaniu. Lida uważa, że Pasza przegotowuje i krokodyl wychodzi za słaby.

Pokój Lidy jest bardzo wąski. Kanapa, półka na książki. Kryminały Doncowej i Polakowej, Bohater naszych czasów, Jestem ojcem chrzestnym. Dale Carnegie Jak doskonalić siebie i wywierać wpływ na życie innych. Zaczytana.

Tuż obok leży album ze zdjęciami. Przeglądamy razem. Lida w marynarskim mundurze, w technikum ekonomicznym składają chłopcom życzenia z okazji 23 lutego[11]. Jakieś pustkowie z blokami w tle, piętnastoletnia dziewczynka w niebieskim swetrze na rowerze. Szczuplutka Jana przytula się do olbrzymiego Paszy. Pasza jest zawstydzony. Grill za miastem, piwo i chłopaki w trawie. Rodzina, świąteczny stół.

Cały czas próbuję uchwycić moment przełomowy. Gdy wszystko się zmieniło. Ale go nie ma. Ludzie na zdjęciach są szczęśliwi.

Tu Lida, przytyło jej się, z dumą wiezie na sankach chłopczyka w żółtym kombinezonie. Obok śmieje się blondynka – trzyma na rękach dziewczynkę z wytrzeszczonymi oczami.

– To Tonia, moja przyjaciółka z dzieciństwa – mówi Lida. – Też gotowała, ciągle do nas przychodziła. Umarła w szpitalu na zapalenie opon mózgowych. Od krokodyla. Wychodziła bez czapki, w cieniutkiej kurtce… Kiedy do niej ostatni raz przyjechałam, noga jej bardzo spuchła, więc kłuła się w pachę. Wyschła doszczętnie, a przecież taka przy kości była, sama widzisz. Gdy matka nie chciała jej wypuścić z domu, to ona przez lufcik do mnie wyłaziła. Przyjechałyśmy do nas, ugotowałyśmy, rano wyszłam do pracy, wtedy na bazarze pracowałam. Zamknęłam ją. Pasza miał przyjechać z pieniędzmi, wypuścić Tonię. Potem znajomi ją w szpitalu widzieli. Na oddziale ratunkowym się obudziła, zjadła coś i zaraz zmarła. To ja pierwsza spróbowałam krokodyla. Wcale nie Jana, ale ja – dodaje Lida. – I tropiki też ja tu przyniosłam. Po prostu żebyś wiedziała.

– Jana, pal albo zagaś, bo szkoda.

Janie wreszcie się udało, śpi oparta o kaloryfer. Dwadzieścia minut twardego snu. To cztery godziny na dobę przy najlepszym scenariuszu.

Pasza podchodzi i ostrożnie wyciąga zapalonego papierosa z ust Jany. Jana zaciska zęby i kurczowo się zaciąga, nie budząc się. Pasza stoi obok i trzyma papierosa, żeby mogła dopalić. Ostrożnie strzepuje popiół do pudełka po zapałkach.

– Mama umarła, gdy miałam sześć lat. Rak żołądka – mówi Lida. – Czy ją pamiętam? Ledwo. Ojciec cztery lata temu, marskość wątroby. No bił, bił. Dwójkę ciężko było mu wychowywać. Z Paszki to mały bandyta był. W trzeciej klasie mieszkanie obrabował na pierwszym piętrze.

– W III B – uśmiecha się Pasza. – Chodziliśmy na wagary, jak stary był w pracy. U kolegi mama też wychodziła do roboty, poszliśmy do niego zapalić na balkonie. To była loggia, więc ot tak sobie przelazłem do sąsiadów. Patrzę, lufcik otwarty. Zdjąłem futro z wieszaka, za nim był otwarty sejf, a tam złoto, biżuteria. Powrzucałem do neseseru… Kolega buty dziecięce z pawlacza wyjął, a ja wziąłem futro. Po rozmiarze tych butów gliny się domyśliły, że dziecko kradło.

Tę swoją dzielnicę – Szapowskoje – teraz wspominają jak raj utracony.

– Teraz tam jest cywilizacja, park. Wcześniej tylko piaski, pustynia. Nikt nie chciał tam mieszkać.

Rodzinne mieszkanie sprzedali pięć lat temu, kupili to, tańsze. Jana dostała jeszcze z tego pokój w komunałce na przedmieściach. Wynajmują go i te pięć tysięcy rubli choć na coś im wystarcza.

Obecnie nie mają wstępu na byłą dzielnicę. Miejscowe gliny złapały Janę na melinie i obiecały, że jeśli któreś z nich tu zobaczą, „do więzienia pójdą wszyscy”.

– Swoich narkomanów im wystarcza – tłumaczy Jana.

Konflikty w „gnieździe” wybuchają błyskawicznie.

– Katia, wzięłaś moją nową insulinkę?

– A moja w takim razie gdzie jest?

– Żeby was obie szlag trafił – rzuca Pasza.

– Przepraszam najmocniej. – Katia znajduje pod krzesłem zgubioną strzykawkę.

– Pizda jesteś – odpowiada Lida. – Hifa ma i strzykawki myli.

Zaczynają dzielić tropiki. Tylko Jana ma jeszcze krople, ale nie chce dać więcej niż pół mililitra.

– Raz w życiu nalej mi trzy mililitry – marudzi Katia. – Jana, no choć ten jeden raz.

– Jana, i czemu ty jesteś taka?! – wrzeszczy Lida. – Za co mam kupić sobie tropiki, pomyślałaś? Jeśli wczoraj dwa opakowania siedału za sto pięćdziesiąt i cukier za pięćdziesiąt. Ciastka to w ogóle ukradłam… Ale wiesz co? Spadaj, nie chcę! – Ciągle jednak obserwuje malutką buteleczkę. Jana chowa ją do skarpetki, wkłada jak najgłębiej.

– Ochujałaś totalnie – mówi Pasza. – Tyle razy ci powtarzałem, byś zachowywała się jak człowiek.

– I ty mi to mówisz?– zaczyna Jana.

Długo jeszcze się kłócą, dopóki krokodyl nie wejdzie do żył.

Strachu już prawie nie ma. Narkomani najbardziej boją się bólu.

– Żeby tylko odpłynąć i nic nie czuć. Po to się szprycujesz. Odlatujesz i wszystkie problemy znikają. Ale jak w nocy sen nie przychodzi, to bardzo boli. Tak mi się ciężko wraca z ciemności – mówi Lida. – Tak mi wtedy źle.

– Kiedy kradnę, boję się, że złapią – wspomina Katia. Po chwili zastanowienia dodaje: – I jeszcze ciężkiej śmierci. Noży się też boję. Raz mnie dźgnęli. Broniłam koleżanki, na nią się zamierzali. Blizna została wzdłuż serca, widzisz? Z piętnaście lat miałam. A to już nie nóż, tylko szydło. Od rodzonej siostry. Byłam trzeźwa, a ona pijana. Nie chciałam wypuścić jej z domu. Biłyśmy się na stole w dużym pokoju. Chuj wie, skąd się to szydło wzięło, wcześniej nie zauważyłam, żeby ona takich narzędzi używała. Chwyta mnie za włosy i o ścianę, a tu nagle buch. Nic nie czułam, po prostu biała koszula nagle zrobiła się mokra i czerwona od krwi.

– No i przestraszyła się? – pyta Lida.

– Oczywiście, przestraszyła się, że pójdę na milicję. Uklękła przede mną.

– I co jeszcze?

– Błagała, żebym matce nie mówiła… Żebym coś wymyśliła… – Katia jest zmieszana.

– Zaplątała się w pępowinę, urodziła się sina – wspomina Jana. – Skurcze, miednica się rozszerza, dziecko z ciebie wyłazi. 2810 gramów, 52 centymetry; wysoka po tacie. Dali jej klapsa w dupkę. Moja mała kopia. Wyglądała jak ja na kacu. Cała pomarszczona, czerwona, tylko tak patrzyła. Dali ją pod tlen. Kupę zrobiła, ale nie siusiała, przez dobę nie siusiała. Wreszcie przyszła na salę pielęgniarka: „Ciesz się, mamo, zrobiła siusiu”.

 

– Ostatnio zadzwoniła do mnie na komórkę – wtrąca się Pasza. – Mówiła: „Tato, nie kłuj się, bo umrzesz”. Po co dziecku takie rzeczy mówić?

Katia milczy, pali papierosa. Lida śpi w kuchni w pozycji półsiedzącej, huśtając się na ugiętych nogach, oparta głową o stół.

– Chciałabym zrobić sobie złoty strzał, ale nie ma takiej możliwości – mówi Jana cicho. – Teraz heroiny nie można przecież dostać. Poza tym co, jeśli nie umrę? Lekkiej śmierci bym chciała. Wszyscy oczywiście jej chcą, ale ja tak bardzo boję się bólu, wiesz? Był u nas taki przypadek. Jeden staruszek za całą emeryturę kupił heroiny, jeszcze się zapożyczył, i to wszystko zapakował w żyłę. I obudził się. I żyje, i do dziś kasę wisi.

Katia osuwa się na dziecięcym krzesełku ze strzykawką w ręce.

– Pasza, idziemy spać? – pyta Jana chrapliwie.

– No i co?

– Nic, tak po prostu zapytałam.

Jana i Pasza próbują wstrzyknąć ostatnią dawkę. Lida i Katia już śpią na kanapie. Jana i Pasza to zasypiają z igłami w ciele, to znowu się budzą. Na zegarku 6.38, za oknem ciemno, światła latarni, jadą samochody.

Miasto N. w centralnej Rosji

PS

Za tydzień jedno z nich umrze: w nocy, we śnie zatrzyma się serce. Drugie wbrew wszystkiemu spróbuje pójść na detoks i się uratować. A imiona ich nie są istotne, bo wam tak naprawdę jest przecież wszystko jedno.

II

Mój syn zginął pod Moskwą
20–27 lutego 2017

Jak świętują Dzień Obrońcy Ojczyzny matki żołnierzy, które straciły swych synów w czasie pokoju.

Od stacji Krasnosielska do monastyru Świętego Aleksego idzie się około dziesięciu minut.

Wcześniej matki spotykały się już w metrze. Wyciągały zdjęcia synów i szły z nimi przez miasto. Taka mała parada kobiet – przechodziły przez szeroką jezdnię i skręcały w lewo. Ale potem zainteresowała się nimi policja – funkcjonariusze mieli wątpliwości, czy matki nie są przypadkiem „nielegalną demonstracją”. Od 2013 roku, kiedy zaczęto zatrzymywać za jednoosobowe pikiety, nie spotykają się już w metrze. Zbierają się w monastyrze. Fotografie wyjmują tuż przed wejściem.

To nabożeństwo odprawiane jest już od dwudziestu pięciu lat. Wieronika Marczenko, szefowa Fundacji Prawo Matki, powiedziała, że na samym początku nie było monastyru, tylko magazyny. Wśród nich stał budynek starej świątyni bez dachu i kopuł, a na modlących się padał śnieg. Teraz świątynia jest odremontowana, na terenie klasztoru posadzono choinki, przy wejściu dyżuruje ochrona. O dawnej ruinie przypomina tylko rusztowanie pod główną kopułą, w miejscu, gdzie zwykle przedstawiony jest Bóg Ojciec.

Matki, które straciły dzieci w wojsku, przyjeżdżają tu z całej Moskwy i okolic. W tym roku jest ich tylko pięćdziesiąt. To mało, zwykle przychodzi więcej. Wśród nich są matki, które nazywają „czeczeńskimi”. Ich dzieci zginęły w Czeczenii, podczas obu wojen, z których żadna nie została nazwana wojną. Pozostali synowie zginęli w czasie pokoju. Fala, morderstwa, samobójstwa i „samobójstwa”, „nieszczęśliwe wypadki”. Ale głównie – fala.

Od 2009 roku Ministerstwo Obrony już nie publikuje raportu o „stratach poza polem walki”. Dlatego możemy mówić jedynie o liczbach w przybliżeniu.

Wieronika Marczenko:

– Zgodnie z obliczeniami naszej fundacji rocznie umiera w rosyjskiej armii około dwóch tysięcy żołnierzy.

Chudziutkie wolontariuszki Prawa Matki sporządzają listę nazwisk, które ojciec Artiemij wymieni podczas modlitwy. Duchowny to przyjaciel Wieroniki Marczenko. Na liście jest już „osiemdziesięciu jeden ochrzczonych i czternastu nieochrzczonych”. Rodzice, którzy nie mogli być na nabożeństwie, dzwonią z prośbą o modlitwę za swoje dzieci. Dwie kobiety w krótkich futerkach w jednakowej pozie przyciskają do piersi laminowane fotografie.

– Zapisać wszystkich naszych od razu? – pytają siebie nawzajem. – No to tak: Aleksandr, drugi Aleksandr, Giennadij, Władimir, Iwan i drugi Iwan.

– Pięćdziesiąt procent za usługi komunalne, zwrot części czynszu, wszystko to wypłacają co miesiąc razem z emeryturą – wyjaśnia prawniczka w chustce na głowie, osłaniając się od śniegu.

Tak państwo spłaca matkom swój „dług” za ich synów.

Wieronika Marczenko mówi, że na to nabożeństwo nie przychodzi się od razu.

– Zwykle cztery–pięć lat po śmierci dziecka. Kiedy można już o swoich synach rozmawiać. Kiedy ważne staje się, by zachować pamięć o nich.

W cerkwi kobiety ustawiają się po cichu w kolejkę. Biorą świeczkę i kwadratową kartkę. Kiedy stoją tak razem, widać, że są podobne jak siostry. Łączy je jakaś niesprecyzowana wspólna cecha, jednakowy wyraz twarzy.

– Nadchodzi Wielki Post – mówi ojciec Artiemij. – Nadchodzi Wielka Nadziela i czas przebaczenia. Prośmy o łaskę przebaczenia. By cieszyła nas niewidzialna obecność zmartwychwstałego Chrystusa.

I dodaje:

– Modlitwa nasza nie będzie długa, za to bardzo osobista.

Trzy kobiety zaczynają śpiewać modlitwę do Matki Boskiej.

– Aleksandr, Andriej, Pawieł, Kiriłł, Walerij, Andriej, Dmitrij, Jewgienij, Andriej, Jurij, Walentin, Ilja… – ojciec Artiemij wymienia jednym ciągiem, a imiona wcale się nie kończą.

– Daj im wieczne spoczywanie.

Pięcioletni chłopiec trzyma czarno-białą fotografię. Na zdjęciu jest uczeń z ledwo odznaczającym się wąsikiem. Potem powiedzą mi, że to jego wujek, który zginął w wieku dziewiętnastu lat. Zastrzelił go snajper pod miastem Argun w Czeczenii.

Zakonnice rozdają goździki z wazonu. Kobiety idą do refektarza, gdzie czeka już poczęstunek (paszteciki z ziemniakami, kawa, herbata, słodycze), można tu odpocząć i porozmawiać.

Przy jednym ze stolików siedzi kobieta o startych rysach twarzy. To Lena. Wyciąga z torby dwa zdjęcia, by za chwilę włożyć je z powrotem. Ponownie wyciąga. Na jednym z nich stoi modnie uczesany młody mężczyzna w smokingu i w muszce (uśmiech ma schowany z kącikach ust). Drugie zdjęcie jest z przysięgi: ogolona na zapałkę głowa podkreśla całkiem jeszcze dziecięce policzki.

Jej syn Michaił Aleksiejew zginął w lipcu. Szesnaście dni po otrzymaniu wezwania do wojska, cztery dni po przysiędze.

Ledwo co skończył osiemnaście lat. Poszedł do wojska od razu po szkole.

– Jeszcze pomogłam to wszystko przyspieszyć, tak by odsłużył dokładnie od lata do lata.

Przydzielono go do Gwardii Narodowej Federacji Rosyjskiej. Od razu po przysiędze wysłano ich na poligon Pierieswiet pod Elektrostalem na ćwiczenia. Michaił nawet nie miał strzelać, ale tylko nauczyć się składać i rozkładać broń automatyczną.

Sto pięćdziesiąt osób umieszczono w czterech namiotach wojskowych na skraju poligonu pod brzozami. W nocy z 13 na 14 lipca nad Moskwą przeszedł huragan.

Dowództwo otrzymało ostrzeżenia pogodowe, ale ćwiczeń nie odwołano. Namioty przemokły zupełnie, jednak nikt nie odprowadził żołnierzy do korpusu. Wiatr wyrwał z korzeniami jedną z brzóz. Upadła na namiot. Michaił zginął na miejscu, Lena mówi, że z jego głowy nic nie zostało. Jeszcze dwóch poborowych odniosło rany, jednego z nich zwolniono z dalszej służby. Miał uraz kręgosłupa i organów wewnętrznych.

Nikt z dowództwa nie przyznał się do winy.

– Twierdzą, że nie wiedzieli o burzy – opowiada Lena. – Ale jak mogli nie wiedzieć, jeśli nawet nam, cywilom, wysyłano esemesy z ostrzeżeniem? Pułkownik powiedział: „O osiemnastej kończę pracę i idę do domu, wszystko zgodnie z grafikiem, co dzieje się potem, nie moja rzecz i żaden sąd mnie nie skaże”. Tłumaczą jeszcze, że brzozy rosły poza granicą poligonu, więc nie mogą za nie odpowiadać.

Obok siedzi Galina Wasiljewna. Jej syn Władisław służył w wojskach kolejowych. Był kierowcą oficerów. Pewnego dnia kazali mu zaczekać w samochodzie. Ktoś wystrzelił do środka z pistoletu sygnałowego. Nawet metal się stopił. Winnych nie znaleziono.

Galina Iwanowna – jej syna Stanisława Łodyriewa powołano prosto z technikum. Zginął 13 marca 1995 roku w czasie pierwszej wojny czeczeńskiej, miał dziewiętnaście lat. Kobieta na nabożeństwo przychodzi o lasce. Przyjeżdża z Sieriebriannych Prudów, dwieście kilometrów od Moskwy. Jest tu co roku.

Lubow – jej syn Andriej zginął pod Chabarowskiem w 1993 roku. Do tej pory nie wie, co się stało.

– Batiuszka dzwonił do jednostki, a potem pozwolił na nabożeństwo żałobne, więc to nie było samobójstwo.

Miła – jej syna znaleźli powieszonego w Pietrozawodsku. Dokumentów z sekcji zwłok brak. W rubryce „czas śmierci” zapisano dwie różne daty, oddzielone myślnikiem. Długo nie wydawano jej ciała. Miła nie wierzy, że jej syn sam się powiesił. Za trzy dni miała do niego przyjechać, dzwonili do siebie, Losza prosił, by przywiozła mu cukierki. Nie dostała żadnego dokumentu poza aktem zgonu.

Rozmawiają ze sobą jak przyjaciółki.

– Z nikim innym o tym nie da się mówić.

Coraz trudniej jest mi chodzić od stolika do stolika.

– Jeździłam do prokuratury wojskowej, by udzielili mi informacji. Jeździłam i jeździłam, w końcu prokurator się wściekł i mówi: „Przyłażą, koczują, spokoju nie dają, a synów i tak nikt już wam nie zwróci, naprawdę trudno to zrozumieć?”.

– Śledztwo w sprawie jego śmierci dziewięć razy to wszczynali, to znów zamykali. W końcu śledczy powiedział: „Pani nie jest tu stroną pokrzywdzoną”.

– Cała jego klasa przyszła i tak stali razem na pogrzebie: żołnierze i dzieci.

– Teraz, gdy już minęło trochę czasu, jakoś tak jakby lżej się zrobiło – mówi kobieta w czarnym berecie (jej syn zginął w 1992 roku).

– Napisano: „Umarł w czasie zwolnienia ze służby”.

– U nas w Wieszniakach jest pięć takich mam. Nie, jednak cztery, jedna już umarła. Miejscowe władze składają nam życzenia na Dzień Kobiet.

– Mnie dacza pomaga, w ziemi pracuję, z kwiatami.

– Zauważyłam, że ci, którym zostały inne dzieci, wciąż żyją. Dla tych, którzy mieli tylko jedno, to był koniec.

– Wcześniej przychodziły do nas afgańskie mamy[12]. Ale już wszystkie umarły. Teraz także czeczeńskie zaczynają umierać.

„Mój syn zginął pod Moskwą”. Irkuckiem, Czitą, Joszkar-Ołą, wsią Pieczengą, Jurgą, Niżnym Tagiłem, wsią Pakino, wsią Awtury w Czeczenii, Naro-Fominskiem.

Przybywa kolejnych punktów na mapie. Jak gdyby na terytorium naszego państwa trwała niekończąca się niewidzialna wojna.

W drodze powrotnej, tuż pod metrem zagadują mnie dwie mamy:

– Jeśli o nas napiszesz – mówi pierwsza – tylko nie zapomnij wspomnieć o Wieronice. Bardzo prosimy.

Druga prosi, bym przekazała Wieronice upominki.

– Sama jakoś nie miałam śmiałości.

Piszę o Wieronice.

Wieronika Marczenko i jej współpracownicy rozłożyli poczęstunek na stołach i wrócili do pracy. Wszystkie obecne tu kobiety znają z widzenia, ich historie – znają na pamięć. Fundacja gnieździ się w dwóch pokoikach, zawalonych do sufitu dokumentami. Od czasu do czasu znajduję w internecie ich ogłoszenia: zbierają na koperty i znaczki, na obiady dla wolontariuszy, na bilety kolejowe. Fundacja nie pobiera składek od rodziców, żyje z darowizn od osób prywatnych. Jej współpracownicy jeżdżą zdobywać informacje o śmierciach, prawnicy walczą w sądach o należne ulgi i rekompensaty. Wojują z pułkownikami, których roboczy dzień kończy się o osiemnastej, i z prokuratorami, którzy uważają, że skoro syna i tak nic nie zwróci, nie ma po co przyłazić.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?