Córka marnotrawna

Tekst
Z serii: Kane i Abel #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Pete­rowi, Joy, Ali­son, Clare i Simo­nowi

OD AUTORA

W cza­sie, kiedy pisa­łem tę książkę, histo­ria, którą opo­wia­da­łem, była histo­rią moż­li­wej przy­szło­ści. Dziś, kiedy książka uka­zuje się w języku pol­skim, wiemy już, że ta przy­szłość uło­żyła się ina­czej. Nie­mniej jed­nak to, co opo­wie­dzia­łem, mogło się zda­rzyć.

J.A.

PRO­LOG

– Pre­zy­den­tem Sta­nów Zjed­no­czo­nych – odparła.

– Mógł­bym zna­leźć kilka przy­jem­niej­szych spo­so­bów prze­pu­ta­nia majątku. – Jej ojciec zdjął pół­okrą­głe szkła, które tkwiły mu na czubku nosa, i spo­glą­dał na córkę spo­nad gazety.

– Nie strój sobie żar­tów, tatu­siu. Pre­zy­dent Roose­velt dowiódł nam, że nie ma szczyt­niej­szego powo­ła­nia nad służbę publiczną.

– Roose­velt dowiódł jedy­nie… – zaczął ojciec, lecz urwał i na nowo zagłę­bił się w gaze­cie, uznał bowiem, że córka potrak­tuje tę uwagę jako nie­po­ważną.

– Dobrze wiem, że bez two­jej pomocy nie mogła­bym się na coś takiego pory­wać – cią­gnęła córka, jakby czy­tała w myślach ojca. – Nie dość, że nie jestem męż­czy­zną, to jesz­cze Polką z pocho­dze­nia.

Gazeta zasła­nia­jąca ojca rap­tow­nie opa­dła.

– Ni­gdy nie wyra­żaj się uszczy­pli­wie o Pola­kach – powie­dział. – Histo­ria dowio­dła, że jeste­śmy ludźmi honoru i ni­gdy nie cofamy raz danego słowa. Mój ojciec był baro­nem…

– Tak, wiem, że dzia­dek był baro­nem, ale nie ma go już na tym świe­cie i nie może mi pomóc zostać pre­zy­den­tem.

– Wielka szkoda, że nie żyje – wes­tchnął ojciec – bo nie­wąt­pli­wie byłby wspa­nia­łym przy­wódcą naszego narodu.

– A jego wnuczka by nie mogła?

– Nie widzę prze­szkód – powie­dział, spo­glą­da­jąc w sta­lo­wo­szare oczy jedy­naczki.

– No więc, tatu­siu, czy mi pomo­żesz? Bez two­jego finan­so­wego wspar­cia nie mogę liczyć na suk­ces.

Ojciec zwle­kał z odpo­wie­dzią. Wpierw osa­dził z powro­tem oku­lary na koniuszku nosa, potem nie­spiesz­nie zło­żył gazetę i dopiero wów­czas się ode­zwał:

– Zawrzemy układ, kocha­nie. W końcu do tego się spro­wa­dza poli­tyka. Jeśli rezul­taty pra­wy­bo­rów w New Hamp­shire okażą się zado­wa­la­jące, w pełni cię poprę. Jeśli nie, wybi­jesz sobie ten pomysł z głowy.

– Co rozu­miesz przez zado­wa­la­jące? – padło natych­miast pyta­nie.

Męż­czy­zna znów zwle­kał chwilę z odpo­wie­dzią, ważąc słowa.

– Jeśli zwy­cię­żysz w pra­wy­bo­rach albo zdo­bę­dziesz ponad trzy­dzie­ści pro­cent gło­sów, będę murem stał przy tobie, choć­bym nawet miał sprze­dać ostat­nią koszulę.

Dziew­czynka naresz­cie ode­tchnęła z ulgą.

– Dzię­kuję, tatu­siu. O wię­cej nie mogła­bym pro­sić.

– O nie, na pewno nie – rzekł. – Czy teraz mogę z powro­tem zająć się zagad­kową kwe­stią, dla­czego Niedź­wiadki prze­grały siódmy mecz tur­nieju z Tygry­sami?

– Po pro­stu byli słabsi, o czym świad­czy wynik dzie­więć do trzech.

– Moja panno, może ci się zdaje, że wiesz to i owo o poli­tyce, ale zapew­niam cię, że o base­ballu nie masz zie­lo­nego poję­cia – powie­dział męż­czy­zna. W tej chwili do pokoju weszła jego żona. Obró­cił ku niej swoją krępą postać. – Nasza córka chce się ubie­gać o urząd pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Co ty na to?

Dziew­czynka spoj­rzała na nią pyta­jąco, cie­kawa jej reak­cji.

– Zaraz ci powiem, co ja na to – oznaj­miła matka. – Otóż myślę, że dawno już powinna leżeć w łóżku i że to z two­jej winy prze­sia­duje tu do późna.

– Chyba masz rację – rzekł mąż. – Zmia­taj do łóżka, maleńka.

Dziew­czynka pode­szła do ojca, poca­ło­wała go w poli­czek i szep­nęła:

– Dzię­kuję, tatu­siu.

Męż­czy­zna patrzył za jede­na­sto­let­nią córeczką wycho­dzącą z pokoju i zauwa­żył, jak mocno zaci­ska piąstkę. Robiła to zawsze, kiedy była zła albo przy czymś się uparła. Tym razem podej­rze­wał ją o jedno i dru­gie, ale wie­dział też, że nie ma sensu tłu­ma­czyć żonie, iż ich jedy­naczka jest nie­zwy­kłym dziec­kiem. Już dawno zanie­chał prób anga­żo­wa­nia żony w swoje ambi­cje i cie­szył się przy­naj­mniej z tego, że nie potra­fi­łaby zni­we­czyć marzeń ich dziecka.

Zagłę­bił się na powrót w chi­ca­gow­skiej „Tri­bune” i jed­nak musiał przy­znać, że córka nie myliła się co do Niedź­wiad­ków.

Przez dwa­dzie­ścia dwa lata Flo­ren­tyna Rosno­vski nie wró­ciła do tej roz­mowy, gdy zaś to uczy­niła, nie wąt­piła, że ojciec dotrzyma umowy. W końcu Polacy to ludzie honoru, któ­rzy ni­gdy nie łamią danego słowa.

Prze­szłość

I

To nie był łatwy poród, ale prze­cież Ablowi i Zofii Rosno­vskim nic nie przy­cho­dziło łatwo i każde z nich na swój spo­sób nauczyło się ze sto­icy­zmem przyj­mo­wać swój los. Abel pra­gnął syna, dzie­dzica, który w przy­szło­ści obej­mie Grupę Hoteli Baron. Do czasu, kiedy chło­pak doro­śnie, Abel z pew­no­ścią będzie rów­nie sławny jak Ritz czy Sta­tler, a sieć jego hoteli sta­nie się naj­więk­sza na świe­cie. Abel prze­mie­rzał tam i z powro­tem kory­tarz nie­okre­ślo­nego koloru w Szpi­talu Świę­tego Łuka­sza, nasłu­chu­jąc, kiedy się roz­le­gnie pierw­szy krzyk dziecka, i z każdą godziną ocze­ki­wa­nia uty­kał coraz moc­niej, choć zwy­kle jego kalec­two było nie­mal nie­wi­doczne. Cza­sem obra­cał na ręku srebrną bran­so­letę i spo­glą­dał na wyryte na niej nazwi­sko. Zawró­cił i znowu ruszył przed sie­bie, gdy dostrzegł idą­cego w jego stronę dok­tora Dodka.

– Gra­tu­luję panu! – zawo­łał dok­tor.

– Dzię­kuję – odparł Abel, pełen rado­snego ocze­ki­wa­nia.

– Ma pan śliczną córeczkę – powie­dział, sta­nąw­szy przed nim, dok­tor.

– Cie­szę się – rzekł znacz­nie już ciszej Abel, sta­ra­jąc się ukryć roz­cza­ro­wa­nie.

Poszedł za położ­ni­kiem do małej salki na końcu kory­ta­rza. Przez szybę zoba­czył cały rząd pomarsz­czo­nych twa­rzy­czek. Dok­tor poka­zał ojcu jego pier­wo­rodną. Ina­czej niż u pozo­sta­łych nie­mow­ląt, jej maleńka rączka zwi­nięta była w mocno zaci­śniętą piąstkę. Abel kie­dyś czy­tał, że dzieci nie robią tego przed ukoń­cze­niem trze­ciego tygo­dnia życia. Uśmiech­nął się z dumą.

Matka z córeczką prze­by­wały w szpi­talu jesz­cze przez sześć dni i Abel odwie­dzał je każ­dego przed­po­łu­dnia, kiedy w hotelu roz­nie­siono już wszyst­kim gościom śnia­da­nia, i każ­dego popo­łu­dnia, kiedy wszy­scy byli już po lun­chu. Koło meta­lo­wego łóżka Zofii stały kwiaty i pię­trzyły się stosy tele­gra­mów oraz wcho­dzą­cych wła­śnie w modę kart oko­licz­no­ścio­wych – pokrze­pia­jące świa­dec­two, że inni rów­nież radują się z naro­dzin dziecka. Siód­mego dnia matka z córeczką, któ­rej jesz­cze nie nadano imie­nia – Abel przy­go­to­wał sobie sześć męskich imion do wyboru – wró­ciła do domu.

W dwa tygo­dnie po przyj­ściu na świat dziew­czynki ochrzczono ją imie­niem Flo­ren­tyna, po sio­strze Abla. Nie­mowlę umiesz­czono w świeżo odno­wio­nym pokoju dzie­cin­nym na ostat­nim pię­trze i odtąd Abel spę­dzał tam całe godziny, po pro­stu patrząc na swoją córeczkę, przy­glą­da­jąc się, jak śpi i jak się budzi, świa­domy, że musi jesz­cze wię­cej pra­co­wać, aby zapew­nić dziecku bez­pieczną przy­szłość. Gorąco pra­gnął, żeby jego córka miała lep­szy życiowy start niż on. Nie dla niej brud i nędza jego dzie­ciń­stwa ani upo­ko­rze­nia, jakie prze­żył, lądu­jąc na Wschod­nim Wybrzeżu Ame­ryki jako imi­grant bez gro­sza przy duszy, nie licząc paru bez­war­to­ścio­wych rubli wszy­tych w rękaw jedy­nej mary­narki.

Zapewni Flo­ren­ty­nie sta­ranne wykształ­ce­nie, jakiego on nie otrzy­mał, choć prawdę mówiąc, nie miał spe­cjal­nie na co narze­kać. Sta­nami Zjed­no­czo­nymi rzą­dził Fran­klin Delano Roose­velt i wyglą­dało na to, że mała grupa hoteli Abla prze­trwa kry­zys. Ame­ryka oka­zała łaska­wość temu imi­gran­towi.

Ile­kroć prze­sia­dy­wał w pokoju dzie­cin­nym sam na sam z córeczką, wra­cał myślami do swo­jej prze­szło­ści i snuł marze­nia o przy­szło­ści dziecka.

Po przy­by­ciu do Sta­nów Zjed­no­czo­nych zna­lazł pracę w małej masarni w nowo­jor­skiej Lower East Side; tkwił tam dwa dłu­gie lata, zanim tra­fiło mu się zaję­cie w hotelu Plaza, gdzie zwol­niło się miej­sce młod­szego kel­nera. Sammy, stary maître d’hôtel, od początku nim pomia­tał, trak­tu­jąc go jak naj­niż­szą formę bytu. Po czte­rech latach nawet han­dla­rza nie­wol­ni­ków wpra­wi­łaby w podziw taka harówka i nie­sły­chana mno­gość nad­go­dzin, jakie prze­pra­co­wała owa nicość, żeby się dochra­pać god­no­ści zastępcy głów­nego kel­nera w Sali Dębo­wej. Pod­czas tych lat Abel pięć razy w tygo­dniu ślę­czał po połu­dniu nad książ­kami na Uni­wer­sy­te­cie Colum­bia, a gdy tylko skoń­czył sprzą­tać po kola­cji, czy­tał do późna w noc.

Jego rywale zacho­dzili w głowę, kiedy sypia.

Abel nie bar­dzo wie­dział, jak świeżo uzy­skany dyplom uni­wer­sy­tecki może mu pomóc w karie­rze, skoro na­dal kel­ne­ro­wał w Sali Dębo­wej hotelu Plaza. Odpo­wie­dzi na to pyta­nie udzie­lił pewien dobrze odży­wiony Tek­sań­czyk nazwi­skiem Davis Leroy, który przez cały tydzień pil­nie obser­wo­wał, jak Abel obsłu­guje gości, po czym powie­rzył mu sta­no­wi­sko zastępcy dyrek­tora i pie­czę nad restau­ra­cjami w naj­lep­szym ze swo­ich jede­na­stu hoteli – Rich­mond Con­ti­nen­tal w Chi­cago.

 

Abel ock­nął się z zadumy, gdyż Flo­ren­tyna, która się obró­ciła, zaczęła ude­rzać rączką w pręty łóżeczka. Wycią­gnął palec, który dziecko schwy­ciło niczym tonący linę ratun­kową i zaczęło gryźć bez­zęb­nymi ustecz­kami.

Po przy­by­ciu do Chi­cago Abel stwier­dził, że hotel Rich­mond Con­ti­nen­tal chyli się ku upad­kowi. Prędko odkrył przy­czynę. Dyrek­tor Desmond Pacey fał­szo­wał rachunki i wszystko wska­zy­wało, że robił to od trzy­dzie­stu lat. Nowy zastępca dyrek­tora przez sześć mie­sięcy gro­ma­dził konieczne dowody, a następ­nie przed­sta­wił je swemu chle­bo­dawcy. Gdy Davis Leroy dowie­dział się, co się wypra­wiało za jego ple­cami, z miej­sca usu­nął Paceya, mia­nu­jąc na jego miej­sce nowego pro­te­go­wa­nego. Dla Abla był to bodziec do jesz­cze bar­dziej wytę­żo­nej pracy, przy czym nabrał takiej pew­no­ści, iż wypro­wa­dzi grupę hoteli na czy­ste wody, że kiedy pod­sta­rzała sio­stra Leroya wysta­wiła na sprze­daż dwa­dzie­ścia pięć pro­cent udzia­łów grupy, Abel wydał na nie wszystko, co miał. Zaan­ga­żo­wa­nie mło­dego dyrek­tora w sprawy firmy tak ujęło Davisa Leroya, że powie­rzył mu kie­ro­wa­nie całą grupą.

Od tej pory zostali wspól­ni­kami i zawo­dowa więź prze­ro­dziła się w przy­jaźń. Abel naj­le­piej umiał oce­nić, jak trudno musiało przyjść Tek­sań­czy­kowi uzna­nie Polaka za rów­nego sobie. Pierw­szy raz, odkąd się zna­lazł w Ame­ryce, Abel czuł się bez­piecz­nie – póki nie odkrył, że Tek­sań­czycy to nacja rów­nie wysoko ceniąca honor jak Polacy.

Wciąż jesz­cze nie mógł się pogo­dzić z tym, co się stało. Gdyby tylko Davis mu się zwie­rzył, gdyby mu powie­dział, jak roz­pacz­liwa jest sytu­acja finan­sowa grupy – w końcu kto w cza­sie Wiel­kiego Kry­zysu nie miał kło­po­tów? – może razem coś by na to pora­dzili. Davis Leroy, który miał wów­czas sześć­dzie­siąt dwa lata, został powia­do­miony przez bank, że war­tość hoteli nie sta­nowi już dosta­tecz­nego pokry­cia dla jego zadłu­że­nia i że pen­sje w następ­nym mie­siącu bank wypłaci dopiero wów­czas, gdy otrzyma dodat­kowe zabez­pie­cze­nie. Po prze­czy­ta­niu owego ulti­ma­tum Davis Leroy zjadł kola­cję sam na sam ze swoją córką, po czym z dwiema butel­kami whi­sky udał się do Apar­ta­mentu Pre­zy­denc­kiego na jede­na­stym pię­trze. Następ­nie otwo­rzył okno i wysko­czył. Abel ni­gdy nie zapo­mni, jak stał na rogu Michi­gan Ave­nue o czwar­tej nad ranem, wezwany, by ziden­ty­fi­ko­wać ciało, które mógł roz­po­znać tylko po mary­narce, jaką przy­ja­ciel miał na sobie poprzed­niego wie­czoru. Ofi­cer pro­wa­dzący docho­dze­nie napo­mknął, że to już siódme samo­bój­stwo w Chi­cago tego dnia. Ale to nie przy­nio­sło Ablowi ulgi. Poli­cjant nie mógł prze­cież wie­dzieć, ile dla Abla zro­bił Davis Leroy i jak bar­dzo Abel chciał mu się w przy­szło­ści odwdzię­czyć za jego przy­jaźń. W pospiesz­nie spo­rzą­dzo­nym testa­men­cie Davis zapi­sał pozo­stałe sie­dem­dzie­siąt pięć pro­cent udzia­łów Grupy Rich­mond mło­demu dyrek­to­rowi, a w liście do Abla zazna­czył, że wpraw­dzie udziały te są bez­war­to­ściowe, jed­nakże gdy Abel będzie wła­ści­cie­lem grupy, nego­cja­cje z ban­kiem mogą się oka­zać łatwiej­sze.

Flo­ren­tyna otwo­rzyła oczy i zaczęła roz­pacz­li­wie pła­kać. Abel tro­skli­wie ją pod­niósł, ale zaraz tego poża­ło­wał, czu­jąc na ręku lepką wil­goć. Szybko zmie­nił pie­luszkę; nim wziął nową, sta­ran­nie osu­szył dziecko, a potem pil­nie zwa­żał, żeby wiel­kie agrafki nie doty­kały ciałka. Każda nia­nia pochwa­li­łaby taką zręcz­ność. Flo­ren­tyna zamknęła oczy i zasnęła ojcu na ręku.

– Nie­wdzięczny brzdąc – mruk­nął tkli­wie i poca­ło­wał dziecko w poli­czek.

Po pogrze­bie Davisa Leroya Abel odwie­dził bostoń­ski bank Kane’a i Cabota, pro­wa­dzący sprawy finan­sowe Grupy Rich­mond, i pró­bo­wał upro­sić jed­nego z dyrek­to­rów, żeby nie wysta­wiano tych jede­na­stu hoteli na sprze­daż. Usi­ło­wał go prze­ko­nać, że jeśli tylko bank udzieli mu popar­cia finan­sowego i da tro­chę czasu, on dopro­wa­dzi hotele do stanu wypła­cal­no­ści. Gładki, opa­no­wany męż­czy­zna sie­dzący za kosz­tow­nym dyrek­tor­skim biur­kiem oka­zał się nie­czuły na wszel­kie argu­menty. „Muszę się kie­ro­wać wyłącz­nie inte­re­sem banku” – wyma­wiał się. Abel ni­gdy nie miał zapo­mnieć upo­ko­rze­nia, jakie prze­żył; cho­ciaż zmu­sił się do czo­ło­bit­no­ści wobec czło­wieka, który był jego rówie­śni­kiem, i tak wyszedł z pustymi rękami. Ten bubek musiał mieć duszę auto­matu kaso­wego, jeśli nie rozu­miał, ilu ludzi dotknie jego decy­zja. Abel poprzy­siągł sobie, już setny raz, że pew­nego dnia pora­chuje się z tym pyszał­ko­wa­tym lalu­siem Wil­lia­mem Kane’em.

Wra­cał tego wie­czoru do Chi­cago, prze­ko­nany, że nic gor­szego nie może go już w życiu spo­tkać. Tym­cza­sem na miej­scu zastał dymiące zglisz­cza hotelu Con­ti­nen­tal oraz poli­cję, która podej­rze­wała go o pod­pa­le­nie. Rze­czy­wi­ście było to pod­pa­le­nie, akt zemsty Desmonda Paceya. Po aresz­to­wa­niu szybko przy­znał się do winy, gdyż jedy­nym jego pra­gnie­niem był upa­dek Abla. Pacey odniósłby triumf, gdyby nie to, że Ablowi pospie­szyło z odsie­czą towa­rzy­stwo ubez­pie­cze­niowe. W samą porę, Abel bowiem zaczął już się zasta­na­wiać, czy nie lepiej by mu się wio­dło w rosyj­skim obo­zie, z któ­rego zbiegł przed przy­jaz­dem do Ame­ryki. Potem jed­nak karta się odwró­ciła, gdy ano­ni­mowy pro­tek­tor, zda­niem Abla David Maxton, wła­ści­ciel hotelu Ste­vens, kupił Grupę Rich­mond i zapro­po­no­wał Ablowi zacho­wa­nie sta­no­wi­ska dyrek­tora, a także dał mu szansę udo­wod­nie­nia, iż hotele pod jego ręką staną się docho­dowe.

Teraz Abel zaczął wspo­mi­nać, jak po raz drugi spo­tkał Zosię, nad­zwy­czaj pewną sie­bie dziew­czynę, którą poznał na statku pły­ną­cym do Ame­ryki. Jakimż wtedy czuł się przy niej żół­to­dzio­bem, jakiż był nie­śmiały i jak role się odwró­ciły, kiedy zetknął się z nią ponow­nie i odkrył, że jest kel­nerką u Ste­vensa.

Od tej pory minęły dwa lata i wpraw­dzie Grupa Hoteli Baron, jak ją nie­dawno nazwał, nie przy­nio­sła zysku w 1933 roku, straty wynio­sły tylko dwa­dzie­ścia trzy tysiące dola­rów, głów­nie dzięki uro­czy­stym obcho­dom stu­le­cia Chi­cago, z któ­rej to oka­zji ponad milion tury­stów odwie­dziło mia­sto i obej­rzało wystawę świa­tową.

Kiedy Paceya uznano win­nym pod­pa­le­nia, Abel musiał jesz­cze tylko pocze­kać na wypłatę odszko­do­wa­nia, aby przy­stą­pić do budowy nowego hotelu w Chi­cago. Wolny czas wyko­rzy­stał na objazd pozo­sta­łych dzie­się­ciu hoteli, zwal­nia­jąc per­so­nel obja­wia­jący podobne skłon­no­ści co Pacey i dobie­ra­jąc nowych pra­cow­ni­ków spo­śród bez­ro­bot­nych, któ­rych całe rze­sze zale­wały Ame­rykę.

Zofia krzy­wym okiem patrzyła na cią­głe roz­jazdy Abla, podró­żu­ją­cego z Char­le­ston do Mobile, z Houston do Mem­phis, żeby doglą­dać hoteli na połu­dniu. Abel jed­nak zda­wał sobie sprawę, że mimo przy­wią­za­nia do córeczki nie może prze­sia­dy­wać w domu, jeśli ma dotrzy­mać umowy, jaką zawarł ze swoim ano­ni­mo­wym pro­tek­to­rem. Dano mu dzie­sięć lat na spła­ce­nie pożyczki ban­ko­wej; jeśli mu się uda, wów­czas, zgod­nie z jed­nym z para­gra­fów umowy, będzie mógł nabyć pozo­stałe sześć­dzie­siąt pro­cent udzia­łów za dal­sze trzy miliony dola­rów. Zofia co wie­czór dzię­ko­wała Bogu za to, co już mieli, i pro­siła Abla, żeby się tak nie zabi­jał, ale nic go nie mogło powstrzy­mać przed dąże­niem do reali­za­cji jego celu.

– Kola­cja gotowa! – krzyk­nęła Zofia na cały głos.

Abel udał, że nie sły­szy, i na­dal wpa­try­wał się w śpiącą córeczkę.

– Nie sły­sza­łeś? Kola­cja na stole.

– Co? Nie, kocha­nie. Prze­pra­szam, już idę. – Abel nie­chęt­nie wstał, aby dołą­czyć do żony. Czer­wona puchowa koł­derka Flo­ren­tyny leżała na pod­ło­dze. Abel pod­niósł ją i sta­ran­nie uło­żył na kocyku, który okry­wał córeczkę. Pra­gnął, aby ni­gdy nie zaznała chłodu. Uśmiech­nęła się przez sen. Może pierw­szy raz coś jej się śni? – pomy­ślał i zga­sił świa­tło.

II

Dzień chrztu Flo­ren­tyny wszyst­kim gościom miał głę­boko zapaść w pamięć – z wyjąt­kiem głów­nej boha­terki, która prze­spała cały obrzęd. Z kate­dry Świę­tego Imie­nia przy North Wabash wszy­scy udali się do hotelu Ste­vens. Abel wyna­jął tam salę i zapro­sił ponad setkę gości na uro­czy­ste przy­ję­cie. W kumy popro­szono naj­bliż­szego przy­ja­ciela i rodaka Abla Geo­rge’a Novaka, który zaj­mo­wał nad Ablem górną koję na statku pły­ną­cym z Europy, oraz Janinę, jedną z kuzy­nek Zosi.

Goście zaja­dali się, aż im się uszy trzę­sły, tra­dy­cyj­nymi dzie­się­cioma potra­wami z pie­ro­gami i bigo­sem włącz­nie, Abel zasia­dał u szczytu stołu i przyj­mo­wał w imie­niu córki pre­zenty: srebrną grze­chotkę, obli­ga­cje pań­stwowe, egzem­plarz Przy­gód Hucka Finna. I, naj­wspa­nial­szy ze wszyst­kich, piękny, sty­lowy pier­ścio­nek ze szma­rag­dem od ano­ni­mo­wego pro­tek­tora Abla. Miał cichą nadzieję, że ofia­ro­wa­nie owego klej­notu dało temu czło­wie­kowi tyle rado­ści, ile póź­niej jego przy­ję­cie sprawi Flo­ren­ty­nie. Sam Abel spre­zen­to­wał córce z oka­zji chrztu ogrom­nego, brą­zo­wego misia1 z czer­wo­nymi ślep­kami.

– Cał­kiem podobny do Fran­klina Delano Roose­velta – oznaj­mił Geo­rge, pod­no­sząc w górę niedź­wiadka i poka­zu­jąc go wszyst­kim. – Jego też ochrzcimy F.D.R.

Abel wzniósł kie­li­szek.

– Pań­skie zdro­wie, panie pre­zy­den­cie – powie­dział.

I tak miś otrzy­mał imię, które przy­lgnęło do niego na dobre.

Przy­ję­cie zakoń­czyło się około trze­ciej nad ranem i Abel musiał zare­kwi­ro­wać hote­lowy wózek do prze­wo­że­nia bie­li­zny, żeby prze­trans­por­to­wać wszyst­kie pre­zenty do domu. Pcha­jąc wózek, podą­żył North Michi­gan Ave­nue, a Geo­rge machał mu na poże­gna­nie.

Roz­pa­mię­tu­jąc każdą chwilę nad­zwy­czaj uda­nego wie­czoru, szczę­śliwy ojciec zaczął sobie pogwiz­dy­wać. Dopiero kiedy F.D.R. trzeci raz spadł z wózka, zdał sobie sprawę, jak kręty był jego szlak. Pod­niósł niedź­wiadka, wepchnął go mię­dzy inne pre­zenty i posta­no­wił iść pro­sto, gdy ktoś dotknął jego ramie­nia. Abel aż pod­sko­czył, gotów do upa­dłego bro­nić dobytku Flo­ren­tyny. Nad sobą ujrzał twarz mło­dego poli­cjanta.

– Może mi pan wytłu­ma­czy, co pan tu robi na Michi­gan Ave­nue o trze­ciej nad ranem z wóz­kiem z hotelu Ste­vens?

– Chęt­nie, panie poste­run­kowy – odparł Abel.

– Co pan ma w tych pudeł­kach?

– Dokład­nie nie pamię­tam. Wiem tylko, że wiozę Fran­klina Delano Roose­velta.

Poli­cjant z miej­sca aresz­to­wał Abla pod zarzu­tem kra­dzieży. Pod­czas gdy mała istotka, tak hoj­nie obda­ro­wana, słodko spała pod swoją puchową koł­derką w dzie­cin­nym pokoju na naj­wyż­szym pię­trze domu przy Rigg Street, jej ojciec spę­dzał bez­senną noc na sfa­ty­go­wa­nym mate­racu z koń­skiego wło­sia w celi lokal­nego aresztu. Geo­rge z samego rana przy­był do sądu, aby potwier­dzić zezna­nie Abla.

Na drugi dzień Abel nabył czte­ro­drzwio­wego wiśnio­wego buicka od Petera Sosn­kow­skiego, który pro­wa­dził han­del uży­wa­nymi samo­cho­dami w pol­skiej dziel­nicy.

Abel nie­chęt­nie teraz ruszał się z Chi­cago, nie chcąc się roz­sta­wać ze swoją uko­chaną Flo­ren­tyną choćby na kilka dni, bał się bowiem, że umknie mu jej pierw­szy krok, pierw­sze słowo, cokol­wiek, co uczyni pierw­szy raz. Pil­no­wał jej wycho­wa­nia od samych naro­dzin, nie pozwa­la­jąc, żeby roz­ma­wiano w domu po pol­sku; twardo posta­no­wił, że córka będzie mówić po angiel­sku bez naj­lżej­szego choćby pol­skiego akcentu, żeby nie odróż­niać się od rówie­śni­ków.

Z utę­sk­nie­niem cze­kał na pierw­sze słowo córeczki, licząc, że będzie to „tata”, Zofia zaś bała się, że Flo­ren­tyna ode­zwie się po pol­sku i wtedy się wyda, że kiedy zostają same, prze­ma­wia do niej w tym języku.

– Moja córka jest Ame­ry­kanką – tłu­ma­czył Abel Zofii – i musi mówić po angiel­sku. Za dużo jest Pola­ków, któ­rzy uży­wają tylko ojczy­stego języka, a potem ich dzieci przez całe życie tkwią w pół­nocno-zachod­nich zauł­kach Chi­cago, napięt­no­wane epi­te­tem „głupi Polak” i wyśmie­wane przez każ­dego, na kogo się natkną.

– Ale nie przez tych naszych roda­ków, któ­rzy czują się jesz­cze lojalni wobec pol­skiej monar­chii – bro­niła się Zofia.

– Jakiej pol­skiej monar­chii? W któ­rym ty stu­le­ciu żyjesz, Zosiu?

– W dwu­dzie­stym – odparła, pod­no­sząc głos.

– Razem z boha­te­rami komik­sów, prawda?

 

– Dziwne poglądy jak na kogoś, kto marzy, że poje­dzie kie­dyś do War­szawy jako pierw­szy Polak-amba­sa­dor.

– Mówi­łem ci, żebyś ni­gdy o tym nie wspo­mi­nała. Ni­gdy.

Zofia, która z angiel­skim była na­dal na bakier, nic nie odpo­wie­działa, ale póź­niej żaliła się kuzy­no­stwu, a kiedy Abla nie było w domu, dalej mówiła po pol­sku. Nie tra­fiał do niej argu­ment, któ­rym tak czę­sto posłu­gi­wał się Abel, że obroty Gene­ral Motors prze­wyż­szają budżet Pol­ski.

Pod koniec 1935 roku Abel nabrał prze­ko­na­nia, że Ame­ryka wyszła na pro­stą i że Wielki Kry­zys to sprawa prze­szło­ści, uznał więc, że nad­szedł czas budowy nowego hotelu na miej­scu daw­nego Rich­mond Con­ti­nen­tal. Wybrał archi­tekta i zaczął spę­dzać wię­cej czasu w Wietrz­nym Mie­ście, mniej zaś w podró­żach, posta­no­wił bowiem, że jego hotel będzie naj­pięk­niej­szy na Środ­ko­wym Wscho­dzie.

Hotel Baron w Chi­cago został ukoń­czony w maju 1936 roku, a otwar­cia doko­nał bur­mistrz mia­sta, demo­krata Edward J. Kelly. Dwaj sena­to­rzy z Illi­nois nad­ska­ki­wali Ablowi, świa­domi jego rosną­cego zna­cze­nia.

– Ten hotel kosz­to­wał pana chyba z milion dola­rów – zauwa­żył J. Hamil­ton Lewis, star­szy z sena­to­rów.

– Dużo się pan nie pomy­lił – odparł Abel, z zachwy­tem spo­glą­da­jąc na wyło­żone gru­bymi dywa­nami salony, wyso­kie, stiu­kowe sufity, wnę­trza w paste­lo­wych odcie­niach zie­leni. Akcent wień­czący dzieło sta­no­wiła ciem­no­zie­lona, wypu­kła litera „B”, zdo­biąca wszystko od ręcz­ni­ków w łazien­kach po flagę trze­po­czącą na szczy­cie czter­dzie­sto­jed­no­pię­tro­wego budynku.

– Ten hotel już nosi piętno suk­cesu – powie­dział J. Hamil­ton Lewis, zwra­ca­jąc się do dwu tysięcy zgro­ma­dzo­nych gości – albo­wiem, dro­dzy przy­ja­ciele, mówiąc o „Baro­nie z Chi­cago”, ludzie zawsze będą mieli na myśli czło­wieka, a nie hotel.

Abel pro­mie­niał, sły­sząc nara­sta­jący szmer uzna­nia, i uśmiech­nął się do sie­bie. Jego doradca do spraw reklamy podyk­to­wał to zda­nie auto­rowi mowy sena­tora jesz­cze na początku tygo­dnia.

Abel zaczy­nał czuć się swo­bod­nie w towa­rzy­stwie gru­bych ryb ze świata biz­nesu i poli­tyki. Nato­miast Zofia nie umiała się przy­sto­so­wać do nowej sytu­acji i nie­śmiało trzy­mała się na ubo­czu, pijąc tro­chę za dużo szam­pana; wresz­cie wymknęła się jesz­cze przed kola­cją pod nie­prze­ko­nu­ją­cym pre­tek­stem, że chce spraw­dzić, czy Flo­ren­tyna śpi spo­koj­nie. Abel odpro­wa­dził zaró­żo­wioną mał­żonkę do obro­to­wych drzwi, kipiąc z iry­ta­cji. Zofia ani nie rozu­miała roz­ma­chu Abla, ani nie dbała o suk­ces na jego miarę i wolała igno­ro­wać ten nowy świat, który go teraz ota­czał. Aż za dobrze wie­działa, jak wielką przy­krość mu tym spra­wia, i kiedy poma­gał jej wsiąść do tak­sówki, rzu­ciła:

– Nie spiesz się do domu.

– Nie ma obawy – mruk­nął, wra­ca­jąc do obro­to­wych drzwi, i tak mocno je pchnął, że po jego wyj­ściu okrę­ciły się jesz­cze trzy­krot­nie.

W hote­lo­wym foyer cze­kał na niego radny miej­ski Henry Osborne.

– To z pew­no­ścią jest szczy­towy moment twego życia – zauwa­żył.

– Szczy­towy moment? Dopiero co prze­kro­czy­łem trzy­dziestkę – odrzekł Abel.

W chwili, gdy obej­mo­wał wyso­kiego, przy­stoj­nego poli­tyka, któ­remu nie naj­le­piej patrzyło z oczu, bły­snęło świa­tło fle­sza. Abel uśmiech­nął się do foto­grafa, ucie­szony, że trak­tują go jak oso­bi­stość, i na tyle gło­śno, żeby usły­szeli go cie­kaw­scy, powie­dział:

– Zamie­rzam budo­wać hotele Baron na całym świe­cie. Chcę być dla Ame­ryki tym, kim był dla Europy Cesar Ritz. Trzy­maj się mnie, Henry, a nie poża­łu­jesz. – Radny miej­ski wraz z Ablem powę­dro­wał do sali restau­ra­cyj­nej i kiedy nikt już ich nie mógł usły­szeć, Abel dodał: – Jeżeli masz czas, Henry, zjedz ze mną jutro lunch. Chcę z tobą o czymś poga­dać.

– Z przy­jem­no­ścią, Ablu. Taki sza­ra­czek jak radny miej­ski zawsze będzie do usług chi­ca­gow­skiego Barona.

Obaj wybuch­nęli grom­kim śmie­chem, choć żaden z nich nie sądził, aby ta uwaga była spe­cjal­nie dow­cipna.

Abel znów, nie pierw­szy już raz, wró­cił do domu dopiero nad ranem. Zamiast do sypialni, poszedł do innego pokoju. Nie chciał budzić Zofii, a w każ­dym razie tak jej powie­dział następ­nego dnia przy śnia­da­niu.

Kiedy Abel przy­szedł do kuchni na śnia­da­nie, Flo­ren­tyna sie­działa na dzie­cin­nym krze­sełku, z zapa­łem roz­ma­zu­jąc kaszkę na buzi i pró­bu­jąc gryźć wszystko, czego mogła dosię­gnąć, nawet jeśli nie nada­wało się to do jedze­nia. Poca­ło­wał ją w czoło, gdyż jedy­nie tam nie zdo­łała się upać­kać, i zasiadł przed tale­rzem peł­nym płat­ków z syro­pem klo­no­wym. Kiedy skoń­czył jeść, wstał i oznaj­mił Zofii, że ma się spo­tkać na lun­chu z Hen­rym Osborne’em.

– Nie lubię tego czło­wieka – rzu­ciła z nie­chę­cią Zofia.

– Ja sam za nim nie prze­pa­dam – stwier­dził Abel. – Ale nie zapo­mi­naj, że ma dobrą pozy­cję w Ratu­szu i może nam oddać wiele przy­sług.

– I wyrzą­dzić wiele złego.

– Niech cię o to głowa nie boli. Już ja sobie pora­dzę z rad­nym Osborne’em. – Abel dotknął lekko policzka żony i odwró­cił się do wyj­ścia.

– Pre­dy­zent – ode­zwał się głos.

Rodzice zwró­cili się ku Flo­ren­ty­nie, która poka­zy­wała rączką na pod­łogę, gdzie leżał ośmio­mie­sięczny Fran­klin D. Roose­velt, kudłatą twa­rzyczką do dołu.

Abel się roze­śmiał, pod­niósł uko­cha­nego misia i usa­do­wił go obok Flo­ren­tyny na dzie­cin­nym wyso­kim krze­sełku.

– Pre-zy-dent – powie­dział wolno i dobit­nie.

– Pre­dy­zent – upie­rała się Flo­ren­tyna.

Abel znowu się roze­śmiał i pokle­pał Fran­klina D. Roose­velta po łebku. I tak F.D.R. był sprawcą nie tylko poli­tyki Nowego Ładu, ale i pierw­szej poli­tycz­nej wypo­wie­dzi Flo­ren­tyny.

Abel wyszedł przed dom, gdzie szo­fer już cze­kał obok nowego cadil­laca. Im now­szy był model samo­chodu, na jaki mógł sobie Abel pozwo­lić, tym trud­niej było mu go pro­wa­dzić. Gdy kupił cadil­laca, Geo­rge pora­dził mu, żeby spra­wił sobie i szo­fera. Tego ranka, gdy zbli­żali się do Zło­tego Brzegu, Abel kazał szo­ferowi zwol­nić. Spo­glą­dał w górę na błysz­czący szkłem hotel Baron i wyda­wało mu się nie­po­jęte, że oto jest na świe­cie takie jedno, jedyne miej­sce, gdzie można tak wiele osią­gnąć w tak krót­kim cza­sie. To, czego doko­na­łoby z mozo­łem dzie­sięć poko­leń Chiń­czy­ków, on urze­czy­wist­nił w nie­spełna pięt­na­ście lat.

Wysko­czył z samo­chodu, nim szo­fer zdą­żył go okrą­żyć i otwo­rzyć drzwiczki, żwawo powę­dro­wał do hotelu i poje­chał pry­watną super­szybką windą na czter­dzie­ste pierw­sze pię­tro, gdzie spę­dził przed­po­łu­dnie, wni­ka­jąc we wszyst­kie sprawy: a to jedna winda oso­bowa nie dzia­łała nale­ży­cie, a to dwaj kel­ne­rzy rzu­cili się na sie­bie w kuchni z nożami i Geo­rge zwol­nił ich z pracy jesz­cze przed jego przy­by­ciem do hotelu, to znów lista szkód po uro­czy­sto­ści otwar­cia hotelu była podej­rza­nie długa – trzeba będzie skon­tro­lo­wać, czy to, co zgło­szono jako znisz­czone, nie zostało przy­pad­kiem roz­kra­dzione przez kel­ne­rów. Abel nie zosta­wiał nic na łasce losu w żad­nym ze swych hoteli; kon­tro­lo­wał wszystko, począw­szy od tego, kto się zatrzy­mał w Apar­ta­men­cie Pre­zy­denc­kim, a koń­cząc na cenie ośmiu tysięcy świe­żych bułe­czek, któ­rych co tydzień potrze­bo­wał dział gastro­no­miczny hotelu. Całe przed­po­łu­dnie poświę­cił na roz­strzy­ga­nie wąt­pli­wo­ści, roz­wią­zy­wa­nie pro­ble­mów i podej­mo­wa­nie decy­zji i ode­rwał się od pracy dopiero wów­czas, kiedy sekre­tarka wpro­wa­dziła do jego gabi­netu rad­nego Osborne’a.

– Dzień dobry, baro­nie – powie­dział Henry poufa­łym tonem, uży­wa­jąc rodo­wego tytułu Rosno­vskich.

W cza­sach, kiedy Abel był młod­szym kel­ne­rem w hotelu Plaza w Nowym Jorku, otwar­cie szy­dzono z niego, urą­gli­wie tytu­łu­jąc go baro­nem. W hotelu Rich­mond Con­ti­nen­tal, kiedy peł­nił funk­cję zastępcy dyrek­tora, dow­cip­ko­wano sobie na ten temat poza jego ple­cami. Ostat­nio każdy wyma­wiał to słowo z sza­cun­kiem.

– Dzień dobry – odparł Abel, zer­ka­jąc na zegar na biurku. Było pięć po pierw­szej. – Chodźmy na lunch.

Zapro­wa­dził Henry’ego do sąsia­du­ją­cej z gabi­ne­tem pry­wat­nej jadalni. Postron­nemu obser­wa­to­rowi trudno by było uznać Henry’ego za brat­nią duszę Abla. Wykształ­cony w Cho­ate i na Harvar­dzie, jak cią­gle o tym przy­po­mi­nał Ablowi, słu­żył póź­niej jako młody porucz­nik pie­choty mor­skiej pod­czas wojny świa­to­wej. Wysoki, z bujną czu­pryną gdzie­nie­gdzie przy­pró­szoną siwi­zną, wyglą­dał mło­dziej, niżby to wyni­kało z jego opo­wie­ści.